Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tarnica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tarnica. Pokaż wszystkie posty
Nie pierwszy raz tutaj gościmy, ale po raz pierwszy chyba poczuliśmy się swojsko. Standardowe trzydniowe pobyty mijają zdecydowanie szybciej, niż taki jak ten - czterodniowy, pozwalający mocniej związać się z odwiedzanym regionem. Tylko jeden dzień więcej a taka różnica, bo człowiek nie myśli już na drugi dzień po rozpakowaniu się o powrocie. Dzisiaj jest czwarty dzień bieszczadzkiej wyprawy sylwestrowo-noworocznej i niestety już ostatni. Ostatni punkt i cel programu to bieszczadzka królowa Tarnica, ten sam co ostatniej zimy. Porównana do tamtego wyjazdu są nieuniknione. Wciąż wracamy myślami do stycznia 2017 roku. Wówczas Tarnica była powabna i przepiękna, jaka będzie dzisiaj?

TRASA:
Wołosate (724 m n.p.m.) Przełęcz pod Tarnicą (1276 m n.p.m.) Tarnica (1346 m n.p.m.) Przełęcz pod Tarnicą (1276 m n.p.m.) Wołosate (724 m n.p.m.)

OPIS:
Z Wołosatego wyruszamy o godzinie 8.45 w kierunku najwyższej góry polskich Bieszczadów. W Ustrzykach Górnych, jak również w Wołosatym zaczęły się chyba roztopy. Na drogach jest mokro, nad ranem padał deszcz ze śniegiem. Warstwa śniegu raczej nie przekracza 30 centymetrów. Wyżej w górach śniegu z pewnością jest więcej. Pogoda do wędrówki dobra, aczkolwiek może nie zachęca do optymizmu. Rusza jednak niemal cała grupa na Bieszczadzką Królową.

W Dolinie Wołosatki snują się mgły. Ścieżka szlaku jest wyraźna, mocno przedeptana - na początkowych fragmentach spod śniegu wyłazi błoto. Patryk tradycyjnie na przedzie. Ma dać pierwszy sygnał w razie trudności pod samym wierzchołkiem. Może tak być, że będziemy musieli zawrócić, bo śnieg przerzucony przez wiatr z jednej strony góry na drugą będzie tworzył groźne nawisy, bez możliwości ominięcia. O godzinie 9.05 docieramy na skraj lasu pod tablice informacyjne Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Dalej jest bardziej strome zbocze. Część osób zakłada raki, po czym ruszamy dalej.

Dolina Wołosatki.
Dolina Wołosatki.

Z każdym pokonanym metrem przewyższenia śniegu jest więcej, lecz nie wiele go leży osiadłego na gałązkach drzew. Od czasu do czasu da się usłyszeć jak jego ostatki z spadają z góry, może i czasem na głowę pacnąć mokra grudka śniegu. Dziesięć minut po dziesiątej zaczynamy wychodzić na połoninę. Przechodzimy przez końcowe zagajniki, ślicznie oszronione, czy może opierzone śniegiem. Zrobiło się nagle cudownie i baśniowo. Przez nisko wiszące chmury przebił niewielki świetlisty punkcik, który chwilkę potem zaczyna rosnąć, przeistaczając się w krągłość słonecznej tarczy. Z naszej głębi wydobywa się radosne uniesienie, proste, dziecięce. Zatrzymujemy się chwilę. Doświadczamy ogromnej satysfakcji. Jak to przyjemnie jest być tu właśnie teraz. Gdyby wycieczka miała zakończyć się już tu, bylibyśmy w pełni usatysfakcjonowani, bo spotkało nas piękno do końca niespodziewane. Idziemy jednak dalej w górę.

Skraj młodego lasu.
Skraj młodego lasu.

Pierwsze pola połoniny.
Pierwsze pola połoniny.

Przed nami niewielki zagajnik.
Przed nami niewielki zagajnik.

Zimowy zagajnik.
Zimowy zagajnik.

Karłowate buki.
Karłowate buki.

Opuszczamy zagajniki tworzone przez chaotycznie powyginane karłowate buki, będące po niejednym boju z surowymi warunkami, jaki dyktuje im tu natura. Dzisiaj nie muszą walczyć. Jest cicho i spokojnie. Nie ma wiatru, nie ma mrozu. Wychodzimy na otwarte pola połoniny. Przed nami wznosi się Tarnica z widocznym krzyżem postawionym pod wyższym wierzchołkiem. Tarnica ma kształt wydłużonego grzbietu z dwoma wierzchołkami. Na lewo mamy charakterystyczne siodło, które było inspiracją nazwy góry, pochodzącej od rumuńskiego słowa „tarniţa” oznaczająca siodło, albo przełęcz.

Po drugiej stronie siodła ciągnie się opadający grzbiet Szerokiego Wierchu, kulminujący w trzech punktach, z których pierwszy najwyższy, wznoszący się najbliżej Tarnicy nosi nazwę Tarniczka (1315 m n.p.m.). Podążamy w górę w kierunku przełęczy. Szlak jest bardzo wygodny, nie zapadamy się po pas w śniegu tak jak zeszłej zimy. Widać jego przebieg, bo okalające go taśmy barierek wystają ponad śniegiem. Wiadomo jak iść po szlaku i dopóki nie nasypie więcej śniegu tyczki znakujące zimowy szlak są jeszcze niepotrzebne.

Wyjście z lasku na połoninę.
Wyjście z lasku na połoninę.

Przed nami masyw Tarnicy.
Przed nami masyw Tarnicy.

Pierwsze panoramy na Dolinę Wołosatki.
Pierwsze panoramy na Dolinę Wołosatki.

Śnieżne twory.
Śnieżne twory.

Niebo zalane jest szarym mlekiem chmur. Blask słońca wciąż jednak przebija się do nas, chyba intensywniej niż wcześniej. Mijamy rosnące na połoninie pojedyncze lub w niedużych grupkach drzewka świerków okryte pióropuszami zmarzlin. Wyglądają one jak zastygłe postacie ze świata fantazji. Wyglądają niesamowicie, ale jednocześnie nadają surowemu krajobrazowi sporej dozy romantyzmu. Zmysły ludzkie nie na co dzień takie coś widzą i interpretują te śnieżne twory jako nierealny świat, ulotny jak sen. Dlatego każdy kto tędy przechodzi próbuje uchwycić go w kadrze zdjęciowym, aby zachować go dla siebie, czy też udokumentować nieobecnym tą niezwykłość krajobrazowa, by uwierzyli, że istnieje w rzeczywistości.

Na stoku podejściowym.
Na stoku podejściowym.

Odpoczynek w baśniowej krainie.
Odpoczynek w baśniowej krainie.

Dolina potoku Zwór.
Dolina potoku Zwór (z prawej).

Słońce przebija się śmielej. Od jego promieni na wygładzonej wiatrem powierzchni śniegu pojawiają się nasze cienie. Idziemy stokiem opadającym do malowniczo prezentującej się dolinki potoku Zwór. Piętrzący się po drugiej stronie masyw Szerokiego Wierchu jest co raz bardziej imponujący. Za nami uroczo prezentuje się dolina Wołosatki, nad którą płyną zwiewne mgiełki. Kilka minut przed jedenastą jesteśmy na przełęczy pod Tarnicą. Ostatni odcinek obejściowy wygląda dobrze, zresztą wiedzieliśmy już o tym wcześniej z sms-a od Patryka, w którym krótko napisał „Tarnica ok”. Opuścił już jej wierzchołek i biegnie teraz na Halicz, realizując swój plan na dzisiaj.

Po lewej z tyłu mamy dolinę Terebowca, za nią grzbiet Bukowego Berda. Przed nami po lewej dolinę źródliskową Wołosatki, a za nią Krzemień, Kopę Bukowską i Halicz chowający się w białym obłoku. Okolica pokryta jest niedużą mgłą, ale to naturalne dla wysokości, którą już zdobyliśmy. Jesteśmy już pewni, że Tarnicę zdobędziemy. Jest w naszym zasięgu i nic nam już tej przyjemności nie odbierze. Było o wiele łatwiej niż ostatnio. Zdobywamy ją o godzinie 11.05. Czujemy się szczęśliwi.

 Droga podejściowa tuż pod przełęczą.
Droga podejściowa tuż pod przełęczą.

Przed szczytem Tarnicy.
Przed szczytem Tarnicy.

Żółtym szlakiem na wierzchołek.
Żółtym szlakiem na wierzchołek.

Tarnica (1346 m n.p.m.).
Tarnica (1346 m n.p.m.).

Grzbiet Szerokiego Wierchu.
Grzbiet Szerokiego Wierchu.

Widok w stronę doliny Wołosatki.
Widok w stronę doliny Wołosatki.

Spojrzenie w stronę Ukrainy.
Spojrzenie w stronę Ukrainy.

W dali widać grzbiet Wielkiej i Małej Rawki.
W dali widać grzbiet Wielkiej i Małej Rawki.

Grzbiet Szerokiego Wierchu.
Grzbiet Szerokiego Wierchu.

Pod krzyżem na Tarnicy.
Pod krzyżem na Tarnicy. Jakaś postać w czerwonej kurtce zbliża się do nas.

Wiele osób na szczycie Tarnicy jest po raz drugi, zdobywając go w warunkach zimowych. Nie minął jeszcze rok od pamiętnej ostatniej wyprawy. Pełny rok minie dopiero za dwa tygodnie. Góra prezentuje się inaczej niż wtedy, ale choć nie od razu możemy w to uwierzyć - znów zaczyna czynić cuda wokół siebie. Nisko w dolinach suną sobie powoli piękne obłoczki, a nad nami tworzą się pierzaste obłoki – odsłania się błękitne niebo, promienie słońca spadają na nas z maksymalną mocą. Na zachodzie ukazują się nam wierzchołkowe partie Rawek - wczoraj niegościnne, a dzisiaj zachęcają do odwiedzin.

Obłoczki w dolinach szarpią się po wyniosłościach, wkrótce jednak gęstnieją. Z wierzchołka Tarnicy widok jest teraz jak z samolotu lecącego ponad chmurami. Trzynastometrowy krzyż został ślicznie ozdobiony białymi pióropuszami. Są dokładnie takie jakie chcieliśmy zobaczyć na własne oczy, będąc zimą na wierzchołku góry. To magia Bieszczadów, niezwykła. Ich magia tego dnia była dla nas podwójna, gdy na szczycie góry pojawiła się postać w różowej kurce, zauroczona jak my otaczającym górskim pejzażem. Zatrzymała się spoglądając na pasmo graniczne, w tym czasie my robiliśmy sobie zdjęcie przy krzyżu. Potem przeszła koło nas na wschód, by spojrzeć na ukraińskie Bieszczady. Dopiero wtedy zwróciliśmy uwagę na jej osobę. Wypowiedzieliśmy jej imię, pierwszy raz, potem wtóry... usłyszała, odwróciła się w naszym kierunku. Niezwykłe spotkanie po wielu latach. Tarnica okazała się być bliżej dla nas, niż nasze rodzinne strony. Beata powiedziała później: „Trzeba było w zimie na Tarnicę wyjść, żeby spotkać się ze znajomymi po 20 latach. Magia... nie tylko gór”.

Spotkanie po latach.
Spotkanie po latach.

Na Tarnicy.
Na Tarnicy.

Niebo nad Tarnicą odkryło swe błękity. W dolinach zrobiło się tłoczno od chmur. Nie mogą pomieścić się w nich i wypychane są ku górze. Wierzchołek Tarnicy powoli pustoszeje. My pójdziemy na końcu. Czekamy. W pewnym momencie zostajemy na nim sami. Szczyt jest jak samotnia. To niespotykane u Bieszczadzkiej Królowej, żeby było tak cicho i pusto, nawet zimą.

O godzinie dwunastej opuszczamy szczyt góry. Tarnicę ogarnia chmura. Schodzimy na przełęcz, niczym w siną dal, bo widoczność spada. Chmury leżące w dolinach podniosły się wyżej. Przed nami idzie Nina, Kamila nieodłączne towarzyszki tej i wielu innych wędrówek. Chwilę później dochodzimy kilku innych osób. Poniżej przełęczy powoli wychodzimy z chmury. Schodzimy tą samą drogą, dość szybko. Zatrzymujemy się dłużej pod wiatą. Spoglądamy na siebie. Żartujemy, ale w duchu wesołość miesza się troszkę żal, że bieszczadzka czterodniówka dobiega końca. Zawsze ostatniego dnia przed odjazdem robi się smutno. Jest jednak satysfakcja, że udało się wszystko zrobić tak jak to zostało zaplanowane.

Niebo nad Tarnicą odkryło swe błękity.
Niebo nad Tarnicą odkryło swe błękity.

W dolinach zrobiło się tłoczno od chmur.
W dolinach zrobiło się tłoczno od chmur.
W dolinach zrobiło się tłoczno od chmur.

Stok opadający do doliny źródliskowej Wołosatki.
Stok opadający do doliny źródliskowej Wołosatki.

Wzburzone morze chmur wokół Tarnicy.
Wzburzone morze chmur wokół Tarnicy.
Wzburzone morze chmur wokół Tarnicy.

Tarnica opustoszała.
Tarnica opustoszała.

Zejście ze szczytu.
Zejście ze szczytu.

Przełęcz pod Tarnicą.
Przełęcz pod Tarnicą.

Poniżej Przełęczy pod Tarnicą.
Poniżej Przełęczy pod Tarnicą.

Las i stromszy fragment szlaku.
Las i stromszy fragment szlaku.

Kilkanaście minut po trzynastej wychodzimy z lasu. Przemierzamy płaskie dno doliny w kierunku szosy, przy której stoi kilka, może kilkanaście domów. To niewielka obecnie wioska, ale w okresie międzywojennym liczyła ponad 1000 mieszkańców, rdzennych Bojków, którzy zostali stad przesiedlenie po II wojnie światowej. Niedługo potem wszystkie budynki wsi zostały spalone. Z dawnej wsi zachował się cmentarz, podmurówka cerkwi i przydrożne krzyże. Tereny wsi były puste przez wiele lat. Dopiero pod koniec lat 60-tych XX wieku zaczęła zawiązywać się tutaj mała osada, przy której powstawała ferma hodowlana. Na początku lat 80-tych XX wieku obszary tej fermy przejął „Igloopol”. To na jego potrzeby w 1987 roku wojsko przeprowadziło rekultywację terenu doliny za pomocą materiałów wybuchowych. Ferma jednak nie została dokończona, kiedy w 1991 roku przejął ją Bieszczadzki Park Narodowy. Odtąd dolinę Wołosatki zaczęto przystosowywać pod kątem turystyki. Uporządkowano pamiątki po dawnych mieszkańcach doliny, czyli cmentarz i cerkwisko. Powstała Zachowawcza Hodowla Konia Huculskiego. Zbudowano parkingi i wiaty.

Dolina Wołosatki.
Dolina Wołosatki.

Żuraw obok cmentarza w Wołosatym.
Żuraw obok cmentarza w Wołosatym.

Stary cmentarz bojkowski w Wołosatym.

Stary cmentarz bojkowski w Wołosatym.

Stary cmentarz bojkowski w Wołosatym.
Stary cmentarz bojkowski w Wołosatym.

Popołudniem wyjeżdżamy z zakątka leżącego u podnóży Szerokiego Wierchu i Tarnicy. Dobrze było znów tu pobyć z wesołymi, sympatycznymi ludźmi. Mamy odczucie, że wszystko udało się wyśmienicie. To zasługa wszystkich, bo sami byśmy tego nie zrobili. Bieszczadzka wyprawa sylwestrowo-noworoczna byłaby nie warta organizacji, gdyby jej uczestnicy nie byli wspaniałymi ludźmi w każdym calu. To dzięki nim bawiliśmy się tak dobrze. Dawno nie mieliśmy tak szałowej zabawy sylwestrowej, nie wspominając już o urokach pozostałych punktów programu. Wspomnienie spędzonego tutaj czasu długo będzie nam siedzieć w głowie, a może nawet na zawsze pozostanie żywe, co jest całkiem możliwe, bo magia tego czasu nie odstępowała od nas ani na chwilę.




GALERIE FOTOGRAFICZNE:
Tarnica - bieszczadzka królowa

Na niebie odsłonił się błękit. Skrząca się w słońcu biel poraża. Widzimy tu zimę, jakiej wielu nie widziało od lat. Nawet miejscowi mówią, że dawno tu takiej nie było. Ustrzyki Górne i całe Bieszczady zostały zasypane śniegiem. Drogowcy kolejny dzień non stop ciężko pracują nad zapewnieniem przejezdności dróg. Z wyjazdem na Przełęcz Wyżniańską, czy Wyżnią problemy mają nawet pojazdy terenowe. Bieszczadzka Obwodnica jest tam oblodzona, a na serpentynach jest wąsko. Droga w przeciwną stronę prowadząca do Wołosatego biegnie jednak płasko. Przejechały już po niej śnieżne pługi.

TRASA:
Wołosate (724 m n.p.m.) Przełęcz pod Tarnicą (1276 m n.p.m.) Tarnica (1346 m n.p.m.) Przełęcz pod Tarnicą (1276 m n.p.m.) Wołosate (724 m n.p.m.)

OPIS:
Z Wołosatego prowadzi najkrótsza droga na królową polskich Bieszczadów. Niebieski szlak zaczyna się za ostatnimi domkami leśników i pracowników Bieszczadzkiego Parku Narodowego. O godzinie 8.40 robimy pamiątkową fotografię grupy i ruszamy. Z prawej wśród drzew stała kiedyś bojkowska cerkiew pod wezwaniem Wielkiego Męczennika Dymitra, zbudowana w 1872 roku. Spalono ją razem ze wsią w 1946 roku po wysiedleniu mieszkańców do ZSRR. Po cerkwi i otaczającym ją cmentarzu pozostały już tylko kamienne resztki, które w ostatnich dniach nakryte zostały warstwą śniegu.

Szlak jest nieco przetarty. Zobaczymy jak daleko. Przechodzimy przez ledwie widoczny mostek. Z puchu wystają jego drewniane poręcze. Szlak podprowadza pod samotnie stojący słupek z drogowskazami, za którym odbijamy nieco na lewo i podążamy do ściany lasu. Jest jeszcze dość płasko. Otaczają nas rozległe łąki pokryte warstwą białego puchu o wygładzonej wiatrem powierzchni. Gdy zima odejdzie z Wołosatego zagości tu kolor właściwy wiośnie, a na trawy wybiegną konie huculskie.

Grupa na drodze w Wołosatym.

Droga w Wołosatem w stronę przełęczy Beskid.

Przy budkach Bieszczadzkiego Parku Narodowego.
Zaczynamy marsz przy budkach Bieszczadzkiego Parku Narodowego.

Zasypany mostek.
Zasypany mostek.

Rozległe łąki pokryte warstwą białego puchu.
Rozległe łąki pokryte warstwą białego puchu.

Po niebie przechadzają się tymczasem chmury o kolorystyce różnorodnej, od białoobłoczkowej po ciemnochmurzastą. Przepychają się, a może również mieszają. Coraz wyraźniej widać, to co zapowiadały prognozy – słońce i błękitne niebo… i to, po co tu przyjechaliśmy, najprawdziwszy pejzaż zimowy:
Jest mroczno. Góry w wielkiej ciszy stoją
jak tu i tam sterczące skrzydła aniołów.
W dole trzy domki przysiadły niby małe pieski, co się wszystkiego boją
Niebieska sieć lasu zaraz zacznie nowy, milczący połów.

I słychać tylko, jak jemiołuszki gwarzą cienko,
pędzące z wiatrem w głogów czerwonych karetach.
Pod lasem młodnikiem, niby listek wąski, jesienny,
lis sunął tam, gdzie pieje kurnikowa meta.

Wtem łagodnie, jakby skrzydłami ptaków, zakryto mi palcami oczy.
Ach - mówię - kochanie, gdzie masz rękawiczki? Zimno jest od dni paru.
Uważaj na swe ręce, żeby ci ich mróz czasem nie zauroczył,
bo bez twych rąk, miła, świat byłby pusty jak drzewce bez sztandaru.


(Jerzy Harasymowicz - Pejzaż zimowy)

Spojrzenie w stronę Wielkiej Rawki.
Spojrzenie w stronę Wielkiej Rawki.

Łąki pokryte śniegiem w Wołosatym.
Pod ciemnymi chmurami.

Wkrótce wchodzimy w pas zagajników, po czym do lasu odtąd wspinając się w górę po niewidocznych stopniach przykrytych śniegiem. Początkowe ostre podejście jest krótkie. Dalej dróżka wije się między drzewami, przez baśniowy las. Przeważają w nim buki, ale świerków rośnie w nim też niemało. Buki nie są jednak zbyt wysokie. Nie są typowymi wyniosłymi drzewami, lecz jakby nienaturalnie rozłożyste i powykrzywiane na wszystkie strony.

Do lasu wdzierają się promienie słońca dotykające śnieżnej powierzchni przykrywającej leśne runo. Odbijają się od powierzchni śniegu, ale światła tego nie jest dużo. Las generalnie jest zacieniony, bowiem obfite śnieżne czapy osiadłe na gałęziach stanowią zbyt dużą przeszkodę nawet dla tak silnego słońca. Nie możemy doczekać się wyjścia na skraj połoniny, choć sam las jest śliczny i bardzo ekscytujący.

Nie ma wiatru, który strącał by śnieżne pióra z gałązek drzew. Tylko przelatujące z gałązki na gałązkę sikorki strącają z nich biały pył. Czasem jego szczypta wpadnie za kołnierz, gdy strącimy go sami ocierając się o gałęzie. Kończymy trawersować Hudów Wierszek (965 m n.p.m.). Schodzimy na płytką przełęcz.

Przez baśniowy las.
Przez baśniowy las.

Do lasu przenikają skrawki promieni słonecznych.
Do lasu przenikają skrawki promieni słonecznych.

Trawers stoku wzniesienia Hudów Wierszek (965 m n.p.m.).
Trawers stoku wzniesienia Hudów Wierszek (965 m n.p.m.).

Zejście na płytką przełączkę.
Zejście na płytką przełączkę.

Przed wiatą.
Przed wiatą.

Powyżej przełęczy stoi duża wiata. Ktoś w niej odpoczywa. Nie przeszkadzamy. Mijamy wiatę o godzinie 10.00. Dalej szlak jest słabiej przetarty, ale idziemy. Szlak wprowadza wciąż łagodnym, silnie zalesionym zboczem. Buki przez moment wydają się być roślejsze, ale niebawem wyraźnie ich wysokość zmniejsza się, przechodząc w formę krzaczastą. Jednocześnie zwiększa się nachylenie stoku, na który silnie nacieramy. O godzinie 10.15 osiągamy przedpole połoniny. Chwilę potem wchodzimy jednak w gęsty młodnik, lecz za kilka minut wychodzimy z niego na skraj rozległego obszaru, pozbawionego praktycznie czegokolwiek. Przed nami śnieżna pustynia sięgająca samego wierzchołka, który wznosi się na wprost.

Wiata.
Wiata.

Bukowy las.
Bukowy las.

Coraz ostrzej w górę.
Coraz ostrzej w górę. Las drzew zmniejsza wysokość.

Szukamy szlaku. Jego przebieg można rozpoznać tylko po ledwie wystających spod śniegu tasiemkach Bieszczadzkiego Parku Narodowego, które wytyczają drogę na szczyt Tarnicy. W zimie przebiegi szlaków nie muszą pokrywać się z tymi wyznaczonymi, które nie zawsze są widoczne. Często ze względów bezpieczeństwa wydeptuje się drogę w innych miejscach, dla obejścia miejsc zagrożonych lawinami.

Podążamy niezbyt głębokimi zakosami w kierunku Przełęczy pod Tarnicą. Widać ją po lewej stronie od wierzchołka góry zwieńczonego charakterystycznym krzyżem. Zbocze pokryte warstwą śniegu wygląda na pozbawione wszelkiego życia. Gdzieniegdzie tylko wystają ze śniegu pojedyncze, małe drzewka, oblepione lodowymi pióropuszami.

Niedaleko pod przełęczy widać małe punkciki poruszające się w przepisowych odstępach - Patryka i Marka brodzących w śniegu po pas. Robią pierwszy ślad przetarcia szlaku. To ciężka robota. Co pewien czas zamieniają się pozycjami, by odpocząć. Przed nimi na skiturach śnieg ugniata Kuba. Podążamy za nimi powoli w górę.

Z lewej obielony grzbiet Szerokiego Wierchu obniża się na północny zachód w kierunku Ustrzyk Górnych. Za nami widoczna staje się dolina Wołosatki, ograniczona z drugiej strony zalesionym grzbietem granicznym. Z każdym krokiem w górę otacza nas rozleglejsza panorama.

Wyszliśmy na połoninę.
Wyszliśmy na połoninę. W dali małe punkciki - Kuba,Patryk, Marek i ktoś jeszcze. Przecierają szlak.

Na wprost nas wznosi się grzbiet Tarnicy.
Na wprost nas wznosi się grzbiet Tarnicy.

Szlak na Tarnicę.
Na szlaku.

Szlak na Tarnicę.
Na szlaku.

O grzbiety ocierają się przepływające chmury. Jedna z nich na dłużej zahaczyła się o wierzchołek Tarnicy. Sznureczek ludzi pod jej stokiem skręca łukiem na lewo nad źródliskową dolinkę potoku Zwór. Potem zakosami odchodzi od niej w kierunku jedynego w swoim rodzaju siodła przełęczy, o charakterystycznym kształcie kojarzącym się tylko z tą górą, która jest naszym celem.

Oczy nie są przywykłe do takich ilości śniegu, nie w naszym kraju i w dzisiejszych czasach. Tak naprawdę to góra już wprowadza w zachwyt wystarczająco ogromny, aby już w tym miejscu mieć pełną satysfakcję. Plener zimowy pod Tarnicą jest tak cudowny, że wydaje się być nieprawdziwy. Zmysły wariują z radości patrzenia na wszystko wokół.

Raz spoglądamy na przełęcz pod Tarnicą, zwaną od kształtu Siodłem, raz podnosimy głowę wyżej ku wierzchołkowi. Z grzbietu widać wystające bryły lodu. One jednoznacznie uzmysławiają surowość tutejszego klimatu, wbrew cudownej łagodności grzbietów połoniny, bezkreśnie pokrytych białym puchem. Te grzbiety wyglądają tak niewinnie, w rzeczywistości zwodząc zmysły, mogą być bardzo niebezpieczne. Tarnica i inne wznoszące się w sąsiedztwie masywy potrafią pokazać rogi.

Połonina pod Tarnicą.
Z każdym krokiem w górę otacza nas rozleglejsza panorama.

Szlak na Tarnicę.
Patrząc w górę można trochę poczuć się jak w Himalajach.

Nad doliną potoku Zwór.
Nad doliną potoku Zwór.

Dolina potoku Zwór.
Dolina potoku Zwór.

Pod przełęczą.
Sznureczek ludzi pod przełęczą.

Wchodzimy na Przełęcz pod Tarnicą po 2 godzinach i 20 minutach marszu. Jest godzina 11.00. Po drugiej stronie przełęczy jest mnóstwo słońca. Na stoku opadającym na Przełęcz Goprowską widać nawisy. Za Przełęczą Goprowską wznosi się grzbiet Krzemienia, a za nim bardziej na zachodzie Bukowe Berdo. Obydwa grzbiety oświetlone są niebywałą jaskrawością słoneczną. Niesamowity zimowy krajobraz z wysokości 1285 m n.p.m. nasyca tak bardzo, że niektórym to wystarcza. Delektują się widokami i dalej iść nie chcą. Osiemnastu z nas decyduje się nacierać dalej. Wszyscy wiemy, że będzie ciężko.

Ruszamy na bezpośredni atak szczytowy. Na stokach Tarnicy, powyżej przełęczy, nie widać żadnego przetarcia szlaku. Dalsza wędrówka będzie wymagać dużo większego wysiłku niż wcześniej. Najgorzej mają oczywiście ci idący na przodzie. Wspinamy się brodząc w miękkim śniegu. Pod śniegiem jest warstwa lodu, która stwarza warunki do wytworzenia się lawiny, dlatego początkowo wspinamy się inną drogą niż czynimy to latem - nieco powyżej wyznaczonego szlaku. W ten sposób przechodzimy ponad śnieżnym nawisem wytworzonym na północno-wschodniej wystawie. Ta wystawa to efekt ostatnich silnych wiatrów i dużych opadów świeżego śniegu, stwarzającego zagrożenia wg wzorca GM-6.

Słońce świeci prosto w oczy. Kontynuując trawers Tarnicy przechodzimy na wschodnią stronę stoku, gdzie śnieg jest wywiany. Pod nogami mamy twardą lodową skorupę pokrytą kilkunasto centymetrowym pyłem śnieżnym. Tu już nie ma się czego obawiać. Pewnie podążamy dalej wracając na drogę szlaku turystycznego i o godzinie 11.20 wchodzimy na ogrodzony barierkami wierzchołek Tarnicy (1346 m n.p.m.).

Przełęcz pod Tarnicą (1285 m n.p.m.).
Przełęcz pod Tarnicą (1285 m n.p.m.).

Początek natarcia na szczyt.
Początek natarcia na szczyt.

Słońce pokazuje się zza masywu.
Słońce pokazuje się zza masywu.

W stronę Kopy Bukowskiej, Halicz i Rozsypańca.
Patrzymy w stronę Kopy Bukowskiej, Halicza i Rozsypańca.

Tarnica.
Nad wierzchołkiem zawisło słońce.

Stok Tarnicy.
Wspinamy się brodząc w miękkim śniegu.

Tarnica (1346 m n.p.m.).
Tarnica (1346 m n.p.m.) - biała królowa polskich Bieszczadów.

Grupa na Tarnicy.
Grupa na Tarnicy.

Pamiątkowe zdjęcie na szczycie.
Pamiątkowe zdjęcie na szczycie.

Tarnica i przylegające do niej połoniny od dawna uznawane były za jeden z najpiękniejszych zakątków Bieszczadów. Wznosi się pomiędzy szeroką i rozległą doliną Sanu na wschodzie, a wcinającą się między masywy doliną potoku Wołosatki. Wołosatka silnie wcina się w masywy tworząc jedyne swego rodzaju górskie gniazdo, zwane Gniazdem Tarnicy. Otaczają go potężne grzbiety stanowiące kwintesencję piękna polskich Bieszczadów, o tej porze szczególnego piękna. To ono właśnie, to otaczające piękno wyzwala euforię, bardziej niż fakt zdobycia szczytu góry.

Marzenie zobaczenia na własne oczy oszronionego krzyża na Tarnicy zostało spełnione. Pięknie i opleciony lodem, misternie ukształtowanym surowym dłutem przyrody – mrozem i porywistym wiatrem. Ostre słońce nic tu nie może wskórać. Świeci intensywnie, ale jego ciepłota nie jest tu i teraz wyczuwalna. Jest bardzo chłodno, choć wiatr delikatnie powiewa. To nietypowe dla Tarnicy, aby tylko delikatny wietrzyk nad nią powiewał.

Trudno uwierzyć, że stoimy na Tarnicy uwodzącej zimowa scenerią. Góra wspaniale wygląda okryta białym płaszczem. Uwodziła nas takim strojem już od dawna. Dostaliśmy to o czym marzyliśmy. Jesteśmy szczęśliwi. O godzinie 11.55 opuszczamy szczyt. Schodzimy powolutku, chyba nie do końca jeszcze wierząc w to, że marzenie nasze zostało spełnione w tak wspaniałą aurę. Dlaczego nie możemy tu zostać jeszcze dłużej?

Dolina Wołostaki z Tarnicy.
Dolina Wołostaki z Tarnicy.

Wołosate.
Wołosate.

Krzemień, Kopa Bukowska, Halicz.
Krzemień, Kopa Bukowska, Halicz.

Szeroki Wierch.
Szeroki Wierch.

Tarnica.
Tarnica w oślepiającym blasku.

Magura Łomniańska za doliną Sanu.
Magura Łomniańska za doliną Sanu.

Pożegnanie z górą nie jest łatwe. Droga powrotna jest znacznie łatwiejsza, bo szlak przetarty i oczywiście mamy z górki. Na zejściu mamy wspaniałą panoramę na dolinę Sanu, za którą wznosi się pasmo Magury Łomniańskiej. O godzinie 12.05 jesteśmy na Przełęczy pod Tarnicą. Spoglądamy ostatni raz na grzbiety znajdujące się po drugiej stronie Przełęczy Goprowskiej, ciągnące się na południowy wschód przez Krzemień, Kopę Bukowską i Halicz. Ach jaki żal schodzić...

Na niebie płyną już tylko białe obłoki. Niebieskości odsłania się co raz więcej na niebie. Oszroniały krzyż z Tarnicy spogląda ku dolinie Wołosatki. Na południowym wschodzie pokazała się przełęcz Beskid (784 m n.p.m.), zaraz za nią Czeremcha (1137 m n.p.m.) znajdująca się już na Ukrainie. Te bieszczadzkie zimowe pejzaże są delicją dla oczu i całej duchowej głębi. Zostaną w pamięci na długo, bardzo długo, a najpewniej na zawsze u każdego, kto zechciał dołączyć do grupy wyprawowej w zimowe Bieszczady. Wszechobecna biel jest cudowna.

Kuba opuszcza wierzchołek góry.
Kuba opuszcza wierzchołek góry.

Stok Tarnicy.
Nie można się oprzeć widokom.

Trawers północno-wschodniego stoku Tarnicy.
Trawers północno-wschodniego stoku Tarnicy.

Stok Tarnicy.
Trawers stoku Tarnicy.

Przełęcz pod Tarnicą.
Przełęcz pod Tarnicą, a dalej wznosi się Tarniczka, pierwszy szczyt Szerokiego Wierchu.


Przełęcz pod Tarnicą (1285 m n.p.m.).
Przełęcz pod Tarnicą (1285 m n.p.m.).

Na szlaku z Przełęczy pod Tarnicą.
Szlak jest już nieźle wydeptany. Przeszło tędy blisko 50 osób.

Na szlaku z Przełęczy pod Tarnicą.
Te bieszczadzkie zimowe pejzaże są delicją dla oczu i całej duchowej głębi.

Dlaczego nie możemy tu zostać jeszcze dłużej?

Tarnica.
Tarnica.

Oszroniały krzyż z Tarnicy spogląda ku dolinie Wołosatki.
Oszroniały krzyż z Tarnicy spogląda ku dolinie Wołosatki.

Drzewka pokryte pióropuszami lodu.
Drzewka pokryte pióropuszami lodu.

Schodzimy.
Schodzimy powolutku, chyba nie do końca jeszcze wierząc w to, że marzenie nasze zostało spełnione.

Widok w kierunku przełęczy Beskid.
Widok w kierunku przełęczy Beskid.

Bajkowy las.
Bajkowy las.

Zatrzymujemy się pod wiatą, tam kubek herbaty, kostka czekolady. Za niedługo skończy się ta wycieczka. Dobrze byłoby tu znów przyjechać zimową porą. Będziemy tęsknić. To pewne. O godzinie 13.40 wychodzimy już na łąki pokryte śniegiem rozciągające się ponad wsią Wołosate. Tu też jest bardzo pięknie. Z prawej z niskich chmur wyłoniły się w jaskrawości słonecznej zbocza Połoniny Caryńskiej, za chwilę ukaże się również Połonina Wetlińska z oszronioną Chatką Puchatka, taką jaką chcielibyśmy zobaczyć. Wespół z taką grupą, z jaką mieliśmy przyjemność wędrować po Bieszczadach przez ostatnie trzy dni na pewno się to uda następnym razem.

Zima w pełnej krasie.

Przed Wołosatym.
Niedaleko do końca bieszczadzkiej wędrówki.

Przed Wołosatym.
Pożegnanie z górą nie jest łatwe.



Patrząc na realizację założonego programu na tą trzy dniową zimową wyprawę w Bieszczady można by powiedzieć, że zakończyła się ona wynikiem 2:1 dla zimy, lecz zdaje się nikt z grupy 51 uczestników nie czuje goryczy porażki. Swego rodzaju fortel wobec zaskakującej aury sprawił, że program zapełnił się innymi pociągającymi atrakcjami, optymalnymi na istniejące warunki, pozwalającymi ominąć strefy silnych wiatrów, zaspy i ślizgawicę na drodze, wobec której nawet moc łańcuchów na kołach Mercedesa Alberta byłyby bezsilne.

Najważniejsza w tym wszystkim była jednak jedność całej grupy, zespolenie i ciągła współpraca w pokonywaniu trudności, odpowiedzialność „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Dzielnie poradziliście sobie nawet ze zbójami w ciemnym lesie ;) , a tak na serio: to była ogromna przyjemność być z wami i razem wędrować. W pojedynkę, czy w mniejszej grupie trudno byłoby sprostać trudnościom, jakie pojawiły się na zawianych szlakach. Bardzo dziękujemy za zaangażowanie i pomoc w realizacji tej wyprawy. Mnóstwo osób było jej aranżerami: Nina – dawca pomysłu zimowej wyprawy w Bieszczady, Rysiu – znany podróżnik i pomysłodawca kuligu, Patryk – odpowiedzialny za wieczorne granie, zaś aby nic nie było takie pewne i oczywiste... dołożyliśmy do tego coś jeszcze: odrobinę niespodzianek. I wszystkie te elementy programowej układanki zaiskrzyły i zgrały się przy współudziale wszystkich. Wnieśliście w to serce i duszę, słyszeliśmy to dobitnie w interpretacjach poezji Harasymowicza. Teraz z perspektywy zaledwie kilku dni ten czas już wydaje się magią. Będziemy go mile wspominać do kresu dni naszych.



Translator

Info

Licencja Creative Commons Gdy nie jest to inaczej sprecyzowane pod konkretnym materiałem, to:
Publikowane na blogu materiały można wykorzystać na warunkach licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie materiałów publikowanych na niniejszym blogu i jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o twórcy i adresu internetowego bloga. Pozwala się na wykorzystanie tych materiałów w innych dziełach pod warunkiem udostępniania ich na tej samej licencji.

Kuferek

Hej wędrowcze, właśnie otworzyłeś malutki skarbczyk.
Nie jest on drogocenny, ale nie wykluczone, że znajdziesz w nim coś
co może Ci się przydać.

Kolekcje

Wędrowanie po znanych i nieznanych szlakach to ogrom niesamowitych wrażeń i emocji. Z każdą zakończoną wędrówką wiąże się tęsknota i czar wspomnień. Odczucia takie towarzyszą nam od samego początku przygody, wyzwalając potrzebę zachowania przeżyć, nie tylko w ulotnej pamięci ludzkiej, ale również w formie bardziej trwałej, w postaci fotografii, opisów, dzienniczków przebytych tras, odwiedzonych miejsc, czy zdobytych szczytów. Utrwalanie to jest również okazją do usystematyzowania turystycznych poczynań wg różnych kryteriów - zdobytych koron gór, przebytych szlaków, itp.

Napisz do nas