Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łopiennik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łopiennik. Pokaż wszystkie posty
Długo teren Bieszczadów pozostawał bezludny. Kolonizacja na większą skalę pojawiła się dopiero pod koniec XIV wieku, kiedy w Bieszczady zaczęły przybywać wielkie rody szlacheckie. Najpierw Kmitowie, którzy założyli Lesko, a potem przesuwali się w górę Sanu i jego dorzecza. Niedługo po nich w Bieszczady przybył ród Balów o węgierskich korzeniach, którzy skolonizowali całą dolinę Hoczenki i większość doliny Solinki. Założyli Jabłonki, Wołkowyję i Cisną. Przybył w Bieszczady też ród Tarnawskich z Tarnawy leżącej koło Zagórza, który objął dobra leżące w dorzeczu Kalniczki. W głębokich górskich otchłaniach pojawiła się też ludność o tajemniczym pochodzeniu, które wciąż jest przedmiotem nierozstrzygniętego sporu naukowego. Byli to osadnicy o cechach rusińsko-bałkańskich, którzy osiadali w najbardziej niedostępnych dolinach Bieszczadów. To oni tworzyli tutaj pierwsze wsie zakładane na prawie wołoskim.

TRASA:
Jabłonki (548 m n.p.m.) czarny szlak Łopiennik (1069 m n.p.m.) czarny szlak Dołżyca (534 m n.p.m.)

OPIS:
Dzisiejszą wędrówkę po Bieszczadach zaczynamy w jednej z najstarszych bieszczadzkich osad. To wieś Jabłonki, o której wiadomo, że jako osada istniała już w 1498 roku. Jabłonki były pierwszą wsią założoną przez Balów tak głęboko w górach. Jej zabudowa stała przy ważnym trakcie przecinającym Karpaty na Przełęczy nad Roztokami. Zapewne z tej przyczyny wieś w tamtym czasie spełniała również funkcje strażnicze. Balowie zarządzali Jabłonkami do końca XVIII wieku, potem przeszła w ręce Urbańskich i Sołdraczyńskich. W 1921 roku liczyły 63 domy i 409 mieszkańców (327 grekokatolików, 77 rzymskich katolików, 5 wyznania mojżeszowego). Wieś ciągnęła się doliną przez 2,5 km od obecnej zabudowy na południe po serpentyny dzisiejszej szosy wojewódzkiej. W jej centrum stała drewniana cerkiew wzniesiona w 1902 roku. Dziś tej cerkwi i dawnej wsi już nie ma. Zniknęły tak jak jej mieszkańcy przymusowo przesiedleni w maju 1946 roku.

Na terenie zniszczonych i opustoszałych Jabłonek, w potyczce z UPA zginął gen. Karol Świerczewski, „człowiek, który kulom się nie kłaniał” jak pisała kiedyś Janina Broniewska w hagiograficznej biografii Świerczewskiego. Wydarzenie to miało miejsce 27 marca 1947 roku. W miejscu jego śmierci ustawiono w 1957 roku niewielki obelisk. Pięć lat później w jego miejsce wzniesiono pomnik, a w jego pobliżu, tam gdzie zginął generał ustawiono piaskowcowy głaz z napisem „Tu zginął Gen. Karol Świerczewski WALTER”. Pomnik zaś wykonany został z granitu na którym umieszczono płaskorzeźbę z wizerunkiem Świerczewskiego. Na szczycie cokołu umieszczono orła wykonanego z blachy pancernej. Obok pomnika leży też głaz z marmurową tablicą, na którym wyryto czterowiersz z poematu Władysława Broniewskiego „Nie o każdym śpiewają pieśni, lecz to imię opiewać będą. Ono potrafi się wznieść ponad historię legendą”. Dwadzieścia lat po śmierci Świerczewskiego szczyt znajdujący się w tle pomnika przemianowano na Walter. Niedawno przywrócono mu pierwotną nazwę Woronikówka. Karol Świerczewski to postać dwojako oceniana - w czasach PRL była kreowana na bohatera narodowego, obecnie najczęściej ocenia się go negatywnie, mając na względzie niechlubne czyny, czy służbę w szeregach Armii Czerwonej w wojnie przeciw Polsce w 1920 roku. Jednak czy pomniki z tamtej Polski muszą przeszkadzać? Każdy na ten temat ma swoje zdanie, a my uprawiając turystykę nie zajmujemy się polityką, lecz cenimy sobie w niej walory poznawcze.

Pomnik Karola Świerczewskiego Waltera w Jabłonkach.
Pomnik Karola Świerczewskiego Waltera w Jabłonkach.

Spod pomnika ruszamy o godzinie 11.50 poboczem szosy w kierunku Cisnej, gdzie stała dawna, bojkowska wieś Jabłonki. Prowadzi nas czarny szlak. Po 10 minutach wchodzimy na teren dawnej zabudowy dworskiej Jabłonek. Przed skrętem szlaku na boczną, utwardzoną drogę mijamy stojącą na skarpie bieloną, trzystopniową kapliczkę, przykrytą daszkiem zwieńczonym krzyżem. Na frontowej ścianie zostały wykonane w niej trzy nisze, dwie płytkie oraz nad nimi jedna głęboka, w której umieszczony jest obraz „Ostatnia wieczerza” ozdobiony kwiatami. Jest to ocalała kapliczka w Jabłonkach, pamiętająca czasy mieszkańców wysiedlonych w 1946 roku. Od tego miejsca w kierunku południowym ciągnęły się w tamtych czasach zabudowania wiejskie Jabłonek, aż po dzisiejsze serpentyny szosy.

W kierunku Cisnej.
W kierunku Cisnej.
W kierunku Cisnej.

Kapliczka w Jabłonkach.
Kapliczka w Jabłonkach, pamiętająca czasy mieszkańców wysiedlonych w 1946 roku.

Kapliczka poświęcona Andrzejowi Wołosz.
Kapliczka poświęcona Andrzejowi Wołosz (* 12 XI 1970 † 3 IX 1995).

Podążamy w górę leśnej doliny. Droga dość monotonnie prowadzi w górę potoku Żurka. Niewiele brakowało, a przeszlibyśmy odejście szlaku. Nie tylko przez monotonię marszu, ale chyba przede wszystkim przez słabo widoczny znak zmiany kierunku. To odejście następuje na polanie ze składowanym drewnem, pół godziny drogi od szosy w Jabłonkach. Odbijamy zatem na prawo, przecinamy bród Żurki i trawersem nabieramy wysokości na stoku Kiczery (725 m n.p.m.). Wędrówka robi się ciekawsza. Po ominięciu wierzchołka Kiczery odsłaniają się nam widoki na grzbiet Wysokiego Działu, sięgające aż po Chryszczatą.

Dolina potoku Żurka.
Tutaj czarny szlak odchodzi z gruntowej drogi w prawo.

Potok Żurka.
Potok Żurka.

Wspinamy się bocznym grzbietem odchodzącym od szczytu Łopiennika. Dróżki prowadzą nas przez las, który ma obecnie chyba wszystkie barwy świata. Drzewa cieszą się jeszcze liśćmi, ale mnóstwo ich leży też pod nimi. Opadają coraz szybciej. Niebawem drzewa ogołocą się z nich zupełnie i nabiorą listopadowego image. Pozostaną gołe gałązki kołyszące się od listopadowego wiatru. Listopadem pachnie już w powietrzu.

Kilkakrotnie zatrzymujemy się spoglądając na grzbiet Wysokiego Działu. Uznawany był kiedyś za granicę między krainami Łemków i Bojków. Dzisiaj też tak się pisze i określa tą granicę, tyle, że nie ma już ani Łemków, ani Bojków. Może poza tylko nielicznymi potomkami, którzy wrócili na swoje ojcowizny. Przed nami niewielka przeszkoda - powalony modrzew, który obchodzimy i zagłębiamy się w gęstym lesie. Jest już bez widoczków. Las jednak ma też coś w sobie pociągającego, jakby coś nie odkrytego.

Barwny las.
Las kolorów.

Barwny las.
Las barw.

Widok na pasmo Wysokiego Działu.
Widok na pasmo Wysokiego Działu.

Widok na pasmo Wysokiego Działu.
Widok na pasmo Wysokiego Działu.

Tutaj są świerki i przewaga zieleni.
Tutaj są świerki i przewaga zieleni.

Las ten ma w sobie coś pociągającego.
Las ten ma w sobie coś pociągającego.

Świerki, buki i inne gatunki drzew mieszają się jak farby u malarza na palecie barw. Zieleń, czerwień, żółć, brązy tworzą bogaty mix bez umiaru. Przecinamy jakąś niewielką, zarastającą chaszczami polankę, szlak nagle skręca w lewo. Mamy ostrzejsze, ale krótkie podejście. Stok pokrywają kamienie, leży na nim kilka omszałych konarów. Wyżej spod leżących liści wystają nieduże wychodnie. Podejście wprowadza nas prawie na wierzchołek Łopiennika. Znajduje się on kilkadziesiąt metrów dalej, a dzieli nas od niego nieduża polana pokrywająca przywierzchołkowe wypłaszczenie. Do szczytowej kulminacji docieramy o godzinie 14.20.

Las na stokach Łopiennika.
Las ten ma w sobie jakby coś nie odkrytego.

Las na stokach Łopiennika.
To przechadzka przez leśni ciszę...

Las na stokach Łopiennika.
...pod parasolem drzew...

Las na stokach Łopiennika.
...i polanki.

Las na stokach Łopiennika.
Świerki, buki i inne gatunki drzew mieszają się jak farby u malarza na palecie barw.

Polanka pod wierzchołkiem Łopiennika.
Polanka pod wierzchołkiem Łopiennika.


Wierzchołek Łopiennika otoczony jest gromadką drzew. Kulminację stanowi nieduże skaliste wypiętrzenie sięgające 1069 m n.p.m. Wysokość ta czyni Łopiennik najwyższym szczytem w całym Paśmie Łopiennika i Durnej. W szczytowej skałce wmurowana jest tablica z cytatem fragmentu pamiętnika Zygmunta Kaczkowskiego, nieco zapomnianego pisarza i poety. Zygmunt Kaczkowski był uczestnikiem polskich ruchów narodowowyzwoleńczych, brał czynny udział w powstaniach. Później jednak ujawniono dokumenty z których wynikało, iż Kaczkowski prowadził równolegle działalność szpiegowską na zlecenie państwa austriackiego. Nie umniejsza to jednak pisarstwu Kaczkowskiego, którego uważa się często za najwybitniejszego polskiego twórcę powieści historycznych przed Sienkiewiczem.

Tablica ta została wmurowana 12.04.2008 roku, w miejsce istniejącej tu wcześniej z 1975 roku. Cytat nawiązuje do wycieczki Zygmunta Kaczkowskiego na Łopiennik, w której uczestniczył również Wincenty Pol. W tamtych latach Łopiennik był szczytem bezleśnym, znakomitym punktem widokowym:
                                                  Łopiennik, w sierpniu 1833
            Nazajutrz wyprawiliśmy się na Łopiennik... Pol zabrał głos
      i wskazywał nam i opowiadał, gdzie leżą, jak wyglądają wszystkie
ziemie Rzeczypospolitej Polskiej. Były to pierwsze nuty do „Pieśni
      o ziemi naszej”, z którą Pol już się nosił od roku.
                                                              Z. Kaczkowski: Mój Pamiętnik
PTTK Lesko 1975            

Łopiennik (1069 m n.p.m.).
Łopiennik (1069 m n.p.m.).

Tablica z fragmentem pamiętnika Z. Kaczkowskiego.
Tablica z fragmentem pamiętnika Z. Kaczkowskiego.

Wyrywek wyryty na kamieniu nie oddaje przeżyć jakich doznali wędrowcy na Łopienniku w lecie 1833 roku. Wówczas to Wincenty Pol pochodzący z Warmii po raz pierwszy zetknął się z górami, kiedy wraz ze swoim przyjacielem Sewerynem Goszczyńskim przyjechał do Bereźnicy, do dworku zarządcy majątku Aleksandra Fredry w Cisnej - Ignacego Kaczkowskiego. Pol i Goszczyński przyjechali w Bieszczady, po to by nawiązać kontakt z Jerzym Bułharynem, jednym z uczestników powstania listopadowego, który przebywał tutaj po jego upadku. Były rozmowy na tematy polityczne, ale też czas na wycieczkę na Łopiennik, na którą panowie zabrali wówczas ośmioletniego Zygmunta Kaczkowskiego, który wiele lat później pięknie to opisał:
Nazajutrz po rannem śniadaniu, wyprawiliśmy się na Łopiennik. Było nas siedmiu czy ośmu, wszyscy na koniach, ja na moim kucu huculskim, na którym wszędzie jeździłem przy ojcu, wytrzymując już wtenczas nawet kilkogodzinne przejażdżki. Dobre jest takie wychowanie dzieci, bo chroni od chorób w późniejszym wieku, a z dziecka zahartowane siły wytrzymują zazwyczaj do późnej starości. O zachodzie słońca przyjechaliśmy do samego podnóża tej góry i tam rozłożyliśmy się obozem. Wieczorem nałożono ogromny ogień z drzew szpilkowych i jałowcowych gałęzi, których ożywiający zapach jeszcze dziś mi się przypomina. Noc przepędziliśmy w szałasach, których nam odstąpili owczarze. Nazajutrz, na dobrą godzinę przed świtem, wstaliśmy, a owczarze poprowadzili nas dalszymi, lecz za to nie bardzo stromymi ścieżkami na sam szczyt Łopiennika.

Kiedyśmy stanęli na szczycie, dopiero trochę szarzyć zaczęło. Na wschodzie po naszej prawej już gwiazdy pogasły, na dalekim zachodzie jeszcze te ciałka niebieskie tu i ówdzie świeciły. W tej chwili czuliśmy się, jak gdyby zawieszeni w powietrzu, bo mgły okrywały wszystkie góry koło nas, ziemi nic widać nie było, tylko niebo i szarzejące powietrze, przez które po naszej lewej przebijały się gromady gasnących gwiazdeczek. Mieliśmy wszyscy to złudzenie, że jesteśmy jak ludzkie dusze, które opuściły swe ciała i wyleciały nad ziemię: nikt z nas nie czuł tęsknoty za tym padołem płaczu — i tośmy sobie mówili. Ktoś ze starszych dodał do tego: Jak z oczu, tak z myśli.

Wszakże niebawem ostatni kres widnokręgu na wschodzie zaczął się rozjaśniać, obciągając się światłem białawo-różowem. To światło szybko się rozjaśniało, podnosząc się coraz wyżej i wyżej, bledsze u góry, jaśniejsze u kresu. Jużeśmy dobrze widzieli kres ziemi na wschodzie, najeżonej górami, mgły znikać zaczęły — a wtedy zdawało nam się, jak gdyby światło z poza ostatecznego kresu wybuchało falami.

Było to tylko złudzenie oka, którego wzrok chwilami na kilka sekund omdlewał. Potem mogliśmy już rozróżniać drzewa na grzbietach gór wschodnich, które się na biało-żółtawem dnie rysowały, potem roztoczył się jakoby wachlarz ogromny na wschodzie, z jasnego światła utkany, aż wreszcie słońce się wytoczyło z za gór w całej swej wspaniałości i tym blasku olśniewającym, przed którym oko tak samo się korzy, jak umysł ludzki przed Bogiem, i wolno mu tylko jego dzieła podziwiać na ziemi, ale w twarz jemu zajrzeć nie może. Za światłem słońca, z szarego świata duchów, w którym nasza wyobraźnia nas trzymała przez chwilę, przenieśliśmy się znowu na ziemię, która teraz się rozłożyła przed nami w całej wspaniałości.

Ta wspaniałość jest także olśniewającą, jeżeli ją weźmiemy na oko z wyniosłego miejsca i w rozległej przestrzeni. Patrzyliśmy przed siebie na północ, bo w tym kierunku widać było najlepiej. Tu opadały garby gór jeden za drugim i widać było tu i ówdzie białe punkciki, to miasta, i niebiesko błyszczące wstążki, to rzeki, tylko cokolwiek na prawo góry i lasy Chwaniowskie zasłaniały widok miasteczek i zamków, w tej stronie leżących.

Mój ojciec miał dobrą perspektywę ze sobą, przez którą po kolei patrzaliśmy w tę kotlinę, otoczoną wieńcem gór, a którą dawnemi czasy nazywano Ziemią Sanocką — i dawał nam wyjaśnienia. Zamek Leski widzieliśmy jak na dłoni, obok niego kawałek Sanu, dalej Sanok, a jeszcze dalej jakieś inne gniazdeczko, może Brzozów albo też Dynów. Góry Chwianowskie zakrywały Przemyśl zupełnie, wszelako cokolwiek więcej ku wschodowi widać było ruinę Dobromilskiego zamku a jeszcze niżej jakiś punkt biały, zapewne Laszki murowane, dawną siedzibę Mniszchów. Co widać było jeszcze dalej, to już tylko szarzało, ale można było dobrze rozróżnić ziemię uciekającą dalej w tę stronę, gdzie się szkli morze Bałtyckie. Ku północnemu wschodowi, gdzie leży Litwa, ziemia zdawała się być ciemniejszą, Podole i Ukraina leżały w słońcu, a cala część zachodnio-północna była nakryta jak gdyby mgłą niebiesko-zielonawego koloru, w której wszakże tu i ówdzie coś majaczyło. Powietrze było tylko miejscami zupełnie jasne, gdzieindziej jak gdyby górą przesłonione; tam wyobraźnia mogła sobie tworzyć wszelkie widoki, do której jej własna pamięć dostarczała przedmiotów. Mówiono długo o rozmaitych rzekach i miastach i zamkach, bo każdemu się zdawało, że coś lepiej obaczyłi rozróżnił od innych, potem Pol zabrał głos i wskazywał nam i opowiadał, gdzie leżą i jak wyglądają wszystkie ziemie Rzeczypospolitej polskiej. Słów nie pamiętam: pomnę tylko, że kiedy nam pokazywał, gdzie leży Kraków, zdawało mi się, że słyszę hejnał, roznoszący się po całej Polsce z wieży Maryackiej. Pomnę także, iż nam opisywał dokładnie, gdzie leży Kruszwica i Gopło, i katedra Gnieźnieńska, gdzie Warmija, jego ziemia rodzinna, gdzie się rozlega piaszczyste Mazowsze i jak o Pomorze uderzają fale morza bursztynnego, gdzie Litwa drzemie w lasach odwiecznych, gdzie Pińsk się topi w moczarach i kędy Kudak strzegł swego czasu kresów naszej Ojczyzny. Były to pierwsze nuty do „Pieśni o Ziemi naszej", z którą Pol już się nosił od roku. Pieśń ta jest jednym z najpiękniejszych utworów Pola, ale sprawiała ona daleko głębsze i rzewniejsze wrażenie, kiedy ją opowiadał choć prozą, ale żywem słowem i wobec tej całej ziemi, która się rozścielała przed nami. Wszyscy byli do głębi wzruszeni: Strzelecki płakał, jak dziecko, Bułharyn stał nieruchomy i patrzał wytężonymi oczyma gdzieś w dal, zapewne w Augustowskie, gdzie była niegdyś jego siedziba, Goszczyński był obrócony ku słońcu z zaciśniętą pięścią i rozwartymi nozdrzami, zapewne dochodziła go stamtąd woń ukraińskich burzanów, — mnie pozostało wspomnienie, jedno z najwięcej uroczych, jakie mi pamięć przynosi z lat moich dziecinnych.

Jak mi później opowiadał mój ojciec, który nie łatwo dawał się unosić, Pol nigdy nie mówił tak pięknie i tak porywająco, jak wtedy. Widać było po nim, że zna tę starą Polskę, czuje ją w sobie i cały w niej żyje.

Widok z Łopiennika na południe w stronę pasma granicznego.
Widok z Łopiennika na południe w stronę pasma granicznego.

O godzinie 14.30 opuszczamy wierzchołek Łopiennika, schodząc do lasu przez całą długość podszczytowej polanki. Podążamy w dół grzbietem o wyrazistej rzeźbie. Na południowo-wschodnią stronę regularne kształty grzbietu rozrywane są przez ciąg ekspresyjnych wychodni. Ścieżka szlaku usłana jest warstwą szemrzących liści, rozgarnianych wskutek drobnych kroczków, jakimi posuwamy się do przodu. Miejscami jest ślisko, bo zaczęło padać. Przed nadmiarem deszczu chronią nas jednak buki, które z przewagą rosną w tym lesie. Jest to jednak krótka fala deszczu, która zdążyła tylko zeszklić liście.

Schodzimy w dół grzbietem o wyrazistej rzeźbie.
Schodzimy w dół grzbietem o wyrazistej rzeźbie.

Wychodnie.
Wychodnie.


Płaski odcinek szlaku.
Płaski odcinek szlaku.

Wkrótce ścieżka wiedzie przez chwile dość płasko przechodząc w trawers stoku wzniesienia w masywie o nazwie Horodek (889 m n.p.m.), znajdującego się w masywie Łopiennika. Południowe i wschodnie stoki Horodka opadają ku dolinie Solinki. W dzisiejszych czasach biegnie tamtędy również Wielka Obwodnica Bieszczadzka, najpopularniejsza szosa w Bieszczadach, łącząca szereg atrakcyjnych punktów wyjść w te unikatowe góry. W pewnym momencie zaczynają docierać do nas odgłosy tej szosy. Nie widzimy jej jeszcze, ale co jakiś czas słychać przejeżdżający po niej samochód. Około godziny 15.50 wychodzimy z lasu. Zostały nam ostatnie minuty marszu do końca.

Horodek.
Horodek.

Dolina Solinki.
Dolina Solinki.

Drewniany krzyż na wzgórku znaczy miejsce po cerkwi w Dołżycy.
Drewniany krzyż na wzgórku (z prawej u góry)
znaczy miejsce po cerkwi w Dołżycy.
Niebo zaniosło się chmurami, z których powinno lunąć, ale o dziwo nie dzieje się to. Przed nami rozciąga się dolina Solinki. Widać w niej kilka zabudowań wsi Dołżyca, osady leśnej lokowanej na prawie wołoskim przez Balów z Hoczwi. Po II wojnie światowej ludność Dołżycy została wysiedlona, podobnie jak innych bieszczadzkich wsi. Zniszczono drewnianą cerkiew z 1907 roku, stary cmentarz i całą zabudowę wsi. Miejsce po cerkwi znaczy obecnie drewniany krzyż stojący na wzgórku w pobliżu naszego szlaku.

Za doliną wznoszą się silnie zalesione wzniesienia. Na wprost nas po drugiej stronie doliny mamy Ryczywół (728 m n.p.m.) i Falowa (968 m n.p.m.), z lewej masyw Czereniny (981 m n.p.m.), na który prowadzi dalej czarny szlak. W Dołżycy kończymy wycieczkę. Czas udać się na odpoczynek, bo jutro ważny dzień, początek nowej, długiej przygody.


Więcej informacji - kliknij na obrazek...
Łopiennik (1069) - Stryb (1011) - Hyrlata (1103)
24-26.11.2017
Bieszczady... ileż w nich odmienności w porównaniu do pozostałych polskich gór! Niezwykłe i magiczne o każdej porze roku. Majestatycznie wznoszą się ku błękicie nieba i obłokom. Najwyższe z nich tworzy grupa bezleśnych grzbietów pokrytych połoninami, bajecznymi łąkami, które w niższych partiach przechodzą wprost w naturalne lasy bukowo-jodłowe, z domieszką starych jaworów, czy świerków. Są też tajemnicze, lesiste masywy, rozdzielone głuszą dolin. Mówią, że przestają być dzikie, lecz tkwi w nich legenda. Urzekają pięknem i malowniczością krajobrazów o każdej porze roku. Nie tylko latem i jesienią, kiedy paleta kolorów pokrywająca lasy najbardziej wpływa na emocje, ale również wtedy, kiedy zmysły zatapiają się w cichości późnej jesieni, zimy, czy wiosną, kiedy wszystko znów zaczyna się na nowo. Czy znamy wszystkie oblicza Bieszczadów? Raczej nie, dlatego chcemy zagościć w nich o każdej porze roku, aby stać się godnym ich korony.

Translator

Info

Licencja Creative Commons Gdy nie jest to inaczej sprecyzowane pod konkretnym materiałem, to:
Publikowane na blogu materiały można wykorzystać na warunkach licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie materiałów publikowanych na niniejszym blogu i jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o twórcy i adresu internetowego bloga. Pozwala się na wykorzystanie tych materiałów w innych dziełach pod warunkiem udostępniania ich na tej samej licencji.

Kuferek

Hej wędrowcze, właśnie otworzyłeś malutki skarbczyk.
Nie jest on drogocenny, ale nie wykluczone, że znajdziesz w nim coś
co może Ci się przydać.

Kolekcje

Wędrowanie po znanych i nieznanych szlakach to ogrom niesamowitych wrażeń i emocji. Z każdą zakończoną wędrówką wiąże się tęsknota i czar wspomnień. Odczucia takie towarzyszą nam od samego początku przygody, wyzwalając potrzebę zachowania przeżyć, nie tylko w ulotnej pamięci ludzkiej, ale również w formie bardziej trwałej, w postaci fotografii, opisów, dzienniczków przebytych tras, odwiedzonych miejsc, czy zdobytych szczytów. Utrwalanie to jest również okazją do usystematyzowania turystycznych poczynań wg różnych kryteriów - zdobytych koron gór, przebytych szlaków, itp.

Napisz do nas