Pierwsze plażowanie w Andaluzji i poranek na Playa de Levante
Wychodzimy z łóżka bez żadnego pośpiechu. Spaliśmy dziś naprawdę długo, bez
uciążliwego zerkania na zegarek, tak jak powinno się to robić na prawdziwych
wakacjach. Jest dokładnie 23 lipca i idziemy szeroką Avenida Príncipe de
Asturias. To dla nas niesamowity spacer, stanowiący nasze pierwsze, zetknięcie z miastem La Línea – cały wczorajszy dzień spędziliśmy przecież
praktycznie po stronie brytyjskiej, intensywnie zwiedzając Gibraltar. Ulica ta
biegnie wzdłuż samej linii granicznej, a idąc nią z fascynacją obserwujemy nie
tylko Skałę Gibraltarską ale również tutejsze poranne życie. Uwagę naszą
przykuwają kawiarenki znajdujące się po drugiej stronie drogi. Są pełne ludzi.
Wszystkie miejsca są zajęte, w środku i na zewnątrz pod parasolami. Hiszpanie
spędzają czas przy tradycyjnej porannej kawie, celebrując rytuał
andaluzyjskiego śniadania (desayuno andaluz). Z odległości nie widzimy
dokładnie, co jest na ich talerzach, ale często królują chrupiące tosty i
lokalne bułeczki. Na tę chwilę nie znajdziemy miejsca, aby złączyć się z
poranną hiszpańską tradycją. Zapach parzonego espresso miesza się w powietrzu
z morską bryzą, która ciągnie nas dalej ku sobie.
Przechodzimy wzdłuż rozległego parku miejskiego – Parque Princesa Sofía.
Przeprowadzana jest tam obecnie renowacja, ale zza ogrodzenia możemy ujrzeć
kilka unikatowych roślin, wśród nich znajdują się unikalne okazy drzew. Wśród
nich wyróżnia się absolutny król tego miejsca: potężne, stuletnie Drago, czyli
smocze drzewo (Dracaena draco), będące jednym z najstarszych i największych
pomników przyrody w regionie Campo de Gibraltar. Te unikalne rośliny
naturalnie pochodzą z wysp Makaronezji – głównie z Wysp Kanaryjskich, Madery i
Zielonego Przylądka – a na Półwysep Iberyjski zostały sprowadzone jako
egzotyczna ciekawostka. Smocze drzewa rosną niewiarygodnie wolno. Przez
pierwsze 10–15 lat życia przypominają pojedynczy pień z pióropuszem liści, a
dopiero po pierwszym zakwitnięciu zaczynają się rozgałęziać, co pozwala
botanikom w przybliżeniu określić ich wiek. Potrafią żyć setki lat, a
największe okazy na świecie osiągają gigantyczne rozmiary, dorastając do 20
metrów wysokości, a obwód ich pnia może wynosić nawet kilkanaście metrów! Z
drzewem tym wiąże się fascynująca ciekawostka: jego żywica po utlenieniu
przybiera intensywnie czerwoną barwę i jest nazywana „smoczą krwią”.
Starożytni Rzymianie i Guanczowie (rdzenni mieszkańcy Kanarów) wierzyli, że ma
ona magiczne, lecznicze właściwości. Przez wieki używano jej jako barwnika,
medykamentu, a nawet do balsamowania ciał. Podziwianie tak egzotycznego,
potężnego okazu zaledwie kilkaset metrów od plaży wywiera w nas spory zachwyt.
|
|
Stuletnie Drago (Dracaena draco), czyli smocze drzewo w parku
Księżnej Sofii w La Línea.
|
Dalej, za parkiem, na rozległym placu przylegającym do ulicy, uderza nas widok
ogromnego wesołego miasteczka. Konstrukcje potężnych karuzel i wyróżniającego
się wysokością koła młyńskiego w całym gąszczu innych festiwalowych atrakcji i
stoisk. Stoją teraz puste, jakby uśpione, czekając na wieczór. To sezonowy
element wpisujący się teraz w miejski pejzaż La Linea – trafiliśmy w okres
najważniejszego, corocznego święta miasta, La Velada y Fiestas, które odbywa
się właśnie w połowie lipca. Te objazdowe atrakcje, nazywane przez Hiszpanów
los cacharritos, nocą zmieniają to miejsce w tętniące życiem, rozświetlone
neonami serce andaluzyjskiej fiesty, ale teraz panuje tu jeszcze pełny spokój.
|
Portada de la Feria – efektowna, rozświetlona nocą. brama
wejściowa na teren festiwalu w La Línea.
|
|
Monumento a la Feria (znany też jako Monumento a la Velada y Fiestas) –
serce corocznego święta miasta La Línea.
|
|
Fontanna miejska przy Forcie św. Barbary, La Línea de la Concepción (Fuente junto al Fuerte de Santa Bárbara).
|
Idąc dalej przed siebie, docieramy w okolice plaży Santa Bárbara (Playa de
Santa Bárbara). Plaża ta, obok wypoczynkowej przestrzeni, kryje w sobie część
historii regionu. Tuż ponad piaskami plaży znajdują się pozostałości
osiemnastowiecznego Fortu Santa Bárbara (Fuerte de Santa Bárbara), który
stanowił kluczowy element słynnej Linii Gibraltaru – potężnego pasa
hiszpańskich umocnień wojskowych. Wzniesiono go w latach 30. XVIII wieku w
celu militarnej izolacji i kontroli Gibraltaru po tym, jak został przejęty
przez Brytyjczyków. Twierdza Fortu Santa Bárbara została zniszczona w 1810
roku podczas wojen napoleońskich, by nie wpadła w ręce Francuzów. Dzisiaj jej
malownicze ruiny przypominają o dawnych, burzliwych konfliktach granicznych w
tutejszym regionie. Dalej wznosi się potężny masyw Skały Gibraltaru.
Wspomnienia z tej góry mamy świeże, bo wczoraj zwiedzaliśmy ją dość
intensywnie, przechodząc z jednej strony na drugą przez te słynne, strome
ścieżki (Mediterranean Steps) i zaliczając oczywiście bliskie spotkania z
gibraltarskimi małpami. Teraz z innej perspektywy możemy podziwiać jej
najbardziej urwiste, pionowe ściany. To niesamowite uczucie, bo zaledwie
wczoraj byliśmy tam na górze i spoglądaliśmy stamtąd przez skalne okna na
miejsce, w którym znajdujemy się obecnie. Patrząc teraz z plaży na surowy
masyw, wyraźnie widzimy wykute w skale okna układające się w linii słynnych
tuneli wydrążonych w skale. Poniżej widzimy baterie armat rozmieszczonych na
płaskowyżach zbocza Skały. Tam też, w różnych miejscach góry, rozsiane są
licznie punkty widokowe, z których chłonęliśmy rozległą panoramę w tę stronę,
gdzie ciągnie się długie słoneczne wybrzeże Andaluzji.
|
|
Jedno z dział wchodzących w skład Princess Anne's Battery na Willis'
Plateau.
|
|
Wejście do tuneli (Gibraltar's Great Siege Tunnels) i wiszący taras
widokowy widoczne z plaży Levante.
|
|
Okna w litej skale – otwory strzelnicze St. George’s Hall wewnątrz Great
Siege Tunnels (legendarne nacięcie w skale zwane „The
Notch”).
|
Z Playa de Santa Bárbara płynnie przechodzimy na dłuższą Playa de Levante,
która na tym odcinku w mapach Google jest oznaczona jako Playa del Castillo
(Plaża Zamkowa), od ruin dawnego fortu. Lokalni mieszkańcy od pokoleń nazywają
to miejsce po prostu zamkiem (El Castillo). Jednak oficjalna nazwa całej tej
długiej, wschodniej plaży w bazach miejskich to Playa de Levante. Słowo
Levante oznacza po hiszpańsku po prostu „wschód” (od kierunku wiatru wiejącego
od wschodu). W rezultacie niemal każde miasto na tym wybrzeżu, które ciągnie
się po wschodniej części Półwyspu Iberyjskiego ma swoją własną „Playa de
Levante”. Najsłynniejsza, gigantyczna i masowo odwiedzana przez turystów Playa
de Levante znajduje się w Benidormie (na Costa Blanca) – i to o niej
najczęściej piszą przewodniki w sieci. My zajmiemy się teraz Playa de Levante
w La Línea de la Concepción sąsiadującej z Gibraltarem.
|
Imponujący widok na monumentalną północną ścianę Skały Gibraltarskiej z
plaży Playa de Levante w La Línea.
|
|
|
Nowoczesne drapacze chmur pod Skałą Gibraltarską przy Devil’s Tower
Road.
|
Docieramy do drewnianego chiringuito, stojącego na skraju piasku, zaraz przy
szosie ciągnącej się wzdłuż wybrzeża. To typowy dla Hiszpanii mały, swobodny
bar na plaży, oferujący zimne napoje, przekąski, tapas oraz świeże owoce morza
w luźnej, wakacyjnej atmosferze. Jest już otwarte, ale klientów nie ma prawie
wcale – jesteśmy jednymi z pierwszych, którzy tu dziś zawitali. Wchodzimy na
drewniany taras pod płóciennym zadaszeniem i zajmujemy miejsca w środku.
Chronimy się w ten sposób przed naporem porannego słońca. Na piasku przed
barem stoją już równo rozstawione parasole i leżaki dla plażowiczów,
którzy lada moment mają się tutaj pojawić.
Kilka metrów od nas jeden z czarnoskórych pracowników chiringuito dopiero
zaczyna rozpalać ogień na wielkim, plażowym grillu. Ruszt jest jeszcze
zupełnie pusty, w jego ruchach widać codzienną rutynę, a w powietrzu zaczyna
unosić się charakterystyczny zapach podpałki. Ten widok uświadamia nam
naturalną wielokulturowość dzisiejszej Andaluzji – regionu, który od wieków
chłonął wpływy z różnych kontynentów, a dziś po prostu miesza ze sobą różne
kultury i języki, tworząc tę unikalną, otwartą atmosferę południa.
Menu jest na razie mocno okrojone, bo kuchnia dopiero się rozkręca, ale dużo
nam nie potrzeba. Zamawiamy café con leche - popularny hiszpański napój
kawowy, na który składają się mocna kawa, gorące mleko oraz opcjonalnie
cukier. W dosłownym tłumaczeniu oznacza to „kawę z mlekiem”. Wraz z kawą
zamawiamy coś na śniadanie. Jak wspomnieliśmy, dużego wyboru na razie nie ma,
ale tosty na początek dnia są w zupełności wystarczające. Dostajemy małe,
zwarte, zagrzane kromki, między którymi skryte są plastry dobrej wędliny i
sera. Tosty są bardzo smaczne, chrupiące i syte. Takie śniadanie w pełni
zastępuje nam jajecznicę, którą zwykle jemy na co dzień w Polsce, jak również
w podróży, wszędzie tam, gdzie tylko mamy taką możliwość. Tosty to idealny
posiłek w tę gorącą pogodę, bo w takim słońcu człowiek nie ma ochoty na nic
ciężkiego ani przekombinowanego, więc to proste, ciepłe śniadanie daje
dokładnie tyle energii, ile nam trzeba, bez uczucia przejedzenia.
Utrzymuje się delikatna bryza, ale czujemy, że z każdą minutą robi się już
bardzo ciepła. Rozgrzana lipcowym słońcem przynosi prawdziwie gorący dzień.
Przed południem plaża zaczyna powoli ożywać. Nie ma żadnego problemu ze
znalezieniem atrakcyjnego miejsca na plaży, więc nie musimy się nawet spieszyć
ani zrywać o świcie, żeby zająć strategiczny punkt. Każdy bez problemu
znajduje tutaj miejsce dla siebie, które zapewni mu prawdziwy azyl -
przestrzeń gwarantującą spokój, ciszę czy nawet szczyptę prywatności. I dzieje
się to zupełnie bez użycia parawanów, akcesorium tak charakterystycznego na
polskich plażach i powszechnie na nich spotykanego, które tutaj zupełnie nie
istnieje. Ludzie szanują swoją przestrzeń naturalnie i nikt nie siada nam na
głowie.
|
|
Piękny czas nad morzem pod andaluzyjskim słońcem.
|
Rozkładamy się blisko brzegu, maksymalnie dwa, trzy metry od delikatnie
napływającej fali, która z każdym leniwym ruchem przetacza i przenosi ze sobą
mnóstwo drobnych muszli. Siedząc tak blisko wody, zaczynamy je nawet zbierać,
za zachętą innych, którzy to robią. Wybieramy najładniejsze okazy, choć tak
naprawdę sami nie wiemy, co z nimi później zrobimy. W tyle głowy krąży nam
przecież niepewność, czy w ogóle będziemy mogli wziąć je potem ze sobą na
pokład samolotu w bagażu podręcznym, czy też może celnicy każą nam je
zostawić. Mimo to, urok chwili wygrywa i mała kolekcja obok naszego koca
powoli rośnie.
Sama Playa de Levante jest niezwykle przyjemna, zresztą jak inne plaże
słonecznego wybrzeża Andaluzji. Oficjalne przewodniki w internetowych bazach
opisują ją jako szeroką, miejską plażę z ciemnym piaskiem i pełną
infrastrukturą. Nasze bose stopy potwierdzają tę charakterystykę, faktycznie
tutejszy ciemny piasek okazuje się niezwykle przyjemny dla stóp. W miejscu,
gdzie plaża niknie w morzu, na szerokości około dwóch, może trzech metrów,
piasek ten jest odrobinę grubszy i zmieszany z tymi wszystkimi przesuwanymi
przez fale muszlami. Nie ma w nim jednak żadnych kamieni, a więc chodzenie po
tym pasie jest całkowicie komfortowe. Co najlepsze, wystarczy wejść zaledwie
metr lub dwa w głąb morza, by dno całkowicie się zmieniło – pod stopami czuje
się już wtedy tylko cudowny, idealnie miękki i przyjemny piaseczek.
|
|
Wspólne łapanie cudownych chwil życia.
|
|
|
Pełen reset i błogi spokój – bezwładne dryfowanie w wodach Morza
Śródziemnego.
|
Z każdą minutą gorąco andaluzyjskiego cudownego słońca spada na nas coraz
silniej, lejąc się z nieba coraz silniejszym strumieniem. Na pewno byśmy długo
nie wytrzymali na kocu, gdyby nie sąsiedztwo kojącego, chłodnego morza.
Wchodzimy do wody bardzo często – jest to niesamowicie przyjemne. To rytm,
któremu oddają się wszyscy plażowicze, który jest jak rytuał przekazywania
ciepła rozgrzanego ciała wodom morza w zamian za ich dobroczynny chłód. To
naturalna sztuka przetrwaia lipcowego upału. Przy pierwszym wejściu woda za
każdym razem sprawia wrażenie lodowatej, ale to pewnie wynika z tego, że nasze
ciała są mocno rozgrzane. Wystarczy spędzić kilka minut w wodzie, by odczucia
były zupełnie inne i woda stała się cieplejsza i zachwycająco przyjemna. Chłód
morza idealnie balansuje rozgrzaną bryzę płynącą znad wód morza. Woda jest
oczywiście bardzo słona, a tym samym łatwo unosi nasze ciała na powierzchni,
aż do tego stopnia, że nie trzeba być zbyt aktywnym, aby utrzymać się na
powierzchni wody – woda sama trzyma nas w górze, pozwalając na swobodne,
bezwysiłkowe dryfowanie w pozycji niemalże horyzontalnej. To cudowne
zawieszenie potęguje głębokie uczucie odprężenia. Choć to wielki akwen i tutaj
połączony jest bezpośrednio z otwartymi wodami Oceanu Atlantyckiego, woda jest
niezwykle spokojna, prawie gładka, bez wielkich fal i przejrzysta. W pewnym
momencie zauważamy, że zaczyna się przypływ.
Ale ten tutejszy przypływ, jak i cała aura, jest zupełnie inna niż to, co
pamiętamy z północy Hiszpanii, z Galicji, gdzie niedawno bywaliśmy. Pogoda
tutaj, w Andaluzji, jest całkowicie odmienna. Na tym południowym skraju
Hiszpanii słońce świeci stabilnie nawet przez 300 dni w roku. Zupełnie inaczej
niż tam, gdzie jeszcze niedawno doznawaliśmy potęgi ogromnych przypływów
morskich na plażach wokół surowego przylądka Fisterra (Finisterre) czy w
zatoce Ensenada de San Simón przy Praia de Cesantes. Tam panuje specyficzna,
typowo galicyjska pogoda, na którą po prostu trzeba być przygotowanym – piękne
słońce niemal codziennie przeplata się tam z przelotnymi deszczami, a
amplituda pływów sięgająca 3 metrów gwałtownie wręcz połyka brzeg, albo
odkrywa morskie skarby. Tutaj, na Playa de Levante, woda podnosi się leniwie i
niezauważalnie, zaledwie o jakieś 80 centymetrów, a niebo przez całe dnie
pozostaje nieskazitelnie błękitne. Śródziemnomorska niecka i andaluzyjski
klimat skutecznie łagodzą ten drapieżny, atlantycki temperament, sprawiając,
że przypływ jest niemal symboliczny, a dzień – idealnie słoneczny i
przewidywalny. Nic nie zakłóca nam sielskiego przedpołudnia na Levante.
|
|
Orzeźwiająca kąpiel w ciepłych wodach Morza Śródziemnego
|
|
|
Idealny balans - orzeźwienie dla upalnego dnia w wodach Morza
Śródziemnego.
|
Ta idylla, ceniona przez wielu, wynika też z faktu, że na plażach w Hiszpanii
obowiązują surowe przepisy porządkowe ustalane przez lokalne władze gminne, a
za złamanie ich grożą wysokie mandaty, często sięgające do nawet 750 euro.
Lokalne prawo bezwzględnie tępi tzw. „rezerwowanie miejsc”, a więc zostawianie
pustego ręcznika lub parasola na piasku w celu zajęcia punktu na później jest
surowo zakazane. Wszelkie porzucone rzeczy są usuwane przez służby. Obowiązuje
tu również całkowity zakaz spania i biwakowania, w tym rozkładania namiotów i
nocowania na plaży. Na wielu wyznaczonych plażach zabronione jest również
picie alkoholu (słynne botellón) oraz palenie papierosów. Natomiast ze
względów ekologicznych niedozwolone jest używanie mydła lub szamponu pod
otwartymi, plażowymi prysznicami, ponieważ woda z chemią spływa bezpośrednio
do środowiska. Lista ograniczeń w wielu regionach obejmuje także zakaz
używania głośników puszczających głośną muzykę, wprowadzania psów poza
specjalnie wyznaczone, odrębne strefy plażowe, a nawet uprawiania seksu w
strefie przybrzeżnej.
I właśnie to jest tutaj niezwykłe – jak surowe, oficjalne przepisy, które na
papierze mogą wydawać się niemal przesadnie rygorystyczne, w praktyce
przekładają się na atmosferę pełnego luzu i spokoju, którą odczuwamy na każdym
kroku. Połączenie przepisów chroniących plażę i jej otoczenie z naturalną
kulturą plażowiczów sprawia, że Playa de Levante staje się prawdziwym
śródziemnomorskim azylem. Można tu po prostu odetchnąć, zwolnić i bez reszty
zanurzyć się w błogim, leniwym bujaniu w obłokach, których niestety tutaj w
ogóle nie ma.
|
|
Playa de Levante – kolorowe parasole plażowiczów na tle nowoczesnych
wieżowców i Skały Gibraltarskiej.
|
|
|
Słoneczny relaks na Playa de Levante.
|
Nasza sielanka na Levante powoli zbliża się jednak do końca, bo na zegarku
wybija już godzina 14:30. Słońce pali bezlitośnie, głód zaczyna dawać o sobie
znać, więc uznajemy, że to idealny czas, by zwinąć obozowisko. Pakujemy koc,
zbieramy naszą małą kolekcję muszli i wtedy następuje moment prawdy. Piasek
przez te kilka godzin nagrzał się do tego stopnia, że jest jak rozżarzona
patelnia. Nie myśleliśmy o tym mając sąsiedztwo chłodnych wód morza i jego
delikatnej fali. Próba przejścia tych kilkudziesięciu metrów boso, w stronę
drogi i restauracji, graniczy z cudem. Każdy krok parzy w bose stopy tak
silnie, że bez sandałów czy butów na nogach pokonanie tego pasa suchego,
głębokiego piasku jest po prostu niemożliwe. Szybka ewakuacja w obuwiu staje
się koniecznością. Wzdłuż całej plaży rozmieszczone są prysznice, gdzie można
opłukać całe ciało solidnie osolone morzem oraz obmyć stopy z piasku. W ten
sposób odświeżeni, wchodzimy napić się coś zimnego i rześkiego do chiringuito.
O ile w Polsce o tej porze jest to już typowy czas popołudniowego obiadu, o
tyle tutaj, w Hiszpanii, wciąż tego nie wiemy. Gorąc andaluzyjskiego cudownego
słońca tak naprawdę wymazuje głód z naszych odczuć. To dziwne i zaskakujące,
jak po tylu godzinach spędzonych w rozgrzanym powietrzu wygasza się pragnienie
głodu, zostawiając miejsce wyłącznie na kolejną szklankę czegoś
orzeźwiającego. Jednak zjeść coś oczywiście musimy, żebyśmy mieli siły podążać
dalej andaluzyjskimi ścieżkami La Línea i żeby mieć siłę i ochotę pisać Wam
dalsze relacje. Zmierzamy na drugą stronę półwyspu – tam, gdzie wczorajszego
wieczoru mogliśmy skosztować tutejszych nieskomplikowanych skarbów morza, po
prostu świeżej, soczystej rybki z półmiskiem przepysznych sałat.
🗺️ Przeżyj z nami tę wyprawę dzień po dniu!
Zobacz pozostałe materiały i odkryj krajobrazy cypla Europy.