za nami
pozostało
241,9 km
277,1 km
Żegnamy się ze Zdynią. Była wyśmienitą baza wypadową przez te kilka dni. Spokojny zakątek pozwala zapomnieć o miejskim gwarze. Jadło u Zosi, jak zwykle wyśmienicie smaczne. Wiemy już, że wrócimy tu jeszcze tego roku. Przed nami ostatni dzień Wielkiej Majówki w Beskidzie Niskim.

Foto na pożegnanie ze Zdynią.

Jesteśmy już na zachodnich krańcach Beskidu Niskiego. Pokonując kolejne wzniesienia schodzimy do dolin z wioskami co raz bardziej ludnymi. Wysiedlenia dotknęły te wioski w takim samym stopniu jak te położone na wschodzie, a jednak tym łatwiej było dźwignąć się. Powrócili do nich wypędzeni Łemkowie. Może dlatego, że były one bliżej lepiej zurbanizowanych terenów, a może dlatego, że nie zostały tak bardzo zniszczone i ograbione po 1947 roku.

POGODA:
noc
rano
dzień
wieczór
TRASA:
Hańczowa (450 m n.p.m.) Ropki (560 m n.p.m.) Banica (530 m n.p.m.) Mizarne (770 m n.p.m.) Mochnaczka Niżna (629 m n.p.m.)

OPIS:

Cerkiew Opieki Matki Bożej w Hańczowej.
Cerkiew Opieki Matki Bożej w Hańczowej.
Hańczowa (łem. Ганчова) do której przyjechaliśmy jest dużą wsią, gdzie występuje jedno z największych skupisk ludności Łemkowskiej, którzy wrócili tu po 1956 roku. Dawniej Hańczowa również zaliczana była do dużych wsi. W szczytowym okresie rozwoju, w 1936 roku mieszkało w niej 1189 osób. Obecnie wieś liczy nieco ponad 500 mieszkańców. Została założona w 1480 roku na prawie wołoskim przez Gładyszów. O początkowym okresie rozwoju wsi niewiele wiadomo, tak samo, jak o wybudowaniu we wsi pierwszej cerkwi, a stała ona już w XVII wieku. Istniejąca obecnie cerkiew została wzniesiona w pierwszej połowie XIX wieku na miejscu pierwotnej świątyni. Bardzo prawdopodobne, że jej fragmenty pochodzą z wcześniejszej cerkwi, niektórzy badacze oceniają, że wieża cerkwi może pochodzić z XVIII wieku.

Cerkiew Opieki Matki Bożej w Hańczowej.

Cerkiew Opieki Matki Bożej w Hańczowej.
Ikonostas.

Po akcji „Wisła” opuszczona cerkiew służyła krótki czas obrządkowi łacińskiemu, jednak nie remontowana zaczęła popadać w ruinę. W 1956 roku podjęta została decyzja o jej rozbiórce i wywiezieniu wyposażenia do składnicy ikon w Łańcucie. Cerkiew została uratowana przed rozbiórką przez kilka wysiedlonych rodzin łemkowskich, które powróciły do Hańczowej. Własnymi siłami odremontowali ją i została przekazana parafii prawosławnej. Cerkiew funkcjonuje do dzisiaj, a przeprowadzone później kolejne remonty przyczyniła się do tego, że cerkiew ta jest zaliczana do najlepiej odrestaurowanych na Łemkowszczyźnie.

Opiekujący się cerkwią ksiądz Władysław zaprosił nas do środka. Wnętrze cerkwi - ściany i stropy zdobi bogata polichromia figuralna i orientalna wykonana pod koniec XIX w. Na stropie w nawie widzimy scenę Przemienienia Pańskiego, pod wieżą Matkę Boską z Dzieciątkiem, a w przedsionku scenę wypędzenia kupców ze świątyni. Ze ścian nawy spoglądają na nas wymalowane postacie świętych: Cyryla i Metodego, Włodzimierza i Olgi oraz Heleny i Konstantyna. W prezbiterium stoi barokowy ołtarz główny, zaś w nawie dwa ołtarze boczne, z których w lewym umieszczony jest obraz ze sceną Zdjęcie z Krzyża, zaś w prawy przedstawia Opiekę Bogurodzicy. Ikonostas oddzielający prezbiterium przypuszczalnie pochodzi z XVIII wieku, zaś pozostałe zachowane wyposażenie z przełomu XVIII i XIX wieku.

Cerkiew Opieki Matki Bożej w Hańczowej.
Cerkiew Opieki Matki Bożej w Hańczowej.
Cerkiew Opieki Matki Bożej w Hańczowej.
Cerkiew Opieki Matki Bożej w Hańczowej.
Polichromia w cerkwi Opieki Matki Bożej w Hańczowej.

Z zainteresowaniem słucha się księdza Władysława i choć nie wypędza nas, czas nam w drogę, na ostatni odcinek naszej wyprawy na GSB. O godzinie 10.15 przecinamy główną szosę wsi i kierujemy się do Ropek. Idziemy wąską asfaltówką, która łagodnie wchodzi na wzniesieni pokryte trawami. Z lewej ciągnie się w głąb pod Przełęcz Wysowską dolina Ropy. Niedaleko tej przełęczy na stokach Jaworzynki rzeka ma swoje źródliska. Za przełęczą widoczny jest rozległy masyw Magury Stebnickiej. Przed nami zaś widać już kilka domów wsi Ropki. O godzinie 10.40 dochodzimy do początku drogi utwardzonej odchodzącej w lewo od tej którą dotąd maszerowaliśmy. Skręcamy, droga na chwilkę obniża się ku dolince potoku Ropka, a właściwie ku jego terenom źródliskowym, na którym rozlewają się również duże stawki.

Opuszczamy dolinę Ropy i Hańczową.
Opuszczamy dolinę Ropy i Hańczową.

Dolina Ropy.
Dolina Ropy. W głębi widać Magurę Stebnicką.

W górę doliny Ropki.
W górę doliny Ropki.

Droga do wsi Ropki.
Droga do wsi Ropki.

Stawki w Ropkach.
Stawki w Ropkach.

Idąc dalej mijamy współczesne gospodarstwo agroturystyczne. Dalej za nim stoi łaciński krzyż metalowy na betonowym cokole z wyrytym 1900 rokiem i krzyżem prawosławnym. Z pewnością pamięta czasy starej, łemkowskiej wsi Ropki. Dzisiaj wieś wygląda, jakby nikt do niej nie zaglądał. Była lokowana w 1581 roku na prawie wołoskim, na świeżo wykarczowanym terenie (czyli na tzw. surowym korzeniu). Około roku 1609 wzniesiono we wsi cerkiew. W 1801 roku została zastąpiona nową pod wezwaniem Narodzenia Bogarodzicy. Stała tam, gdzie droga skręca do Huty Wysowskiej i Wysowej, aż do lat 70-tych XX wieku. Teraz stoi w skansenie w Sanoku wraz z zachowanym ikonostasem. Została tam przeniesiona, gdy chyliła się ku upadkowi.

Krzyż z 1900 roku.
Krzyż z 1900 roku.

W XIX wieku i w XX wieku do czasu wysiedlenia wieś liczyła około 400 mieszkańców. Jej mieszkańcy reprezentowali różne zawody i rzemiosła, co pozwalało być im niemal w każdym aspekcie samowystarczalnym. Byli we wsi krawce, tkacze, cieśle, czy też muzykanci. Działały w niej folusz, olejarnia, tartak parowy, młyn wodny i dwie kuźnie. Było to ważne ze względu na utrudniony dojazd do wsi, która oddalona była od głównych traktów około 4 kilometry. W 1853 roku mieszkańcom udało się wykupić od właściciela las zwany „Debra”, który pozwolił im na pełne korzystanie z jego dóbr. Jednak w okresie kryzysu ekonomicznego na przełomie XIX i XX wieku wielu mieszkańców musiało wyjechać za pracą do Ameryki. Dzięki zbiórce pieniędzy przeprowadzonej w 1930 roku przez przebywających w Ameryce mieszkańców Ropek wybudowano we wsi przestronną szkołę.

Po wysiedleniach w Ropkach pozostała tylko jedno polsko-łemkowskie małżeństwo. To dzięki niemu i dwóm innym rodzinom, które powróciły tu po latach przetrwała cerkiew wraz z wyposażeniem. O godzinie 11.00 docieramy do miejsca gdzie stała. Droga rozwidla się tutaj. Jedna z jej nitek odchodzi na lewo w kierunku Wysowej. Ta, która my podążamy dalej idzie na prawo, gdzie wchodzi między ciąg młodych drzew. Ta droga doprowadza nas do kolejnego rozwidlenia, przed trawiasty wzgórek. Szlak wiedzie na prawo od wzgórka. Bardziej na prawo, gdzie pod drzewem widać murowaną kapliczkę odchodzi polna droga do dolinki wciskającej się między wzniesienia Zielonej Lipki i Siwejki.

Droga w Ropkach.
Droga wchodzi pomiędzy ciągi młodych drzew.

Droga boczna.
Droga boczna do dolinki wciskającej się między wzniesienia Zielonej Lipki i Siwejki.

Wkrótce idziemy drogą przylegającą do ściany lasu, która niebawem wchodzi do lasu, a następnie wyprowadza na szutrową drogę. Droga ta przechodzi przez przełęcz między zalesionymi wzniesieniami, do doliny rzeki Biała. O godzinie 12.20 wchodzimy na szosą do położonej na południu wsi Izby. Chwilkę idziemy ta szosą w przeciwnym kierunku, na północ, po czym odbijamy w lewo na dróżkę przeprowadzającą przez gęsty młodnik. Za młodnikiem mamy rzekę o szerokim, kamienistym korycie. Dzisiaj rzeka Biała leniwie płynie wąską strugą, ale po opadach przybiera znacznie większe rozmiary, a jej wartki nurt rozlewa się szeroko dokonując zniszczeń brzegów i porywając to co na nich stoi. To ona zniszczyła stojące niegdyś potężne betonowe mosty z czasów austro-węgierskich.

Pod lasem.
Pod lasem. Widok na ostatnią polanę przed wejściem do lasu.

Zejście do doliny Białej.
Zejście do doliny Białej.
Zejście do doliny Białej.

Przekraczamy rzekę Biała, za którą zaczynamy podchodzić nieduże wzniesienie - wpierw łąką pełną storczyków, potem krótko lasem, następnie przechodzimy przez polanę. O godzinie 12.40 znajdujemy się na grzbiecie. Przebiega przez niego wąska asfaltowa droga. Przechodzimy na drugą stronę drogi i troszkę dalej, na widokowych łąkach zatrzymujemy się. Robimy sobie kilkunastominutową przerwę.

Biała.
Biała.

Widok na dolnę Białej.
Widok na dolnę Białej.

Kukułka szerokolistna (Dactylorhiza majalis).
Kukułka szerokolistna (Dactylorhiza majalis)..

Schodzimy dalej łąkami z których rozpościerają się niezwykle malownicze pejzaże. Przed nami rozległa dolina ze wsią Banica. Płynie przez nią Banicki Potok. O godzinie 13.20 przecinamy szosę wsi, chwilkę potem przechodzimy mostem nad Banickim Potokiem. Przechodzimy wśród domostw, na rozciągające się za nimi pastwiska. Szlak prowadzi nas wkrótce polną drogą osłonięta drzewami i krzewami. Na południowym wschodzie ponad zielonymi połaciami, wykropkowanymi żółtymi mniszkami lekarskimi, widać imponujący garb Lackowej (997 m n.p.m.), najwyższego polskiego wzniesienia w Beskidzie Niskim.

Zejście do Banicy.
Zejście do Banicy.

Dolina Banickiego Potoku.
Przed nami dolina Banickiego Potoku.

We wsi Banica.
We wsi Banica.

Droga między łąkami należącymi do wsi Banica.
Droga między łąkami należącymi do wsi Banica.

Dróżką łagodnie podchodzimy kolejny wał górski, oddalając się od zabudowań Banicy. Nieco na południe od nich widać wyłaniającą się z doliny cerkiewną wieżę. To kamienna, otynkowana świątynia greckokatolicka pw. św. Łukasza Ewangelisty w Izbach, pełniąca obecnie funkcję rzymskokatolickiego kościoła filialnego pod tym samym wezwaniem. W miarę nabierania wysokości ukazują się nam szersze widoki. Uwidacznia się ciąg dalszy pasma granicznego za wyrazistą Przełęczą Pułaskiego, za która wznosi się Ostry Wierch (938 m n.p.m.) - drugi co do wysokości szczyt w polskiej części Beskidu Niskiego, leżący w tzw. Hańczowskich Górach Rusztowych.

Widok na Lackową.
Widok na Lackową.


Cerkiew św. Łukasza Ewangelisty w Izbach.
Cerkiew św. Łukasza Ewangelisty w Izbach.

Trzeba nam się jednak pożegnać z malowniczością doliny. Szlak wprowadza nas do iglastego lasu, potem na polankę, szczelnie otoczoną drzewami. Podchodzimy w kierunku szczytu grzbietu ścieżką, na którą drzewa rzucają swój cień. Słońce przesuwa się już na zachodni horyzont. Przechodzimy grzbiet przez płytką przełęcz pomiędzy dwoma jego kulminacjami i zmierzamy dalej ku końcowi tej wędrówki. Znów zaczynają przeważać otwarte przestrzenie, aplikujące cudowne panoramy łagodności. Uświadamiamy sobie z żalem, że to już zachodni krańce Beskidu Niskiego. W dali widzimy Jaworzynę Krynicką (1114 m n.p.m.) zwieńczoną wysokim masztem antenowym – to jest już Beskid Sądecki. Na lewo zaś mamy inne zalesione wzniesienia tego pasma m.in. Huzary (864 m n.p.m.), gdzie poprowadzi nas dalej czerwony szlak, ale już nie dzisiaj.

Przed polanką.
Przed polanką.

Przed nami Beskid Sądecki.
Przed nami widoczne są już wzniesienia Beskidu Sądeckiego.

Jaworzyna Krynicka.
Jaworzyna Krynicka.

To już pożegnanie z Beskidedm Niskim.
To już pożegnanie z Beskidedm Niskim.

Ostatni pagórek Beskidu Niskiego.
Ostatni pagórek Beskidu Niskiego.

Zejście do Mochnaczki Niżnej.
Zejście do Mochnaczki Niżnej.

Cerkiew św. Michała Archanioła w Mochnaczce.
Cerkiew św. Michała Archanioła w Mochnaczce.

Wiemy, że to już pożegnanie z Beskidem Niskim, z pasmem niezwyczajnym, niepowtarzalnym w swoich plenerach oraz klimatach. Czemuż nam się żegnać trzeba z jego pięknem? Widać już cerkiew stojąca w dolinie nad potokiem. Jeszcze może nie ostatnią na trasie Głównego Szlaku Beskidzkiego, bo jeszcze przed nami Krynica, a Łemkowszczyzna ciągnie się jeszcze kawałek dalej na zachód. Schodzimy do wsi Mochnaczka Niżna. Godzina 15.35. Jesteśmy przy potoku Fataloszka (Fatałowski Potok), który kilkadziesiąt metrów dalej, za główną szosą niknie w wodach Mochnaczki. Dzisiaj przechodzimy tylko Fataloszkę, a przez Mochnaczkę, która rozdziela Beskid Niski i Beskid Sądecki - przeprawimy się następnym razem.

Na pamiątkę Wielkiej Majówki.
Na pamiątkę Wielkiej Majówki.

Grupa „Zanim znów wyruszysz w góry”, jak sympatycznie ją nazywacie, po pięciu dniach dotarła do celu Wielkiej Majówki. Ktoś rzuca jeszcze hasło, że przecież jest jeszcze jeden, kolejny dzień, niedziela - żal rozstawać się. Siły są, organizmy nastrojone po tych kilku dniach do wędrówki. Będzie głupio jutro wstać i nie założyć plecaka, i nie wyruszyć znów w góry. Żal się rozstawać z górami i z grupą ludzi, którzy współtworzą tak świetny, zgrany i wesoły krąg osób. Mamy nadzieję, że powiedzielibyście o niej tak jak my: dobrze że ją mamy! Dziękujemy, że możemy razem współtworzyć coś pięknego i harmonijnego, co nie zawsze jest proste przy pięćdziesiątce dusz, a nierzadko i większej ilości. Po każdej takiej wyprawie pozostaje przezwyciężyć tęsknotę. Czas mija, a kolejna wyprawa wcale nie jest tak odległa, jak to się wydaje. Znów wyruszymy w góry.


Spaliśmy prawie do południa, ale cóż się dziwić, skoro dopiero po drugiej w nocy ułożyliśmy się w łóżkach na nocny spoczynek. W uszach wciąż gra jeszcze muzyka, gnają nas żywiołowe śpiewy niosące ducha po górach i morzach. Echo wydarzenia, które zakończyło się ledwie kilka godzin temu unosi nas razem z aniołami radości i dobrej pogody, prowadzi na dziką włóczęgę… Trudno jeszcze ogarnąć emocje ostatniego wieczoru.


Wróćmy do początków. Jakże niewinnie zaczęło się to - pewnego wieczoru, gdy „U Filipa” trwał kolejny tzw. Swing Meeting Wędrownego Bractwa, czyli spotkanie taneczne przy rytmach Kayo Band Swing Kraków. Trudno określić dzień, kiedy to mogło być… może 1 grudnia 2017 roku, a może 12 stycznia 2018 roku. Żywy w pamięci był wówczas minirecital Grzegorza podczas Wielkiej Majówki w Bieszczadach. Tam po raz pierwszy pojawiło się określenie „Pieśni Wędrownego Bractwa”. Na początek poszły wtedy, a jakże by inaczej - „Bieszczadzkie Anioły” zespołu Stare Dobre Małżeństwo, z tekstem autorstwa Adama Ziemianina. Tak samo liczna grupa wtórowała śpiewem za wokalem gitarzysty. Potem śpiewano następne utwory. Był to wspaniałe spotkanie z poezją śpiewaną, a zarazem niezapomniany przystanek i odpoczynek podczas naszej wędrówki, efekt swoistej kultury bycia w gronie licznej grupy turystycznej. Czy udałoby się zrobić to samo, tutaj w Krakowie, w Restauracji „U Filipa”? – długo nie. Termin spotkania szybko został ustalony z Joanną, prowadzącą Restaurację „U Filipa”. Wnet Grzesiek zaszczepił ten pomysł Wawrzkowi i Mariuszowi. Razem opracowali repertuar, szybko ruszyliśmy z drukowaniem śpiewników - nakład tylko 30 egzemplarzy, ale któż mógł przypuszczać, że sala wypełni się po brzegi. Trochę było w tym wariactwa, wiele spontaniczności, niespodziewane trudności do pokonania, bo sprzęt nagłaśniający nie dotarł na czas (dobrze, że był na miejscu zawsze pomocny Patryk). Udało się. Współuczestnicząca w koncercie publiczność dopisała. Pomysł spodobał się. Muzycy byli pod wrażeniem i jeszcze tego samego wieczoru powiedzieli, że musimy to koniecznie powtórzyć.


Muzycy, albo Grupa Wędrownego Bractwa, jak ich uniwersalnie nazwaliśmy, otwierając się na wszelakie formy turystycznej włóczęgi i odzwierciedlając jednocześnie braterstwo uprawiających ją ludzi - przystąpili do przygotowań. Po dwóch próbach repertuar na koncert był już ustalony, aranżacje przećwiczone. Wszystko z wyprzedzeniem zostało przygotowane.

Nadszedł ten wieczór, 18 maja 2018 roku, godzina 19:00. Wszystkie miejsca zostały zajęte, znów brakło śpiewników, a było ich blisko 50. Grupa Wędrownego Bractwa ruszyła z graniem z opóźnieniem, bo wciąż ktoś jeszcze przybywał. Tak jak ostatnio, choć można by powiedzieć, że tak jak zwykle, tradycyjnie na początek pofrunęły „Bieszczadzkie anioły”, bo pieśń ta, jest jak nasz hymn – piękny, nastrojowy, ale też historyczny, bo od niego wszystko się zaczęło – utwór ten zapoczątkował pierwsze nasze śpiewanie zeszłorocznej Wielkiej Majówki. Mogłoby się wydawać, że będzie podobnie jak ostatnio, stało się inaczej. Przeplatały się utwory stare i nowe, pieśni z gór z pieśniami z mórz, ale towarzyszył temu zdecydowanie większy żywioł. Grzegorz stał się muzycznym przewodnikiem po górach i dolinach, prowadził przez najpiękniejsze górskie krainy w nastrojowej melodii poezji śpiewanej. Wawrzek, jak kapitan muzycznej łajby oblewał te krainy morzami i śpiewał o różnorodnych konsekwencjach zamiłowań do morskiej podróży, ale czasem cumował przy kei, wychodził zastanawiając się „czy w górach lodowych lodowe góralki lodowe sprzedają oscypki”. Zaglądał do tawern, a w jednej z nich, leżącej na nadwiślańskim Zabłocu, zaciągnął na muzyczny pokład Mariusza. Mariusz tym razem pokazał się nie tylko jako mistrz harmonijki ustnej i fletu, ale również jako świetny gitarzysta, silnie wspierający Grzesia i Wawrzka. Bez Mariusza ta muzyczna łajba była by jak okręt bez bosmana. No i dla wielu niespodzianką była postać Jacka, instrumentalisty wplatającego melodie zdobiące utwory. Jego atutem była melodyka, ale też instrumenty perkusyjne, przymocowane (czy można w to uwierzyć, nie widząc tego na własne oczy) do kończyn dolnych.


Tak więc muzyczne trio, znane z wcześniejszego koncertu, przeobraziło się w kwartet o niezwykłej sile wyrazu i muzycznego przekazu. Dzięki temu odczuliśmy jeszcze silniejszy i bardziej energetyczny oddech gór oraz powiew morskiej bryzy. Te dwie muzy były jak dwa morza oddzielone naprawdę bardzo wąską cieśniną. Te dwie muzy, różne jak dwa masywy górskie, połączyły się tego wieczora płytka przełęczą, która dzieli, ale też łączy krainy skryte w dolinach. Stało się oczywistym, ze te dwie muzy tylko pozornie wydają się odległe, bo przecież w rzeczywistości łączy je bardzo silne atrybuty – pasja, podróże, przygoda.

Po ponad trzech godzinach koncertu planowany  program został już prawie wykonany do końca, kiedy niespodziewanie na scenie pojawiły się „Pociągi parowe”. Wszak pociągi mają silny związek z górami i morzami. Pamiętają czasy pionierów podróży nad Bałtyk, czy dziewiętnastowiecznych odkrywców Tatr. Docierały na koniec świata, czyli pod bramy Bieszczadów, do Zagórza i dalej, aż po Łupków. Nie przez wzgląd na tematykę muzycznego wieczoru utwór ten został wywołany, bo choć Wawrzek śpiewa o morzach, to też sercem jest przy kolei żelaznej - kolejnictwo to jego pasja.

Na koniec Grzegorz przywołuje znów „Bieszczadzkie anioły”, ale okazuje się, że to nie koniec koncertu. Muzycy zapowiadają tylko krótką przerwę, a po niej następuje bodaj najbardziej spontaniczna cześć koncertu, w której popisy dają wszyscy muzycy (oczywiście wraz z wtórującą widownią), lecz to co zaaplikował Mariusz przeszło najśmielsze oczekiwania – po zadziornym bluesie, zaczął śpiewać góralską gwarą historię górala, co zaciągnął się na łajbę.


I cóż muzyczny wieczór podróży po górach i dolinach już za nami, skończył się szybko, zbyt szybko… tego wieczoru czas chyba przyspieszył. Tak to już jest z czasem, gdy dzieje się coś cudownego. Dobrze, że mamy tak wspaniałych gości: Grzesiek, Wawrze, Mariusz i Jacek są niesamowici! Tym, którzy byli tamtego wieczora z nami na Filipa nie trzeba tego udowadniać. Sami widzieli i słyszeli. I tym samym ludziom, którzy byli z nami tego wieczora na Filipa, powiemy coś, co powiedzieli nam muzycy zaszczyceni waszą obecnością - byliście wspaniali! Zagrają dla nas ponownie i padły już wstępne terminy.

W imieniu swoim i muzyków dziękujemy gospodarzom Restauracji „U Filipa”, a przede wszystkim uczestnikom koncertu pieśni gór i mórz za uświetnienie obecnością tego niezwykłego wieczoru oraz oddanie się jego żywiołowi. Sprawiliście, że całą przestrzeń wypełniły anioły radości i dobrej pogody.
Dorota i Marek




















































Translator

Info

Licencja Creative Commons Gdy nie jest to inaczej sprecyzowane pod konkretnym materiałem, to:
Publikowane na blogu materiały można wykorzystać na warunkach licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie materiałów publikowanych na niniejszym blogu i jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o twórcy i adresu internetowego bloga. Pozwala się na wykorzystanie tych materiałów w innych dziełach pod warunkiem udostępniania ich na tej samej licencji.

Kuferek

Hej wędrowcze, właśnie otworzyłeś malutki skarbczyk.
Nie jest on drogocenny, ale nie wykluczone, że znajdziesz w nim coś
co może Ci się przydać.

Kolekcje

Wędrowanie po znanych i nieznanych szlakach to ogrom niesamowitych wrażeń i emocji. Z każdą zakończoną wędrówką wiąże się tęsknota i czar wspomnień. Odczucia takie towarzyszą nam od samego początku przygody, wyzwalając potrzebę zachowania przeżyć, nie tylko w ulotnej pamięci ludzkiej, ale również w formie bardziej trwałej, w postaci fotografii, opisów, dzienniczków przebytych tras, odwiedzonych miejsc, czy zdobytych szczytów. Utrwalanie to jest również okazją do usystematyzowania turystycznych poczynań wg różnych kryteriów - zdobytych koron gór, przebytych szlaków, itp.

Napisz do nas