Nie pierwszy raz tutaj gościmy, ale po raz pierwszy chyba poczuliśmy się swojsko. Standardowe trzydniowe pobyty mijają zdecydowanie szybciej, niż taki jak ten - czterodniowy, pozwalający mocniej związać się z odwiedzanym regionem. Tylko jeden dzień więcej a taka różnica, bo człowiek nie myśli już na drugi dzień po rozpakowaniu się o powrocie. Dzisiaj jest czwarty dzień bieszczadzkiej wyprawy sylwestrowo-noworocznej i niestety już ostatni. Ostatni punkt i cel programu to bieszczadzka królowa Tarnica, ten sam co ostatniej zimy. Porównana do tamtego wyjazdu są nieuniknione. Wciąż wracamy myślami do stycznia 2017 roku. Wówczas Tarnica była powabna i przepiękna, jaka będzie dzisiaj?

TRASA:
Wołosate (724 m n.p.m.) Przełęcz pod Tarnicą (1276 m n.p.m.) Tarnica (1346 m n.p.m.) Przełęcz pod Tarnicą (1276 m n.p.m.) Wołosate (724 m n.p.m.)

OPIS:
Z Wołosatego wyruszamy o godzinie 8.45 w kierunku najwyższej góry polskich Bieszczadów. W Ustrzykach Górnych, jak również w Wołosatym zaczęły się chyba roztopy. Na drogach jest mokro, nad ranem padał deszcz ze śniegiem. Warstwa śniegu raczej nie przekracza 30 centymetrów. Wyżej w górach śniegu z pewnością jest więcej. Pogoda do wędrówki dobra, aczkolwiek może nie zachęca do optymizmu. Rusza jednak niemal cała grupa na Bieszczadzką Królową.

W Dolinie Wołosatki snują się mgły. Ścieżka szlaku jest wyraźna, mocno przedeptana - na początkowych fragmentach spod śniegu wyłazi błoto. Patryk tradycyjnie na przedzie. Ma dać pierwszy sygnał w razie trudności pod samym wierzchołkiem. Może tak być, że będziemy musieli zawrócić, bo śnieg przerzucony przez wiatr z jednej strony góry na drugą będzie tworzył groźne nawisy, bez możliwości ominięcia. O godzinie 9.05 docieramy na skraj lasu pod tablice informacyjne Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Dalej jest bardziej strome zbocze. Część osób zakłada raki, po czym ruszamy dalej.

Dolina Wołosatki.
Dolina Wołosatki.

Z każdym pokonanym metrem przewyższenia śniegu jest więcej, lecz nie wiele go leży osiadłego na gałązkach drzew. Od czasu do czasu da się usłyszeć jak jego ostatki z spadają z góry, może i czasem na głowę pacnąć mokra grudka śniegu. Dziesięć minut po dziesiątej zaczynamy wychodzić na połoninę. Przechodzimy przez końcowe zagajniki, ślicznie oszronione, czy może opierzone śniegiem. Zrobiło się nagle cudownie i baśniowo. Przez nisko wiszące chmury przebił niewielki świetlisty punkcik, który chwilkę potem zaczyna rosnąć, przeistaczając się w krągłość słonecznej tarczy. Z naszej głębi wydobywa się radosne uniesienie, proste, dziecięce. Zatrzymujemy się chwilę. Doświadczamy ogromnej satysfakcji. Jak to przyjemnie jest być tu właśnie teraz. Gdyby wycieczka miała zakończyć się już tu, bylibyśmy w pełni usatysfakcjonowani, bo spotkało nas piękno do końca niespodziewane. Idziemy jednak dalej w górę.

Skraj młodego lasu.
Skraj młodego lasu.

Pierwsze pola połoniny.
Pierwsze pola połoniny.

Przed nami niewielki zagajnik.
Przed nami niewielki zagajnik.

Zimowy zagajnik.
Zimowy zagajnik.

Karłowate buki.
Karłowate buki.

Opuszczamy zagajniki tworzone przez chaotycznie powyginane karłowate buki, będące po niejednym boju z surowymi warunkami, jaki dyktuje im tu natura. Dzisiaj nie muszą walczyć. Jest cicho i spokojnie. Nie ma wiatru, nie ma mrozu. Wychodzimy na otwarte pola połoniny. Przed nami wznosi się Tarnica z widocznym krzyżem postawionym pod wyższym wierzchołkiem. Tarnica ma kształt wydłużonego grzbietu z dwoma wierzchołkami. Na lewo mamy charakterystyczne siodło, które było inspiracją nazwy góry, pochodzącej od rumuńskiego słowa „tarniţa” oznaczająca siodło, albo przełęcz.

Po drugiej stronie siodła ciągnie się opadający grzbiet Szerokiego Wierchu, kulminujący w trzech punktach, z których pierwszy najwyższy, wznoszący się najbliżej Tarnicy nosi nazwę Tarniczka (1315 m n.p.m.). Podążamy w górę w kierunku przełęczy. Szlak jest bardzo wygodny, nie zapadamy się po pas w śniegu tak jak zeszłej zimy. Widać jego przebieg, bo okalające go taśmy barierek wystają ponad śniegiem. Wiadomo jak iść po szlaku i dopóki nie nasypie więcej śniegu tyczki znakujące zimowy szlak są jeszcze niepotrzebne.

Wyjście z lasku na połoninę.
Wyjście z lasku na połoninę.

Przed nami masyw Tarnicy.
Przed nami masyw Tarnicy.

Pierwsze panoramy na Dolinę Wołosatki.
Pierwsze panoramy na Dolinę Wołosatki.

Śnieżne twory.
Śnieżne twory.

Niebo zalane jest szarym mlekiem chmur. Blask słońca wciąż jednak przebija się do nas, chyba intensywniej niż wcześniej. Mijamy rosnące na połoninie pojedyncze lub w niedużych grupkach drzewka świerków okryte pióropuszami zmarzlin. Wyglądają one jak zastygłe postacie ze świata fantazji. Wyglądają niesamowicie, ale jednocześnie nadają surowemu krajobrazowi sporej dozy romantyzmu. Zmysły ludzkie nie na co dzień takie coś widzą i interpretują te śnieżne twory jako nierealny świat, ulotny jak sen. Dlatego każdy kto tędy przechodzi próbuje uchwycić go w kadrze zdjęciowym, aby zachować go dla siebie, czy też udokumentować nieobecnym tą niezwykłość krajobrazowa, by uwierzyli, że istnieje w rzeczywistości.

Na stoku podejściowym.
Na stoku podejściowym.

Odpoczynek w baśniowej krainie.
Odpoczynek w baśniowej krainie.

Dolina potoku Zwór.
Dolina potoku Zwór (z prawej).

Słońce przebija się śmielej. Od jego promieni na wygładzonej wiatrem powierzchni śniegu pojawiają się nasze cienie. Idziemy stokiem opadającym do malowniczo prezentującej się dolinki potoku Zwór. Piętrzący się po drugiej stronie masyw Szerokiego Wierchu jest co raz bardziej imponujący. Za nami uroczo prezentuje się dolina Wołosatki, nad którą płyną zwiewne mgiełki. Kilka minut przed jedenastą jesteśmy na przełęczy pod Tarnicą. Ostatni odcinek obejściowy wygląda dobrze, zresztą wiedzieliśmy już o tym wcześniej z sms-a od Patryka, w którym krótko napisał „Tarnica ok”. Opuścił już jej wierzchołek i biegnie teraz na Halicz, realizując swój plan na dzisiaj.

Po lewej z tyłu mamy dolinę Terebowca, za nią grzbiet Bukowego Berda. Przed nami po lewej dolinę źródliskową Wołosatki, a za nią Krzemień, Kopę Bukowską i Halicz chowający się w białym obłoku. Okolica pokryta jest niedużą mgłą, ale to naturalne dla wysokości, którą już zdobyliśmy. Jesteśmy już pewni, że Tarnicę zdobędziemy. Jest w naszym zasięgu i nic nam już tej przyjemności nie odbierze. Było o wiele łatwiej niż ostatnio. Zdobywamy ją o godzinie 11.05. Czujemy się szczęśliwi.

 Droga podejściowa tuż pod przełęczą.
Droga podejściowa tuż pod przełęczą.

Przed szczytem Tarnicy.
Przed szczytem Tarnicy.

Żółtym szlakiem na wierzchołek.
Żółtym szlakiem na wierzchołek.

Tarnica (1346 m n.p.m.).
Tarnica (1346 m n.p.m.).

Grzbiet Szerokiego Wierchu.
Grzbiet Szerokiego Wierchu.

Widok w stronę doliny Wołosatki.
Widok w stronę doliny Wołosatki.

Spojrzenie w stronę Ukrainy.
Spojrzenie w stronę Ukrainy.

W dali widać grzbiet Wielkiej i Małej Rawki.
W dali widać grzbiet Wielkiej i Małej Rawki.

Grzbiet Szerokiego Wierchu.
Grzbiet Szerokiego Wierchu.

Pod krzyżem na Tarnicy.
Pod krzyżem na Tarnicy. Jakaś postać w czerwonej kurtce zbliża się do nas.

Wiele osób na szczycie Tarnicy jest po raz drugi, zdobywając go w warunkach zimowych. Nie minął jeszcze rok od pamiętnej ostatniej wyprawy. Pełny rok minie dopiero za dwa tygodnie. Góra prezentuje się inaczej niż wtedy, ale choć nie od razu możemy w to uwierzyć - znów zaczyna czynić cuda wokół siebie. Nisko w dolinach suną sobie powoli piękne obłoczki, a nad nami tworzą się pierzaste obłoki – odsłania się błękitne niebo, promienie słońca spadają na nas z maksymalną mocą. Na zachodzie ukazują się nam wierzchołkowe partie Rawek - wczoraj niegościnne, a dzisiaj zachęcają do odwiedzin.

Obłoczki w dolinach szarpią się po wyniosłościach, wkrótce jednak gęstnieją. Z wierzchołka Tarnicy widok jest teraz jak z samolotu lecącego ponad chmurami. Trzynastometrowy krzyż został ślicznie ozdobiony białymi pióropuszami. Są dokładnie takie jakie chcieliśmy zobaczyć na własne oczy, będąc zimą na wierzchołku góry. To magia Bieszczadów, niezwykła. Ich magia tego dnia była dla nas podwójna, gdy na szczycie góry pojawiła się postać w różowej kurce, zauroczona jak my otaczającym górskim pejzażem. Zatrzymała się spoglądając na pasmo graniczne, w tym czasie my robiliśmy sobie zdjęcie przy krzyżu. Potem przeszła koło nas na wschód, by spojrzeć na ukraińskie Bieszczady. Dopiero wtedy zwróciliśmy uwagę na jej osobę. Wypowiedzieliśmy jej imię, pierwszy raz, potem wtóry... usłyszała, odwróciła się w naszym kierunku. Niezwykłe spotkanie po wielu latach. Tarnica okazała się być bliżej dla nas, niż nasze rodzinne strony. Beata powiedziała później: „Trzeba było w zimie na Tarnicę wyjść, żeby spotkać się ze znajomymi po 20 latach. Magia... nie tylko gór”.

Spotkanie po latach.
Spotkanie po latach.

Na Tarnicy.
Na Tarnicy.

Niebo nad Tarnicą odkryło swe błękity. W dolinach zrobiło się tłoczno od chmur. Nie mogą pomieścić się w nich i wypychane są ku górze. Wierzchołek Tarnicy powoli pustoszeje. My pójdziemy na końcu. Czekamy. W pewnym momencie zostajemy na nim sami. Szczyt jest jak samotnia. To niespotykane u Bieszczadzkiej Królowej, żeby było tak cicho i pusto, nawet zimą.

O godzinie dwunastej opuszczamy szczyt góry. Tarnicę ogarnia chmura. Schodzimy na przełęcz, niczym w siną dal, bo widoczność spada. Chmury leżące w dolinach podniosły się wyżej. Przed nami idzie Nina, Kamila nieodłączne towarzyszki tej i wielu innych wędrówek. Chwilę później dochodzimy kilku innych osób. Poniżej przełęczy powoli wychodzimy z chmury. Schodzimy tą samą drogą, dość szybko. Zatrzymujemy się dłużej pod wiatą. Spoglądamy na siebie. Żartujemy, ale w duchu wesołość miesza się troszkę żal, że bieszczadzka czterodniówka dobiega końca. Zawsze ostatniego dnia przed odjazdem robi się smutno. Jest jednak satysfakcja, że udało się wszystko zrobić tak jak to zostało zaplanowane.

Niebo nad Tarnicą odkryło swe błękity.
Niebo nad Tarnicą odkryło swe błękity.

W dolinach zrobiło się tłoczno od chmur.
W dolinach zrobiło się tłoczno od chmur.
W dolinach zrobiło się tłoczno od chmur.

Stok opadający do doliny źródliskowej Wołosatki.
Stok opadający do doliny źródliskowej Wołosatki.

Wzburzone morze chmur wokół Tarnicy.
Wzburzone morze chmur wokół Tarnicy.
Wzburzone morze chmur wokół Tarnicy.

Tarnica opustoszała.
Tarnica opustoszała.

Zejście ze szczytu.
Zejście ze szczytu.

Przełęcz pod Tarnicą.
Przełęcz pod Tarnicą.

Poniżej Przełęczy pod Tarnicą.
Poniżej Przełęczy pod Tarnicą.

Las i stromszy fragment szlaku.
Las i stromszy fragment szlaku.

Kilkanaście minut po trzynastej wychodzimy z lasu. Przemierzamy płaskie dno doliny w kierunku szosy, przy której stoi kilka, może kilkanaście domów. To niewielka obecnie wioska, ale w okresie międzywojennym liczyła ponad 1000 mieszkańców, rdzennych Bojków, którzy zostali stad przesiedlenie po II wojnie światowej. Niedługo potem wszystkie budynki wsi zostały spalone. Z dawnej wsi zachował się cmentarz, podmurówka cerkwi i przydrożne krzyże. Tereny wsi były puste przez wiele lat. Dopiero pod koniec lat 60-tych XX wieku zaczęła zawiązywać się tutaj mała osada, przy której powstawała ferma hodowlana. Na początku lat 80-tych XX wieku obszary tej fermy przejął „Igloopol”. To na jego potrzeby w 1987 roku wojsko przeprowadziło rekultywację terenu doliny za pomocą materiałów wybuchowych. Ferma jednak nie została dokończona, kiedy w 1991 roku przejął ją Bieszczadzki Park Narodowy. Odtąd dolinę Wołosatki zaczęto przystosowywać pod kątem turystyki. Uporządkowano pamiątki po dawnych mieszkańcach doliny, czyli cmentarz i cerkwisko. Powstała Zachowawcza Hodowla Konia Huculskiego. Zbudowano parkingi i wiaty.

Dolina Wołosatki.
Dolina Wołosatki.

Żuraw obok cmentarza w Wołosatym.
Żuraw obok cmentarza w Wołosatym.

Stary cmentarz bojkowski w Wołosatym.

Stary cmentarz bojkowski w Wołosatym.

Stary cmentarz bojkowski w Wołosatym.
Stary cmentarz bojkowski w Wołosatym.

Popołudniem wyjeżdżamy z zakątka leżącego u podnóży Szerokiego Wierchu i Tarnicy. Dobrze było znów tu pobyć z wesołymi, sympatycznymi ludźmi. Mamy odczucie, że wszystko udało się wyśmienicie. To zasługa wszystkich, bo sami byśmy tego nie zrobili. Bieszczadzka wyprawa sylwestrowo-noworoczna byłaby nie warta organizacji, gdyby jej uczestnicy nie byli wspaniałymi ludźmi w każdym calu. To dzięki nim bawiliśmy się tak dobrze. Dawno nie mieliśmy tak szałowej zabawy sylwestrowej, nie wspominając już o urokach pozostałych punktów programu. Wspomnienie spędzonego tutaj czasu długo będzie nam siedzieć w głowie, a może nawet na zawsze pozostanie żywe, co jest całkiem możliwe, bo magia tego czasu nie odstępowała od nas ani na chwilę.




GALERIE FOTOGRAFICZNE:
w przygotowaniu
w przygotowaniu

Niedaleko po drugiej stronie granicy, na słowackim Hrebienoku już po raz piąty wzniesiono niezwykłą budowlę wykutą w lodzie, tym razem w stylu bazyliki Sagrada Familia. W słoneczny Dzień Trzech Króli, udaliśmy się w Tatry Wysokie by ją zobaczyć na własne oczy - my i sto dwie osoby - pasjonatów piękna, sympatyków tatrzańskiej kultury i górskiej wędrówki. Wędrówkę podejmujemy w Starym Smokowcu (słow. Starý Smokovec, niem. Altschmecks, węg. Ótátrafüred; 990 m n.p.m.), znanym ośrodku turystycznym położonym u stóp Tatr Wysokich, na stokach opadających z imponującego masywu Sławkowskiego Szczytu. Stąd wiodą szlaki na Hrebienok, tarasowany występ Sławkowskiego Szczytu leżący na wysokości 1285 m n.p.m. Można tam dostać się również nowoczesną kolejką linowo-torową.

TRASA:
Starý Smokovec (990 m n.p.m.) Hrebienok (1285 m n.p.m.) Bilíkova chata (1255 m n.p.m.) Wodospady Zimnej Wody (słow. Vodopády Studeného potoka) Rainerova chata (1301 m n.p.m.) Hrebienok (1285 m n.p.m.) Starý Smokovec (990 m n.p.m.)

OPIS:
Mnóstwo dzisiaj ludzi rusza ze Starego Smokowca na Hrebienok i dołącza do nich nasza potężna grupa. Dróżka jest oblodzona, raczki stają bardzo przydatnym sprzętem. Jest cieplutko, zaskakująco nietypowo jak na pełnię zimy. Warstwa śnieg niezbyt duża. Na dole widać liczne prześwity, w górnych grubość śnieżnej pokrywy stopniowo wzrasta. Na całym otaczający nas terenie widoczne są skutki huraganu z dnia 19 listopada 2004 roku, który zniszczył niemal doszczętnie rosnące lasy. Powalił on wówczas drzewa na powierzchni co najmniej 14 tysięcy hektarów niszcząc około 60% populacji świerka w słowackich Tatrach Wysokich. Usuwanie powalonych drzew trwało około 2 lata. Na odrodzenie się nowego lasu w przypadku sztucznego nasadzenia trzeba czekać co najmniej 60 lat. W konsekwencji tamtej wichury ze stoku, którym podążamy, odsłoniły się szerokie widoki na góry - Tatry Wysokie i leżące na południu Niżne Tatry, czy południowym-wschodzie Góry Lewockie.

Widok na Sławkowski Szczyt.
Widok na Sławkowski Szczyt.

Kolejka na Hrebienok.
Kolejka na Hrebienok.

Kopuły na Hrebienoku.
Kopuły na Hrebienoku.

Po niecałej godzinie docieramy na Hrebienok. Od razu udajemy się w kierunku kopuły okrywającej Tatrzańską Świątynię Lodową. Obok niej stoi mniejsza kopuła okrywająca zeszłoroczną świątynię. W ubiegłym roku lodowa świątynia stała się hitem sezonu zimowego w Wysokich Tatrach. Odwiedziło ją łącznie ponad 220 tysięcy osób. Twórcy tego niecodziennego projektu zamierzają powtórzyć swój sukces, dlatego tej zimy stworzyli jeszcze większą i okazalszą świątynię. Motywem przewodnim tegorocznej Tatrzańskiej Świątyni Lodowej jest „Hołd rodzinie”. Autorzy inspirowali się światowej sławy dziełem katalońskiego projektantem Antoniego Gaudiego: monumentalną rzymskokatolicką bazyliką Sagrada Familia w Barcelonie.

Kolejka przed wejściem nie jest jeszcze zbyt długa, szybko przesuwamy się do przodu. Po południu kolejka pod kopułę Tatrzańskiej Świątyni Lodowej z pewnością będzie znacznie większa. Wchodzimy do środka. Ogarnia nas chłód wnętrza. Skręcamy w lewo przed ścianą na którym spoczywa lodowy jaszczur. Wychodzimy przed front budowli. Budowla olśniewa, a rozmach faktycznie przerasta wcześniejszą konstrukcję. Boczne fasady zdobione są witrażami wkomponowanymi w lodowe ściany. Witraże te wykonane zostały przez szklarza i projektanta słowacko-greckiego pochodzenia Achilleasa Sdoukos. Mają one postać ośmiu rozetowych okien wykonanych w technice fusingu w połączeniu z metalami szlachetnymi i pigmentami szklarskimi. Cztery z nich przedstawiają motywy sakralne i symbole Tatr, zaś pozostałe cztery - pory roku.

Jaszczur przy wejściu.
Jaszczur przy wejściu.

Święta Rodzina.
Święta Rodzina.
Święta Rodzina.

Ponad bocznymi ścianami wznoszą się strzeliste wieże stylizowane na wzór wież świątyni Sagrada Familia. W lodowej świątyni jest 8 takich wież, czyli tyle ile do tej pory wzniesiono w oryginalnej budowli w Barcelonie, a gdzie ma być ich docelowo 18. Wieże te mają symbolizować 12 apostołów, 4 ewangelistów oraz Maryję i Jezusa (centralna i najwyższa wieża). Gdy wieże te zostaną ukończone Sagrada Familia w Barcelonie stanie się najwyższym kościołem na świecie, którego wieże sięgać będą 172 metrów wysokości.

W bocznych fasadach stoją filary i łuki, a pod nimi rzeźby niedźwiedzi, kozic. Powyżej wzbija się do lotu pszczoła. Boczne ściany stanowią efektowne tło dla lodowej budowli, nadając głębie dla Świętej Rodziny stojącej w głębi lodowego ołtarza. Monumentalna rzeźba Świętej Rodziny promieniuje złotą barwą. Otoczona jest półokręgiem filarów. Ponad nią w górę unosi się dach przeźroczystego baldachimu.

Tatrzańska Świątynia Lodowa.
Tatrzańska Świątynia Lodowa.
Spojrzenie na boczne fasady.

Tatrzańska Świątynia Lodowa.
Tatrzańska Świątynia Lodowa.

Sagrada Familia.
Sagrada Familia.

O precyzję detali tatrzańskiej budowli zadbał Adam Bakoš z zespołem słowackich, czeskich i hiszpańskich rzeźbiarzy. Artyści musieli pracować od 10-12 godzin dziennie w temperaturze sięgającej nawet - 7 stopni Celsjusza. Do zbudowania świątyni posłużyło im blisko 1440 bloków lodu o łącznej masie ponad 190 ton! To niemal dwa razy więcej brył lodu niż w roku ubiegłym. W związku z tym, iż obecna świątynia jest większa, również chroniąca ją kopuła powiększyła swoją średnicę z 18 do 25 metrów. Ciekawostką dla nas jest, iż większość lodu użytego do wykonania Tatrzańskiej Świątyni Lodowej pochodzi z dolnośląskich Prusic, gdzie znajduje się największa w Polsce fabryka lodu.

Pszczoła.
Pszczoła.

Stado kozic.
Stado kozic.

Witraże.

Tatrzańska Świątynia Lodowa.
Tatrzańska Świątynia Lodowa.

Trudno oprzeć się majestatowi Tatrzańskiej Świątyni Lodowej i choć po pewnym czasie pobytu pod kopułą dłonie marzną – nie chce się stąd wychodzić. Dzisiejszego dnia na zewnątrz jest cieplej, co odczuwamy momentalnie po opuszczeniu kopuły chroniącej Tatrzańską Świątynię Lodową.

To jeszcze nie wszystko. Podobnie jak zeszłego roku udajemy się na górski spacer do Wodospadów Zimnej Wody. Wpierw schodzimy do schroniska Bilíkova chata usytuowanego na wysokości 1255 m n.p.m. Zatrzymujemy się tam na posiłek. Schronisko to funkcjonuje tutaj od 22 grudnia 1934 roku, ale przed nim stały tutaj inne schroniska. Pierwsze zostało wybudowane w 1875 roku. Otrzymało nazwę Ruženina chata (pol. chata Róży). W 1884 roku dobudowano do niego hotel górski. Obydwa te obiekty spłonęły w pożarze w 1893 roku. W ich miejsce wzniesiono nowe dwa hotele, które w roku 1927 również zostały strawione przez pożar.

Hrebienok.
Hrebienok.

Masyw Łomnicy.
Masyw Łomnicy. Z lewej widoczny grzbiet Pośredniej Grani.

Po odpoczynku w Bilíkovej chacie udajemy się w kierunku Wodospadów Zimnej Wody (słow. Vodopády Studeného potoka). Przed nami wznosi się imponująca grań Łomnicy. Ścieżka szlaku obniża się po stromym stoku ku korycie Zimnego Potoku (słow. Studený potok). Potok ten tworzy się na wysokości około 1300 m n.p.m. z połączenia dwóch potoków: Małej Zimnej Wody (płynącego z Doliny Małej Zimnej Wody) i Staroleśnego Potoku (płynącego z Doliny Staroleśnej). Spływa przelewając się przez potężne głazy, a także przez wały moren, tworząc w ten sposób efektowne kaskady, spośród których wyodrębniona się cztery wodospady. Pierwszy tworzący szereg kaskad nosi nazwę Długiego Wodospadu (słow. Dlhý vodopád). Położony jest on na wysokości około 1150 m n.p.m. Powyżej niego na wysokości około 1240 m n.p.m. mamy Wielki Wodospad (słow. Veľký vodopád). Tworzy efektowną kaskadę o 13-metrowej wysokości. Jego podziwianie ułatwia metalowa platforma przerzucona nad potokiem. Uważany jest za najpiękniejszy ze wszystkich wodospadów Zimnej Wody i należy do najwcześniej odwiedzanych masowo miejsc w Tatrach. Wyżej w dolinie jest Skryty Wodospad (słow. Skrytý vodopád), a dalej na wysokości 1276 m n.p.m. znajduje się Mały Wodospad (słow. Malý vodopád).

Bilíkova chata (1255 m n.p.m.).
Bilíkova chata (1255 m n.p.m.).

Widok na Kotlinę Popradzką.

Łomnica i Pośrednia Grań.
Łomnica i Pośrednia Grań.

Łomnica.
Łomnica.

Szczyt Łomnicy.
Szczyt Łomnicy.

Wielki Wodospad (słow. Veľký vodopád).
Wielki Wodospad (słow. Veľký vodopád).

Wielki Wodospad (fot. Hubert Okojew).
Nad Wielkim Wodospadem (fot. Hubert Okojew).

Przed Małym Wodospadem.
Przed Małym Wodospadem.

Mały Wodospad (słow. Malý vodopád).
Mały Wodospad (słow. Malý vodopád).

Po zwiedzeniu wodospadów oddalamy się od Potoku Zimnej Wody. Docieramy do niewielkiego kamiennego budynku - Rainerowej Chatki (słow. Rainerova chata), dawnego schroniska położonego na wysokości 1301 m n.p.m. Jest obecnie najstarszym schroniskiem w Tatrach, wybudowanym w 1863 roku dla turystów zwiedzających Wodospady Zimnej Wody. Jego budowniczym był Ján Juraj Rainer, spiskoniemiecki działacz turystyczny, a także dzierżawca Starego Smokowca w latach 1833-1868. Rainerowa Chatka jest bardzo mała. Składa się tylko z jednego pomieszczenia. Dzisiaj nie oferuje już noclegów, lecz działa w niej bufet, sklep z pamiątkami i muzeum tragarzy tatrzańskich tzw. nosiczów (słow. nosiče).

Przy Rainerowej Chatce, pod drzewami stoi szopka wyrzeźbiona w śnieg. Przed szopką przygrywa kapela słowackich górali. Kolędy, pastorałki i inne ludowe nuty niosą się spod chatki. Zgromadzeni wokół Słowacy wtórują im śpiewem. Niektórzy tańczą. Dla dzieci atrakcją jest beczące jagniątko, które przybyło z góralami pod Rainerową Chatkę. Czasu mamy sporo. Nie spieszy się nam.

Śnieżna szopka przy Rainerowej Chatce.
Śnieżna szopka przy Rainerowej Chatce.

Kapela słowackich górali.
Kapela słowackich górali.

Śnieżna szopka.
Śnieżna szopka.

Spod Rainerowej Chatki wracamy na Hrebienok czerwonym szlakiem. To wygodna, raczej płaska droga, z cudownymi widokami na Spisz i Góry Lewockie w promieniach zachodzącego już słońca. Na Hrebienoku jest wciąż mnóstwo ludzi. Niektórzy znów stoją w kolejce przed kopułą Tatrzańskiej Świątyni Lodowej, by spojrzeć na nią po raz wtóry przed zejściem do Starego Smokowca. W ten popołudniowy czas jest faktycznie tłoczniej. Niektórzy przed zejściem zaglądają do restauracji Hrebienok, gdzie można odpocząć i przekąsić. Ludzie chętnie zasiadają na zewnątrz, na werandzie ogarniętej blaskiem słońca. Jest ciepło. Panuje temperatura dodatnia, kilka stopni powyżej zera (chyba +7 °C).

Widok na Góry Lewockie.
Widok na Góry Lewockie.
Widok na Góry Lewockie.
Widok na Góry Lewockie.

Hrebienok.
Hrebienok.

Hrebienok.
Hrebienok.

Stary Smokowiec.
Stary Smokowiec.

Sławkowski Szczyt widziany ze Starego Smokowca.
Sławkowski Szczyt widziany ze Starego Smokowca.

Sami decydujemy się na wcześniejsze zejście do Starego Smokowca, zostawiając sobie czas na kawiarenkę z cynamonowym ciastkiem do kawy - zapach świątecznych ciast. Odjeżdżając stąd zabieramy wspaniałe wspomnienie czasu spędzonego w nastrojowych klimatach z niezwykłymi ludźmi, wrażliwymi na piękno, uosabiającymi najwyższy poziom turystycznej kultury. Był to dla nas bardzo uroczy dzień.


GALERIE FOTOGRAFICZNE:
Tatrzańska Świątynia Lodowa



Translator

Info

Licencja Creative Commons Gdy nie jest to inaczej sprecyzowane pod konkretnym materiałem, to:
Publikowane na blogu materiały można wykorzystać na warunkach licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie materiałów publikowanych na niniejszym blogu i jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o twórcy i adresu internetowego bloga. Pozwala się na wykorzystanie tych materiałów w innych dziełach pod warunkiem udostępniania ich na tej samej licencji.

Kuferek

Hej wędrowcze, właśnie otworzyłeś malutki skarbczyk.
Nie jest on drogocenny, ale nie wykluczone, że znajdziesz w nim coś
co może Ci się przydać.

Kolekcje

Wędrowanie po znanych i nieznanych szlakach to ogrom niesamowitych wrażeń i emocji. Z każdą zakończoną wędrówką wiąże się tęsknota i czar wspomnień. Odczucia takie towarzyszą nam od samego początku przygody, wyzwalając potrzebę zachowania przeżyć, nie tylko w ulotnej pamięci ludzkiej, ale również w formie bardziej trwałej, w postaci fotografii, opisów, dzienniczków przebytych tras, odwiedzonych miejsc, czy zdobytych szczytów. Utrwalanie to jest również okazją do usystematyzowania turystycznych poczynań wg różnych kryteriów - zdobytych koron gór, przebytych szlaków, itp.

Napisz do nas