Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieszczady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieszczady. Pokaż wszystkie posty
Nie pierwszy raz tutaj gościmy, ale po raz pierwszy chyba poczuliśmy się swojsko. Standardowe trzydniowe pobyty mijają zdecydowanie szybciej, niż taki jak ten - czterodniowy, pozwalający mocniej związać się z odwiedzanym regionem. Tylko jeden dzień więcej a taka różnica, bo człowiek nie myśli już na drugi dzień po rozpakowaniu się o powrocie. Dzisiaj jest czwarty dzień bieszczadzkiej wyprawy sylwestrowo-noworocznej i niestety już ostatni. Ostatni punkt i cel programu to bieszczadzka królowa Tarnica, ten sam co ostatniej zimy. Porównana do tamtego wyjazdu są nieuniknione. Wciąż wracamy myślami do stycznia 2017 roku. Wówczas Tarnica była powabna i przepiękna, jaka będzie dzisiaj?

TRASA:
Wołosate (724 m n.p.m.) Przełęcz pod Tarnicą (1276 m n.p.m.) Tarnica (1346 m n.p.m.) Przełęcz pod Tarnicą (1276 m n.p.m.) Wołosate (724 m n.p.m.)

OPIS:
Z Wołosatego wyruszamy o godzinie 8.45 w kierunku najwyższej góry polskich Bieszczadów. W Ustrzykach Górnych, jak również w Wołosatym zaczęły się chyba roztopy. Na drogach jest mokro, nad ranem padał deszcz ze śniegiem. Warstwa śniegu raczej nie przekracza 30 centymetrów. Wyżej w górach śniegu z pewnością jest więcej. Pogoda do wędrówki dobra, aczkolwiek może nie zachęca do optymizmu. Rusza jednak niemal cała grupa na Bieszczadzką Królową.

W Dolinie Wołosatki snują się mgły. Ścieżka szlaku jest wyraźna, mocno przedeptana - na początkowych fragmentach spod śniegu wyłazi błoto. Patryk tradycyjnie na przedzie. Ma dać pierwszy sygnał w razie trudności pod samym wierzchołkiem. Może tak być, że będziemy musieli zawrócić, bo śnieg przerzucony przez wiatr z jednej strony góry na drugą będzie tworzył groźne nawisy, bez możliwości ominięcia. O godzinie 9.05 docieramy na skraj lasu pod tablice informacyjne Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Dalej jest bardziej strome zbocze. Część osób zakłada raki, po czym ruszamy dalej.

Dolina Wołosatki.
Dolina Wołosatki.

Z każdym pokonanym metrem przewyższenia śniegu jest więcej, lecz nie wiele go leży osiadłego na gałązkach drzew. Od czasu do czasu da się usłyszeć jak jego ostatki z spadają z góry, może i czasem na głowę pacnąć mokra grudka śniegu. Dziesięć minut po dziesiątej zaczynamy wychodzić na połoninę. Przechodzimy przez końcowe zagajniki, ślicznie oszronione, czy może opierzone śniegiem. Zrobiło się nagle cudownie i baśniowo. Przez nisko wiszące chmury przebił niewielki świetlisty punkcik, który chwilkę potem zaczyna rosnąć, przeistaczając się w krągłość słonecznej tarczy. Z naszej głębi wydobywa się radosne uniesienie, proste, dziecięce. Zatrzymujemy się chwilę. Doświadczamy ogromnej satysfakcji. Jak to przyjemnie jest być tu właśnie teraz. Gdyby wycieczka miała zakończyć się już tu, bylibyśmy w pełni usatysfakcjonowani, bo spotkało nas piękno do końca niespodziewane. Idziemy jednak dalej w górę.

Skraj młodego lasu.
Skraj młodego lasu.

Pierwsze pola połoniny.
Pierwsze pola połoniny.

Przed nami niewielki zagajnik.
Przed nami niewielki zagajnik.

Zimowy zagajnik.
Zimowy zagajnik.

Karłowate buki.
Karłowate buki.

Opuszczamy zagajniki tworzone przez chaotycznie powyginane karłowate buki, będące po niejednym boju z surowymi warunkami, jaki dyktuje im tu natura. Dzisiaj nie muszą walczyć. Jest cicho i spokojnie. Nie ma wiatru, nie ma mrozu. Wychodzimy na otwarte pola połoniny. Przed nami wznosi się Tarnica z widocznym krzyżem postawionym pod wyższym wierzchołkiem. Tarnica ma kształt wydłużonego grzbietu z dwoma wierzchołkami. Na lewo mamy charakterystyczne siodło, które było inspiracją nazwy góry, pochodzącej od rumuńskiego słowa „tarniţa” oznaczająca siodło, albo przełęcz.

Po drugiej stronie siodła ciągnie się opadający grzbiet Szerokiego Wierchu, kulminujący w trzech punktach, z których pierwszy najwyższy, wznoszący się najbliżej Tarnicy nosi nazwę Tarniczka (1315 m n.p.m.). Podążamy w górę w kierunku przełęczy. Szlak jest bardzo wygodny, nie zapadamy się po pas w śniegu tak jak zeszłej zimy. Widać jego przebieg, bo okalające go taśmy barierek wystają ponad śniegiem. Wiadomo jak iść po szlaku i dopóki nie nasypie więcej śniegu tyczki znakujące zimowy szlak są jeszcze niepotrzebne.

Wyjście z lasku na połoninę.
Wyjście z lasku na połoninę.

Przed nami masyw Tarnicy.
Przed nami masyw Tarnicy.

Pierwsze panoramy na Dolinę Wołosatki.
Pierwsze panoramy na Dolinę Wołosatki.

Śnieżne twory.
Śnieżne twory.

Niebo zalane jest szarym mlekiem chmur. Blask słońca wciąż jednak przebija się do nas, chyba intensywniej niż wcześniej. Mijamy rosnące na połoninie pojedyncze lub w niedużych grupkach drzewka świerków okryte pióropuszami zmarzlin. Wyglądają one jak zastygłe postacie ze świata fantazji. Wyglądają niesamowicie, ale jednocześnie nadają surowemu krajobrazowi sporej dozy romantyzmu. Zmysły ludzkie nie na co dzień takie coś widzą i interpretują te śnieżne twory jako nierealny świat, ulotny jak sen. Dlatego każdy kto tędy przechodzi próbuje uchwycić go w kadrze zdjęciowym, aby zachować go dla siebie, czy też udokumentować nieobecnym tą niezwykłość krajobrazowa, by uwierzyli, że istnieje w rzeczywistości.

Na stoku podejściowym.
Na stoku podejściowym.

Odpoczynek w baśniowej krainie.
Odpoczynek w baśniowej krainie.

Dolina potoku Zwór.
Dolina potoku Zwór (z prawej).

Słońce przebija się śmielej. Od jego promieni na wygładzonej wiatrem powierzchni śniegu pojawiają się nasze cienie. Idziemy stokiem opadającym do malowniczo prezentującej się dolinki potoku Zwór. Piętrzący się po drugiej stronie masyw Szerokiego Wierchu jest co raz bardziej imponujący. Za nami uroczo prezentuje się dolina Wołosatki, nad którą płyną zwiewne mgiełki. Kilka minut przed jedenastą jesteśmy na przełęczy pod Tarnicą. Ostatni odcinek obejściowy wygląda dobrze, zresztą wiedzieliśmy już o tym wcześniej z sms-a od Patryka, w którym krótko napisał „Tarnica ok”. Opuścił już jej wierzchołek i biegnie teraz na Halicz, realizując swój plan na dzisiaj.

Po lewej z tyłu mamy dolinę Terebowca, za nią grzbiet Bukowego Berda. Przed nami po lewej dolinę źródliskową Wołosatki, a za nią Krzemień, Kopę Bukowską i Halicz chowający się w białym obłoku. Okolica pokryta jest niedużą mgłą, ale to naturalne dla wysokości, którą już zdobyliśmy. Jesteśmy już pewni, że Tarnicę zdobędziemy. Jest w naszym zasięgu i nic nam już tej przyjemności nie odbierze. Było o wiele łatwiej niż ostatnio. Zdobywamy ją o godzinie 11.05. Czujemy się szczęśliwi.

 Droga podejściowa tuż pod przełęczą.
Droga podejściowa tuż pod przełęczą.

Przed szczytem Tarnicy.
Przed szczytem Tarnicy.

Żółtym szlakiem na wierzchołek.
Żółtym szlakiem na wierzchołek.

Tarnica (1346 m n.p.m.).
Tarnica (1346 m n.p.m.).

Grzbiet Szerokiego Wierchu.
Grzbiet Szerokiego Wierchu.

Widok w stronę doliny Wołosatki.
Widok w stronę doliny Wołosatki.

Spojrzenie w stronę Ukrainy.
Spojrzenie w stronę Ukrainy.

W dali widać grzbiet Wielkiej i Małej Rawki.
W dali widać grzbiet Wielkiej i Małej Rawki.

Grzbiet Szerokiego Wierchu.
Grzbiet Szerokiego Wierchu.

Pod krzyżem na Tarnicy.
Pod krzyżem na Tarnicy. Jakaś postać w czerwonej kurtce zbliża się do nas.

Wiele osób na szczycie Tarnicy jest po raz drugi, zdobywając go w warunkach zimowych. Nie minął jeszcze rok od pamiętnej ostatniej wyprawy. Pełny rok minie dopiero za dwa tygodnie. Góra prezentuje się inaczej niż wtedy, ale choć nie od razu możemy w to uwierzyć - znów zaczyna czynić cuda wokół siebie. Nisko w dolinach suną sobie powoli piękne obłoczki, a nad nami tworzą się pierzaste obłoki – odsłania się błękitne niebo, promienie słońca spadają na nas z maksymalną mocą. Na zachodzie ukazują się nam wierzchołkowe partie Rawek - wczoraj niegościnne, a dzisiaj zachęcają do odwiedzin.

Obłoczki w dolinach szarpią się po wyniosłościach, wkrótce jednak gęstnieją. Z wierzchołka Tarnicy widok jest teraz jak z samolotu lecącego ponad chmurami. Trzynastometrowy krzyż został ślicznie ozdobiony białymi pióropuszami. Są dokładnie takie jakie chcieliśmy zobaczyć na własne oczy, będąc zimą na wierzchołku góry. To magia Bieszczadów, niezwykła. Ich magia tego dnia była dla nas podwójna, gdy na szczycie góry pojawiła się postać w różowej kurce, zauroczona jak my otaczającym górskim pejzażem. Zatrzymała się spoglądając na pasmo graniczne, w tym czasie my robiliśmy sobie zdjęcie przy krzyżu. Potem przeszła koło nas na wschód, by spojrzeć na ukraińskie Bieszczady. Dopiero wtedy zwróciliśmy uwagę na jej osobę. Wypowiedzieliśmy jej imię, pierwszy raz, potem wtóry... usłyszała, odwróciła się w naszym kierunku. Niezwykłe spotkanie po wielu latach. Tarnica okazała się być bliżej dla nas, niż nasze rodzinne strony. Beata powiedziała później: „Trzeba było w zimie na Tarnicę wyjść, żeby spotkać się ze znajomymi po 20 latach. Magia... nie tylko gór”.

Spotkanie po latach.
Spotkanie po latach.

Na Tarnicy.
Na Tarnicy.

Niebo nad Tarnicą odkryło swe błękity. W dolinach zrobiło się tłoczno od chmur. Nie mogą pomieścić się w nich i wypychane są ku górze. Wierzchołek Tarnicy powoli pustoszeje. My pójdziemy na końcu. Czekamy. W pewnym momencie zostajemy na nim sami. Szczyt jest jak samotnia. To niespotykane u Bieszczadzkiej Królowej, żeby było tak cicho i pusto, nawet zimą.

O godzinie dwunastej opuszczamy szczyt góry. Tarnicę ogarnia chmura. Schodzimy na przełęcz, niczym w siną dal, bo widoczność spada. Chmury leżące w dolinach podniosły się wyżej. Przed nami idzie Nina, Kamila nieodłączne towarzyszki tej i wielu innych wędrówek. Chwilę później dochodzimy kilku innych osób. Poniżej przełęczy powoli wychodzimy z chmury. Schodzimy tą samą drogą, dość szybko. Zatrzymujemy się dłużej pod wiatą. Spoglądamy na siebie. Żartujemy, ale w duchu wesołość miesza się troszkę żal, że bieszczadzka czterodniówka dobiega końca. Zawsze ostatniego dnia przed odjazdem robi się smutno. Jest jednak satysfakcja, że udało się wszystko zrobić tak jak to zostało zaplanowane.

Niebo nad Tarnicą odkryło swe błękity.
Niebo nad Tarnicą odkryło swe błękity.

W dolinach zrobiło się tłoczno od chmur.
W dolinach zrobiło się tłoczno od chmur.
W dolinach zrobiło się tłoczno od chmur.

Stok opadający do doliny źródliskowej Wołosatki.
Stok opadający do doliny źródliskowej Wołosatki.

Wzburzone morze chmur wokół Tarnicy.
Wzburzone morze chmur wokół Tarnicy.
Wzburzone morze chmur wokół Tarnicy.

Tarnica opustoszała.
Tarnica opustoszała.

Zejście ze szczytu.
Zejście ze szczytu.

Przełęcz pod Tarnicą.
Przełęcz pod Tarnicą.

Poniżej Przełęczy pod Tarnicą.
Poniżej Przełęczy pod Tarnicą.

Las i stromszy fragment szlaku.
Las i stromszy fragment szlaku.

Kilkanaście minut po trzynastej wychodzimy z lasu. Przemierzamy płaskie dno doliny w kierunku szosy, przy której stoi kilka, może kilkanaście domów. To niewielka obecnie wioska, ale w okresie międzywojennym liczyła ponad 1000 mieszkańców, rdzennych Bojków, którzy zostali stad przesiedlenie po II wojnie światowej. Niedługo potem wszystkie budynki wsi zostały spalone. Z dawnej wsi zachował się cmentarz, podmurówka cerkwi i przydrożne krzyże. Tereny wsi były puste przez wiele lat. Dopiero pod koniec lat 60-tych XX wieku zaczęła zawiązywać się tutaj mała osada, przy której powstawała ferma hodowlana. Na początku lat 80-tych XX wieku obszary tej fermy przejął „Igloopol”. To na jego potrzeby w 1987 roku wojsko przeprowadziło rekultywację terenu doliny za pomocą materiałów wybuchowych. Ferma jednak nie została dokończona, kiedy w 1991 roku przejął ją Bieszczadzki Park Narodowy. Odtąd dolinę Wołosatki zaczęto przystosowywać pod kątem turystyki. Uporządkowano pamiątki po dawnych mieszkańcach doliny, czyli cmentarz i cerkwisko. Powstała Zachowawcza Hodowla Konia Huculskiego. Zbudowano parkingi i wiaty.

Dolina Wołosatki.
Dolina Wołosatki.

Żuraw obok cmentarza w Wołosatym.
Żuraw obok cmentarza w Wołosatym.

Stary cmentarz bojkowski w Wołosatym.

Stary cmentarz bojkowski w Wołosatym.

Stary cmentarz bojkowski w Wołosatym.
Stary cmentarz bojkowski w Wołosatym.

Popołudniem wyjeżdżamy z zakątka leżącego u podnóży Szerokiego Wierchu i Tarnicy. Dobrze było znów tu pobyć z wesołymi, sympatycznymi ludźmi. Mamy odczucie, że wszystko udało się wyśmienicie. To zasługa wszystkich, bo sami byśmy tego nie zrobili. Bieszczadzka wyprawa sylwestrowo-noworoczna byłaby nie warta organizacji, gdyby jej uczestnicy nie byli wspaniałymi ludźmi w każdym calu. To dzięki nim bawiliśmy się tak dobrze. Dawno nie mieliśmy tak szałowej zabawy sylwestrowej, nie wspominając już o urokach pozostałych punktów programu. Wspomnienie spędzonego tutaj czasu długo będzie nam siedzieć w głowie, a może nawet na zawsze pozostanie żywe, co jest całkiem możliwe, bo magia tego czasu nie odstępowała od nas ani na chwilę.




GALERIE FOTOGRAFICZNE:
Tarnica - bieszczadzka królowa

Ostatni dzień roku. W głębi ducha niesie się jeszcze wczorajszy śpiew kolędy. Jesteśmy jeszcze pod urokiem nastroju wczorajszego wieczoru. Zimowa sceneria Bieszczadów jest do tego wspaniałym dopełnieniem. Można by odnieść wrażenie, że czas niedawnych świąt jeszcze się nie skończył. Magia zimowych Bieszczadów jest niezwykła.

TRASA:
Przełęcz Wyżniańska (856 m n.p.m.) [zielony szlak] Bacówka PTTK Pod Małą Rawką (914 m n.p.m.) [zielony szlak] Mała Rawka (1272 m n.p.m.) [żółty szlak] Wielka Rawka (1307 m n.p.m.) [żółty szlak] Mała Rawka (1272 m n.p.m.) [zielony szlak] Bacówka PTTK Pod Małą Rawką (914 m n.p.m.) [zielony szlak] Przełęcz Wyżniańska (856 m n.p.m.)

OPIS:
Ruszamy dzisiaj na zimowe Rawki. Jest godzina dziewiąta, gdy rozpoczynamy marsz z Przełęczy Wyżniańskiej (856 m n.p.m.). Stąd prowadzi najprostsza droga na szczyty Rawek. Przełęcz Wyżniańska oddziela masyw Małej i Wielkiej Rawki od Połoniny Caryńskiej. Szlak z przełęczy wiedzie początkowo dość płasko przez widokowy grzbiet pokryty silnie przewianym śniegiem. Ciemne chmury wiszą nad lasem skrywając szczyty pasma granicznego. Jaśniejsze prześwity pojawiają się tylko nad doliną Prowczy znajdującej się na północnym zachodzie. Dolina ta rozdziela Połoninę Caryńską i Połoninę Wetlińską. Docieramy do Bacówki PTTK pod Małą Rawkę. Chwilkę przy niej stoimy. Nie wchodzimy do środka. Jego gościna przyda się bardziej po powrocie.

Na szlaku z Przełęczy Wyżniańskiej.
Na szlaku z Przełęczy Wyżniańskiej.

Widok na Małą Rawkę.
Widok na Małą Rawkę.

Śnieżne pustkowie.
Śnieżne pustkowie.

Od Bacówki pod Małą Rawkę idziemy chwilkę blisko skraju lasu na północny zachód. Po 200 metrach szlak wprowadza nas do lasu. Tam obniżamy się nieco ku źródliskowemu strumieniu potoku Prowcza. Przechodzimy przez malowniczo okryte śniegiem kładki. Po przecięciu potoku zaczynamy podejście. Najpierw łagodne, nie za długo jednak zbocze staje się bardzo strome. Dróżka poprowadzona jest nieco ponad jarem potoku. Momentami słychać jego wartki strumień. Około dziesiątej dochodzimy do miejsca, gdzie dróżka skręca na lewo oddalając się od źródlisk Prowczy. Zaraz za skrętem zbocze przez jest jeszcze bardziej ostre i choć tylko przez chwilę to zmusza wiele osób do założenia raków.

Widok w kierunku doliny Prowczy.
Widok w kierunku doliny Prowczy.
Widok w kierunku doliny Prowczy.

Podejście.
Podejście.

Początkowy bieg Prowczy.
Początkowy bieg Prowczy (tuż poniżej źródła).

Najostrzejszy, krótki odcinek.
Najostrzejszy, krótki odcinek - zaczynamy oddalać się od jaru Prowczy.

Wnet jednak zbocze łagodnieje. Podejście staje się przyjemne, to pozwala bardziej delektować się pięknem bukowego lasu. Na łagodnym zboczu wygodniej jest przystanąć na moment, nawet nie dla odpoczynku, ale właśnie dla możności przypatrzenia się zimowemu lasowi. Gdy nie stawiasz kroków po skrzypiącym śniegu można doznać w tym lesie zupełnej ciszy.

Przecinamy niewielką polankę, za którą rosnące drzewa stopniowo są coraz niższe, karłowate. Przestrzeń między nimi wypełnia biała mgiełka. Wciąż jest cicho i spokojnie, dziwnie bezwietrznie. Wkrótce zadrzewienie staje się rzadsze. Pojawia się roślinność krzaczasta, drzewa zanikają. Jesteśmy niedaleko połoniny okrywającej wierzchołkowe partie Małej Rawki. O godzinie 10.40 wychodzimy z lasu na bezkresną śnieżną biel, którą dotyka mglista chmura. Zbliżamy się do wierzchołka, przez który przepływa tuman przepędzany silnym wiatrem. Znów przydają się narciarskie gogle.

Tu już jest bardzo łagodnie.
Tu już jest bardzo łagodnie.

Na niewielkiej polance.
Na niewielkiej polance.

Bukowy las.
Bukowy las.

Im bliżej wierzchołka, tym drzewa są coraz niższe.
Im bliżej wierzchołka, tym drzewa są coraz niższe.

Las przed połoniną.
Las przed połoniną.

Moment przed wejściem na połoninę.
Moment przed wejściem na połoninę.

Dzwoni telefon. To Patryk, który jest z Ryśkiem na czele grupy. Informuje o słabej widoczności na wierzchołku Wielkiej Rawki. Łatwo zgubić drogę i pobłądzić. Część osób zawraca. W kilkuosobowej grupie kierujemy się na płytką przełęcz pomiędzy Małą i Wielką Rawką. Widoczność jest słaba, nie widać granicy między śniegiem i zamglonym powietrzem. Widać jednak ślady na śniegu. O dziwo na niewiele niżej położonej przełęczy wiatr zanika. Rosnący tutaj młodnik z gałązkami oprószonym puchem wygląda jak z bajki. Z naprzeciwka pojawia się kilka osób, które zawróciły przed wypiętrzeniem szczytowym Wielkiej Rawki. Ktoś jest jednak jeszcze przed nami, a my jesteśmy zamkiem. Idziemy dalej po śladach w krótkich odstępach. Za młodnikiem mamy połoninę okoloną mgłą. Gdyby nie było mgły bezpośrednio przed nami zobaczylibyśmy szczyt Wielkiej Rawki. Podchodzimy bliżej pod krótką wyniosłość. Jest tam nieduży nawis śniegu. Ostatnimi dniami wiatr wiał właśnie od tamtej strony, przenosząc śnieg z południowych stoków na północne. Idziemy po wydeptanych śladach, pokonując stromszy odcinek poruszając się w większych odstępach, tak jak czyni się to przy zagrożeniu lawinowym 2 stopnia.

Nie widać horyzontu.
Nie widać horyzontu.

We mgle.
We mgle.

Na przełęczy między Małą i Wielką Rawką.
Na przełęczy między Małą i Wielką Rawką.
Na przełęczy między Małą i Wielką Rawką.

Jesteśmy na wypiętrzeniu szczytowym. Silnie wieje. Pozostało nam kilka minut drogi do punktu szczytowego na którym stoi pokaźny betonowy słup. Pojawia się nagle wyłaniając z mgły. Jest godzina 11.30. Podchodzimy pod betonowy słup oblepiony zlodowaciałym śniegiem. Przy nim wieje najbardziej. Zimno szczypie odkryte palce, ale aby zrobić zdjęcie trzeba ściągnąć rękawiczki. Słup stanowił kiedyś stanowisko geodezyjne, dzisiaj wyznacza jedynie punkt 1307 m n.p.m.. Kiedyś znajdowała się tu drewniana wieża triangulacyjna, do dzisiejszych czasów przetrwał sam słup.

Wtem łagodnie, jakby skrzydłami ptaków, zakryto mi palcami oczy.
Ach — mówię — kochanie, gdzie masz rękawiczki? Zimno jest od dni paru.
Uważaj na swe ręce, żeby ci ich mróz czasem nie zauroczył,
bo bez twych rąk, miła, świat byłby pusty jak drzewce bez sztandaru.

(Jerzy Harasymowicz – „Pejzaż zimowy”, fragm.)

Nic tu dzisiaj po nas. Fotografie mamy zrobione. Wracamy wraz z ostatnimi, którzy weszli dzisiaj na szczyt Wielkiej Rawki, najwyższy w paśmie granicznym. Dwukrotnie pojawiają się trudności z dojściem do obejścia śnieżnego nawisu. Na grzbiecie jest mnóstwo śladów i wydeptanych w śniegu ścieżek. Kilka kroków wstecz do rozejścia pomaga wejść na właściwą drogę, tą którą niedawno wchodziliśmy. Schodzimy na przełęcz. W dalszym ciągu jest na niej cicho i bajecznie.

Wielka Rawka (1307 m n.p.m.)
Wielka Rawka (1307 m n.p.m.).

Wielka Rawka (1307 m n.p.m.)
Wielka Rawka (1307 m n.p.m.).

Pod wierzchołkowym stokiem Wielkiej Rawki.
Pod wierzchołkowym stokiem Wielkiej Rawki.
Pod wierzchołkowym stokiem Wielkiej Rawki.

Na przełęczy.
Na przełęczy.

Spoglądamy na siebie. We włosach, czapkach i całym odzieniu zostały pamiątki z chłodnej, a raczej mroźnej Wielkiej Rawki. Wiatr poprzylepiał nam zlodowaciałe drobiny na czapki i do ubrania, niektórym wplótł się siwymi nitkami we włosy.

Na Małej Rawce wiatr chyba nieco osłabł. Można zdjąć na chwilę rękawiczki, a nawet przysiąść na desce ławki wystającej ze zmarzniętego śniegu pod szczytowym słupkiem. Jest godzina 12.15. Po przerwie opuszczamy szczyt Małej Rawki. Schodząc mijamy sporo innych turystów zmierzających w przeciwnym kierunku. Zostawiamy im informację o warunkach, które ich czekają. My już sukcesywnie obniżamy wysokość. W porównaniu do innych okolicznych masywów grzbiet Rawek cechuje duża deniwelacja względna. Aby zmierzyć się z nią musieliśmy pokonać od Przełęczy Wyżniańskiej ponad 450 metrów różnicy poziomów.

Przełęcz między Małą i Wielką Rawką.
Przełęcz między Małą i Wielką Rawką.
Przełęcz między Małą i Wielką Rawką.
Przełęcz między Małą i Wielką Rawką.

Mała Rawka (1272 m n.p.m.)Mała Rawka (1272 m n.p.m.)
Mała Rawka (1272 m n.p.m.).

Zejście z Małej Rawki.
Zejście z Małej Rawki.

Schodzi się nam niezmiernie lekko. Zejście jest szybkie. Wiemy, że na Wielką Rawkę przyjedziemy jeszcze raz, gdy będzie łaskawsza i obdarzy nas piękną panoramą. Dzisiejsza aura, surowsza, ale całkiem zwyczajna w zimowych Bieszczadach była szczególna. Zostawia wyjątkowe wspomnienia, bardzo ciepłe wspomnienia, bo kojarzone z twarzami osób, z którymi razem ruszyliśmy zdobyć górę.

W Bacówce pod Małą Rawką jest ciasno. Znajdujemy jednak kawałeczek ławki przy stole, aby przekąsić coś drobnego i napić się kawy. Po odpoczynku wracamy na Przełęcz Wyżniańską, skąd o godzinie 14.45 odjeżdżamy do Ustrzyk Górnych, gdzie pożegnamy odchodzący rok i przywitamy nowy.

Z lodową siwizną.
Z lodową siwizną.
Z lodową siwizną.

Przy Bacówce PTTK pod Wielką Rawką.
Przy Bacówce PTTK pod Wielką Rawką.

Przełęcz Wyżniańska (856 m n.p.m.)
Przełęcz Wyżniańska (856 m n.p.m.).

Jaka to będzie noc? Dawno z takim entuzjazmem nie oczekiwaliśmy sylwestrowej zabawy. Dawno nie spędzaliśmy tego czasu w tak dużej grupie, na sali balowej, przy dźwiękach muzy pokoleń. O takim Sylwestrze, z przyjaciółmi ze szlaku marzyliśmy już od ponad roku. Miejsca na niego zapełniały się już od stycznia, kiedy padł pomysł, że to właśnie tutaj w Ustrzykach Górnych dobrze byłoby przyjechać i spędzić cały czas sylwestrowo-noworoczny. W wakacje zaczęło brakować już miejsc, a we wrześniu właściwie już ich nie było. Tylko w wyniku rotacji osób czasem komuś udawało wskoczyć na miejsce kogoś kto musiał zrezygnować, bo kontuzja, bo coś tam... Szkoda, że nie ma tu wszystkich, lecz sercem i duchem jesteśmy ze wszystkimi.




Zapraszamy na wycieczkę dnia 17.03.2018,
kiedy udostępnione zostaną nam dwie świątynie
w Skrzydlnej, którym patronuje św. Mikołaj Biskup.
W ich wnętrzu znajdziemy wiele wizerunków św. Mikołaja.

Translator

Info

Licencja Creative Commons Gdy nie jest to inaczej sprecyzowane pod konkretnym materiałem, to:
Publikowane na blogu materiały można wykorzystać na warunkach licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie materiałów publikowanych na niniejszym blogu i jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o twórcy i adresu internetowego bloga. Pozwala się na wykorzystanie tych materiałów w innych dziełach pod warunkiem udostępniania ich na tej samej licencji.

Kuferek

Hej wędrowcze, właśnie otworzyłeś malutki skarbczyk.
Nie jest on drogocenny, ale nie wykluczone, że znajdziesz w nim coś
co może Ci się przydać.

Kolekcje

Wędrowanie po znanych i nieznanych szlakach to ogrom niesamowitych wrażeń i emocji. Z każdą zakończoną wędrówką wiąże się tęsknota i czar wspomnień. Odczucia takie towarzyszą nam od samego początku przygody, wyzwalając potrzebę zachowania przeżyć, nie tylko w ulotnej pamięci ludzkiej, ale również w formie bardziej trwałej, w postaci fotografii, opisów, dzienniczków przebytych tras, odwiedzonych miejsc, czy zdobytych szczytów. Utrwalanie to jest również okazją do usystematyzowania turystycznych poczynań wg różnych kryteriów - zdobytych koron gór, przebytych szlaków, itp.

Napisz do nas