Hel u schyłku lata odkrywa przed wędrowcami swoje najbardziej nostalgiczne oblicze. Choć słońce nie świeci już tak wysoko, a wrzesień przynosi chłodniejszy wiatr nad zatoką, to właśnie puste plaże i cisza budują unikalny klimat tego miejsca. Nasza podróż na początek Polski pociągiem z Krakowa to powrót do wspomnień i tradycji kaszubskiej. Pierwsze kroki kierujemy na tętniącą historią ulicę Wiejską, by w klimatycznym Pubie Captain Morgan, pośród morskich opowieści o piratach, rozpocząć tę wyjątkową nadmorską kronikę.
Wszystko kiedyś przemija i lato powoli zbliża się ku końcowi. Jego schyłek
już niedaleki. Słońce nie świeci już z tak wysoka i nie grzeje tak
silnie jak przedtem, aczkolwiek wciąż raduje wrażliwe serca.
Oplata duszę spokojem.
Pendolino mknęło dzisiaj jak torpeda, ale i tak miała 8 minut
opóźnienia 😉 No gdybym nie pamiętał jak dawniej wyglądała podróż
koleją... 🙂
Podróż na początek Polski: z Krakowa do Helu
Hel - początek Polski - intrygował nas od dawien dawna. Podróż pociągiem z Krakowa do Gdyni, a następnie na koniec Półwyspu Helskiego, to wstęp do naszej przygody. Kwaterujemy się niedaleko stacji kolejowej nad samym wybrzeżem, blisko miejskiej plaży. Wymarzonego powrotu mamy początek.
Na Lipowej po drugiej stronie ulicy mamy Tawernę Helios, z której dochodzi
smakowity zapach, równie pociągający dochodzi z drugiego krańca ulicy ze
smażalni ryb „Fala”. Jednak przyciąga nas bardziej zagadka słynnego
walijskiego korsarza i decydujemy się na Pub Captain Morgan, inspirowany jego historią. Pragnęliśmy tam
nawet zakwaterować się, lecz miejsc już nie było. Sprawdzimy jak smakuje tutaj smażona rybka, wszak to już pora lunchu, a w brzuchach nam burczy donośnie.
Na Lipowej.
Śladami kapitana Morgana: Kaszubskie smaki i tajemnice piratów w Helu
Niezwyczajny to pub. Henry Morgan, zwany Królem Bukanierów, był walijskim
korsarzem w służbie króla angielskiego Karola II, żyjącym w latach 1635-1688.
Już jako młody człowiek pognał na morze w poszukiwaniu sławy i bogactwa.
Żył w czasach, kiedy otwarte zostały nowe szlaki morskie, które prowadziły do
odkrytych lądów. Wcześniejsze wieki były czasem wielkich odkryć
geograficznych. W 1492 roku Krzysztof Kolumb dopłynął do wybrzeży dzisiejszej
Kuby, która już 20 lat później została opanowana przez Hiszpanów. Założyli tam
swoje kolonie. Z kolei Anglicy i Francuzi rywalizowali o posiadłości na
terenach dzisiejszej Kanady i Stanów Zjednoczonych, a Hiszpanie i
Portugalczycy skupili się na Ameryce Łacińskiej i jej skarbach. Jednak
najsłynniejsze walki toczyły się wówczas w regionie Karaibów, tyle że nie
brały w nich udziału poszczególne państwa, ale przede wszystkim piraci, którzy
byli postrachem na tamtejszych wodach. Wśród piratów byli również bukanierzy,
a więc Europejczycy, którzy z własnej woli dołączyli do pirackiego bractwa.
Jednym z nich był Walijczyk Henry Morgan, znany dziś bardziej jako Captain
Morgan. Bukanierzy atakując często statki należące do Hiszpanii, stali się
sprzymierzeńcami Anglii, Francji i Holandii. W 1655 roku Morgan pojawił się na
Jamajce. Będąc na Karaibach wziął udział w ataku sił angielskich na znajdujące
się tam hiszpańskie kolonie. Jego pozycja w świecie żeglarzy szybko umacniała
się i tak w 1662 roku Morgan został kapitanem małego korsarskiego okrętu.
Wkrótce korsarska działalność na Karaibach przyniosła Morganowi jeszcze
większą sławę, a także spore dochody. Wtedy to kupił plantację na Jamajce i
poślubił swoją kuzynkę, Mary Elizabeth. Po pewnym czasie został mianowany
wicekomandorem jamajskiej floty. Pomysłowość i niekonwencjonalna taktyka
przynosiły mu kolejne zwycięstwa w morskich bitwach z Hiszpanami. Jednak w
drugiej połowie XVII wieku Hiszpanie zaczęli grupować swoje statki w silnie
chronione konwoje. Wtedy bukanierzy przerzucili się na rabowanie kolonialnych
miast. Słynny był atak Morgana na Panamę, kiedy dowodząc 30 okrętami ze 1200
korsarzami doszczętnie zniszczył miasto. Jednakże wówczas Morgan nie wiedział,
że przeprowadzając ten ostatni atak dopuścił się aktu piractwa, gdyż Anglia i
Hiszpania nie były już w stanie wojny. Morgan miał w związku z tym stanąć
przed sądem. Został nawet aresztowany, jednak niedługo potem zwolniony.
Angielski król mając na względzie wcześniejsze zasługi nadał Morganowi tytuł
szlachecki i mianował go wicegubernatorem Jamajki. Wrócił na swoją wyspę i
skutecznie bronił jej przez następnych kilka lat przed atakami piratów, a gdy
przyszły ostatnie lata życia, Sir Henry Morgan spędził je spokojnie i dostatnio z
rodziną na swojej plantacji. Pochowany został w Port Royal, ale w 1692 roku, podczas trzęsienia ziemi i zatopienia miasta jego grób pochłonęło morze.
Pub Captain Morgan.
Pub Captain Morgan to miejsce specyficzne. Znajdujemy w nim swój własny kąt,
zamawiamy rybkę i piwo. Przytulny wystrój pubu nawiązuje do morskich wojaży. W
tle płynie dyskretnie szanty. Przyjemna atmosfera tego miejsca działa jak
hipnoza – zapominamy o rzeczywistym świecie, rozglądając się po kątach za
kapitanem Morganem. Jednak nie ma go tu dzisiaj, ale jest rum, któremu dał
nazwę, znany nie tylko wśród koneserów alkoholu. Rum był ponoć ulubionym
trunkiem piratów. Z pewnością to właśnie z tego powodu kanadyjska firma
Seagram Company nazwała swój produkt od imienia wielkiego pirata. Rum Captain
Morgan trafił na rynek w 1944 roku i dość szybko zdobył popularność. Dzisiaj
dostępny jest w wielu wariantach, z których najbardziej znany jest Original
Spiced.
Na obiedzie u Kapitana Morgana.
Nad nami kołysze się XIX-wieczny kliper herbaciany SV Cutty Sark, znany z
ustanawianych rekordów prędkości. Chodzi oczywiście o duży model historycznej jednostki zwieszony pod sufitem, jedynego zachowanego klipera herbacianego na
świecie. Stoi obecnie w suchym doku jako statek-muzeum przy nabrzeżu
Greenwich, jednej z dzielnic Londynu. Wiele innych morskich pamiątek można tu
zobaczyć. We wnętrzu pubu wyczuwa się prawdziwie morskiego ducha, a smaki
serwowanych dań dostarczają niezapomnianych wrażeń podniebieniu.
Gdy cichnie gwar turystów
Popołudniem dzień robi się jeszcze bardziej słoneczny, ale wiatr znad zatoki
przynosi chłodne powietrze. Dawno nie byliśmy na naszym wybrzeżu. Minęło wiele
lat. Po krótkiej przechadzce mijamy stary Dom Rybacki z 1890 roku, potem chatę
Izdebkę i kolejne kaszubskie domy. Ta tradycyjna architektura kaszubska przypomina o czasach, gdy rytm życia wyznaczało tu wyłącznie morze. Zanim przywitamy się z wodami Bałtyku,
najpierw udajemy się przed oblicze Neptuna. W Helu znajduje się ponoć największy jego pomnik na świecie. Jest oczywiście swoistą wizytówką Helu. Wody w
Zatoce Puckiej są dzisiaj nieco chłodne, lecz pragnienie zanurzenia się w niej
jest silniejsze. Tęskniliśmy za naszym morzem. Spędzamy nad nim resztę
popołudnia, tylko my i morze. Tak jest, bo to już po sezonie. Zaczął się
wrzesień i prawie nikogo już tu nie ma.
Dom Rybacki z 1890 roku.
Sklep Bursztyn przy Wiejskiej.
Izdebka.
To trochę dziwne, piękna i dostojna, muskularna sylwetka, niby wszystko
umięśnione jak należy, tak jak przystało na mocarza, potężnego władcę
mórz i oceanów, a jednak…
Kąpiel wodna.
Kąpiel słoneczna.
Dar Młodzieży na wodach Zatoki Puckiej
A na wodzie pojawia się Dar Młodzieży, trzymasztowy polski żaglowiec szkolny
Uniwersytetu Morskiego w Gdyni, następca „Lwowa” i „Daru Pomorza”. Zmierza do
portu w Gdyni, gdzie zakończy swój kolejny rejs. Na pierwszy wypłynął 10 lipca
1982 roku. Wystartował wówczas do regat z brytyjskiego Falmouth do Lizbony.
Nad ranem 27 lipca stało się coś niespodziewanego. Będąc na Atlantyku załoga
„Daru Młodzieży” zauważyła czerwone rakiety wzywające pomocy. Zmieniony kurs
doprowadził załogę fregaty do niemieckiego jachtu „Peter von Danzig”, na
którym jeden z żeglarzy doznał obrażeń w wyniku pożaru. Podjęto go na pokład
„Daru Młodzieży” pod opiekę lekarza okrętowego, oczekując na helikopter, który
zabrał poszkodowanego do szpitala. „Dar Młodzieży” włączył się z powrotem do
wyścigu, ale miał wtedy stratę ponad 4 godzin. Jednak brawurowo finiszował i
jako pierwszy przekroczył linię mety, wyprzedzając o 14 minut i 18 sekund
podążający za nim niemiecki bark „Gorch Fock”. Załoga „Daru Młodzieży” otrzymała
wówczas dodatkową nagrodę Fair Play od Polskiego Komitetu Olimpijskiego.
Dar Młodzieży pojawił się w wodach zatoki.
Słońce zbliża się do horyzontu.
Kierujemy się na zachodnią część plaży.
Zejście na plażę.
Hel.
Zachód słońca z Helu.
Stada mew podążają na zachód, bo tam też słońce powoli się przemieszcza. Hel
to takie miejsce, gdzie zobaczyć można słońce jak wschodzi i zachodzi wprost
za horyzont morski. Kilkanaście minut po dziewiętnastej zaczyna się z nami
żegnać, aby o świcie pojawić się znowu. Obudzi nas na kolejny dzień, na
wędrówkę po półwyspie.
Cała seria opowiadań z cyklu „Hel u schyku lata”:
🔲 dzień 1:
W pubie Kapitana Morgana ← tutaj jesteś teraz
🔲 dzień 2:
Na Górę Szwedów przez Helskie
Fortyfikacje
🔲 dzień 3:
Przez Helskie Fortyfikacje ku
Helskim Wydmom
🔲 dzień 4/1:
Ścieżki, które opowiadają historię i
przestrzegają
🔲 dzień 4/2:
Kaszubski rodowód
🔲 dzień 4/3:
Strażnicy cypla skryci w świetle i
kamieniu
Cieszymy się, że tu jesteś! Mamy nadzieję, że wpis ten był ciekawy i podobał Ci się. Jeśli tak, to będzie nam miło, gdy podzielisz się nim ze znajomymi albo dasz nam o tym znać komenterzem. Dzięki temu będziemy wiedzieć, że warto dalej pisać.
17-19.05.2019 - wyprawa 9 Wyprawa po wschody i zachody słońca
przez najwyższe partie Beskidów BAZA: Markowe Szczawiny, Hala MiziowaODCINEK: Krowiarki - Węgierska Górka
termin 1. wyprawy: 6-15 wrzesień 2019 odcinek: Bieszczady Wschodnieczyli... od Przełęczy Użockiej do Przełęczy Wyszkowskiej
termin 2. wyprawy: wrzesień 2023 odcinek: Gorganyczyli... od Przełęczy Wyszkowskiej do Przełęczy Tatarskiej
termin 3. wyprawy: wrzesień 2024 odcinek: Czarnohoraczyli... od Przełęczy Tatarskiej do Gór Czywczyńskich
Koszulka Beskidzka
Niepowtarzalna, z nadrukowanym Twoim imieniem na sercu -
koszulka „Wyprawa na Główny Szlak Beskidzki”. Wykonana z poliestrowej tkaniny o wysokim stopniu oddychalności. Nie chłonie wody, ale odprowadza ją na zewnątrz dając wysokie odczucie suchości. Nawet gdy pocisz się ubranie nie klei się do ciała. Wilgoć łatwo odparowuje z niej zachowując jednocześnie komfort cieplny.
...można je przemierzać w wielkiej ciszy i samotności, ale jakże piękniejsze stają się, gdy robimy to w tak wspaniałym towarzystwie – dziękujemy Wam za trzy niezwykłe dni w Słowackim Raju, pełne serdeczności, ciekawych pogawędek na szlaku i za tyleż uśmiechu.
24-26 lipca 2015 roku
Powrót do Słowackiego Raju
Powróciliśmy tam, gdzie byliśmy roku zeszłego,
gdzie natura stworzyła coś niebywałego;
gdzie płaskowyże pocięły rokliny,
gdzie Spisza i Gemeru łączą się krainy;
by znów wędrować wąwozami dzikich potoków,
by poczuć na twarzy roszące krople wodospadów!
To czego jeszcze nie widzieliśmy – zobaczyliśmy,
gdy znów w otchłań Słowackiego Raju wkroczyliśmy!
19-21 sierpnia 2016 roku
Słowacki Raj 3 Tam gdzie dotąd nie byliśmy!
Przed nami kolejne trzy dni w raju… Słowackim Raju W nieznane nam dotąd kaniony ruszymy do boju
Od wschodu i zachodu podążymy do źródeł potoków
rzeźbiących w wapieniach fantazję od wieków.
Na koniec pożegnalny wąwóz zostanie na południu,
Ostatnia droga do przebycia w ostatnim dniu.
I na całe to krasowe eldorado
spojrzymy ze szczytu Havraniej Skały,
A może też wtedy zobaczymy
to czego dotąd nasze oczy widziały:
inne słowackie krasy,
próbujące klasą dorównać pięknu tejże krainy?
Niech one na razie cierpliwie
czekają na nasze odwiedziny.
7-9 lipca 2017 roku
Słowacki Raj 4 bo przecież trzy razy to za mało!
Ostatniego lata miała to być wyprawa ostatnia,
lecz Raj to kraina pociągająca i w atrakcje dostatnia;
Piękna i unikatowa, w krasowe formy bogata,
a na dodatek zeszłego roku pojawiła się w niej ferrata -
przez dziki Kysel co po czterdziestu latach został otwarty
i nigdy dotąd przez nas jeszcze nie przebyty.
Wspomnień czar ożywi też bez większego trudu
fascynujący i zawsze urzekający kanion Hornadu.
Zaglądnąć też warto do miasta mistrza Pawła, uroczej Lewoczy,
gdzie w starej świątyni świętego Jakuba każdy zobaczy
najwyższy na świecie ołtarz, wyjątkowy, misternie rzeźbiony,
bo majster Paweł jak Wit Stwosz był bardzo uzdolniony.
Na koniec zaś tej wyprawy - wejdziemy na górę Velka Knola
Drogą niedługą, lecz widokową, co z góry zobaczyć Raj pozwala.
Słowacki Raj od ponad stu lat urodą zniewala człowieka
od czasu odkrycia jej przez taternika Martina Rótha urzeka.
Grupa od tygodni w komplecie jest już zwarta i gotowa,
Kaniony, dzikie potoki czekają - kolejna rajska wyprawa.
Cudowna wyprawa z cudownymi ludźmi! Dziękujemy cudownym ludziom, z którymi pokonywaliśmy dzikie i ekscytujące szlaki Słowackiego Raju. Byliście wspaniałymi kompanami.
Miało być naprawdę po raz ostatni...
Lecz mówicie: jakże to w czas letni
nie jechać znów do Słowackiego Raju -
pozwolić na zlekceważenie obyczaju.
Nawet gdy niemal wszystko już zwiedzone
te dzikie kaniony wciąż są dla nas atrakcyjne.
Powiadacie też, że trzy dni w raju to za krótko!
skoro tak, to czy na cztery nie będzie zbyt malutko?
No cóż, podoba nam się ten kras,
a więc znów do niego ruszać czas.
A co wrzucimy do programu wyjazdu kolejnego?
Może z każdego roku coś jednego?
Niech piąty epizod w swej rozciągłości
stanie się powrotem do przeszłości,
ruszajmy na stare ścieżki, niech emocje na nowo ożyją
gdy znów pojawimy się w Raju z kolejną misją!
15-18 sierpnia 2018 roku
Słowacki Raj 5 Retrospekcja
Suchá Belá - Veľký Sokol - - Sokolia dolina - Kyseľ (via ferrata)
519 km i 18 dni nieustannej wędrówki
przez najwyższe i najpiękniejsze partie polskich Beskidów
– od kropki do kropki –
najdłuższym górskim szlakiem turystycznym w Polsce
Dorota i Marek Szala
Główny Szlak Beskidzki
- od kropki do kropki -
WYRÓŻNIENIE prezentacji tego pasjonującego przedsięwzięcia na
za dostrzeżenie piękna wokół nas.
Dziękujemy i cieszymy się bardzo, że nasza wędrówka Głównym Szlakiem Beskidzkim nie skończyła się na czerwonej kropce w Ustroniu, ale tak naprawdę doprowadziła nas aż na Navigator Festival 2013.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Cieszymy się, że tu jesteś! Mamy nadzieję, że wpis ten był ciekawy i podobał Ci się. Jeśli tak, to będzie nam miło, gdy podzielisz się nim ze znajomymi albo dasz nam o tym znać komenterzem. Dzięki temu będziemy wiedzieć, że warto dalej pisać.