Góry to świat wyjątkowy, wypełniony autentyzmem, ekspresją, pięknem zmuszającym do mistycznych uniesień i refleksji. Wędrówka przez góry to przeżywanie fascynującego piękna krajobrazu i bogactwa przyrody. Trudno powiedzieć dlaczego to robimy, tak samo jak trudno jest określić cel naszej wędrówki – „Tam idziemy, gdzie nas nie ma, gdzie się z niebem łączy ziemia. Tam gdzie horyzontu kres. Tam nasz cel wędrówki jest.” – tak moglibyśmy powiedzieć o sobie słowami turystycznej piosenki. Wędrówka, góry, obcowanie z przyrodą już dawno temu stały się stylem życia, pozwalającym cieszyć się jego pełnią, mimo wszelakich niewygód, jakie pojawiają się podczas takiej wędrówki, czy też pomimo konieczności dostosowania się i radzenia sobie w specyficznych warunkach górskich. Pociąga nas unikatowość gór, wywodząca się z nieprawdopodobnego mariażu piękna i surowości. W górach oddajemy się samotności, odkrywającej emocjonalną głębię człowieka. Człowiek jednak z natury nie jest samotnikiem i w tej samotności pojawia się również pragnienie spotkania z kimś, z kim możemy dzielić się przeżyciami, wynikającymi zarówno z piękna, ale też z trudu wędrówki. W każdej wędrówce trzeba znaleźć chwilę na przystanek i odpoczynek - na szlaku, w schronisku, czy przy ognisku. Ludzi gór łączy nie tylko zamiłowanie i pasja, ale też swoista kultura bycia i obcowania z naturą, a także nieprzeciętna życzliwość i przyjaźń przerastająca ich poglądowe różnice, religie, granice pokoleniowe i wszelkie inne, jakie można by jeszcze długo wymieniać. Wyrazem tego jest właśnie spotkanie, wszelkiego rodzaju, na którym łączymy się w konwersacji, czy wsłuchujemy w opowieści, albo oglądamy fotografie, deklamujemy wiersze lub śpiewamy wspólnie piosenki - będące wyrazem zachwytu urokami przyrody i krajobrazu, czy uzewnętrzniającymi radość z bycia razem w braterskim kręgu wokół ogniska.




Wędrówka Główny Szlakiem Beskidzkim wyzwala różne pomysły. Krąg ogniskowy towarzyszy nam już od dawna i chyba można powiedzieć, że stał się już tradycją naszych tras, bo ogień płonie na większości z nich. Pieśni braterskiego kręgu cierpliwie czekały na swoją premierę, co najmniej od kilkunastu miesięcy. Dokładnie już nie wiemy kiedy taki pomysł wpadł nam do głowy. Minęło trochę czasu, aż zjawił się koło nas człowiek ciepły, serdeczny, pogodny, niczym przybysz z krainy łagodności, postać która przemawiała bez słów swoją osobowością słowami piosenki Wojtka Bellona:
Niech zakwita, niech oczyszcza, niech kształt nada
Temu, co w nas tkwi gdzieś na dnie samym
Niech się wznosi, niech się wznosi
Aż zabłyśnie tęczą
Do krainy łagodności bramą.
W muzycznej formie Grzegorza Kowalskiego usłyszeliśmy raz pierwszy na corocznym zlocie turystów górskich na Hali Krupowej. Utworem „Matko o twarzy czarnej” uświetniał wówczas uroczystą mszę celebrowaną przez księdza Macieja Ostrowskiego w Kaplicy Matki Bożej Opiekunki Turystów na Okraglicy. W swojej muzycznej interpretacji emanował spokojem i zadumą, ale jednocześnie promieniował jakąś nieznaną siłą, która skłaniała bezwolnie do wsłuchania się i przeżywania utworu. Pomyśleliśmy: to człowiek o wyjątkowej charyzmie. Gdy tylko postanowił z nami jechać w Bieszczady na Główny Szlak Beskidzki, wiedzieliśmy, że nie możemy zmarnować takiej okazji. Dał się namówić na malutki recital poezji śpiewanej.

Wybrał osiem utworów z repertuaru znanych wykonawców nurtu poezji śpiewanej, które dały początek „Pieśniom wędrownego bractwa”. Potem pozostało już tylko czekać, czekać, czekać, aż w końcu nadszedł ten wieczór, 30 kwietnia 2017 roku, kiedy wybiła godzina 18.00...

Recital Grzegorza Kowalskiego.

Na początek poszły „Bieszczadzkie Anioły” zespołu Stare Dobre Małżeństwo, z tekstem autorstwa Adama Ziemianina. W pieśni tej przedstawił anioły występujące w Bieszczadach, jako istoty niebywale ciche, noszące skrzydła w plecakach, zielone, które można odnaleźć w trawach, samotne, drzemiące w kapliczkach. Cieszą się życiem i są pełne pogody ducha, często wskazują turystom drogę i budzą w nich fascynację górami. „Bieszczadzkie Anioły” to utwór przepiękny i szeroko znany - dziękujemy Grzegorzowi za dedykowanie go nam.

Następna pieśń, również z repertuaru Starego Dobrego Małżeństwa, ale wykonywana też przez Magdę Umer mówi o przezwyciężaniu cierpienia. Słowa do niej napisał Edward Stachura, a mówią one, że „Czas płynie i zabija rany”. Po złych dniach przychodzą dobre, tylko trzeba być cierpliwym i zaczekać aż przetoczą się czarne chmury.

Grzegorz nie rozstaje się z grupą Starego Dobrego Małżeństwa i tekstami Edwarda Stachury. Pieśnią „Gdziekolwiek” opowiada o miłości, chce ją przywołać dla człowieka pogrążonego w smutku. Smutek ten jest jak maligna, czyli gorączka osłabiająca do nieprzytomności. Smutek ten czyni, że czuje się jak na pustyni, gdzie jest zupełnie sam. Przyczyną tego jest tęsknota za miłością, którą ma w sercu, tylko nie ma tego kogoś do kogo jest ona kierowana. Być może coś stoi na przeszkodzie ku temu, a może jest to miłość utracona - tego nie wiemy.

Kolejna utwór Starego Dobrego Małżeństwa - „Piosenka dla juniora i jego gitary” z tekstem Edwarda Stachury dedykowanym bratankowi, Jerzemu Edwardowi Stachurze, którego nazywał „juniorem”. Pieśń ta mówi, że na wszystkie bolączki życia lekarstwem jest muzyka - gitara, która przywraca słońce nad losem.

Rozśpiewał się Grześ piosenkami Starego Dobrego Małżeństwa komponowanymi do wierszy Edwarda Stachury, ale tym razem wybrał coś bardziej krzykliwego: „To nic! To nic! To nic! Dopóki sił, będę szedł! Będę biegł! Nie dam się!”. Śpiewa o nas wszystkich, bo każdy dokądś zmierza, choć nikt nie wie dokładnie dokąd i nikt nie zna bliżej celu tej wędrówki. W pieśni zakodowany jest sens istnienia. Prowadzi przez niego wyboista droga, z którą trzeba się zmagać i nigdy nie poddawać się.

„Piosenką dla Wojtka Bellona” napisaną przez Krzysztofa Myszkowskiego ze słowami Aleksandry Kiełb, Grzegorz rozstaje się z repertuarem Starego Dobrego Małżeństwa i przechodzi do Wolnej Grupy Bukowina. „Piosenką dla Wojtka Bellona” wspomina człowieka, który kochał przyrodę, wędrówki i śpiewanie - Wojtka Bellona, polskiego pieśniarza, poetę, kompozytora, miłośnika poezji śpiewanej, który natchnienie odnajdywał w swoich wędrówkach.

Wolna Grupa Bukowina to zespół założony przez Wojtka Bellona w 1970 roku. Piosenka „Bez słów” (czyli „Chodzą ulicami ludzie”) z jego autorskim tekstem do muzyki Wacka Juszczyszyna mówi o szarości życia zamkniętego w murach miasta, gonitwie, w której brakuje zwyczajnego czasu na bycie sobą. Mówi o pędzie powodującym to, że przestajemy dostrzegać prawdziwą naturę człowieka, której świat leży zupełnie gdzie indziej – tam gdzie można poczuć przyrodę, gdzie mech odziewa kamień, granie wiatru sprzyja zadumie, a powietrze ma inny smak.

Na zakończenie recitalu Grzegorz snuje „Góralska opowieść”, znaną również pod tytułem „Kiedy góral umiera” zespołu Harlem. To nostalgiczna ballada o góralu przed swą ostatnią drogą. Jest to swego rodzaju testament, w którym pragnie zespolić się ze swoimi górami i ich przyrodą. Chce stać się ich częścią i na zawsze pozostać utulonym przez wierchy pod góralskim niebem.

Koncert Grzegorza Kowalskiego był wydarzeniem podczas Wielkiej Majówki w Bieszczadach. Wciąż gra w duszy jej uczestników. Pytają nas, czy ktoś to nagrywał, czy ktoś ma więcej zdjęć z występu. W tych klimatach trudno było myśleć o nagrywaniu i fotografowaniu.

Teraz już wszyscy uczestnicy Wielkiej Majówki w Bieszczadach wiedzą, że muzyczne spotkanie z Grzegorzem nie zakończyło się wraz z ostatnimi dźwiękami „Góralskiej opowieści”. Po autografach i poczęstunku z grilla, artysta zaprosił wszystkich do wspólnego śpiewania. W Rzepedzi nad Osławicą długo jeszcze rozbrzmiała jego gitara.

Grill nad Osławicą.

Dziękujemy Grzegorzowi za wspaniały wieczór z poezją śpiewaną, w imieniu swoim i całej grupy. Mamy nadzieję, że to było spotkanie jedno z wielu, jakie nas jeszcze czekają. Naszą wędrówkę przez góry i ich przyrodę wyznaczają nie tylko dystans i przewyższenia do pokonania, ale również ich piękno oraz otaczająca je autentyczna rzeczywistość kulturowa, którą delektujemy się za pomocą słów, obrazu, czy dźwięku.

Wieczorne śpiewanie.
fot. Marek Macejowski.   




„Pieśni wędrownego bractwa” to pomysł wspierający spotkania przy piosence wspólnie śpiewanej w przerwie podczas wędrówek, w górskim schronisku lub przy ognisku. To projekt, który w zamyśle ma stanowić bank pieśni, usystematyzowany samodzielnie przez każdego, kto tylko zechce dołączyć do „wędrownego bractwa”. Składa się on z kart z nadrukowanymi tekstami piosenek, przy których w kratkach można dopisać sobie akordy gitarowe, czy jakiekolwiek inne informacje. Każda taka karta jest swego rodzaju kartoteczną kartą, którą można wpiąć do segregatora. Można je na bieżąco porządkować w alfabetycznej kolejności, czy też grupować tematycznie. Przy bogatej różnorodności utworów można je również poukładać w zależności od potrzeb i upodobań, nastroju, czy głosu serca (np. biesiadna, góralska, blues, rock, szanty, itp.). Takich możliwości nie stwarza zeszyt z wpisywanymi ręcznie piosenkami, czy śpiewnik książkowy, ze względu na zwartą formę nośnika, która narzuca określoną systematykę zamieszczonych w nich utworów oraz nie pozwala na wyselekcjonowanie takich, które nas interesują np. w związku z repertuarem wykonywanym w danej grupie wędrownej.

Zbiór „Pieśni wędrownego bractwa” będziemy sukcesywnie poszerzać o kolejne tytuły. Liczymy w tym zakresie na propozycje od Was, współuczestników naszych górskich wypraw. W ten sposób może powstać uniwersalny, niepowtarzalny zbiór piosenek, które lubimy razem śpiewać - nie ważne dlaczego. Jedne będą nawiązywać tematyką do wspaniałych wspomnień, inne będą wytwarzać wokół nas wyjątkowy klimat, czy wprawiać nas w cudowny nastrój. Zapewne w zbiorze znajdą się też i takie piosenki, które po prostu „najlepiej nam wychodzą”, przy których dobrze się bawimy.

 Niech moc będzie z wami,
 niech niesie ona pieśni wędrownego bractwa
 po górach i dolinach...

Dorota i Marek Szala


Pieśni wędrownego bractwa.




za nami
pozostało
64,2 km
454,8 km
Bieszczady to góry odmienne od innych, tajemnicze, osnute legendami. Kiedyś kiedy przemierzaliśmy Główny Szlak Beskidzki z naszą najmłodszą córką (wciąż jest najmłodsza i niech już tak pozostanie, bo czwórka dzieciaków to już spora gromadka), kończyliśmy go w Bieszczadach. Gdy byliśmy już na połoninach zapytaliśmy ją (miała wtedy jedenaście lat):

 – Jak ci się podobają te góry?

Spodziewaliśmy się odpowiedzi nieco innej, nawiązującej do cudownie barwnej jesieni, na jaką wówczas trafiliśmy. Ona jednak odpowiedź swoją ustosunkowała do przebytego szlaku, do Beskidu Śląskiego, Żywieckiego, Gorców, Beskidu Sądeckiego i Niskiego. Miała w pamięci przekrój niemal całego szlaku, bowiem byliśmy już u schyłku jego pokonywania.

 – To góry zupełnie inne niż te, przez które dotąd przechodziliśmy – powiedziała nam, nie próbując ani trochę akcentować tego, czy Bieszczady podobają się bardziej, czy mniej, zapewne dlatego, że z każdego odwiedzonego pasma górskiego wyniosła w pamięci jakieś szczególne wspomnienie, czy też dostrzegała jego piękno. Jednak w swej odpowiedzi Ela wyraźnie zwróciła uwagą na to, że krajobraz Bieszczadów znacznie różni się od wcześniejszych pasm.

Współczesne Bieszczady nie przypominają tych powojennych, zupełnie wyludnionych i prawdziwie dzikich. Tamten mit o polskim „dzikim zachodzie” raczej już przeminął i coraz trudniej znaleźć w Bieszczadach miejsca głuchej dziczy. Dzisiaj wybieramy się na pasmo mniej uczęszczane, choć majówka zapewne sprawi, że nie będziemy przemierzać go zupełnie sami, w zupełnej ciszy, czy samotności

POGODA:

noc
rano
dzień
wieczór
TRASA:
Smerek, wieś (602 m n.p.m.) [czerwony szlak] Fereczata (1102 m n.p.m.) [czerwony szlak] Okrąglik (1101 m n.p.m.) [czerwony szlak] Jasło (1153 m n.p.m.) [czerwony szlak] Szczawnik (1098 m n.p.m.) [czerwony szlak] Małe Jasło (1097 m n.p.m.) [czerwony szlak] Worwosoka (1024 m n.p.m.) [czerwony szlak] Rożki (943 m n.p.m.) [czerwony szlak] Cisna (562 m n.p.m.)

Smerek - wieś.
Co cztery kijki, to nie dwa ;)

OPIS:
Nad Smerekim wiszą wciąż chmury, tak jak wczoraj. Prognozy nie wykluczają deszczu. Nikt jednak się tym nie przejmuje, nikt nie narzeka. Autokary podjeżdżają, turyści wysiadają… ktoś mógłby pomyśleć czy to przyjemność wędrować w tak ogromnej grupie. Ubezpieczamy się wzajemnie, ale nie wędrujemy depcząc po piętach towarzyszom wędrówki. Każdy ma swój styl i swoje tempo marszu. Wystarczy podporządkować się kilku regułom, aby być w porządku wobec grupy i spotkać się w komplecie w miejscu docelowym. Tworzymy grupę, w której wszyscy świetnie się rozumieją, bo mają wspólny cel i pasję. Dzięki temu z grupą szybko integrują się również nowe osoby, które są z nami po raz pierwszy.

Wioska Smerek powstała samoistnie jako osada pasterska. Jej ludność trudniła się wypasem bydła, owiec i trzody. Pierwsze wzmianki o niej pochodzą z roku 1497. Dopiero Piotr Kmita nadał osadzie prawo wołoskie. W 1754 roku w osadzie wybudowano cerkiew pw. Św. Wielkiego Męczennika Dymitra. Była to typowa cerkiew bojkowska, która przetrwała do roku 1871, kiedy spłonęła wskutek uderzenia pioruna. W roku 1875 wybudowano nową cerkiew, która należała do najpiękniejszych w Bieszczadach. Istniała do roku 1946, tak jak cała wieś. W marcu 1946 roku spłonęła cerkiew, a w drugiej połowie tego samego roku mieszkańcy Smereka zostali wywiezieni na teren dzisiejszej Ukrainy. Zabudowania wsi zostały zniszczone.

Obecnie Smerek rozwija się jako letnisko. Znaleźć tu można nocleg w pokojach gościnnych, pensjonatach, czy też w bazie namiotowej. O godzinie 9.00 w Smereku ruszamy na ciąg dalszy wędrówki czerwonym szlakiem. Najpierw asfaltem wzdłuż nitki potoku Niedźwiedziego. Za ostatnim domem szlak skręca w lewo na gruntową drogę, która doprowadza nas do miejsca, gdzie znajdowała się cerkiew i cmentarz dawnej bojkowskiej wsi.

Potok Niedźwiedzi.
Potok Niedźwiedzi.

W roku 2008 współcześni mieszkańcy Smereka uporządkowali rejon po dawnej cerkwi i cmentarzu. Praktycznie nic po nich nie zostało, jedynie szczątki kilku krzyży i jeden betonowy cokół. Na wejściu postawiono drewniany krzyż z napisem „Na wieczną pamięć przed historią deportowanym z własnej ziemi miejscowości Smerek”. Idąc głębiej z prawej mijamy metalowy krzyż oparty o konar, po chwili z lewej widzimy większy krzyż rzymskokatolicki z ukrzyżowanym Chrystusem, również oparty o drzewo. Znów z prawej widać umocowany do drzewa mniejszy metalowy krzyż, a na końcu po lewej dostrzegamy betonowy cokół. I to wszystko co udało się nam odnaleźć po starym cmentarzu - kilka ocalałych pamiątek po dawnych mieszkańcach Smereka.

Teren dawnego cmentarza w Smereku.
Tu kiedyś stała cerkiew.

Teren dawnego cmentarza w Smereku.
Teraz stoi drewniany krzyż.

Teren dawnego cmentarza w Smereku.

Teren dawnego cmentarza w Smereku.

Teren dawnego cmentarza w Smereku.

Teren dawnego cmentarza w Smereku.
Teren dawnego cmentarza w Smereku.

Po starym cmentarzu właściwie nie ma już śladu, pozostała tylko pamięć i miejsce po nim wchłaniane przez przyrodę, przez zielone kłącza, primule i barwinki. Historii nie da się cofnąć, ale oby taki czas, jak tamten, nigdy już nie nastąpił.

Pierwiosnek wyniosły (Primula elatior (L.) Hill.).
Pierwiosnek wyniosły (Primula elatior).

Barwinek pospolity (Vinca minor L.).
Barwinek pospolity (Vinca minor L.).

Opuszczamy teren dawnego cmentarza i podążamy dalej ku zalesionym wzniesieniom Pasma Granicznego. Snują się po nich chmury, próbując je opleść, lecz rozszarpywane są przez ostre wierzchołki świerków. Grupa rozciągnęła się z przodu, zostaliśmy na szlaku we dwoje dzieląc się samotnością. Widokowe łąki porośnięte grupkami brzóz, czy pojedynczymi okazami młodych świerków kończą się na osiedlu Górny Koniec dawnej wsi Smerek. Szlak wprowadza na podmokłą leśną drogę, która wkrótce podrywa się w górę spowalniając jeszcze bardziej nasz wolny marsz. Na jednym z krótkich wypłaszczeń stoku dochodzimy do dwójki naszych przyjaciół (jednych z wielu) z licznej grupy. Alicja i Marek wloką się pod górę tak jak my. Chłoniemy bieszczadzki szlak, wspinając się na Wielką Grań Wopistów - taką właśnie nazwą chciano kiedyś „ochrzcić” grzbiet Fereczatej, który zamierzamy pokonać. Nazwa nie przyjęła się, ale można ją spotkać na niektórych mapach.

Podejście jest żmudne, ale nie nużące, idziemy w dobrym towarzystwie. Pod wierzchołkiem zaczynają przeważać nieco skarłowaciałe buczki. Zaczyna prószyć śnieg, lecz opad ten szybko ustaje. Z wierzchołka dochodzi gwar rozmów. Są tam „nasi” – poznajemy śląski akcent Ludzi Gór, sympatycznych i wesołych ludzi, którzy przyłączyli się do naszej Wielkiej Majówki w Bieszczadach. Jest też Walentyna z Wrocławia, Ewa i Halinka z Tomaszowa Mazowieckiego, są też ludzie z Krakowa i okolic – Danusia, Nina, Kamila, Darek, Kinga i Andrzej. Wesoła gromadka. Jest godzina jedenasta, gdy robimy sobie wspólną fotkę na Fereczatej.

Szlak na Fereczatą.
Szlak na Fereczatą.

Fereczata (1102 m n.p.m.).
Fereczata (1102 m n.p.m.).

Szczyt Fereczatej (1102 m n.p.m.) porośnięty zaroślami ma też widokowe polany, z imponującym widokiem na grzbiety Pasma Granicznego, w tym na Jasło na zachodzie, gdzie za parę godzin doprowadzi nas Główny Szlak Beskidzki. Pociągająca dla ucha i tajemnicza nazwa Fereczata pochodzi od wołoskiego słowa „ferece” oznaczającego „paproć”. Nazwa tej góry pojawia się w dokumencie z 1519 roku, jako Fereczathi, który określał granicę między dobrami Kmitów i królewszczyzn.

Z Fereczatej schodzimy dość ostro na przełęcz przed bezimiennym wzniesieniem. Przełęcz pokrywają płaty śniegu. Mgła, czy może chmura okrywa siodło przełęczy. Robi się chłodno, przez kilka minut sypie śniegiem. O godzinie 11.20 wchodzimy na bezimienny wierzchołek. Jest na nim usypany kopczyk kamieni, otoczony lasem pokrzywionych buczków. Kolejne zejście i kolejne wejście na bezimienne wzniesienie, za którym mamy siodło z polaną, za którym wznosi się Okrąglik, pokryty lasem i pocięty rowami dawnych okopów. O godzinie 12.10 docieramy do granicy polsko-słowackiej.

Przełęcz pod Fereczatą.
Przełęcz pod Fereczatą.

Bezimienny szczyt.
Bezimienny szczyt.

Przed nami grzbiet graniczny z Okrąglikiem.
Przed nami grzbiet graniczny z Okrąglikiem.

Rów - pozostałość po okopach.
Rów - pozostałość po okopach.

Granicą państwową biegną dwa szlaki: niebieski i czerwony (słowacki). To może być mylące bo przez 300 metrów dwa czerwone szlaki, polski i słowacki biegną razem na szczyt Okrąglika. Na Okrąglik wchodzimy o godzinie 12.15.

Na szczycie Okrąglika (słow. Kruhliak; 1101 m n.p.m.) znajdują się drogowskazy polskie i słowackie, a także słupek graniczny I-29. Znakowany czerwonymi znakami Główny Szlak Beskidzki odchodzi tutaj od granicy państwowej i wchodzi w obszar karłowatych buczyn. To obszar niezwykły, gdzie drzewa mają dziwaczne, niespotykane kształty. Wydaje się, że te drzewa żyją, poruszają, niektóre przytulają się do siebie i coś sobie szepczą, a niektóre zamarły w głuchym krzyku, którego nikt nie słyszy, lecz widzi poprzez swarliwą posturę. Pomiędzy drzewami unosi się delikatna mgiełka. Snuje się pomiędzy nimi, nasłuchuje naszych rozmów, lecz wciąż się oddala nie pozwalając nam wejść w jej otchłań. To dzikość Bieszczadów.

Czerwony szlak słowacki.
Czerwony szlak słowacki.

Na granicy polsko-słowackiej.
Na granicy polsko-słowackiej.

 Okrąglik (słow. Kruhliak; 1101 m n.p.m.). Okrąglik (słow. Kruhliak; 1101 m n.p.m.).
Okrąglik (słow. Kruhliak; 1101 m n.p.m.).
Okrąglik (słow. Kruhliak; 1101 m n.p.m.).

Okrąglik.
Okrąglik.

Karłowate buki.
Karłowate buki.

Na moment pojawia się słońce, lecz chmury wciąż uparcie zasklepiają niebo. Nieliczne płaty śniegu wciąż mogą cieszyć się żywotem. Nie stopnieją, dopóki w Bieszczady nie przyjdzie prawdziwa wiosna. Tymczasem wychodzimy na połoninę pokrywającą część wierzchołkową Jasła, najwyższego szczytu na trasie dzisiejszej wędrówki. Krótkie podejście za czerwonymi znakami szlaku nie prowadzi jednak na sam wierzchołek. Musimy kawałek odejść ze szlaku na północny wschód, aby wejść na kulminację góry oznaczoną geodezyjnym betonowym trójnogiem. Docieramy tam na godzinę 12.50.

Na szczycie Jasła spotykamy wesołą grupkę z Jasła, ale (jak sami podkreślają) nie są mieszkańcami góry z trójnogiem na szczycie, której wierzchołek właśnie zdobyliśmy, lecz miasta o takiej samej nazwie. Pozdrawiamy Was, ludzie z Jasła - może jeszcze gdzieś się spotkamy, na jakimś wspólnym wyjeździe. Nasza wędrówka łączy prawdziwych ludzi gór, gdzie życzliwość, przyjaźń i wyrozumiałość przerasta wszystkie różnice. Wędrujemy dla przeżywania fascynującego piękna krajobrazu i bogactwa przyrody. Znajdujemy czas na to by zatrzymać się na szlaku i zobaczyć co nam on oferuje. Nie biegniemy by zaliczyć jego dystans, bo ileż piękna można wtedy przeoczyć. Idziemy nie tylko aby pokonać dystans, ale też aby coś zobaczyć i doznać szczególnego spotkania z przyrodą i drugim człowiekiem, z którym można podzielić się wrażeniami. W myślach przychodzą słowa Waltera Hagen’a, które mogłyby być mottem naszej wędrówki: „Nie śpiesz się, nie zamartwiaj. Przybyłeś na ten świat jedynie z krótką wizytą. Dlatego nie zapominaj schylić się i powąchać kwiaty”.

W drodze na Jasło.
W drodze na Jasło.

Jasło (1153 m n.p.m.).
Jasło (1153 m n.p.m.) i ludzie z Jasła.

Żegnamy się z ludźmi z Jasła, wracamy na czerwony szlak. Połoniną schodzimy na przełęcz, a z niej wspinamy się krótko na Szczawnik (1098 m n.p.m.). Śnieg zaczyna znów prószyć, śnieżynki wpadają za kołnierz. Trzeba zaciągnąć kaptury na kilka minut. Za Szczawnikiem przestaje padać, a zza chmur pokazuje się słońce. Mokry grunt lasu zaczyna intensywnie parować. Las ten jest przedziwny, tajemniczy. Wśród buków goszczą okazy jaworów, a jeden z nich, jakby przekręcony na prawo, intryguje pustym, otwartym pniem. Dalej mamy buka o kilkunastu konarach wyrastających z jednego korzenia. Fantazja przyrody nie ma tutaj granic. Ta fantazja towarzyszy nam do szczytu Małego Jasła, szczytu do którego docieramy o godzinie 13.50.

Przed Szczawnikiem.
Przed Szczawnikiem.

Na zejściu z Jasła.
Na zejściu z Jasła.

Widok na Jasło z podejścia na Szczawnik.
Widok na Jasło z podejścia na Szczawnik.

Bukowy las,
Bukowy las,

Ziemia paruje.
Ziemia paruje.

Wejście do bukowego lasu z domieszką jawora.
Wejście do bukowego lasu z domieszką jawora.

Dziwny jawor.
Dziwny jawor.

Jeden, czy wiele buków?
Jeden, czy wiele buków?

Małe Jasło.
Małe Jasło.

Na Małym Jaśle zatrzymują nas chwilę rozległe widoki. Z prawej Łapiennik, Krzemienna i Czernina, i dolina Dołżyczki. Z lewej piętrzy się masyw Hyrlatej, zza której wychyla się kontur Matragony. Na wprost nas ciągnie się grzbiet opadający do Cisnej, ten którym podążamy. Rysują się na nim jeszcze dwa wzniesienia: Worwosoka i Rożki. Dalej widoczne jest Pasmo Wysokiego Działu, gdzie jutrzejszego dnia tworzyć będziemy swoją historię.

Małe Jasło (1097 m n.p.m.).
Małe Jasło (1097 m n.p.m.).

Przed nami grzbiet z Worwosoką i Rożkami.
Przed nami grzbiet z Worwosoką i Rożkami.

Dolina Dołżyczki.
Dolina Dołżyczki.

Na Worwosoce widać środek grupy. Z początku wydaje się, że zawracają, ale po chwili obserwacji orientujemy się, że mijają się z inną grupą turystów. Schodzimy na przełęcz, pokrytą połoniną. Przed przełęczą na szlaku rośnie kilka świerków w grupce. Przechodzimy między nimi i wkrótce krótkim podejściem wchodzimy na szczyt Worwosoki. Jest tutaj Jacek, Kinga, Andrzej, Ewa. Siadamy na odpoczynek i dla pięknej południowej panoramy, sięgające dalekich, mniej znanych pasm słowackich znajdujących się za grzbietem granicznym, na którym kulminują Czerenin, Stryb, Sinkowa i Rypi Wierch. Przed tym pasmem widać dolinę otoczoną zewsząd lesistymi górami. Są to Roztoki Górne, obecnie niewielka osada z kilkoma zabudowaniami. Leży na drodze z Majdanu do Przełęczy nad Roztokami. Niegdyś przełęcz ta miała znaczenie strategiczne. Prowadził przez nią szlak handlowy na Węgry. Dawniej roztoki Górne były wsią królewską, w której mieszkali Bojkowie. Według badaczy wieś ta leżała na pograniczu bojkowsko-łemkowskim. Solinka leżąca nieco dalej uznawana była już za wieś łemkowską.

Wkrótce dochodzą nas Marek i Alicja, którzy zabawili dłużej na Jaśle. Wkrótce też na Worwosokę wchodzi „czoło” niewielkiej grupki znajomych, także przemierzająca Główny Szlak Beskidzki. Na moment zatrzymują się na uścisk dłoni. Z pewnością za niedługo będą nas mijać kolejne osoby z tej grupy, bo raczej nie skorzy jesteśmy do pośpiechu. Jest zbyt ładnie tutaj, aby gnać szybko, a czasu też mamy nadto i pogoda zrobiła się całkiem niezła. Minęły już chyba na dobre ostatnie wiosenne oddechy zimy.

Schodzimy z Małego Jasła. W tle Pasmo Durnej i Łopiennika.

Worwosoka i Rożki.
Przed nami Worwosoka i dalej Rożki.

Widok na Pasmo Łopiennika i Durnej.
Widok na Pasmo Łopiennika i Durnej.

Małe Jasło - widok z podejścia na Worowosokę.
Małe Jasło - widok z podejścia na Worowosokę.

Worwosoka (1024 m n.p.m.)
Worwosoka (1024 m n.p.m.)

Pasmo Łopiennika i Durnej.
Pasmo Łopiennika i Durnej.

Mija czternasta. Przed nami jeszcze leśne Rożki (943 m n.p.m.), przez które szlak przechodzi trawersem po wschodnich, a potem wschodnio-północnych stokach. Za Rożkami szlak skręca 90 stopni w prawo i odtąd mamy już tylko w dół. Przechodzimy przez jednolity bukowy las. Z jego runa wyrastają niewielkie, młode świerki. Zielenią się kępki traw. Wychodzimy na moment z tego pięknego lasu, aby przeciąć utwardzoną drogę leśną. Za drogą nachylenie stoku wyraźnie łagodnieje.

O godzinie 15.50 przechodzimy obok miejsca katastrofy śmigłowca, za załogą biorącą udział w popularnym programie telewizyjnym „997”. Zdarzenie to miało miejsce 10 stycznia 1991 roku, przed godziną 10.00. Śmigłowiec Mi-8T ze 103 Pułku Lotniczego Nadwiślańskich Jednostek Wojskowych MSW po wystartowaniu leciał spokojnie na wysokości 40 metrów wzdłuż rzeki Solinka. Po kilku minutach okolicą wstrząsnął potężny huk roztrzaskującego się śmigłowca. Świadkowie podają, że widzieli jak maszyna przed katastrofą wyłoniła się zza wzniesienia Rożki. Krążyła w powietrzu jednak była odwrócona niemal całkowicie podłogą do góry. Na pokładzie śmigłowca znajdowało się 10 osób - wszyscy zginęli na miejscu.

Lot ten miał na celu sprawdzenie z powietrza warunków pogodowych, bo nad Cisną widoczne były niewielkie oznaki załamania pogody i chciano zobaczyć, czy może ono przekształcić się w ulewę uniemożliwiającą zdjęcia. Dowódca zgodził się zabrać na pokład pasażerów, którzy chcieli skorzystać z okazji i obejrzeć z lotu ptaka okolicę. Do śmigłowca wsiadło sześciu policjantów i jeden pracownik cywilny Policji.

Rok później powstał obelisk upamiętniający ofiary tej katastrofy. Jednym z jego inicjatorów był policjant, który chciał wówczas wsiąść do śmigłowca z ośmioletnim synem, lecz odradzono mu tego, bo niedawno miał wypadek, po którym nie był jeszcze w pełni sprawny. Miał trudności z chodzeniem. Jego miejsce zajął komendant posterunku w Cisnej Zdzisław Marciniak, który zdążył wsiąść do maszyny niemal w ostatniej chwili. Gdyby spóźnił się kilka minut nie poleciałby.

Bukowy las z młodymi świerkami.
Bukowy las z młodymi świerkami.

Obelisk w miejscu katastrofy śmigłowca Mi-8T.
Obelisk w miejscu katastrofy śmigłowca Mi-8T.
Obelisk w miejscu katastrofy śmigłowca Mi-8T.

Za obeliskiem mamy krótki, ale bardzo błotnisty odcinek szlaku. Szlak dzieli się drogą z płynącym ciekiem, wpływającym nieco niżej do Solinki. U jego ujścia opłukujemy buty z błota. Jesteśmy już praktycznie u celu dzisiejszej wędrówki. Na drugi brzeg Solinki przedostajemy się mostem bieszczadzkiej kolejki wąskotorowej. Po drugiej stronie rzeki stoi „Siekierezada” jedna z najbardziej znanych knajp w Cisnej. Mówi się o niej, że jest tak samo kultowa, jak i przereklamowana. Cokolwiek by nie mówić, ma niepowtarzalny wystrój i klimat - siekiery wbite w stoły, na ścianach bieszczadzkie diabły i poroża, zwisające łańcuchy i bieszczadzkie piwo. Zaglądnąć tam trzeba, choćby raz.

Most bieszczadzkiej kolejki wąskotorowej nad Solinką.

„Siekierezada” to ostatnie miejsce na przystanek przed odjazdem do bazy. Godzina 16.30 to planowy odjazd. Grupa jest solidna i na wyznaczoną godzinę wszyscy zajmują swoje miejsca w autokarach. Nazywamy ją Supergrupą nie bez przyczyny, bo tworzą ją wspaniali ludzie.

Kończąc można by na post scriptum dodać jeszcze
coś pisanego wierszem choć żadne z nas wieszcze
Prawdą jest i nie tylko to jest nasze zdanie,
i dla nikogo nie jest to żadne zdziwienie
gdy mówimy: jesteście turystyczne kwiecie,
Supergrupą, jeśli tego jeszcze nie wiecie,
w której wszyscy widzą jeden, wspólny kierunek,
gdzie króluje uśmiech, braterstwo i szacunek,
wszyscy ze sobą bardzo miło współpracują,
ideę wspólnego wędrowania szanują.


GALERIE FOTOGRAFICZNE:
Przedwiośnie na Małym Jaśle

Więcej informacji - kliknij na obrazek...
Łopiennik (1069) - Stryb (1011) - Hyrlata (1103)
24-26.11.2017
Bieszczady... ileż w nich odmienności w porównaniu do pozostałych polskich gór! Niezwykłe i magiczne o każdej porze roku. Majestatycznie wznoszą się ku błękicie nieba i obłokom. Najwyższe z nich tworzy grupa bezleśnych grzbietów pokrytych połoninami, bajecznymi łąkami, które w niższych partiach przechodzą wprost w naturalne lasy bukowo-jodłowe, z domieszką starych jaworów, czy świerków. Są też tajemnicze, lesiste masywy, rozdzielone głuszą dolin. Mówią, że przestają być dzikie, lecz tkwi w nich legenda. Urzekają pięknem i malowniczością krajobrazów o każdej porze roku. Nie tylko latem i jesienią, kiedy paleta kolorów pokrywająca lasy najbardziej wpływa na emocje, ale również wtedy, kiedy zmysły zatapiają się w cichości późnej jesieni, zimy, czy wiosną, kiedy wszystko znów zaczyna się na nowo. Czy znamy wszystkie oblicza Bieszczadów? Raczej nie, dlatego chcemy zagościć w nich o każdej porze roku, aby stać się godnym ich korony.

Translator

Info

Licencja Creative Commons Gdy nie jest to inaczej sprecyzowane pod konkretnym materiałem, to:
Publikowane na blogu materiały można wykorzystać na warunkach licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie materiałów publikowanych na niniejszym blogu i jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o twórcy i adresu internetowego bloga. Pozwala się na wykorzystanie tych materiałów w innych dziełach pod warunkiem udostępniania ich na tej samej licencji.

Kuferek

Hej wędrowcze, właśnie otworzyłeś malutki skarbczyk.
Nie jest on drogocenny, ale nie wykluczone, że znajdziesz w nim coś
co może Ci się przydać.

Kolekcje

Wędrowanie po znanych i nieznanych szlakach to ogrom niesamowitych wrażeń i emocji. Z każdą zakończoną wędrówką wiąże się tęsknota i czar wspomnień. Odczucia takie towarzyszą nam od samego początku przygody, wyzwalając potrzebę zachowania przeżyć, nie tylko w ulotnej pamięci ludzkiej, ale również w formie bardziej trwałej, w postaci fotografii, opisów, dzienniczków przebytych tras, odwiedzonych miejsc, czy zdobytych szczytów. Utrwalanie to jest również okazją do usystematyzowania turystycznych poczynań wg różnych kryteriów - zdobytych koron gór, przebytych szlaków, itp.

Napisz do nas