Taki był rok 2018

Czas sobie upływa. Wypełnia go codzienność - praca, szkoła, dom. Pomiędzy tą codziennością są oczywiście wolne chwile. Wolne chwile można spędzić w domu - dobrze jest oczywiście posiedzieć w domu, ale przecież poza nim jest jeszcze tak wiele do zobaczenia, i to wcale niekoniecznie bardzo daleko. Lata biegną, marzeń jest wiele – bardzo chcielibyśmy, aby się spełniły, ale jak się one maja spełniać, gdy będziemy siedzieć w domu. Wczesna, poranna (a nierzadko jeszcze przed świtem) pobudka, to nie jest przyjemna sprawa. Zawsze wymaga samozaparcia i przezwyciężenia zwyczajnych ludzkich słabości. Czyż nie pojawia się wtedy myśl, aby pospać sobie jeszcze w ten wolny dzień? Otwieramy ze snu oczy, czujemy jeszcze ten błogi stan i swoją słabość, szczyptę pokusy – może przymknąć oko na chwilkę, może do dziewiątej albo jeszcze dłużej. Później jest jednak przykro, że nie wyruszyliśmy na kolejną wędrówkę. O dziewiątej, czy dziesiątej jest zwykle zbyt późno, aby ruszyć gdziekolwiek. Wstawanie to trudny moment, ale wystarczy zamknąć za sobą drzwi domu, aby zaczęła rozpierać nas radość, bez względu na aurę pogodową. Deszcz, wiatr, czy słońce – one kreują pejzaż dla naszej wędrówki. Przyroda sama dba o to, aby wędrówka, nawet, gdy wiedzie dokładnie tym samym szlakiem - była za każdym razem inna. Dlatego też chętnie chodzimy tymi samymi szlakami. Mamy na nich wspomnienia, do których z przyjemnością wracamy. Jakże często stajemy przed dylematem, czy jechać tam, gdzie dotąd nigdy nie byliśmy, czy może zaglądnąć ponownie tam, skąd czerpiemy przyjemne wspomnienia. Wspomnienia mają ogromną siłę. W nich zapisana jest historia naszego życia i jego wartość, co przekłada się na nasz teraźniejszy stan duchowy, samopoczucie kreujące zapał do działania. W tych wspomnieniach są radości, ale też oczywiście bywają smutki, są uczucia spełnienia i zadowolenia, i wiele, wiele innych, lecz przede wszystkim mnóstwo ludzi - przyjaciół, z którymi dzieliliśmy przeżycia i emocje przemierzając wspólnie szlaki. Dzięki nim był to wyśmienity rok.

W 2018 roku wiele marzeń udało się spełnić. I chyba zrealizowaliśmy wszystkie cele jakie sobie założyliśmy. Poprzeczkę postawiliśmy po raz kolejny wyżej - wyżej, niż kiedykolwiek. Rok zaczął się od szałowej nocy sylwestrowo-noworocznej i cudnej, zimowej gościny bieszczadzkiej królowej. Gdy oglądaliśmy z jej szczytu otaczający świat, myśleliśmy, że jesteśmy na maksie. Przeleciał stary 2018 rok, patrzymy w kalendarze z zaznaczonymi dniami wycieczek i nie możemy w to uwierzyć, ileż ich było. Zaczynamy ponownie z niedowierzaniem liczyć, no i wyszło nam tyle samo, co wcześniej, a więc nie pomyliliśmy się – wyszło nam 76 dni na szlaku w roku 2018. Można by zatem powiedzieć, że na szlakach spędziliśmy ponad 20% dni roku 2018. Przez 73 tych dni dzieliliśmy czas ze ludźmi tworzącymi nieformalną Grupę „Zanim znów wyruszysz w góry”. Jakież to wspaniałe! Cieszymy się, a jednocześnie przemyka myśl: jak to możliwe, że taka grupa ludzi zawiązała się i potrafi współistnieć ze sobą tak długo. Przecież nie wystarczy do tego wspólna pasja, bo aby być razem ludzie muszą umieć wzajemnie się tolerować, mieć zrozumienie dla inności drugiego człowieka. Każdy z nas jest inny, niepowtarzalny, to jednak czyni ludzi ciekawymi dla innych i każdy, dzięki temu, że jest inny może wnieść coś nowego do takiej grupy. Istnienie takiej Grupy nie było by możliwe, mimo wspólnych pasji, gdyby nie wysoki poziom osobowościowy ludzi, ich osobistej kultury, emanacji życzliwości i szacunku do drugiej osoby. Owszem nie można wykluczyć jednostkowych przypadków, gdy jest inaczej i pojawia się ktoś niepotrafiący współistnieć i współdziałać w zespole. Jednostki takie odchodzą. Aspekty międzyludzkich więzi i komunikacji są bardzo skomplikowane. Wymagają pewnych wyrzeczeń i ustępstw. Nie każdy potrafi sprostać temu. Na szczęście przypadki takie są sporadyczne.

W tym co robimy dążymy do perfekcji i profesjonalizmu, i wciąż myślimy, że można jeszcze lepiej, choć wiele razy słyszeliśmy już, że to już jest. Nie robilibyśmy tego, gdyby nie ludzie – wyjątkowi, szczerzy, wrażliwi i współodpowiedzialni, którzy chcą współdziałać i współtworzyć niezwykłą zbiorowość, jakiej chyba nie ma drugiej w Polsce. W każdym bądź razie nie słyszeliśmy o drugiej takiej dużej, zgranej i życzliwej sobie zbiorowości. Chyba jest nie do zliczenia, ile osób przewinęło się na naszych wycieczkach, tym bardziej, że na kilku jechaliśmy dwoma autokarami (6 wycieczek, w tym jedna trzydniowa), a raz zdarzyło się nam pojechać potężną 156-osobową grupą na trzy autokary (Krokusy 2018).


Wyzwań w 2018 roku było sporo. Były rzeczy łatwiejsze i trudniejsze. Miło i często wspominamy wszystkie wyjazdy, lecz w głowach najbardziej tkwią te najtrudniejsze organizacyjnie, na które poświęciliśmy najwięcej czasu dla przygotowania ich, a były to:
  • Wędrówki po krainie Saksonów, po których mamy 54 zdobywców Korony Sudetów Niemieckich i łącznie 13 zdobytych szczytów. Podczas tej wyprawy zwiedziliśmy zamki Stolpen i Oybin, skalne miasta Jonsdorfer Felsestadt, Große Felsengasse, Kleine Felsengasse, Dom Motyli w Jonsdorf i przeszliśmy via ferratami Alpine Ridge, Nonnenfelsen, Apollofalter, Reisenboulder.
  • Grecja, a w niej najpiękniejsze góry i zabytki starożytnego świata - Delfy, Meteory, Paleo Panteleimonas, Termopile, dolina Tempe, plaże Riwiery Olimpijskiej oraz piękne górskie  szczyty w masywie Ossy, Górach Parnas i Mitikas w Masywie Olimpu, na który weszło razem z nami  aż 41 osób.
  • Krutynia, czyli spływ kajakowy jednym z najpiękniejszych nizinnych szlaków wodnych Europy, w trakcie którego odbył się kolejny Chrzest Wodniacki i pierwsza edycja Turnieju Osad o Puchar Neptuna, w którym startowało 13 ekip. W pamięci uczestników szczególne miejsce pozostawił niespodziewany napad Galindów.



Mówiliśmy już wcześniej o tym jak miło i często wspominamy wszystkie dni wycieczkowe minionego roku. Każdy z nich był cząstką radości, ale niestety każdego roku chwile radosne przeplatają się ze smutkiem. To nieuniknione. W roku 2018 odszedł człowiek, którego widywaliśmy niemal na każdym organizowanym przez nas wyjeździe. Kochał turystykę, uwielbiał bywać z ludźmi. Brał udział nawet w długich, cyklicznych wyprawach, zdobywając wspólnie z nami ich trofea, takich jak np. Mały Szlak Beskidzki, Główny Szlak Beskidzki, Małopolski Szlak Papieski, Główny Szlak Beskidu Wyspowego, czy też wyprawach z cyklu „Niech wiatr gra pieśń o Łemkowyni” - ten wiatr gra teraz pieśń o nim, o Staszku, uśmiechniętym, życzliwym do wszystkich, wrażliwym i otwartym na każde słowo. Takie chwile są nieuniknione i czekają każdego z nas, a gdy nadejdą znów wyruszymy w góry ze starymi przyjaciółmi ze szlaku.





We wspomnieniach minionego roku silnie zapisał się też dzień 10 marca. Była to wycieczka do nieodległych miejsc pod względem fizycznej odległości, ale bardzo bliskich duchowo, aczkolwiek do miejsc będących dla wielu poza zasięgiem. Przeciętny człowiek ma niewielkie możliwości wejścia do wielu pomieszczeń, które są siedzibą biskupów krakowskich, w tym biskupa, a później kardynała Karola Wojtyły. Nam udało się spełnić to marzenie (spełnić zarówno nasze, jak i 50-osobowej grupy znajomych turystów). Dzień ten ożywił głęboko uduchowione wspomnienia. Wszyscy pamiętają widok w oknie na Franciszkańskiej stojącego papieża przed tłumem wiernych. Tego dnia mieliśmy możliwość spojrzenia w to okno od drugiej strony, na to, jak wygląda widok z niego na Franciszkańską.

Odwiedziny Pałacu Arcybiskupiego wpisały się w realizowany projekt Małopolskiego Szlaku Papieskiego, o którym też chcemy wspomnieć szerzej podsumowując ostatni rok. Co prawda wędrówka tym szlakiem trwa jeszcze, ale dnia 1 grudnia 2018 roku ukończyliśmy ważny jej etap, czyli trasę główną tego szlaku. Chcieliśmy to zrobić uroczyście i udało się, dzięki życzliwości i pomocy innych osób. Zostaliśmy ugoszczeni w Nadleśnictwie Stary Sącz. Tam odbyła się ciekawa prelekcja przyrodnicza, a potem przybyli Rycerze Jana Pawła II oraz Święty Mikołaj ze Śnieżynką. Były prezenty, a potem mnóstwo wręczonych odznak Małopolskiego Szlaku Papieskiego, no i oczywiście trofea i certyfikaty dla najwytrwalszych.


Nie było to jedyne spotkanie ze Świętym Mikołajem i Śnieżynką. Pojawili się tamtego roku jeszcze raz, tydzień później w późny piątkowy wieczór, w Restauracji „U Filipa”, podczas kolejnego muzycznego spotkania z cyklu „Oddech gór i powiew morskiej bryzy”. Spotkania te stały się niezwykłymi wydarzeniami, choć na początku było w nich trochę wariactwa i spontaniczności. W grudniu było to już czwarte spotkanie na Filipa. Tamtego dnia miejsc zaczęło brakować zanim pojawili się Oni - czterech wspaniałych facetów: Grzesiek, Wawrzek, Mariusz i Jacek. Stworzyli oni kwartet o niezwykłej sile wyrazu i muzycznego przekazu. Ich muzyczny oddech gór i powiew morskiej bryzy za każdym razem porywa słuchaczy z niespodziewaną siłą i energią. Nazwaliśmy ich Grupą Wędrownego Bractwa, bo stali się naszymi muzycznymi przewodnikami po krainach gór i mórz. Wrażenia, emocje, jakie pojawiają się na ich występach są trudne do wyrażenia. Prezentowanych przez nich muzyczny mariaż poezji śpiewanej, szant i innych pieśni jest niecodzienny. Chcieliśmy, aby zagrali również gdzieś na naszych szlakach i udało się to zrobić w październiku, w Skansenie Kultury Ludowej w Sidzinie. Przybyło tam z nami mnóstwo ludzi, dzięki którym dostaliśmy nawet puchar (zresztą kolejny już) Marszałka Województwa Małopolskiego dla najliczniejszej grupy turystycznej corocznego zlotu turystycznego, na którym pojawiliśmy się przy okazji naszej wędrówki. Byli i Oni, cała Grupa Wędrownego Bractwa - zdobyli również Okrąglicę, gdzie dali muzyczną oprawę mszy dla turystów górskich. Jesteśmy wdzięczni losowi, że spotkaliśmy ich na naszej drodze i udało się razem stworzyć ten niezwykły projekt muzycznych spotkań.


Cały rok 2018 był pasmem pięknych różnych wycieczek – nowych i kontynuacji projektów takich jak Korona Beskidu Niskiego, Korona Bieszczadów, Główny Szlak Beskidzki, czy Główny Szlak Beskidu Wyspowego. Pojawiła się piąta edycja, tym razem czterodniowa do krainy niezwykłego krasu Słowackiego Raju. Po raz kolejny udało nam się nocne wejście na Babią Górę, a tym razem było to wejście na całą noc, które pozwoliło nam podziwiać zarówno baśniowy zachód słońca, jak też wspaniały wschód słońca po świcie następnego dnia. Była to noc pełna wrażeń, bogata w zjawiska astronomiczne, gdyż oprócz wschodu i zachodu słońca, był jeszcze wschód i zachód księżyca, a także jego zaćmienie. W ciąg turystycznych wyjazdów wpisują się oczywiście takie imprezy jak Karnawał z baśniowymi strojami uczestników, czy Katarzynki i Andrzejki z wróżkami oraz inne wieczorki taneczne, poetyckie, czy slajdowiska. Były to cudowne chwile roku.








No ale rozciągnęliśmy się troszkę w tym refleksyjnym podsumowaniu roku 2018, choć przytoczyliśmy tylko niektóre wspomnienia z wycieczek i wypraw. Najważniejsze w nich jednak jest to, że za każdym razem podróżowaliśmy z fantastycznymi ludźmi, spełniając razem z nimi marzenia. Razem przemierzyliśmy wiele kilometrów, pokonaliśmy ogromne przewyższenia, a przede wszystkim stworzyliśmy świetny zespół ludzi odpowiedzialnych za siebie, za innych. Wciąż pojawiają się nowe dusze, które chcą wspólnie tworzyć niezwykły, turystyczny team, by bawić się wspólnie, pogłębiać swoją pasję, stawiać dla niej nowe wyzwania. Niekoniecznie wyzwania te muszą być trudniejsze. Każdy postawiony cel może być bowiem wyzwaniem, zarówno nieopodal naszego podwórka, jak ten gdzieś daleko w innym kraju. Sukcesy każdego z nas zależą oczywiście przede wszystkim od nas samych, ale też od innych, z którymi współdziałamy dla ich osiągnięcia.

Na koniec Starego Roku dziękujemy ludziom dobrego serca, uczestnikom naszych podróży i wędrówek, znajomym i przyjaciołom, którzy dostrzegają świat tak jak my, z ogromną wrażliwością i odpowiedzialnością.


Tymczasem teraz tutaj u nas w tej chwili szampan strzela. Zaczyna się kolejny Nowy Rok, czekają na nas kolejne podróże, wrażenia i emocje. Z tej okazji życzymy Wam kolejnych sukcesów, satysfakcji i samych wspaniałych przeżyć. Sylwestrowo-noworoczna zabawa trwa. Bawmy się dalej do białego rana. Potem przyjdzie czas na kolejne wycieczki i podróże, jeśli tylko będziecie ich chcieli. Dopóki mamy dla kogo robić to co robimy – będziemy to robić. Nowych pomysłów nie brakuje. Do zobaczenia na szlakach.


Na Koniec Świata wędrowaliśmy już kiedyś od strony polskiej. Koniec Świata, to miejsce, gdzie możemy zobaczyć Bieszczady takie, jakie były kiedyś, kiedy tworzyła się w nich legenda. Zaraz po wojnie było tu wyludnione pustkowie tak jak w całych Bieszczadach, czy Beskidzie Niskim. Dzisiaj znacznie trudniej jest znaleźć takie miejsce, o jakich mówią legendy. Zaludniło się w Bieszczadach, zapachniało komercją, ale wciąż daleko jest do takiego dużego zagęszczenia ludności, jakie było na tym terenie wcześniej, kiedy gospodarzyli na nim rdzenni mieszkańcy. Koniec Świata to jedno z niewielu już miejsc w polskich Bieszczadach, gdzie zobaczyć można dawne Bieszczady.

Wędrówkę rozpoczynamy o godzinie 9.45. Na Koniec Świata ruszamy tym razem od strony słowackiej miejscowości Palota, położnej przy historycznym szlaku handlowym łączącym Polskę i Węgry. Przez Palotę przechodzi droga lokalna nr 559 z Humennégo i Medzilaborców. Pnie się stąd na Przełęcz Radoszycką, na której przecina polsko-słowacką granicę. Niebieski szlak wiedzie szeroką dróżką. Bardzo możliwe, że pokrywa się ona z dawnym traktem handlowym. Oddamy się od wiejskich zabudowań. Droga lekkim nachyleniem prowadzi w kierunku grzbietu Karpat, tutaj niezbyt wysokiego, łatwego do przekroczenia. Prószy śnieg, lecz drogi nie trzeba zbytnio przecierać. Są w niej wygniecione ślady pojazdów osobowych, które chyba utknęły wyżej na polance. Za kilka godzin przysypie je pewnie zupełnie śnieg. Wchodzimy w gęstsze zagajniki, za którymi mamy już tylko las. Droga trochę ostrzej naciera w kierunku górskiego grzbietu. Jest na niej też trochę więcej śniegu. Droga zakręca w lewo, potem w prawo i znów w lewo. Dochodzimy da rozwidlenie, na którym wybieramy prawą odnogę, przy której kilka metrów dalej jest źródło wody. Stąd jest już bardzo blisko do linii kolejowej. O godzinie 11.20 wchodzimy na tory. Na torach skręcamy w lewo i po kilku minutach jesteśmy przed tunelem przebitym pod Przełęczą Łupkowską. Zatrzymujemy się na przerwę.

Palota.

Ośnieżone pola i łąki nad Palotą\.

Słowacki szlak do tunelu pod Przełęczą Łupkowską.

W tym miejscu odbijamy na drogę w prawo.

Z lewej mamy źródełko i ławki.

Torowisko przed tunelem po stronie słowackiej.

Przełęcz Łupkowska stanowi naturalną granicę między Bieszczadami i Beskidem Niskim. Na wschód od niej ciągną się Bieszczady, zaś na zachód Beskid Niski. Dawno temu była nazywana bramą lub wrotami, przez które przejeżdżały karawany kupców. Znajdujące się na niej obniżenie 640 m n.p.m. w łuku Karpat było dogodnym miejscem przecięcia Karpat przez trakty. Miejsca takie miały też znaczenie strategiczne i były wykorzystywane podczas działań militarnych. W czasach cesarstwa Austrowęgierskiego pojawiła się koncepcja połączenia terenów leżących po obu stronach Karpat. Istniały dwie koncepcje budowy linii kolejowej: jedna zakładała przecięcie grzbietu Karpat na Przełęczy Dukielskiej, druga na Przesmyku Łupkowskim. Ostatecznie wybrano to drugie rozwiązanie i w 1868 roku rozpoczęta została budowa Pierwszej Węgiersko-Galicyjskiej Kolei (Erste Ungarisch-Galizische Eisenbahn) łączącej strategiczny obszar Węgier i Galicji, Budapesztu z  Lwowem przez Koszyce i Przemyśl. Budowano ją kilka lat. Największą trudnością było przebicie tunelu  pod przełęczą. Okazało się, że struktura geologiczna fliszu karpackiego jest w tym miejscu bardzo niekorzystna. W 1872 roku doszło nawet do obsunięcia się gruntu. Projekt tunelu zmieniano wielokrotnie. Zmieniono jego przekrój, skrócono o połowę jego długość i wzmocniono ściany. Ostatecznie tunel łupkowski został oddany do użytku 30.05.1874 roku. Połączył on wybudowane wcześniej tory po obu stronach przełęczy, na których istniał już ruch pociągów, ale przesyłki pomiędzy Galicją i Węgrami musiały być transportowane przez przełęcz na wozach.

Portal tunelu po stronie słowackiej.





Tunel po stronie słowackiej.

W okresie wojen tunel był kilkakrotnie niszczony. Do pierwszego jego uszkodzenia doszło w czasie I wojny światowej, w 1915 roku podczas wycofywania się wojsk austro-węgierskich. Podczas II wojny światowej najpierw we wrześniu 1939 roku został wysadzony przez Wojsko Polskie, aby nie mógł być wykorzystany przez nacierającą armię niemiecką. Niemcy odbudowali tunel w 1943 roku, udrażniając sobie tym samym drogę transportów na front wschodni. Jednak rok później, podczas wycofywania się przed Armią Czerwoną dokonali jego wysadzenia. Po przekroczeniu przełęczy Rosjanie ułożyli tory wierzchem przełęczy dla zapewnienia sobie transportów wojskowych. Okazało się jednak, że taki przejazd był zbyt stromy. Wagony przetaczano z użyciem kilku lokomotyw. Jedna z nich zaczepiona z tyłu służyła jako hamulec podczas zjazdów. Prowizorka taka zakończyła się tragedią, gdy jeden ze składów wykoleił się i wybuchł, zaś załoga zginęła.

Po II wojnie światowej łupkowski tunel długo był zamknięty, zarówno z powodów politycznych, jak i wojskowych. Uruchomiono go dopiero 30.04.1974 roku w związku ze wzrastającą potrzebą transportów węgla i koksu w Polski do Rumunii i Bułgarii. Pociągi osobowe po stronie słowackiej wciąż dojeżdżały wówczas do stacji Palota, zaś po stronie polskiej do Łupkowa. Ruch towarowy prowadzony przez tunel łupkowski istniał do listopada 1988 roku.

Zainteresowanie wykorzystaniem tunelu łupkowskiego powróciło pod koniec 1994 roku. Pomysł wykorzystania go do przejazdów tranzytowych pojawił się na spotkaniach przedstawicieli kolei słowackiej i polskiej. Dokonano niezbędnych remontów. Rok później znów zaczęły przejeżdżać przez tunel pociągi towarowe. Dla pociągów pasażerskich ruch został wznowiony od 1999 roku. Ruszyły one tą trasą po raz pierwszy od czasów II wojny światowej. Ruch pasażerski na tej trasie okazał się jednak nierentowny. Od 2004 roku zawieszano kilkakrotnie ruch pasażerski. Brak zainteresowania pasażerów pogłębił się po uruchomienia drogowego przejścia granicznego przez Przełęcz Radoszycką. Obecnie tylko podczas sezonu letniego przez tunel łupkowski przejeżdża pociąg relacji Zagórz-Medzilaborce.

Zimową porą tory są zupełnie zasypane śniegiem, co potwierdza zamarły ruch kolejowy. Tylko odcinek wiodący przez tunel jest oczywiście bezśnieżny. Ruszamy tunelem do Polski. Łupkowski tunel ma 416 m długości (z czego 234 m na terenie Słowacji). O godzinie 11.45 przecinamy granicę państwową. Na ścianach tunelu są znaki graniczne stare i nowe. Po polskiej stronie tunel został niedawno gruntownie odnowiony włącznie z portalem, przez który wychodzimy z powrotem na torowisko pokryte warstwą śniegu. Ludzie tu chodzą zobaczyć jak wygląda ów słynny tunel, o czyn świadczy świetnie wydeptana dróżka.

Znaki graniczne we wnętrzu tunelu.



Portal tunelu po stronie polskiej.

Torowisko przed tunelem po stronie polskiej.

O godzinie 12.10 wchodzimy na obszar stacji kolejowej w Łupkowie. Mieliśmy odwiedzić Radosne Szwejkowo, ale jest dzisiaj zamknięte. Idąc już drogą dojazdową mijamy zabytkowe budynki stacyjne, potem przechodzimy podziemnym przejściem pod torami kolejowymi. Wkrótce docieramy na obrzeża Starego Łupkowa, gdzie zachowały się nieliczne cmentarne nagrobki pamiętające czasy dawnej wsi łemkowskiej. Cmentarz ten otoczony jest starymi drzewami. Pokrywają go zarośla i krzewy. Wyłania się z nich kilkanaście nagrobków, tudzież żelazne krzyże. Najstarsze z nich pochodzą z połowy XIX wieku, najmłodsze z 1944 roku. Na wielu z nich inskrypcje jeszcze zupełnie nie zanikły, choć widać, że „zjada je” czas i przyroda.

Stacja Łupków

Wiadukt z tunelem pod linią kolejową.

Cmentarz łemkowski w Łupkowie.

Po zwiedzeniu cmentarza kierujemy się do serca dawnej wsi. Tam pozostały po niej głównie drzewa owocowe i dwie kapliczki silnie nadgryzione zębem czasu. Wieś ta miała charakter łańcuchówki, której osią były biegnące równolegle droga i potok. Najprawdopodobniej w centralnym miejscu wsi stała cerkiew św. Michała Archanioła wzniesiona około 1815-1820 roku. Dzisiaj mamy tutaj Koniec Świata, na którym stoi drewniana chata o spadzistym dachy – Chata na Końcu Świata. Docieramy do niej na godzinę 13.00.

Opuszczamy teren łemkowskiego cmentarza.

Dawna łupkowska droga wiejska.
Dawna łupkowska droga wiejska.

Chata na Końcu Świata.
Chata na Końcu Świata.

Pod dachem Chaty na Końcu Świata znajduje się część sypialna, gdzie śpi się na rozłożonych materacach. W jadalni grzeje stary kaflowy piec, przy nim stoi długi stół, przy którym mieszkańcy spożywają wspólnie posiłki, a wieczorem spotykają się na pogawędkach lub śpiewankach przy gitarze. Klimat tego swoistego miejsca tworzą jego mieszkańcy, którzy aktualnie tu przebywają. Generalnie jest to jednak miejsce bardzo ciche, w którym nie ma prądu, ani bieżącej wody, a do najbliższego sklepu jest stąd 3 kilometry (w jedną stronę). To są właśnie uroki tego miejsca, cenione przez wielu turystów, których tu dzisiaj nie brakuje. Chata na Końcu Świata gwarantuje zupełne oderwanie się od życia codziennego. W pobliżu, na dawnym wiejskim potoku żeremie mają bobry, nad ranem pod okna podchodzą sarny i jelenie, czasem pojawić może się wilk lub niedźwiedź. To fenomenalne miejsce na oderwanie się od rzeczywistości.

Na Końcu Świata.

Mamy dzisiaj ostatni dzień roku 2018. Trzeba powoli przygotowywać się na powitanie Nowego Roku. O godzinie 13.20 opuszczamy Chatę na Końcu Świata. Wracamy pustkowiem do drogi. Tą drogą zmierzamy do Nowego Łupkowa, który powstał tu po wojnie, a w którym osiedlali się leśnicy, kolejarze, pracownicy pegeerów, więzienni strażnicy, a także sami więźniowie po odbyciu kary w tutejszym więzieniu dla recydywistów. Wszyscy musieli tu żyć w solidarności, aby przeżyć, bez względu na profesję, bo był tu Koniec Świata i kończyła się tu również brama do Bieszczadów.

Chata na Końcu Świata.
Chata na Końcu Świata.

Droga do Nowego Łupkowa.
Droga do Nowego Łupkowa.

Nowy Łupków i Kimadło Wampira.
Nowy Łupków i Kimadło Wampira.

Cała dolina rzeki Osławy, która niedaleko stąd ma swoje źródła nazywana była bramą do Bieszczadów. W Bieszczady dojeżdżało się wówczas koleją, od Zagórza do Rzepedzi, Komańczy, czy Łupkowa, by przesiąść się na kolejkę wąskotorową, którą jechało się dalej w głąb Bieszczadów. Jednak obecnie ruch kolejowy w dolinie Osławy zamarł. Stacje, choć czynne - stoją puste, a dawniej były one synonimem bieszczadzkiego turysty.


LINKI DO INNYCH RELACJI Z TEGO SAMEGO MIEJSCA:
Na Koniec Świata


Translator

Info

Licencja Creative Commons Gdy nie jest to inaczej sprecyzowane pod konkretnym materiałem, to:
Publikowane na blogu materiały można wykorzystać na warunkach licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie materiałów publikowanych na niniejszym blogu i jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o twórcy i adresu internetowego bloga. Pozwala się na wykorzystanie tych materiałów w innych dziełach pod warunkiem udostępniania ich na tej samej licencji.

Kuferek

Hej wędrowcze, właśnie otworzyłeś malutki skarbczyk.
Nie jest on drogocenny, ale nie wykluczone, że znajdziesz w nim coś
co może Ci się przydać.

Kolekcje

Wędrowanie po znanych i nieznanych szlakach to ogrom niesamowitych wrażeń i emocji. Z każdą zakończoną wędrówką wiąże się tęsknota i czar wspomnień. Odczucia takie towarzyszą nam od samego początku przygody, wyzwalając potrzebę zachowania przeżyć, nie tylko w ulotnej pamięci ludzkiej, ale również w formie bardziej trwałej, w postaci fotografii, opisów, dzienniczków przebytych tras, odwiedzonych miejsc, czy zdobytych szczytów. Utrwalanie to jest również okazją do usystematyzowania turystycznych poczynań wg różnych kryteriów - zdobytych koron gór, przebytych szlaków, itp.

Napisz do nas