Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Osadzki Wierch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Osadzki Wierch. Pokaż wszystkie posty

za nami
pozostało
47,2 km
471,8 km
Wyczekiwana wyprawa w końcu nadeszła. Wędrówkę Głównym Szlakiem Beskidzkim, rozpoczętą w październiku ubiegłego roku zakończyliśmy w Brzegach Górnych. Tutaj właśnie rozpoczyna się nasza Wielka Majówka w Bieszczadach. Blisko stuosobowa grupa sympatyków Bieszczadów, pieszych wędrówek i najdłuższego szlaku górskiego w Polsce stanęła na czerwonym szlaku, by podążać nim dalej. Przyjeżdżamy idealnie na zaplanowaną godzinę, na jedenastą trzydzieści, o tej samej godzinie przestaje mżyć. Połoniny kryją się jednak w chmurach. Las rosnący poniżej jest jeszcze bezlistny, wygląda jak ten z jesiennej szarugi. Jest umiarkowanie ciepło, bezwietrznie. Cóż nam więcej potrzeba by pójść dalej… tylko biletów wstępu do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Uwijamy się jednak dość szybko z zakupem, mimo sporej liczebności grupy.

POGODA:

noc
rano
dzień
wieczór
TRASA:
Brzegi Górne (738 m n.p.m.) [czerwony szlak] Schron „Chatka Puchatka” na Połoninie Wetlińskiej (1228 m n.p.m.) [czerwony szlak] Osadzki Wierch (1253 m n.p.m.) [czerwony szlak] Przełęcz Orłowicza (1099 m n.p.m.) [czerwony szlak] Smerek (1222 m n.p.m.) [czerwony szlak] Smerek, wieś (602 m n.p.m.)

Brzegi Górne: - No chodźmy już Szalku na połoninę.

OPIS:
Opuszczamy Brzegi Górne, wioskę, której nie widać. Na jej obszarze znajduje się tylko jeden dom. W okresie międzywojennym wieś liczyła sobie ponad 500 mieszkańców, ludności głównie bojkowskiej, ale około 15% ludności stanowiła ludność polska. Wieś ciągnęła się wówczas przez 4 km pomiędzy Wierchem Wyżniańskim, a przełęczą nad Berehami. Wtedy wieś nazywała się Berehy Górne. Była lokowana dawno temu przez Kmitów na prawie wołoskim, a pierwszy raz wzmiankowano o niej w dokumentach z 1580 roku. Wieś przestała istnieć po drugiej wojnie światowej. Berehy znalazły się wtedy w rękach UPA. Po wkroczeniu do wsi wojska polskiego jej mieszkańcy zostali wysiedleni do ZSRR, a zabudowa wsi zniszczona tak, aby wysiedlona ludność nie miała do czego powrócić (gdyby chciała to zrobić). Obecnie o dawnej wsi przypominają jeszcze krzyże cmentarza greckokatolickiego położonego nieco nad drogą na stokach Połoniny Caryńskiej. Łąki nad Berehami Górnymi zarosły już lasami, zaś na połoniny nigdy już nie wrócił widok wypasanych wołów i nikt już na nich nie nuci melancholijnej pieśni:
...Woły moje sełenykie
woły moje woły
kto was bude zawertaty
z wysokoji hory
kto was bude zawertaty
kto was bude pasty
jak to bude popid bućky
kutyriamy triasty...
Ruszamy na zachód. Przechodzimy drewnianym mostkiem nad potokiem Prowcza, za którym zaczynamy podejście stoku Połoniny Wetlińskiej. Chwilkę odkrytym terenem, na którym przeważają zielone łąki, wkrótce jednak szlak zagłębia się w zagajniki, potem w las porastający stromszy odcinek stoku. Pojawiają się w tych miejscach drewniane poręcze i stopnie ziemne. Las ma jeszcze gołe gałęzie, bezlistne. Okres wegetacyjny roślinności w surowych warunkach bieszczadzkich przychodzi później. Połoniny jeszcze niedawno, zaledwie kilka dni temu pokrywała warstewka śniegu. Ślady zimy leżą jeszcze na stokach w postaci białych płatów, ale na szlaku nie ma go wcale, a jedynie błoto.

Prowcza.
Prowcza.

Dolina Prowczy.
Dolina Prowczy ze stoku Połoniny Wetlińskiej.

Podejście na Połoninę Wetlińską.
Początkowo szlak łagodnie podchodzi stok.

Widoki dzisiaj będą skąpe, albo wcale ich nie będzie.
Widoki dzisiaj będą skąpe, albo wcale ich nie będzie.

Zatrzymajmy się, bo za chwilę będzie bardziej stromo.
Zatrzymajmy się, bo za chwilę będzie bardziej stromo.

Między drzewami lasu snuje się mgła. Dotyka ich mokrych konarów, stąpa po zbutwiałych liściach. Wyżej mgła gęstnieje, zaś drzewa karłowacieją. Powyginane w dziwaczne kształty w wyniku przeciwstawiania się surowym warunkom gór. Po trzynastej opuszczamy ten las i wychodzimy na odkryte tereny. Połoninę zalewa jednak ta sama mgła. Jakieś dziesięć minut później wchodzimy na skalną grzędę i przez pewien czas idziemy po niej w górę, po sterczących skałach, skośnie ułożonych warstwach fliszu karpackiego. Dalej dróżką, aż około godziny 13.25 z otchłani mgły wyłaniają się kontury, a chwilkę później coraz wyraźniejsze rysy Chatki Puchatka. Przerwa.

Runo ożywa w bezlistnym lesie.
Runo ożywa w bezlistnym lesie. Czosnek niedźwiedzi.

Podejście.
Czekam na ciebie.

Barierki przydają się na stromiznach.
Barierki przydają się na stromiznach.

Przed wyjściem z lasu na połoninę.
Przed wyjściem z lasu na połoninę.

Skalna grzęda.
Skalna grzęda.
Skalna grzęda.

Na skalnej grzędzie.
Na skalnej grzędzie.

W Chatce Puchatka nie ma jej legendarnego gospodarza Lutka Pińczuka. W styczniu tego roku zszedł w doliny i dotąd nie wrócił. W Chatce bez Lutka jest jakoś pusto, choć po brzegi wypełniona jest turystami. Bufet nie działa, ale można tutaj wciąż odpocząć przed dalszą wędrówka. Chatka ta powstała zanim Lutek pojawił się w Bieszczadach. Zbudowano ją po wojnie. Była wówczas obiektem wojskowym – granicznym punktem obserwacyjnym. Zaraz po II wojnie światowej granica państwowa przebiegała inaczej. Biegła tutaj doliną Sanu, między Połoniną Wetlińską i Pasmem Otrytu. Obiekt ten stracił na znaczeniu, gdy w roku 1951 dokonano największej w powojennej Polsce korekty granic, w wyniku której wymieniono tereny o powierzchni 480 km2. ZSRR odstąpił Polsce fragment ówczesnego obwodu drohobyckiego należącego do USRR, obejmujące obecne m.in. miasto Ustrzyki Dolne (ros. Устрики Дольные, ukr. Устрики Долішні) oraz wsie: Czarna, Lutowiska, Krościenko, Bandrów Narodowy, Bystre, Liskowate. Polska odstąpiła ZSRR fragment województwa lubelskiego z miejscowościami Bełz (ukr. Белз), Uhnów (ukr. Угнів), Krystynopol (ukr. Червоноград, do 1953 Кристинопіль), Waręż (ukr. Варяж), Chorobrów (ukr. Хоробрів), Żwirka (ukr. Жвирка). Wraz ze zmianą przebiegu granicy państwowej dokonano przymusowego przesiedlenia ludności.

Połonina Wetlińska po korekcie granicy straciła znaczenie strategiczne i wojsko ją opuściło. Stojący na jej wschodnim krańcu domek pozostał pusty. W styczniu 1956 przekazano go oddziałowi PTTK w Rzeszowie dla stworzenia w nim obiektu wspierającego turystykę. Był to jednak okres, kiedy w Bieszczadach nie było asfaltowych dróg, kiedy były właściwie odcięte od świata. Utworzenie w nim schroniska wymagało zapewnienia dróg zaopatrzenia, a te były bardzo odległe, bo doliny u stóp połonin były opustoszałe i bezludne. W Bieszczady zaglądali nieliczni wówczas turyści, którzy od czasu do czasu zatrzymywali się na noc w domku bez gospodarza stojącym na Połoninie Wetlińskiej.

Chatka Puchatka na Połoninie Wetlińskiej.
Chatka Puchatka na Połoninie Wetlińskiej.

W roku 1959 w Bieszczady przyjechał niejaki Ludwik Pińczuk, urodzony w państwie, którego nie ma już na mapie tj. w Jugosławii. Obecnie jest to terytorium Bośni. Miał jednak korzenie polskie. Jego dziadek był Polakiem, który wyemigrował do ówczesnych Austro-Węgier, gdzie urodzili się rodzice Ludwika i on sam, jak już wspomnieliśmy. Po II wojnie światowej rodzina Pińczuków powróciła do Polski za namową emisariuszy poszukujących Polaków mieszkających za granicami swego kraju, a było to w roku 1946. Rodzina Ludwika osiadła w Bolesławcu na Dolnym Śląsku, czyli na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Po ukończeniu zawodowej szkoły górniczej Ludwik przeniósł się na Górny Śląsk, gdzie podjął pracę w jednej z kopalń, chcąc w ten sposób uniknąć powołania do wojska (górników reklamowano od pełnienia obowiązkowej wówczas służby wojskowej). W międzyczasie uczył się w wieczorowym technikum. W pewnym momencie wpadła mu do rąk gazetka zachęcająca do wyjazdu w Bieszczady, które usiłowano na różne sposoby zagospodarować. W gazetce tej namawiano do podjęcia pracy przy zbieraniu jagód i runa leśnego. Ludwik nie zastanawiał się długo, wziął cały przysługujący mu urlop i wcielony do zorganizowanej grupy przyjechał po raz pierwszy w Bieszczady, a dokładnie do Cisnej.

Była tutaj baza Przedsiębiorstwa „Las”. Stąd wyruszał zbierać jagody. Bieszczadzkie jagody zaliczane były do najlepszych, a było ich tutaj bardzo dużo. Większość tutejszych zbiorów była eksportowana, to też powodowało, że praca przy ich zbieraniu była dobrze opłacana. Przedsiębiorstwo „Las” dawało zbieraczom nocleg w namiocie i posiłek w zamian za pięć kilogramów jagód, za resztę płaciło. Ludwik zbierał po 10-15 kilogramów jagód dziennie. Po raz pierwszy pod Połoninę Wetlińską dotarł jednak rok później, kiedy wrócił w Bieszczady ponownie. Dotarł wówczas do Wetliny. Jesienią znów wrócił do śląskiej kopalni, jednak już tylko po to by zwolnić się z pracy. Zauroczony beztroskim życiem w słońcu i na powietrzu wrócił w 1961 roku w Bieszczady na zawsze. Wtedy dotarł na Połoninę Wetlińską po raz pierwszy, gdzie potrafił zbierać nawet 70 kilogramów jagód dziennie. Problemem jednak było przetransportowanie uzbieranych jagód z góry. Zamówił sobie w tym celu specjalny stelaż u solarza w Sanoku, aż w końcu kupił sobie konie, który w dzień pasł się na połoninie, a wieczorem pomagał w transporcie.

Zbliżała się jednak zima. W pobliżu tak daleko wysuniętych jagodzich stanowisk nie było wtedy zbyt wielu budynków, w których można by zamieszkać i przetrwać zimę. Drewniane baraki w których w lecie mieszkali budowniczowie dróg były nieszczelne i nie można było uchronić się w nich przed mrozem. Znalazł jednak w Berehach dwukomorowy schron, który zaadaptował do przetrwania w nim zimy. Z metalowej beczki zrobił kominek, miejsce do spania wymościł baranimi skórami. Po części żywił się zapasami żywności zgromadzonymi jesienią, trochę kłusował, a co 2-3 tygodnie wyruszał na zakupy do Dwernika, pokonując potężne warstwy śniegu. Skonstruował sobie wtedy karple, dzięki którym nie zapadał się w śniegu po pas. Wtedy też odkrył na Połoninie Wetlińskiej domek, w którym zimą przeważnie hulał wiatr. Jesienią 1963 roku zaczął znosić do niego deski i szyby. To był początek adaptacji domku na połoninie jako turystycznego schroniska. Rok później PTTK podpisało z Ludwikiem umowę na remont i dzierżawę schroniska. Turystów wtedy w Bieszczadach było jeszcze niewielu. Z wszystkimi pracami remontowymi uporał się dopiero w 1968 roku, kiedy udało mu się uruchomić pomieszczenia sypialniane dla turystów. Wtedy właściwe na Połoninie Wetlińskiej zaczęło funkcjonować schronisko, oferujące gastronomię i noclegi. Wtedy też stało się coś dziwnego. Gdy schronisko zaczęło funkcjonować w pełnym wymiarze PTTK ogłosiło konkurs na nowego gospodarza obiektu. Lutek, jak zwali go turyści i znajomi, opuścił domek na Połoninie Wetlińskiej i zszedł w doliny.

Lutek zaczął pracować przy wypalaniu węgla, a potem prowadził kemping w Ustrzykach Górnych. Tymczasem w Chatce na Połoninie Wetlińskiej gospodarze zmieniali się jak w kalejdoskopie. Większość nie wytrzymywała, bo w schronisku panowały spartańskie warunki zarówno dla gospodarzy, jak też turystów. Bieszczadzki Park Narodowy nie wyrażał zgody na jego modernizację, czy rozbudowę. Wewnątrz nie było sanitariatów, zaś korzystanie ze stojących na zewnątrz „sławojek” wiązało się ze szczególnym dyskomfortem, a zimą było prawdziwym wyzwaniem.

Lutek wrócił na Połoninę Wetlińską dopiero w 1986 roku ze swoją drugą żoną Dorotą, jako gospodarz schroniska. Schronisko zwane już wtedy Chatką Puchatka niewiele zmieniło się od tego czasu ze względu na obwarowania Parku Narodowego. Nie posiada doprowadzonej wody i prądu. Najbliższe źródło wody znajduje się 500 metrów od schroniska w linii prostej. Zaopatrzenie dowożone jest samochodem terenowym lub skuterem śnieżnym. Prąd dostępny jest wyłącznie z agregatu lub paneli słonecznych, które nie wystarczają do zasilania chłodziarek i zamrażarek umożliwiających przechowywanie żywności. Mimo tych trudności Lutek trwał i trwała „jego” Chatka Puchatka, aż do stycznia 2017 roku. Chatka Puchatka stoi teraz w samotności. W jej murach jest zapisana historia Lutka Pińczuka. Jest teraz jak sierota. Drzemie w niej pustka, nawet gdy wypełniona jest po brzegi naszą prawie stuosobową grupą. Stoi samotnie na połoninie bez swego ojca i gospodarza. Nie wiadomo, czy Lutek Pińczuk wróci jeszcze by w niej pogospodarzyć, wszak ma on już swoje lata. Na zawsze jednak pozostanie w jej ścianach legenda pierwszego bieszczadnika w historii powojennych Bieszczadów.

Nasze marzenie zostania na noc w Chatce Puchatka na Połoninie Wetlińskiej zostało w tym momencie zawieszone. Mamy nadzieję, że nie na długo, bo przyjemniej byłoby nam wspominać niż marzyć - wspominać cudowny zachód słońca oglądany spod Chatki Puchatka oraz promienisty brzask i świt dnia następnego.

Pod Chatką Puchatka.
To my pod Chatką Puchatka.

Tu też my z Supergrupą.
A tu też my z Supergrupą.

O godzinie 14.10 ruszamy na zachód grzbietem połoniny. Oddalamy się od Chatki Puchatka, która szybko znika za nami we mgle. Połonina pokryta jest sepią starych traw, delikatnie skutych lodem. Przy gruncie musi być przymrozek. Szklisty lód skuwa też pierwsze kwiaty połonińskich muraw. Na gołych pędach krzaczastej roślinności uczepiły się lodowe pióropusze. Ktoś policzył, że nałożyły się na nich trzy warstwy lodu. Kończy się kwiecień - tylko dwa dni zostały do maja, a w Bieszczadach dopiero pojawiły się pierwsze zwiastuny wiosny. Pojawiły się najbardziej niecierpliwe kwiaty, nie baczące na chłód, czy przymrozki.

Takim zwiastunem jest wawrzynek wilczełyko (Daphne mezereum L.), którego pędy obrosły fioletowym kwieciem. Owoce jakie da są trujące, podobnie jak inne części tej rośliny. Przyjmuje się, że spożycie kilkunastu owoców przez dorosłą osobę może doprowadzić do jej śmierci. W przypadku dziecka śmierć może spowodować spożycie jednego lub dwóch owoców wawrzynka. Wawrzynek wilczełyko zawiera bowiem trujące składniki: dafninę i mezereinę. Nawet bliski kontakt z tą rośliną może powodować zaczerwienienie na skórze, obrzęki, a nawet pęcherze. Wawrzynka wilczełyko spotkać można na całym terytorium Polski, choć jego stanowiska są rzadkie i silnie rozproszone. Podlega ochronie prawnej, przedtem ścisłej, a obecnie częściowej.

Wawrzynek wilczełyko (Daphne mezereum L.).
Wawrzynek wilczełyko (Daphne mezereum L.).

Wyrazistym świadectwem przedwiośnia na połoninach są rosnące śnieżyczki przebiśniegi (Galanthus nivalis L.), które przebiły niedawno leżące tutaj śniegi. Wiadomo, że kalendarzowo wiosna jest w pełni, lecz roślinność kieruje się własnym kalendarzem uwzględniającym rzeczywiste warunki występujące w przyrodzie. Przebiśniegi są wskaźnikiem fenologicznej pory roku – przedwiośnia, czyli zarania wiosny. Po przedwiośniu nastąpi pierwiośnie, czyli wczesna wiosna, a nadejdzie kiedy średniodobowe temperatury wzrastać będą powyżej 10 stopni Celsjusza, zaś na murawach pojawią się inne kwiaty np. fiołki, zakwitną również pędy borówki czarnej. Dopiero po pierwiośniu nastąpi pełnia wiosny.

Śnieżyczka przebiśnieg (Galanthus nivalis L.).
Śnieżyczka przebiśnieg (Galanthus nivalis L.).

Jedną z roślin wyrastających w pierwsze wiosenne promienie słońca jest cebulica dwulistna (Scilla bifolia L.). Najczęściej można ją spotkać pośród nie ubranych w liście buków, ale lubi też zarośla i wilgotne łąki. Jest rzadką rośliną spotykaną tylko w południowo-wschodniej Polsce, pospolitą tutaj w Bieszczadach. Objęta jest w Polsce częściową ochroną gatunkową, a wcześniej do 2014 roku objęta była ochroną ścisłą.

Cebulica dwulistna (Scilla bifolia L.).
Cebulica dwulistna (Scilla bifolia L.).

Kończymy trawers szczytu Roh (1255 m n.p.m.), najwyższego na Połoninie Wetlińskiej. Szlaki turystyczne nie prowadzą na jego wierzchołek. Po minięciu Roha szlak odchodzi na lewo w kierunku drugiego co do wysokości na Połoninie Wetlińskiej - Osadzkiego Wierchu (1253 m n.p.m.). Przed wierzchołkiem podchodzimy krótko po ziemnych stopniach i o godzinie 14.50 wchodzimy na szczyt. Znajdujemy się na najwyższej kulminacji dzisiejszego dnia. Od wierzchołka Osadzkiego Wierchu odchodzi na zachód krótka, skalista grań po której prowadzi czerwony szlak. Za niedługo skręca w prawo na połoninę i wyraźnie schodzi w dół, na Szare Berdo.

Końcowe dojście pod skały Osadzkiego Wierchu.
Końcowe dojście pod skały Osadzkiego Wierchu.

Osadzki Wierch (1253 m n.p.m.).
Osadzki Wierch (1253 m n.p.m.).

Krótka skalista grań odchodząca od Osadzkiego Wierchu.
Krótka skalista grań odchodząca od Osadzkiego Wierchu.

Szare Berdo porasta pas lasu. Jest najniższą kulminacją w masywie Połoniny Wetlińskiej. Szlak najpierw wiedzie wałem grzbietu, a potem trawersem stromego zbocza, krótko po skałach, aż wyprowadza na połoninę. Już niedaleko na Przełęcz Mieczysława Orłowicza, za którą wznosi się Smerek. Przełęcz Orłowicza usytuowana jest na wysokości 1075 m n.p.m. i składa się z dwóch siodełek rozdzielonych niewielkim garbem. Szlak prowadzi do siodła wyżej położonego na wysokości 1094 m n.p.m., gdzie czerwony szlak krzyżuje się z przychodzącymi innymi. Jest tutaj szlak łączący z Wetliną, Zatwarnicą i Jaworzec. Odpoczywamy chwilkę na przełęczy przed podejściem na Smerek.

Szare Berdo.

Szare Berdo.

Z mgły od strony Smereka wyłania się strażnik parku narodowego. Kontroluje bilety. Nawiązuje się pogawędka. Pogadałoby się dłużej, ale przed nami Smerek i podejście na niego. Ruszamy o godzinie 16.15. Podejście nie jest forsowne. Prowadzi wygodną graniową ścieżką, częściowo po wystających skałkach. Do szczytu docieramy o godzinie 16.40. Szkoda, że wciąż aura nie zezwala na podziwienie widoków. No cóż, aury się nie wybiera przy wyjazdach planowanych z dużym wyprzedzeniem. Pogodę trzeba brać jaka jest. Zresztą nie ma co narzekać, bo sprzyja wędrówce, a też towarzystwo jest przednie.

Przełęcz Orłowicza.
Przełęcz Orłowicza.

Smerek.
Smerek.

Smerek jest zachodnim przedłużeniem grzbietu Połoniny Wetlińskiej, kulminującym na wysokości 1222 m n.p.m. Nazwę zawdzięcza austriackim kartografom, którzy nanieśli na niego nazwę wsi leżącej u jego podnóża. Nazwa smerek wywodzi się z języka słowackiego i oznacza świerk. Smerek składa się z dwóch szczytów. My znajdujemy się na tym niższym, ten wyższy leży bardzo blisko na północy, lecz przysłania go mgła. Na naszym wierzchołku, zwanym z dawna Wysoką, stoi metalowy krzyż postawiony w miejscu (czy też dla upamiętnienia) śmierci turysty rażonego piorunem – tak piszą przewodniki. Z kolei na tabliczce umocowanej do krzyża czytamy, że został on postawiony w 1976 roku z inicjatywy proboszcza parafii Cisna dla uczczenia 600-lecia Archidiecezji Przemyskiej. Wykonał go Piotr Szarek z Dołżycy, a potem w 5 częściachzostał wyniesiony potajemnie w ciągu dwóch listopadowych nocy na szczyt góry, gdzie nastąpiło jego zmontowanie i wbetonowanie w podłoże.

Śmierć turysty rażonego piorunem na Smereku, do której odwołują się przewodniki, miała miejsce 7 maja 1975 roku. Pisze o niej Edward Marszałek w książce pt. „Wołanie z połonin” poświęconej akcjom ratowniczym GOPR:
Mieczysław „Wojtek” Wójcik „Księgowy” Śmierć od pioruna Z „księgi wypraw”: 7.05.1975 r, godz.14.50 Andrzej W. zam. Pszczyna zawiadomił, że pod szczytem Smereka na szlaku czerwonym został rażony piorunem Adam K. lat 20., uczestnik rajdu Politechniki Krakowskiej... Rok 1975 to był w ogóle piorunowy rok. Pamiętam, że przez całe lato częste były burze. Zaczęło się 7 maja na Smereku, gdzie piorun trafił dwudziestoletniego studenta Politechniki Krakowskiej. Powiadomienie przyszło prawie dwie godziny po uderzeniu pioruna. Ponieważ w czasie burzy nie można było nawiązać żadnej łączności, Wojtek Gajda, gospodarz schroniska, pojechał do akcji konno - na Połoninie był wtedy Erat - zabierając tylko apteczkę. Za nim ze sprzętem poszli Jurek Żak i Władek Słodyczka. Burza wciąż trwała, gdy Wojtek dogalopował do poszkodowanego. Na miejscu stwierdzono nitkowe tętno, więc przez dłuższy czas prowadzono reanimację - bezskutecznie. Gdy uspokoiła się nawałnica, wezwano śmigłowiec z Sanoka. Przyleciał wraz z lekarzem - chłopaki wciąż prowadzili reanimację - bezskutecznie. Nie pomógł nawet zastrzyk wykonany wprost w serce. Wkrótce lekarz stwierdził zgon. Zwłoki transportowano do wsi Smerek, przenosząc je niemal wpław przez wezbrane wody Wetlinki. Wysoko trzeba było unosić ciało zmarłego na rękach, by go nie zamoczyć. Nie było wtedy jeszcze mostu i drogi leśnej za Smerekiem.
Smerek słynie z przepięknej dookólnej panoramy, jednej z najwspanialszej w Bieszczadach. Musi oczywiście być odpowiednia pogoda, aby ją oglądać. Zimą, gdy występuje inwersja temperatur panorama ta sięga Tatr, Gór Bukowskich (słow. Bukovské vrchy) i pasma Wyhorlat (słow. Vihorlat) na Słowacji, czy nawet Gorganów leżących na Ukrainie.

Po krótkiej przerwie rozpoczynamy zejście. Przed nami ponad 600 metrów w dół. Początkowo spokojnym nachyleniem przemieszczamy się na zachodni kraniec grzbietu Smereka, po czym szlak nagle skręca w lewo na ostro opadające zbocze. Powoli i ostrożnie wytracamy wysokość. Szlak przechodzi obok pól grechotów - skalnych rumowisk powstałych w okresie zlodowaceń. Powstały ze skał rozsadzonych przez wodę i mróz.

Ostry odcinek zejścia ze Smereka.
Ostry odcinek zejścia ze Smereka.

Grechoty na Smereku.
Grechoty na Smereku.
Grechoty na Smereku.

Wkrótce nachylenie stoku łagodnieje, niebawem wchodzimy do lasu, a szlak skręca ostro w lewo wchodząc w trawers leśnego stoku. O godzinie 17.15 mijamy źródło wody. Zaś dwadzieścia minut później dużą wiatę postawioną na granicy parku. Opuszczamy Bieszczadzki Park Narodowy. Schodzimy dalej lasem, a później przez młodnik. O godzinie 18.25 po ostrej skarpie schodzimy nad potok Kindrat. Nieopodal mamy drewniany mostek, który pozwala na przekroczenie potoku w suchych butach. Po drugiej stronie potoku mamy utwardzoną drogę, która sprowadza wzdłuż potoku do mostu nad rzeką Wetliną. Obok mostu Kindrat uchodzi do Wetliny. Sto metrów za mostem dochodzimy do szosy Bieszczadzkiej Obwodnicy. Szlak prowadzi w lewo na szosę.

Przed wejściem do lasu.
Przed wejściem do lasu.

Źródło.
Źródło.

Na zejściu.
Na zejściu.

Potok Kindrat.
Potok Kindrat. Czyszczenie obuwia.

Most nad Wetliną.
Most nad Wetliną.

Spojrzenie na Smerek niknący w chmurach.
Spojrzenie na Smerek niknący w chmurach.

Wieś Smerek.
Wieś Smerek.

Szosą idziemy do wioski Smerek. Mamy do niej jakieś półtora kilometra. Z lewej spojrzeć możemy na połoninę, która przemierzaliśmy. Jej grzbiet wbija się wciąż w nisko wiszące chmury. Chmury sięgają nisko lasu porastającego stoki masywu. O godzinie 19.00 szczęśliwie kończymy wędrówkę, która nie dała nam dzisiaj delicji dla oczu, ale coś innego…

Idąc przez Połoninę Wetlińską doznaliśmy dzisiaj samotności i ciszy, nawet gdy nie byliśmy zupełnie sami, bo towarzyszył nam przyjaciel na szlaku. Mgła z osiadłych na połoninie chmur wprowadzała w stan oderwania się od rzeczywistości. Szliśmy jakby przez nieznane, krainę oddaną przyrodzie, a może Biesom i Czadom.




TRASA:
Smerek, wieś (602 m n.p.m.) [czerwony szlak] Smerek (1222 m n.p.m.) [czerwony szlak] Przełęcz Orłowicza (1099 m n.p.m.) [czerwony szlak] Połonina Wetlińska, Osadzki Wierch (1253 m n.p.m.) [czerwony szlak] Schronisko „Chatka Puchatka” PTTK na Połoninie Wetlińskiej (1228 m n.p.m.) [czerwony szlak] Brzegi Górne (738 m n.p.m.)

OPIS:
Nocny deszczyk zmoczył ścieżki,
o poranku przywdział na nas kurtki,
ale szybko ustał gdy ruszyliśmy w drogę,
- może będziemy mieli ładną pogodę?
Idziemy przez Smerek szosą,
lekko w dół - nogi same nas niosą;
dawną linię bieszczadzkiej kolejki przecinamy,
i wkrótce w boczną drogę na prawo odbijamy,
przekraczamy mostem Wetlinkę i małą dolinkę
i dalej już z mozołem podchodzimy górkę.
Po jakimś czasie mijamy drewnianą wiatę
i liściem przysypane źródełko wyschnięte.
Wychodzimy z lasu, a tu... biała zawiesina;
w chmurach skryła się cała połonina:
- oj, panorama z niej dziś będzie żadna,
ale raczej grzbiet pokonamy,
bo go doskonale znamy.
Nie zgubimy górskiej dróżki -
przebierają dalej nasze nóżki.
Metalowy krzyż na Smereku,
tonie dzisiaj w mgielnym mleku,
silnie wietrzyk wieje, zatem nie siadamy
czym prędzej na Przełęcz Orłowicza podążamy.
Za przełęczą przez Szare Berdo już spokojnie
spacerkiem, bo jest tam nie wietrznie.
Niebawem osaczają nas buki karle,
szlak wiedzie po wąskiej skale;
wkrótce jednak znów się wspinamy
i Osadzki Wierch zdobywamy.
Z Osadzkiego na Przełęcz Srebrzystą
gdzie pogodę wciąż mamy mglistą;
ale w końcu z mgły wyłania się Chatka Puchatka.
Wchodzimy do środka i zjadamy żurek przepyszny
- wykwintny specjał kuchni „kowboja z połoniny”.

Po przerwie u Lutka schodzimy do doliny i wówczas...
teraz, gdy już kończymy, poprawy pogody nadszedł czas!
Słońce na niebie się pojawia, widoczność się poprawia,
teraz dopiero widać jak cudownie jesień drzewa zabarwia.
Szkoda, że za chwilę skończy się to wędrowanie jesienne,
ale niestety przed nami już Brzegi Górne.

~~Dorota

Główny Szlak Beskidzki
etap 26
Smerek, wieśBrzegi Górne
15,0 km

Dzień zapowiada się niezbyt dobrze, choć prognozy były bardziej sprzyjające. Przez noc długo padało, i jeszcze o poranku; aż się nie chce nigdzie dzisiaj iść. Skoro jednak już tu jesteśmy...

O dziewiątej godzinie wychodzimy z ośrodka „Smerek Dolny”. Na zewnątrz ciska z nieba drobnym, ale intensywnym deszczem. Wiatru prawie wcale nie ma, chmury stoją w miejscu - zaniosło się chyba na dłużej - myślimy. Na zachodzie widać ciemne chmury, a po kościach czuje się jesienny chłód. Może się jeszcze wypogodzi. Nie raz już tak przecież bywało. Główny Szlak Beskidzki biegnie przy naszym ośrodku. Schodzi z Fereczatej pomiędzy ośrodkiem wypoczynkowym „Smerek Dolny” i zajazdem „Niedźwiadek” i wchodzi na drogę wojewódzką nr 897, gdzie skręca w lewo. Na północnym wschodzie wznosi się nasz pierwszy cel, który nazywa się taka samo jak wioska w której spaliśmy: Smerek. Kłębią się dzisiaj ponad nim chmury, ale może za godzinę lub dwie rozstąpią się one i górę opromieni słonce. Właśnie przestało padać... czy na chwilę, czy na dłużej - nie wiemy tego.

Droga wojewódzka nr 897 w stronę Kalnicy.
Droga wojewódzka nr 897 w stronę Kalnicy.

Maszerujemy szosą w stronę Kalnicy. Wzdłuż niej po prawej stronie płynie w tą samą stronę Wetlina, zwana na swym początkowym odcinku Wetlinką. Ma źródła nie tak daleko stąd, powyżej wsi Wetlina pod Przełęczą Wyżną (ok. 840 m n.p.m.). W Wetlinie, w części zwanej Stare Sioło tworzy kilkumetrowy wodospad. W Smereku ma już całkiem szerokie koryto. Przepływa dalej przez Kalnicę i nieistniejące wsie Jaworzec, Łuh, Zawój i Polanki, gdzie w rezerwacie „Sine Wiry” przebija się przez liczne progi skalne. W pobliżu Polanek uchodzi do Solinki i choć w miejscu tym przynosi więcej wody niż Solinka, to ze względu na charakter koryta przyjmuje się tutaj Solinkę za ciek główny.

W Smereku szosa przecina tory dawnej Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej, o której pisaliśmy szerzej niedawno podczas pobytu w Cisnej, a zaraz potem za zakrętem drogi w lewo przechodzimy nad potokiem Bystry, który zasila tu wody Wetlinki.

Idziemy pomiędzy korytem Wetlinki, a ukrytą za drzewami linią Bieszczadzkiej Kolejki Leśnej. Wkrótce szosa robi łuk w prawo i zaraz potem dochodzimy do skrzyżowania dróg. Schodzimy z drogi wojewódzkiej odbijając w prawo na podrzędną drogę. Widać przy tej drodze nieodległą drewnianą budkę Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Zaraz za nią mamy most nad Wetlinką, który przechodzimy o godzinie 9.15. Szutrowa droga nieco podrywa się ku górze. Po chwili jednak schodzimy z niej na prawo, w dolinkę potoku Kindrat. Przechodzimy nad nim drewnianą kładką i rozpoczynamy regularne, momentami intensywne podejście na grzbiet Smereka.

Wetlinka.
Wetlinka.

Schodzimy w prawo do dolinki potoku Kindrat.
Schodzimy w prawo do dolinki potoku Kindrat.

Kładka nad potokiem Kindrat.
Kładka nad potokiem Kindrat.

Las, w który zagłębia się nasza błotnista miejscami ścieżka, wita nas barwami jesieni. Zrobiło się cieplutko zapewne od intensywnego podejścia i ślizgawicy na stromej ścieżce. Po kilku minutach ścieżka skręca ostro w lewo i wiedzie początkowo przez gęsty młodnik. Ścieżka robi się suchsza a podejście łagodniejsze. Strzałka na zakręcie podaje czas podejścia do szczytu Smereka: 1h50’, a na przełęcz Orłowicza: 2h50’.

Intensywne podejście na Smereka.
Intensywne podejście na Smereka.

Łagodniejszy fragment podejścia.
Łagodniejszy fragment podejścia.

Głazy przed granicą Bieszczadzkiego Parku Narodowego.
Głazy przed granicą Bieszczadzkiego Parku Narodowego.

O godzinie 10.05 mijamy kilka głazów na naszej ścieżce, po czym ścieżka zakręca w prawo na wschód. Trzy minutki dalej mijamy czerwoną tablicę z napisem „Bieszczadzki Park Narodowy”. Trochę dalej stoi duża wiata turystyczna.

Nabieramy dalej wysokości maszerując nieco poniżej leśnego grzbietu. Spod leżących liści na zboczach góry i na naszej ścieżce wystają kamienie i skały fliszu karpackiego. W partiach szczytowych widoczne są też nieduże wychodnie.

Spod leżących liści wystają kamienie i skały fliszu karpackiego.
Spod leżących liści wystają kamienie i skały fliszu karpackiego.

Łagodniejsze stoki Szczawnika.
Łagodniejsze stoki Szczawnika.

W głębi widać już miejsce, gdzie szlak skręca w prawo na grzbiet Szczawnika.

O godzinie 10.40 mijamy oznakowane przy szlaku źródło wody, jednak bez wody. Mieszkańcy mówili nam o trapiącej ich suszy. Widać to było po niskim poziomie wody Wetlinki. Ten rok charakteryzuje się stosunkowo małą sumą opadów i nawet kilkugodzinny deszcz, jaki mieliśmy kilka godzin temu nie jest w stanie odmienić sytuacji.

Wyschnięte źródełko.
Wyschnięte źródełko.

Po trzech minutach marszu od wyschniętego źródełka szlak ostro zakręca na prawo, wchodząc na grzbiet o nazwie Szczawnik osiągający w swojej kulminacji 1101 m n.p.m. Niebawem, o godzinie 10.50, szlak wyprowadza nas z lasu na trawiaste połacie z rzadka porośnięte pojedynczymi karłowatymi drzewkami lub ich małym grupkami.

Nad naszymi głowami wisi mgła, a raczej chmura. Wznoszący się grzbiet niknie w niej, wkrótce czeka nas to samo. Na około 1000 m n.p.m. widoczność znacznie spada. Po wyjściu ponad górną koronę lasu nasila się również wiatr. Po dziesięciu minutach od wyjścia z lasu widzimy tylko najbliższe łany wysokich traw i wszechogarniającą biel. Dobrze, że chociaż ścieżkę widać. Znaków szlaku nawet nie usiłujemy szukać, ale mamy to szczęście, że szlak znamy.

Po wyjściu z lasu na trawiaste połacie.
Po wyjściu z lasu na trawiaste połacie.

O godzinie 11.00 docieramy pod znaczną stromiznę, na którą ścieżka wspina się zakosami. Zbocze to pokryte jest poletkami gołoborza, które zwane są tutaj grechotami. Ścieżka miejscami jest głęboko wyżłobiona nie tyle przez piechurów, co przede wszystkim przez wodę spływającą strumieniem podczas opadów deszczu. Stromizna zbocza jest imponująca, ale niezbyt długa. Około godziny 11.15 idziemy już wąskim grzbietem wprost na szczyt Smereka, który w dogodnych warunkach pogodowych zapewne byłby już widoczny przed nami.

Porywisty wiatr próbuje rozerwać nasze peleryny. Nie jest jednak tak silny by nas zwiać z grzbietu - idziemy więc dalej. Wieje od południa, dzięki czemu nie jest zbyt chłodno. Ścieżkę pokrywają wystające skały fliszu. O godzinie 11.20 pojawia się przed nami zarys krzyża wieńczącego szczyt Smereka (1222 m n.p.m.).

Smerek (1222 m n.p.m.).
Smerek (1222 m n.p.m.).

Smerek składa się z dwóch szczytów znajdujących na równoległych grzędach skalnych oddzielonych rowem grzbietowym. My znajdujemy się na niższym. Stojący na nim krzyż upamiętnia turystę porażonego tutaj śmiertelnie przez piorun w 1978 roku. Smerek znany jest z pięknych, szerokich widoków. Pisaliśmy o nich już dwukrotnie i właśnie do tamtych zapisków odsyłamy, bo dziś o widokach nic nie napiszemy.

Smerek (1222 m n.p.m.).
Smerek (1222 m n.p.m.).

Schodzimy ze szczytu na przełęcz idąc grzbietową ścieżką, którą przebijają krawędzie skał. Widzimy właściwie tylko siebie. Tylko co jakiś czas z mgły wyłoni się rosnący przy szlaku krzew lub turysta, po czym momentalnie niknie za nami. Siła wiatru wzmaga się. Najciekawsze widoki mamy tylko pod nogami. Tam po skale przesuwa się powoli do przodu, płynnym ruchem krocionóg. Ich walcowate, wydłużone ciało tworzy ruchy falowe przesuwające się od tyłu ku przodowi. Porusza się za pomocą setek nóg. Każdy segment odwłoka tego „robala” posiada po dwie pary nóg, a ten którego mamy przed sobą ma zdaje się około 60 takich segmentów.

Krocionogi są zwierzętami odpornymi na suszę, charakteryzującymi się zdolnością do masowego występowania i wędrówek. Odżywiają się martwymi tkankami roślinnymi i z tego względu odgrywają istotną rolę w ekosystemach. Przyczyniają się do rozkładu obumierającej substancji roślinnej oraz powstawania warstwy próchniczej.

Krocionóg.
Krocionóg.

Wiatr wzmaga się w miarę zbliżania się na przełęcz. Docieramy na nią o godzinie 11.45. Przełęcz nosi imię znanego krajoznawcy i popularyzatora turystyki - Mieczysława Orłowicza (1881-1959). Było on autorem wielu przewodników, w tym pierwszego po wojnie przewodnika po Bieszczadach. Był projektodawcą przebiegu wschodniej części Głównego Szlaku Beskidzkiego po terenach II RP, kiedy sięgał on Czarnohory, która znajdowała się wówczas w granicach Polski. W uznaniu zasług jego imieniem nazwano również Główny Szlak Sudecki.

Grzbiet Smereka schodzący na Przełęcz Orłowicza.
Grzbiet Smereka schodzący na Przełęcz Orłowicza.

Miejsce w którym się znajdujemy nie jest najniższym punktem przełęczy. Przełęcz Orłowicza składa się bowiem z dwóch obniżeń (czy może raczej dwóch przełęczy) oddzielonych łagodnym garbem, przez który przeprowadza nas czerwony szlak. Za nim jest niższe obniżenie osiągające 1075 m n.p.m. wyznaczające właściwe siodło przełęczy, zwane kiedyś Żołobyną. Jednak ze względu na popularny węzeł szlaku opisywane jest przeważnie wyższe siodło przełęczy.

Przełęcz Orłowicza (1099 m n.p.m.).
Przełęcz Orłowicza (1099 m n.p.m.).

Z Przełęczy Orłowicza podchodzimy zbocze Szarego Berda. Szare Berdo jest najniższym wzniesieniem na Połoninie Wetlińskiej sięgającym 1108 m n.p.m. Część wierzchołkowa szczytu wzniesienia porośnięta jest karłowatym lasem, w którym rosną buki i jarzębiny. Na bukach widzimy mnóstwo rozwartych okrywów, które jeszcze nie tak dawno zakrywały trójgraniaste orzeszki zwane bukwiami. Rozwarte okrywy bukowych orzeszków sprawiają ułudę: buki wyglądają jakby obsiadło je ogromne stado małych motyli. Bukowe orzeszki są jadalne i są przysmakiem leśnych zwierząt. Mają słodkawy smak, są bogate w tłuszcze i białka, zawierają również kwas jabłkowy, cytrynowy i cenny błonnik. Występuje w nich także alkaloid - fagina, który rozkłada się pod wpływem wysokiej temperatury, dlatego też przed jedzeniem powinno się je poddać prażeniu. Z bukwi wytwarza się olej.

Ścieżka w pewnym momencie przeciska się ciasno pomiędzy krzaczastą roślinnością. Szlak prowadzi chwilami po sterczących skalnych płytach, nieco poniżej grzbietu porośniętego lasem, opadającego stromo na południowy zachód do doliny Pańskiego Zwiru. Pański Zwir jest dopływem Wetlinki. To dość ekscytujący moment wędrówki zważywszy na gęstą mglistość powietrza, którą przeszywa tajemniczość i szczypta grozy.

Po zejściu z Szarego Berda.
Po zejściu z Szarego Berda.

Stok opadający do doliny Pańskiego Zwiru.
Stok opadający do doliny Pańskiego Zwiru.

Trawers stoku Stok opadającego do doliny Pańskiego Zwiru.
Trawers stoku Stok opadającego do doliny Pańskiego Zwiru.

Trawers stoku Stok opadającego do doliny Pańskiego Zwiru.
Trawers stoku Stok opadającego do doliny Pańskiego Zwiru.

Po wyjściu z lasu schodzimy wzdłuż wąskiej połoniny, pokrytej łanami przekwitniętej wierzbówki kiprzycy (Chamerion angustifolium). Przekwitnięte wierzbówki nie są już tak dekoracyjne, ale przykuwają uwagę równie mocno, jak wtedy, gdy pokryte są setkami kwiatów. Teraz okrywa je biała otulina wspomagająca rozsiew nasion.

Przekwitnięte Wierzbówki kiprzyce (Chamerion angustifolium).
Przekwitnięte Wierzbówki kiprzyce (Chamerion angustifolium).

Wierzbówka kiprzyca (Chamerion angustifolium).
Wierzbówka kiprzyca (Chamerion angustifolium).

Pas połoniny.
Pas połoniny.

Pod krzaczastymi bukami.
Pod krzaczastymi bukami.

Rozwarte okrywy.
Rozwarte okrywy, które jeszcze nie tak dawno zakrywały trójgraniaste orzeszki zwane bukwiami.

Bukwa w rozwartym okrywie.
Bukwa w rozwartym okrywie.

O godzinie 12.30 osiągamy siodło przełęczy z której wspinamy się na kolejne wzniesienie. Przez moment dość ostro. Wkrótce szlak zakręca na południe, zbliżając się na przełęcz oddzielającą Hnatowe Berdo (1185 m n.p.m.) i Osadzki Wierch (1253 m n.p.m.). Witamy się z grupą Ślązaków, wędrujących z przeciwnym kierunku. Mimo mało atrakcyjnej aury na Połoninie Wetlińskiej mijamy wielu turystów.

Przed siodłem przełęczy.

Przed siodłem przełęczy.
Przed siodłem przełęczy.

W którymś momencie docieramy na przełęcz, gdzie szlak skręca w lewo na grzbiet Osadzkiego Wierchu. Hnatowe Berdo zostawiamy za plecami - nie prowadzi na niego żaden szlak, choć jest tam wydeptana ścieżka. Nasza dróżka robi się kamienista. Wkrótce szlak zaczyna wypłaszczać się, ale na naszej drodze pojawiają się grupki sterczących skałek. Bez problemy pokonujemy je.

O godzinie 13.20 zdobywamy Osadzki Wierch - najwyższą kulminację dzisiejszej wędrówki i całej Połoniny Wetlińskiej dostępny szlakiem turystycznym. Ustępuje tylko sąsiadującemu Rohowi (1255 m n.p.m.), na który szlaki turystyczne nie prowadzą. Dzisiejsze widoki ze szczytu są oczywiście „zerowe”, ale normalnie szczyt jest bardzo dobrym punktem widokowym na okoliczne pasma Bieszczadów oraz Góry Sanocko-Turczańskie.

Grzbiet Osadzkiego Wierchu.

Grzbiet Osadzkiego Wierchu.

Grzbiet Osadzkiego Wierchu.

Grzbiet Osadzkiego Wierchu.

Grzbiet Osadzkiego Wierchu.
Grzbiet Osadzkiego Wierchu.

Osadzki Wierch (1253 m n.p.m.).

Osadzki Wierch (1253 m n.p.m.).
Osadzki Wierch (1253 m n.p.m.).

Z Osadzkiego Wierchu schodzimy nieco po skałkach, a potem stromym zboczem, na którym poukładane kamienne głazy improwizują stopnie. Po niecałych 5 minutach jesteśmy na Srebrzystej Przełęczy, gdzie zakręcamy na południowy wschód i idziemy trawersując zbocze Roha. Kamienista dróżka łagodnie obniża swoją wysokość. Po około 20 minutach marszu ze szczytu Osadzkiego Wierchu powietrze robi się bardziej przejrzyste, ale tylko na 2-3 minuty, niestety. Zaraz potem ścieżka lekko podrywa się i wspina grzbietem na Hasiakową Skałę.

Zejście ze szczytu Osadzkiego Wierchu.
Zejście ze szczytu Osadzkiego Wierchu.

Zejście na Srebrzystą Przełęcz.
Strome zejście na Srebrzystą Przełęcz.

Między Rohem i Hasiakową Skałą.
Między Rohem i Hasiakową Skałą.

O godzinie 14.00 z chmury okrywającej połoninę wyłania się zarys legendy Bieszczadów - schroniska na Połoninie Wetlińskiej, to słynna „Chatka Puchatka”. Niegdyś zwana byao Tawerną na Hasiakowej Skale. Pierwotnie zaś obiekt ten wybudowany przez wojsko w 1952 roku, służył jako posterunek obserwacyjny dla celów obrony przeciwlotniczej. Po czterech latach wojsko opuściło budynek. Stopniowo niszczał, aż w 1964 roku niejaki Ludwik Pińczuk z Berehów Górnych, znany powszechnie jako „Lutek” urządził w nim schronisko dla turystów. Ten jeden z najsłynniejszych Bieszczadników sprawił, iż „Chatka Puchatka” ożyła. W 1966 roku ówczesna gazeta harcerska „Świat Młodych” tak go opisywała: „Ma dwadzieścia kilka lat i ładny uśmiech. Jego charakterystyczną sylwetkę na koniu można często spotkać na zboczu Połoniny Wetlińskiej. Nosi stary kapelusz, wypłowiały od słońca, farmerki, kolorową koszulę i mały serdaczek. Jest świetnym jeźdźcem i miłym chłopakiem. Jugosłowianin [z dzisiejszej Bośni i Hercegowiny] z pochodzenia, sześć lat temu przyjechał w Bieszczady. Urzekły go swą dziką przyrodą - został.” (Więcej o chatce można dowiedzieć się z artykułu Schronisko na Połoninie Wetlińskiej).

Schronisko „Chatka Puchatka” PTTK na Połoninie Wetlińskiej.
Schronisko „Chatka Puchatka” PTTK na Połoninie Wetlińskiej (1228 m n.p.m.).

Schronisko „Chatka Puchatka” PTTK na Połoninie Wetlińskiej.
„Chatka Puchatka”.

Kowboj z Połoniny Wetlińskiej.
Kowboj z Połoniny Wetlińskiej - tak Świat Młodych nazwał Lutka.

Schronisko PTTK „Chatka Puchatka” na Połonine Wetlińskiej stało się duszą tych gór - nic się chyba w nim nie zmieniło od lat. Wciąż pociąga spartańskością standardów - nie ma w nim elektryczności, ani bieżącej wody, a toaletą jest wychodek na Hasiakowej Skale. Najbliższe źródło wody znajduje się w odległości ok. 0,5 km i ponad 100 metrów niżej. W zamian „Chatka Puchatka” oferuje niesamowite widoki o poranku, czy zachodzie słońca. Zimą, kiedy trafi się na inwersję temperatury popatrzeć można stąd nawet na Tatry. Schronisko leży na wysokości 1228 m n.p.m. - najwyżej ze wszystkich bieszczadzkich schronisk i tak naprawdę jako jedyne w Bieszczadach na wysokościach prawdziwie górskich.

Schronisko nie jest duże - tylko 20 miejsc noclegowych w dwóch zbiorowych salach. Niewiele miejsca jest w salach jadalni i przed bufetem, ale w jakiś nieprawdopodobny sposób zawsze znajdzie się tu miejsce dla strudzonego wędrowcy, nawet w tak duży ruch jak dzisiejszej niedzieli. Mają tu dziś tylko żurek, ale taki, że palce lizać. Ela powiada, że będzie tu przyjeżdżać zawsze na ten żurek.

Przed wejściem do „Chatka Puchatka”.
Przed wejściem do „Chatka Puchatka”.

Kiedyś koniecznie musimy tak ułożyć plan wędrówki, by pozostać tu na noc, wieczorem zjeść coś pysznego i pogawędzić z Lutkiem o tym i owym. Tymczasem dzisiaj żegnamy się z klimatycznym schroniskiem. O godzinie 14.35 rozpoczynamy zejście z Połoniny Wetlińskiej do Brzegów Górnych.

Schodzimy szeroką dróżką, kierującą się za grzbietem na południowy wschód. Wkrótce, podobnie jak wcześniej, przebijają ją sterczące płyty skalne - idziemy po nich, albo obok nich, jak komu wygodniej. W pewnej chwili zaczynamy wychodzić z chmury okrywającej grzbiet. Z lewej strony grzbietu pokazuje się dolina potoku Rewanyn, zaś z prawej Przełęcz Wyżna (872 m n.p.m.) z mnóstwem samochodów stojących na parkingu. Stamtąd do Chatki Puchatka prowadzi najkrótsza droga oznakowana żółtymi znakami.

Zejście z Połoniny Wetlińskiej do Brzegów Górnych.

Zejście z Połoniny Wetlińskiej do Brzegów Górnych.

Zejście z Połoniny Wetlińskiej do Brzegów Górnych.
Zejście z Połoniny Wetlińskiej do Brzegów Górnych.

Dolina potoku Rewanyn.
Dolina potoku Rewanyn.

Przełęcz Wyżna.
Przełęcz Wyżna.

O godzinie 14.50 czerwone znaki schodzą stromo, zeskakując po skałkach na prawą stronę zbocza. Zaraz potem wchodzimy do lasu, gdzie po wysokich stopniach szybko obniżamy swoją wysokość. Wychodzimy zupełnie z chmury, robi się przejrzyście. Otumanione białością oczy podczas kilkugodzinnej wędrówki muszą przyzwyczaić się do barw jesieni. Gdzieniegdzie w dolinę pada wiązka promieni słonecznych. Może się dzisiaj jeszcze rozsłoneczni - szkoda, że nas wtedy tu nie będzie. Nad nami wciąż wisi wyraźna czapa chmur, przez które jeszcze niedawno wędrowaliśmy.

Zeskok z grzbietu na prawą stronę zbocza.

Zeskok z grzbietu na prawą stronę zbocza.
Zeskok z grzbietu na prawą stronę zbocza.

Pod grzbietem.

Słynne stopnie na Połoninę Wetlińską.
Słynne stopnie na Połoninę Wetlińską.

Stopnie na Połoninę Wetlińską.
Stopnie na Połoninę Wetlińską.

Wkrótce wchodzimy na łagodnie opadającą rówień, gdzie przecinamy polany obsadzone grupkami niezwykle kolorowych drzew. Przed nami otwiera się dolina rozdzielająca Połoninę Caryńską od granicznego masywu Wielkiej Rawki. Niebawem pokazuje się również cała Połonina Caryńska - od stóp aż po sam szczyt. Nad nią jaśnieje skrawek błękitnego nieba. A więc pogoda poprawia się. Czy naprawdę musimy kończyć tą wędrówkę?

Łagodnie opadająca równień.
Łagodnie opadająca równień.

Barwy jesieni.
Barwy jesieni.

Przed nami otwiera się dolina rozdzielająca Połoninę Caryńską od granicznego masywu Wielkiej Rawki.
Przed nami otwiera się dolina rozdzielająca Połoninę Caryńską od granicznego masywu Wielkiej Rawki.

Jesteśmy już prawie na dnie doliny.
Jesteśmy już prawie na dnie doliny.

Widać już parking w Brzegach Górnych.
Widać już parking w Brzegach Górnych.

Przed ciekiem wodnym zasilającym potok Dwernik.
Przed ciekiem wodnym zasilającym potok Dwernik.

Czy naprawdę musimy kończyć tą wędrówkę?
Brzegi Górne. Czy naprawdę musimy kończyć tą wędrówkę?

O godzinie 15.35 jesteśmy już prawie na dnie doliny. Widać już parking przy drewnianych budkach kas Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Przecinamy ciek wodny, zasilający nieco dalej potok Dwernik wypływający z północnych stoków Małej Rawki. Wkrótce przechodzimy kładką również przez Dwernik, który na tym odcinku nazwany jest Prowcza lub Prowsija. Dalej na środkowym odcinku, za Brzegami Górnymi nazywany jest Nasiczniańskim Potokiem.

Na drugim brzegu Prowczy o godzinie 15.40 kończymy wędrówkę.

Kładka nad potokiem Dwernik.
Kładka nad potokiem Dwernik.



Więcej informacji - kliknij na obrazek...
Łopiennik (1069) - Stryb (1011) - Hyrlata (1103)
24-26.11.2017
Bieszczady... ileż w nich odmienności w porównaniu do pozostałych polskich gór! Niezwykłe i magiczne o każdej porze roku. Majestatycznie wznoszą się ku błękicie nieba i obłokom. Najwyższe z nich tworzy grupa bezleśnych grzbietów pokrytych połoninami, bajecznymi łąkami, które w niższych partiach przechodzą wprost w naturalne lasy bukowo-jodłowe, z domieszką starych jaworów, czy świerków. Są też tajemnicze, lesiste masywy, rozdzielone głuszą dolin. Mówią, że przestają być dzikie, lecz tkwi w nich legenda. Urzekają pięknem i malowniczością krajobrazów o każdej porze roku. Nie tylko latem i jesienią, kiedy paleta kolorów pokrywająca lasy najbardziej wpływa na emocje, ale również wtedy, kiedy zmysły zatapiają się w cichości późnej jesieni, zimy, czy wiosną, kiedy wszystko znów zaczyna się na nowo. Czy znamy wszystkie oblicza Bieszczadów? Raczej nie, dlatego chcemy zagościć w nich o każdej porze roku, aby stać się godnym ich korony.

Translator

Info

Licencja Creative Commons Gdy nie jest to inaczej sprecyzowane pod konkretnym materiałem, to:
Publikowane na blogu materiały można wykorzystać na warunkach licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie materiałów publikowanych na niniejszym blogu i jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o twórcy i adresu internetowego bloga. Pozwala się na wykorzystanie tych materiałów w innych dziełach pod warunkiem udostępniania ich na tej samej licencji.

Kuferek

Hej wędrowcze, właśnie otworzyłeś malutki skarbczyk.
Nie jest on drogocenny, ale nie wykluczone, że znajdziesz w nim coś
co może Ci się przydać.

Kolekcje

Wędrowanie po znanych i nieznanych szlakach to ogrom niesamowitych wrażeń i emocji. Z każdą zakończoną wędrówką wiąże się tęsknota i czar wspomnień. Odczucia takie towarzyszą nam od samego początku przygody, wyzwalając potrzebę zachowania przeżyć, nie tylko w ulotnej pamięci ludzkiej, ale również w formie bardziej trwałej, w postaci fotografii, opisów, dzienniczków przebytych tras, odwiedzonych miejsc, czy zdobytych szczytów. Utrwalanie to jest również okazją do usystematyzowania turystycznych poczynań wg różnych kryteriów - zdobytych koron gór, przebytych szlaków, itp.

Napisz do nas