Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gorce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gorce. Pokaż wszystkie posty
Mróz, siarczysty mróz, nie każdy miał ochotę wystawić nos za próg domu. Chyba tylko poza trzydziesto trzy osobową ferajną, która przybyła dzisiaj do Mszany Dolnej. Dotarli tutaj choć nie każdemu odpalił samochód. Po za nami na ulicach ludzi nie widać. Siedzą w ciepełku domostw, bo mróz aż trzeszczy. Ta wyprawa zaczyna się jednak bez względu na panujący mróz, choć grupa została przez niego przetrzebiona i to aż o połowę. Wyzwanie podjęli tylko najwięksi śmiałkowie, najodważniejsi wojownicy. Ruszają tropami Rysia po Beskidzkich Wyspach.


TRASA:
Mszana Dolna (384 m n.p.m.) czarny szlak Adamczykowa (612 m n.p.m.) czarny szlak Podobin czarny szlak Potaczkowa (746 m n.p.m.) czarny szlak Olszówka (455 m n.p.m.) czarny szlak Dział (529 m n.p.m.) czarny szlak Skalisne (443 m n.p.m.) czarny szlak Grzebień (677 m n.p.m.) czarny szlak Rabka-Zdrój, Słone (540 m n.p.m.) czarny szlak Rabka-Zdrój (481 m n.p.m.)

OPIS:
Mszana Dolna jest małym miastem malowniczo położonym pomiędzy wzniesieniami Gorców i Beskidu Wyspowego. Uważana jest za stolicę górali o niepowtarzalnym folklorze. Zwani są Zagórzanami, bo tereny ich zamieszkania leżą względem innych grup etnicznych autentycznie za górami i… lasami (można dodać). Nazwa tego miasta nigdy nie była ostatecznie wyjaśniona, ale najprawdopodobniej odziedziczona została od potoku Mszanka, który z kolei wziął swą nazwę od mchu porastającego jego brzegi, a wykorzystywanego przez miejscowych górali do ocieplania drewnianych domów, czyli do tzw. „mszenia”.

Dzieje Mszany Dolnej sięgają 1365 roku, skąd pochodzi pierwszy dokument wzmiankujący o istniejącej tu osadzie, nazywanej Mieściskiem lub Starą Mszaną. Obok niej na lewym dorzeczu Raby na tzw. Zarabiu istniała inna wieś Mszana. Obie Mszany połączyły się w jeden gród prawdopodobnie jeszcze w XIV wieku za panowania Kazimierza Wielkiego. W 1369 roku uzyskała prawa miejskie i wtedy pojawia się określenie Mszana Dolna, dla odróżnienia założonej w tym samym czasie pobliskiej wsi Mszana Górna.

Rozwój Mszany Dolnej stymulowany był położeniem u zbiegu rzek Raby i Mszanki oraz traktu handlowego Kraków-Koszyce. Okres wojen Rzeczypospolitej przyczynił się jednak do stopniowego upadku miasta, zaś podczas potopu szwedzkiego zostało ono doszczętnie spalone. Odtąd na długo Mszana Dolna pozostawała małą wioską. Ponowny jej rozwój nastąpił dopiero w XIX wieku po nadaniu Galicji autonomii w wyniku zawartej ugody austriacko-polskiej. W czasie II wojny światowej Mszana Dolna straciła ponad 1 tysiąc mieszkańców z około 4 tysięcy zamieszkujących ją przed wojną. Po tej wojnie Mszana Dolna rozwijała się dalej, a wzrost jej znaczenia przyczynił się do odzyskania w 1952 roku praw miejskich. Uznawana za stolicę Zagórzan stanowi dziś ważny ośrodek turystyczny w regionie.

Rozpoczynamy zimowa wędrówkę. Wymarsz następuje o godzinie 7.45. Podążamy w górę ulicy Marka biegnącej łagodnie w kierunku szczytu Adamczykowej i Potaczkowej. Oddalamy się od rzeki Mszanki. Mijamy stojący po prawej potężny murowany budynek wchodzący niegdyś w skład mszańskiego kasztelu z XVI wieku. Nazywany jest Folwarkiem. Jest obecnie najstarszym zabytkiem w Mszanie Dolnej. W starych murach Folwarku pojawiło się nowe życie. Od paru lat działa w nich „Stara Winiarnia” z restauracją, hotelem, galerią sztuki i klubem muzycznym.

Folwark „Stara Winiarnia”.
Folwark „Stara Winiarnia”.

Za doliną Mszanki wznosi się Grunwald (624 m n.p.m.).
Za doliną Mszanki wznosi się Grunwald (624 m n.p.m.).

Stopniowo zwiększamy pułap. Wkrótce rzednieją zabudowania i za niedługo jesteśmy powyżej zabudowań Mszany Dolnej. U stóp naszych stoi teraz miasto, a za doliną Mszanki uwidocznił się Grunwald (624 m n.p.m.). Widok tego wzniesienia przywodzi na myśli batalię stoczoną w 1410 roku. To na jej cześć w 1910 roku mieszkańcy Mszany Dolnej nadali temu wzniesieniu taką właśnie nazwę. Było to (jak można ławo wyliczyć) w 500 rocznicę Bitwy pod Grunwaldem. Niegdyś wzgórze to było nazywane Burdelem, która jednak mimo nasuwających się skojarzeń w tym przypadku nie ma nic wspólnego z budynkiem społecznościowym. W gwarze małopolskiej słowem „burdel” często określany jest stary, zniszczony dom, zaś w nazewnictwie karpackim nazwa ta wywodzi się najprawdopodobniej do zagrody dla owiec, która w języku rumuńskim ma określenie „burden”.

Okolica jest jeszcze zacieniona. Słońce skrywa się jeszcze za górskimi wzniesieniami. To potęguje mroźny chłód, który może skłonić nas do wycofania się. Na wszelki wypadek mamy ustalone inne warianty wędrówki, lecz w tym momencie wszyscy bez zawahania twardo podążają w górę zbocza. I zapewne nikt nie spodziewa się jaką cudowną niespodzianką zauroczy nas natura, choć to takie oczywiste. Okolica tonie jeszcze w cieniu, bowiem słońce jeszcze nie wyjrzało do nas zza gór. Nad nami i dookoła nieboskłon pozbawiony jest praktycznie chmur. Tylko smog w dolinach zalega, ale my jesteśmy już ponad nim. Oddychamy czystym, choć bardzo ostrym powietrzem poprzez warstwy tkanin osłaniających usta i twarz.

Słońce jeszcze nie wyjrzało do nas zza gór.
Słońce jeszcze nie wyjrzało do nas zza gór.

Stoki wzniesienia, które zdobywamy pokryte są białym puchem. Z prawej za wierzchowiną pojawia się czubek innego wzniesienia, góry najwyższej Beskidu Wyspowego – Lubonia Wielkiego (1022 m n.p.m.), na który wiedzie kolejny etap tej wędrówki. Z lewej na wschodzie ciągnie się grzbiet z niemal zupełnie bezleśną Kocią Górką (602 m n.p.m.). Za Kocią Górką i kolejnymi wypiętrzeniami na grzbiecie niebo czerwieni się. Czerwień miksuje się z błękitem nieba. Lada chwila powitamy dzień w blasku wschodzącego słońca. Czy to było w programie wycieczki? Bez słów, spojrzeniem w oczy dzielimy się narastającymi emocjami. Nie trzeba teraz zagłuszać tej ciszy rozrywanej krwistym widnokręgiem na wschodzie. Mróz oszronił wystające spod czapek kosmyki włosów, zabrał się teraz za rzęsy, które próbuje skleić. W marszu mróz przestaje być dokuczliwy, a nawet nie jest zbytnio odczuwalny. Za parę minut zza gór wyjrzy rąbek tarczy słonecznej… wtedy przystaniemy.

Spektakl zaczyna się o godzinie 8.08. Przez moment za grzbietem pojawia się błyskający punkcik, który w sekundach rozszerza się. Unosząca się ponad wschodnim horyzontem aura lśni blaskiem, ale niebawem wyblaknie pod wpływem ostrego słonecznego światła. Słońce wschodzi bezpośrednio zza górskiego grzbietu. Po przeciwległej stronie szczyt Lubonia Wielkiego już błyszczy lśnieniem słonecznych promieni. Nabiera rumieńców począwszy od wierzchołka, od którego światło powoli przesuwa się w dolne partie góry. Promienie muskają też śnieży stok po którym maszerujemy. Mróz jednak jest jednak tak duży, że nie ulega słonecznej energii. Może tylko nieco ustępuje pod wpływem światła naszej prężniejącej gwiazdy. Kwadrans po ósmej tarcza słoneczna odrywa się od gór i sunie dalej w górę sklepienia.

Wschód słońca.
Za grzbietem pojawia się błyskający punkcik.

Wschód słońca.
Blask słońca jest coraz intensywniejszy.

Wierzchołek Lubonia Wielkiego (1022 m n.p.m.).
Wierzchołek Lubonia Wielkiego (1022 m n.p.m.).

Wschód słońca.
Słońce wschodzi bezpośrednio zza górskiego grzbietu.

Wschód słońca.
Witamy dzień w blasku wschodzącego słońca.

Wschód słońca.
Słońca za moment oderwie się od górskiego grzbietu.

Wschód słońca.
Tak zaczął się ten nasz słoneczny dzień.

Puch skrzypi nam pod butami. Podążamy dalej tropami Rysia. Przewiany śnieg pokrywa wzgórza przeważnie cienką warstewką, ale w zagłębieniach terenu skrywają się niewielkie pułapki - zaspy. Nieliczne, ale są takie miejsca, gdzie wpada się w śnieg po kolana. Przecierający szlak wykazują się jednak doświadczeniem starając omijać takie miejsca, choć nie w każdym miejscu jest to możliwe. Przechodzimy obok pierwszego lokalnego wypiętrzenia na grzbiecie, które wieńczy maszt przekaźnika telefonii komórkowej. Za nim mamy płytka przełączkę przed Adamczykowa, przykrytą grubsza warstwą białego puchu. Przez minutę brodzimy w puchu, a potem znów idziemy polną dróżką między zagonami.

Dawno, dawno temu te i okoliczne wzniesienia porośnięte były pierwotną puszczą karpacką, ale gdy pojawiło się osadnictwo i pasterze wołoscy zaczęto przystosowywać je na potrzeby pasterstwa i rolnictwa. Nasze wzniesienie zostało zupełnie ogołocone z lasów w okresie przeludnienia, kiedy pod uprawy i pasterstwo przeznaczano każdy skrawek ziemi. Było tak aż do lat 80-tych XX wieku, kiedy pasterstwo na Podhalu i w całych Beskidach przestało być opłacalne. W latach 90-tych XX wieku również rolnictwo stało się tutaj nieopłacalne. Dzisiaj większość z tych pól i łąk to nieużytki. Niektóre nie są nawet koszone, wskutek czego można zaobserwować tutaj naturalną sukcesję wtórną lasów. Skupiska lasów są jednak nieliczne i niewielkie.

Za pierwszym wypiętrzeniem grzbietu.
Za pierwszym wypiętrzeniem grzbietu.

Przed Adamczykową.
Przed Adamczykową.

Luboń Wielki.
Luboń Wielki.

Polna dróżka.
Polna dróżka.

Głębszy śnieg.
Głębszy śnieg.

Słońce płonie, ale mróz silniejszy.
Słońce płonie, lecz mróz silniejszy.

Promienie słońca kładą się po obielonych zagonach niczym bicze. Słońce jest leniwe i nie ma siły walczyć z mroźnym powietrzem. Po zachodniej stronie zbocze delikatnie wznosi się, po czym opada w dolinę Raby. Z tamtej strony biel pokrywająca zbocze górskie wydaje się być bezkresna, bo nie widzimy jego spadu, ale styk z błękitnym niebem. Wystaje tam jednak Luboń Wielki, który niweluje zimową monotonię. Z lewej zbocza opadają do doliny Porębianki, gdzie stoją zabudowania wsi Podobin.

O godzinie 8.45 mijamy szczyt Adamczykowej (612 m n.p.m.) i schodzimy na przełęcz. Naszym oczom ukazuje się Potaczkowa, najwyższa góra na trasie wędrówki. Dzielą nas od niej dwa nieduże garby na grzbiecie. Na ośnieżonych polach sterczą uśpione krzaki z ciernistymi gałązkami. Nie ma wiatru, który kołysałby ich gałązki skute szklistym lodem. To lodowa kraina.

Promienie słońca kładą się po obielonych zagonach.
Promienie słońca kładą się po obielonych zagonach.

W górę po śnieżnych zagonach.
W górę po śnieżnych zagonach.

Przyroda gra dalej spektakl światła i koloru.
Przyroda gra dalej spektakl światła i koloru.

Luboń Wielki ze stoków Adamczykowej.
Luboń Wielki ze stoków Adamczykowej.

Kraina zimna i bieli.
Kraina zimna i bieli.

Nasze pustkowie.
Kraina ciszy, tylko śnieg skrzypi pod butami.

Bezkresna śnieżna pustynia.
Bezkresna śnieżna pustynia.

Adamczykowa (612 m n.p.m.).
Adamczykowa (612 m n.p.m.).

Zejście z Adamczykowej.
Zejście z Adamczykowej. Przed nami widać Potaczkową.

Krzewy skute lodem skrzą blaskiem słońca.
Krzewy skute lodem skrzą się blaskiem słońca.

Cierniste krzaki.
Cierniste krzaki.

Samotny krzew.
Samotny krzew.

Przechodzimy niewielki las porastający niewyraźny garb. Jeszcze w lesie ścieżka przechodzi na zachodni stok. Tracimy w ten sposób promienie słońca. Słońce z naszej perspektywy znów chowa się za górę. Jego promienie rozświetlają teraz jedynie trawy wystające ze śniegu. Te opatulone lodem źdźbła traw sprawiają wrażenie, jakby same świeciły neonowym światłem. Wkrótce dróżka prowadzi nas wzdłuż szpaleru brzóz posadzonych niczym na powitanie wędrowców przybywających do wioski Podobin.

Wchodzimy między ciasną zabudowę wsi Podobin, która w tym miejscu sięga górskiego grzbietu. Wywodzi się z niej ród Potaczków, który był właścicielem znacznych połaci lasów i terenów wypasowych w Gorcach w połowie XVIII wieku. Od tego rodu wzięła się też nazwa góry na którą za chwilkę będziemy się wspinać. Uliczka, która podążamy wije się między budynkami obniżając na przełęcz przed Potaczkową. O godzinie 9.25 przechodzimy siodło przełęczy i zaczynamy podejście na Potaczkową.

Słońce światłem muska obielone zagony i szkliste trawy.
Słońce światłem muska obielone zagony i szkliste trawy.

Neonowe trawy.
Neonowe trawy.

Wejście do wsi Podobin.
Wchodzimy do wsi Podobin.

Podobin.
Podobin. Już za siodłem przełęczy.

Jeszcze kilka domów mijamy, a za ostatnim kończy się droga. Wchodzimy na szczyt góry przecierając ścieżkę. Na szczęście śniegu, tak jak wcześniej nie ma tu zbyt wiele. Podejście jest nieco ostre, ale niezbyt długie. Gdy spoglądaliśmy na nie z Podobina wydawało się znacznie dłuższe i trudniejsze. Perspektywa stoku złudnie obniża wysokość słońca na horyzoncie, które znajduje się teraz przed nami. Promieniami przebija się przez drzewa rzucając na śnieg smugi cieni. Szlak przedziera się przez młodnik.

Niebawem ponad oszronionymi drzewami wyłania się metalowy krzyż wzorowany na tym z Giewontu. Stanął na szczycie Potaczkowej w listopadzie 2000 roku jako pamiątkowy krzyż milenijny. Dociera do nas już zapach ogniskowego dymu. Ricardo szybko uporał się z rozpaleniem ogniska. Biwak rozpoczęły już osoby, które pierwsze dotarły na szczyt góry. I my również zaraz dotrzemy do szczytu, lecz tymczasem powstrzymują nas nieprzeciętne krajobrazy. Z północnego stoku Potaczkowej jest prześliczna prezentacja Beskidu Wyspowego. Wprawdzie smog wdarł się również pomiędzy wzniesienia Beskidzkich Wysp, ale to co nas otacza i tak kojarzy się z wyśnioną krainą bieli i błękitu. Może trudno uwierzyć w jej rzeczywistość, ale przecież widzimy ją własnymi oczyma.

Rozpoczynamy podejście.
Rozpoczynamy podejście na Potaczkową.

Stok Potaczkowej.
Słońce z naszej perspektywy znów zniża się i dotyka grzbietu.

W natarciu. Stok Potaczkowej.
W natarciu.

Nad młodnikiem widać już krzyż stojący na szczycie góry.
Nad młodnikiem widać już krzyż stojący na szczycie góry.

Słońce na chwilę zespala się z górą.
Słońce na chwilę zespala się z górą.

Do szczytu już niedaleko. Jeszcze tylko chwilkę przedzieramy się pod pochylonymi gałązkami młodnika, o czym wychodzimy na wierzchowinę góry. Jest dość rozległa i w znacznej części otwarta. Daje niesamowity widok prawie na każdą stronę świata. Na południu w oślepiającym blasku słonecznym, lecz o dobrze widocznych rysach ciągną się Gorce. Na zachodzie widać Królową Beskidów, wyłaniającą się jakby znikąd ponad smogiem - wyglądająca tym samym, jakby była zawieszona w powietrzu. Przed Babia Górą, nieco po prawej widoczny jest niższy masyw Policy. Gdyby nie ten smog, zapewne też zobaczylibyśmy stąd Tatry. W pozostałych kierunkach, za wyjątkiem północno-zachodniej strony, gdzie rośnie połać leśna, krajobraz wypełniają Beskidzkie Wyspy. Każda z tych wysp czeka na odwiedzimy, na ponowne odkrycie, takie jakiego doczekała się dzisiejsza Potaczkowa. Zapewne wielu na niej już było, ale dzisiaj ci sami ludzie odkrywają ją na nowo, poznają jej nowe piękno.

Góra ta jednak długo czekała na swój malowany szlak. Wyznakowano go w 2011 roku w ramach akcji „Odkryj Beskid Wyspowy”. Łączy dwa miasta: Rabkę-Zdrój i Mszanę Dolną, prowadząc przez Grzebień, Potaczkową, Adamczykową. Wybrano dla niego kolor czarny zupełnie na przekór jego walorom, bowiem zwyczajno tym kolorem znakuje się krótkie szlaki dojściowe do innych szlaków posiadających na swoim przebiegu wybitne atrakcje. Został nazwany imieniem osób zasłużonych dla rozwoju turystyki górskiej w Beskidzie Wyspowym i Gorcach - Elfrydy Trybowskiej i Juliana Tolińskiego. Elfryda Trybowska propagowała turystykę w Rabce, zaś Julian Toliński w Mszanie Dolnej. Szlak im. Elfrydy Trybowskiej i Juliana Tolińskiego ukazuje niezwykły urok zagórzańskiej ziemi, która rozścieliła się między Gorcami i Beskidem Wyspowym i być może właśnie to było przyczynkiem tego, że został włączony do przebiegu Głównego Szlaku Beskidu Wyspowego.

Na północnym wschodzie.
Na północnym wschodzie.

Widok z północnego stoku Potaczkowej.
Kraina Beskidzkich Wysp widoczna z północnego stoku Potaczkowej.

O godzinie 10.05 osiągamy punkt kulminacyjny. Jesteśmy na szczycie przed zaplanowanym czasem. To czas przerwy i przekąski upieczonej w ogniu ogniska. Kiełbaski na dzidkach skwierczą już nad ogniskiem, ale upiec je w temperaturze –22°C nie jest sprawą prostą, a taką właśnie temperaturę wskazują teraz termometry na Potaczkowej. Najpierw kiełbaskę należy rozmrozić nad płomieniem ogniska, ponieważ zdarzyła już zmarznąć w plecakach.. Potem można przystąpić do właściwego pieczenia, próbując złapać odpowiednią temperaturę nad ogniem, którego emisja na mrozie nie jest taka sama do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni.

Ogień przyciąga dzisiaj swoim ciepłem wyjątkowo silnie. Choć nas jest mniej niż zwykle wokół ogniska jest ciasno, jak w ulu podczas zimowli. Kompanii zamieniają się co pewien czas miejscami: ci co byli bliżej ognia ustępują miejsca tym co byli dalej na zewnętrznym okręgu. Tacy są właśnie lodowi wojownicy walczący z mrozem, którzy jak ninja współpracują ze sobą dla zapanowania nad siłami przyrody i wykonania misji.

Niedaleko, 300 metrów na wschód od szczytu na skraju niedużego lasku stoi murowana kapliczka św. Joanny Beretty Molli. Wzniesiona została 4 października 2015 roku z inicjatywy Stowarzyszenia Przyjaciół Joanny Beretty Moli w Trzemeśni, w miejscu innej kapliczki postawionej 31 maja 2014 roku. Przed opuszczeniem szczytu idziemy ją zobaczyć.

Przy ognisku.
Skupiamy się przy ognisku jak pszczoły podczas zimowli.

Potaczkowa (746 m n.p.m.).
Potaczkowa (746 m n.p.m.).

Grupa na Potaczkowej.
Władcy Mrozu na Potaczkowej.

Kierunek na kapliczkę.
Kierunek na kapliczkę.

Mogielica. Pod lasem widać kapliczkę św. Joanny Beretty Molli.
Mogielica. Pod lasem widać kapliczkę św. Joanny Beretty Molli.

Zbliżamy się do kapliczki.
Zbliżamy się do kapliczki.

Kapliczka św. Joanny Beretty Molli.
Kapliczka św. Joanny Beretty Molli.

Szczyt Potaczkowej widziany spod kapliczki.
Szczyt Potaczkowej widziany spod kapliczki.

Powrót na szczyt.
Powrót na szczyt.

Babia Góra. Z prawej pasmo Policy.
Babia Góra. Z prawej pasmo Policy.

Widok na zachodni fragment Gorców.
Widok na zachodni fragment Gorców.

O godzinie 11.10 kończymy przerwę i zaczynamy schodzić z wierzchołka góry na południowo-zachodnią stronę. Za niedługo skręcamy w prawo wydeptując w śniegu ścieżkę przy skraju młodnika. Bezleśne, obielone połacie pokrywające stoki góry są bezkresne. Podążają po nich śnieżni ludzie (czyli my) w ubraniach pokrytych szronem, lecz promienni, radośni, oddani pasji. Wielcy wędrowcy, którzy przemierzają górskie szlaki w słońcu, w śniegu i na mrozie, a w najdalszej dali wynurza się przed nimi Babia Góra i pasmo Policy, jak fatamorgana na pustyni. W smogu ścielącym się w dolinach nie widać styku masywów z ziemią. Z prawej elegancko prezentuje się na Luboń Wielki i Szczebel, cele kolejnych etapów GSBW. Dzisiaj podążamy na dogodną pozycje do wejścia na Luboń Wielki, następnym razem przyczaimy się przed Szczeblem, a potem dalej by zdobywać kolejne Beskidzkie Wyspy, leżące w krainie przepięknej o każdej porze roku.

Wchodzimy w szeroki pas nas stoku ograniczony z prawej i z lewej rzędami świerków. Na wprost piętrzy się masyw Lubonia Wielkiego. Potężny maszt stacji nadawczej RTV stojący na jego szczycie na stałe zespolił się już z tą górą. Bez tego masztu góra wyglądałaby kuso i jakoś dziwnie, bo przyzwyczailiśmy się do jej widoku. Zbliżamy się do doliny potoku Olszówka, w której sadowiła się wieś o tej samej nazwie. Olszówka to stara wieś, a o żyjących w tej dolinie osadnikach poświadczają dokumenty z 1254 roku. Potwierdzają one nadanie tych ziem przez Bolesława Wstydliwego na rzecz Zakonu Cystersów ze Szczyrzyca.

Zachodnie zbocze Potaczkowej.
Białe stoki, a na nich śnieżni ludzie.


Zejście do Olszówki.
Zejście do Olszówki.

Zejście do Olszówki.
Pas stoku ograniczony rzędami świerków.

Łąki leżące w sąsiedztwie zabudowań wsi wykorzystywane są pod wypas. Świadczą o tym rozciągnięte taśmy elektrycznych pastuchów. Szlak wchodzi między zabudowania wsi i zaczyna prowadzić drogą z odgarniętym nadmiarem śniegu. O godzinie 11.55 przechodzimy przez most nad Olszówką, zaraz za nim przecinamy szosę i zaczynamy wspinać się na przeciwległe wzniesienie. Maszerujemy drogą dojazdową prowadzącą do domostw położonych na zboczu. Za ostatnim domem droga kończy się o znów wydeptujemy ścieżkę. Idziemy śnieżnymi bezdrożami, czasem nieco po omacku, na wyczucie, bo znaki szlaku niekiedy ukrywają się pod śnieżnym puchem.

Olszówka.

Most nad potokiem Olszówka.
Most nad potokiem Olszówka.

Potaczkową ewidentnie mamy już za sobą. Wznosi się za doliną, którą niedawno przecięliśmy. Cudowna aura jest niezmienna, ale jest mniej mroźnie. Niepozorne wzniesienie na które weszliśmy zwane jest Działem. Wznosi się na wysokość 529 m n.p.m. Schodząc z niego przechodzimy obok murowanej kapliczki nakrytej czterospadowym daszkiem. W środku za przeszkleniem znajduje się figurka Matki Boskiej. Z zewnątrz ozdobiona jest kwiatami. Stoi na skraju niewielkiego lasku, dziwnie usytuowana, bowiem jej front skierowany jest w stronę zarośli. Być może w przeszłości, kiedy kapliczka była budowana ścieżka przechodziła tędy nieco inaczej, być może ten mały lasek nie wchodził w jej sąsiedztwo.

Wchodzimy w gęściejszy las. Przez chwilkę schodzimy troszkę bardziej stromym zboczem. O godzinie 12.45 wkraczamy na drogę. Po prawej mamy most nad Potokiem Skaliśniańskim. Skręcamy na niego, przechodzimy przezeń i maszerujemy dalej drogą przez dłuższy czas, płasko i wygodnie. Po pewnym czasie z prawej mijamy majdan z dużą ilością składowanych desek, a później oczyszczalnię ścieków z dwoma zielonymi silosami. Za nimi droga odchodzi na prawo na most nad Rabą. Prowadzi do Rabki Zarytego. Od momentu wejścia na drogę odnajdujemy niewiele znaków potwierdzających właściwą trasę marszu. Za zielonymi silosami nie ma znaku zmiany kierunku w lewo, a tam właśnie należy skręcić. Łatwo przegapić to odejście. Udaje się nam nie zgubić szlaku, choć przez Zaryte też można dotrzeć do centrum Rabki-Zdroju.

Wierzchowina Działu.
Wierzchowina Działu. Z prawej horyzont zamyka wzniesienie Potaczkowej.

Dział (529 m n.p.m.).
Dział (529 m n.p.m.).

Kapliczka na stoku Działu.
Kapliczka na stoku Działu.

Droga do Rabki-Zarytego.
Droga do Rabki-Zarytego.

Zatem wspinamy się na kolejną górkę. Droga pnie się po stromym zboczu, przechodząc obok kilku domów osiedla Gacówka. Jej serpentyny nieco niwelują stromość podejścia. Z górnych partii stoku mamy ładny widok na osiedle Zaryte. Uwagę przyciąga nietypowa bryła świątyni pw. MB Częstochowskiej z dwoma spiczastymi wieżami od strony wejścia. Wzniesiona została nieopodal płynącej Raby w 1982 roku, w ciągu trzech dni i jednej nocy, a wszystko bez zezwolenia. Zbudowano ją w miejscu drewnianej przybudówki do kapliczki z 1815 roku.

Powyżej ostatnich domów osiedla Gacówki droga, po której prowadzi szlak trawersuje stok porośnięty lasem, aż w końcu wychodzi na łagodną wierzchowinę. Z odkrytych jej fragmentów widać księżyc, który niedawno pojawił się na firmamencie. Rośnie i za parę dni zasrebrzy się pełnią. Podążamy dalej przez ładny las świerkowy. Z poruszonych gałązek prószy spadający puch, skrzący w blasku słońca, które schodzi już ku zachodowi. Jego promienie w niewielkiej ilości przedostają się do lasu. Nawet polana przed szczytem Grzebienia chowa się w cieniu otaczających ją drzew.

Droga przez osiedle Gacówki.
Droga przez osiedle Gacówki.

Widok na osiedle Zaryte. W tle Luboń Wielki.
Widok na osiedle Zaryte. W tle Luboń Wielki.

Księżyc pojawił się na firmamenci
Księżyc pojawił się na firmamencie.

Luboń Wielki widoczny ze stoków Grzebienia.
Luboń Wielki widoczny ze stoków Grzebienia.

Stacja nadawcza RTV na Luboniu Wielkim.
Stacja nadawcza RTV na Luboniu Wielkim.

Las świerkowy.
Las świerkowy.

Po przeciwległej stronie polany jest dróżka. W lewo schodzi ona przez pola do osiedla Słone w Rabce-Zdroju. Z kolei czarny szlak pnie się ciasno między drzewami ku szczytowi Grzebienia, ale tuż przed nim skręca tak jak dróżka poniżej prowadzi do osiedla Słone. W ten sposób o godzinie 14.15 przechodzimy pod wierzchołkiem Grzebienia (677 m n.p.m.) i dalej otwartymi przestrzeniami pól, łąk schodzimy do doliny, w której płynie potok Słonka. Przed nami znów mamy grzbiet Gorców obniżający się w kierunku centrum Rabki-Zdroju. Widać na niej Polanę Przysłop i Maciejową (815 m n.p.m.), a bardziej na zachodzie Tatarów (710 m n.p.m.). Idąc polnymi bezdrożami trafiamy na drogę sprowadzającą do doliny wzdłuż jednego z dopływów zasilających Słonkę. Wchodzimy między domostwa, a chwilkę potem na ulicę Poniatowskiego. Skręcamy w prawo.

Polana na stoku Grzebienia.
Polana na stoku Grzebienia.

Na stoku Grzebienia.
Na stoku Grzebienia.

W kierunku doliny potoku Słonka.
W kierunku doliny potoku Słonka. Przed nami główny grzbiet Gorców.

Droga do osiedla Słone.
Droga do osiedla Słone.

Ulicą Poniatowskiego zmierzamy w kierunku dworca autobusowego. Po prawej mijamy sędziwy okaz jesiona wyniosłego o obwodzie 480 cm i wysokości 15 m. Jest to najstarszy jesion w Gorcach, którego wiek szacuje się na około 500 lat. Na jego konarze umocowane są oryginalne, drewniane kapliczki. O godzinie 14.55 szlak przeprowadza nas mostkiem na drugą stronę potoku Słonka. Kierujemy się w stronę Parku Zdrojowego na ulicę Orkana, gdzie o godzinie 15.00 osiągamy końcową kropkę czarnego szlaku im. Elfrydy Trybowskiej i Juliana Tolińskiego.

Najstarszy jesion w Gorcach.
Najstarszy jesion w Gorcach.

Alejka między Parkiem Zdrojowym i ulicą Orkana.
Alejka między Parkiem Zdrojowym i ulicą Orkana.

Przez parkowy drzewostan mruży słońce.
Przez parkowy drzewostan mruży słońce.

Stąd pozostaje nam przejść do autokaru zaparkowanego nieopodal dworca kolejowego. Prowadzi tam również ulica Orkana. Podążamy zatem skajem Parku Zdrojowego wzdłuż ulicy Orkana. Przez parkowy drzewostan mruży słońce, które zniżyło się już do konarów drzew. Kończy się wędrówka, tak kończy się ten cudowny dzień, taki jakiego nie zapomina się.

PS. Dziękujemy wszystkim uczestnikom tej niezwykłe wędrówki za wszystko, za rocznicowe życzenia, prezent, a przede wszystkim za tą Waszą jedność i wzajemną odpowiedzialność, która pozwala nam wszystkim robić to co najbardziej lubimy – wędrować i doznawać otaczającego piękna, dzielić się nim wzajemnie.


GALERIE FOTOGRAFICZNE:
Przebudzenie mroźnego dnia



Translator

Info

Licencja Creative Commons Gdy nie jest to inaczej sprecyzowane pod konkretnym materiałem, to:
Publikowane na blogu materiały można wykorzystać na warunkach licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie materiałów publikowanych na niniejszym blogu i jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o twórcy i adresu internetowego bloga. Pozwala się na wykorzystanie tych materiałów w innych dziełach pod warunkiem udostępniania ich na tej samej licencji.

Kuferek

Hej wędrowcze, właśnie otworzyłeś malutki skarbczyk.
Nie jest on drogocenny, ale nie wykluczone, że znajdziesz w nim coś
co może Ci się przydać.

Kolekcje

Wędrowanie po znanych i nieznanych szlakach to ogrom niesamowitych wrażeń i emocji. Z każdą zakończoną wędrówką wiąże się tęsknota i czar wspomnień. Odczucia takie towarzyszą nam od samego początku przygody, wyzwalając potrzebę zachowania przeżyć, nie tylko w ulotnej pamięci ludzkiej, ale również w formie bardziej trwałej, w postaci fotografii, opisów, dzienniczków przebytych tras, odwiedzonych miejsc, czy zdobytych szczytów. Utrwalanie to jest również okazją do usystematyzowania turystycznych poczynań wg różnych kryteriów - zdobytych koron gór, przebytych szlaków, itp.

Napisz do nas