Dlaczego to za mało, by się nasycić, ale dość, by znowu zatęsknić za powrotem.
Rozpoczął się kolejny piękny dzień, choć żal było nam żegnać La Línea de la
Concepción i Gibraltar. Wracamy do domu, ale samolot mamy dopiero wieczorem.
Plan mamy prosty. Jedziemy pierwszym możliwym autobusem do Malagi, zobaczyć to
miasto ponownie. Tam spędzimy ostatnie godziny w Hiszpanii, zanim ruszymy w drogę powrotną. Nie mamy wiele czasu do zagospodarowania, bo tylko
około 5 godzin, a więc nasz plan nie jest skomplikowany, taki, jakby to miasto
było dla nas czymś oczywistym, w którym widzieliśmy już wszystko. To
oczywiście nieprawda, choć widzieliśmy już niemal wszystkie najważniejsze
miejsca, które turysta w nim odwiedza.
Gdy tylko wysiedliśmy z pociągu na Málaga-Centro-Alameda, ciągnąc za sobą
walizki po rozgrzanym andaluzyjskim słońcem chodniku, oboje wiedzieliśmy, co
chcielibyśmy robić dalej:
– To jak, żadnych muzeów tym razem?
– Tak, żadnych! Dzisiaj tylko szwendamy się po Maladze.
I tak uznaliśmy, że najmilej będzie po prostu wmieszać się w życie miasta.
Spacerować niespiesznie uliczkami, bez mapy, bez presji, dokładnie tak,
jakbyśmy byli w tym mieście stałymi bywalcami. Bo poniekąd tak się tu czujemy
- jakbyśmy byli tu od zawsze, jakby każda część tej przestrzeni była dla nas
czymś codziennym, oswojonym i bliskim. Pokochaliśmy Malagę całym sercem.
Czujemy z nią jakąś przedziwną, silną więź, choć przecież nigdy nie wpadliśmy
tu wcześniej na dłuższą gościnę, a co najwyżej dzień lub dwa.
Pierwsze kroki kierujemy do przechowalni bagażu, która znajduje się zaledwie 3
minuty pieszo od stacji kolejowej Málaga-Centro-Alameda, której nazwa idealnie
komponuje się z naszym planem - „Lock And Relax” przy Calle Casas de Campos
22. Nasze dwie podręczne walizki idealnie zmieściły się do jednej skrytki, a
więc wyszło jeszcze taniej niż na lotnisku, a my – lżejsi o bagaż i beztrosko
wyluzowani ruszyliśmy dalej.
|
|
Calle Casas de Campos.
|
Na zewnątrz panuje pełna słońca pogoda i choć tutaj nic w tym dziwnego, my
wciąż jesteśmy tym zachwyceni. Idąc dalej rozglądamy się nieco, aby odnaleźć
ślady naszych wspomnień z lat, kiedy tu byliśmy. Cicha ciekawość pyta nas: co
się zmieniło? Czy pachnie tu tak samo? A może palmy przy promenadzie urosły? I
tak z lekką nutą nostalgii i ekscytacji zaczynamy pisać nowy, krótki rozdział
naszej historii, w którym zamiast zabytków zbieramy wyłącznie wspólne chwile.
Przecinamy Paseo del Parque – szeroką, ruchliwą i pełną życia – jedną z
głównych arterii miasta, którą znamy, zwłaszcza na tym fragmencie, bo gdy w
2021 roku przyjechaliśmy tu po raz pierwszy, była to chyba pierwsza ulica,
którą zapamiętaliśmy od razu. To ona prowadziła nas wtedy do słynnej
twierdzy, pięknego parku miejskiego i na wybrzeże portowe, za którym ciągną
się najsłynniejsze plaże. Mieszkaliśmy wówczas w Torremolinos i właśnie
stamtąd dotarliśmy do centrum Malagi dokładnie w to samo miejsce co dzisiaj.
Dziś pociąg z lotniska był dla nas oczywistością, wygodnym standardem, który
bezstresowo wrzucił nas w sam środek Malagi. Pierwszy raz czuliśmy się nieco
zagubieni – kupno biletu w automacie, bramki na zejściach do stacji, ale
Hiszpanie spieszący się do pracy zatrzymali się i pokazali nam jak i jaki
bilet kupić w automacie. Dzisiaj to pestka, wszystko jest proste, oczywiste
i intuicyjne.
Dajemy się ponieść wspomnieniom, ale musimy pomyśleć o czymś bardziej
przyziemnym. Jest już po 13:00, a my wciąż nie jedliśmy śniadania. Rano nie
mieliśmy czasu, bo trzeba było się spakować, pożegnać z La Línea i
Gibraltarem i nie spóźnić się na autobus, którym dojechaliśmy prosto na
lotniskowy dworzec. Głód zaczyna dawać o sobie znać, więc kierujemy się
gdzieś, gdzie można coś przekąsić. Idziemy w stronę rzeki i Plaza de
Arriola.
|
|
Mercado Central de Atarazanas.
|
Przechodzimy do samego końca ulicy, docierając prawie pod sam zabytkowy
kościół - Iglesia de Santo Domingo de Guzmán. Świątynia dumnie wznosi się po
drugiej stronie rzeki, a właściwie... betonowego, szerokiego koryta.
– Dlaczego takie wielkie koryto, kiedy rzeka jest taka wyschnięta?
– zastanawiamy się, patrząc na rzekę.
– To Guadalmedina, czyli „rzeka miasta” w języku arabskim. Przez wieki
potrafiła tak gwałtownie przybierać i zalewać miasto, że w połowie XX wieku
uregulowano ją potężną zaporą i betonowymi murami. Jednak dziś woda płynie
tu tylko po rzadkich, ulewnych deszczach, na tyle rzadkich, że powstał nawet
projekt zazielenienia i przemiany koryta rzeki w miejski park.
|
|
Iglesia de Santo Domingo de Guzmán.
|
Odwracamy wzrok od rzeki, gdzie widzimy budynek Hotel ibis Malaga Centro
Ciudad. Stoi całkowicie pusty, a jego widok jest zaskakujący: wypalone okna,
ściany osmolone czarnym dymem na wyższych piętrach.
– Co się stało? Zniszczenia wyglądają na jeszcze świeże.
Szybki rzut oka do netu i wszystko już wiemy – pożar wybuchł niedawno, bo w
poniedziałek nad ranem, 25 maja 2026 roku. Cała akcja i dogaszanie budynku
trwały długo – strażacy ostatecznie zakończyli swoje działania i wycofali się
stamtąd dopiero po 30 godzinach. Ogień pojawił się około godziny 1:20 w nocy w
popularnej kawiarni Le Grand Café, która znajdowała się na parterze tego
samego budynku. Z powodu drewnianych elementów konstrukcyjnych i specyficznych
materiałów izolacyjnych pożar błyskawicznie przeniósł się na wyższe piętra
hotelu. Ponad 100 gości musiało uciekać z pokojów tak, jak stali – w samych
piżamach, zostawiając w środku dokumenty i cały dobytek.
Na szczęście nikt nie zginął ani nie odniósł ciężkich obrażeń, ogień strawił
aż 70% obiektu. Przez unikalną konstrukcję budynku pożar ciągle tlił się w
ukrytych szczelinach i co jakiś czas wybuchał na nowo, przez co strażacy z
Malagi musieli kontrolować ruiny przez kolejne tygodnie, aż do lipca 2026
roku. Ostatecznie budynek został przeznaczony do całkowitej rozbiórki.
|
|
Hotel ibis Malaga Centro Ciudad.
|
Jest już dobrze po trzynastej, a spóźnione śniadanie wciąż gdzieś czeka na
nas. Skręcamy na Plaza Enrique García-Herrera. Plac ten ma niezwykle
oryginalny, asymetryczny kształt, a jego przestrzeń urozmaicają
charakterystyczne instalacje – metalowe konstrukcje i designerskie pergole
tworzące nowoczesne, geometryczne zadaszenia. Plac skręca na północ w swoistą
zatoczkę, gdzie znajduje się dokładnie to, czego potrzebujemy: polecaną nam
kawiarnię Santa Canela Coffee.
|
|
Plaza Enrique García-Herrera.
|
|
|
Santa Canela Coffee.
|
|
| Kawa podana. |
Rozgaszczamy się w jej klimatyzowanym wnętrzu. Bierzemy do ręki menu.
Zaskakuje nas kreatywnością tak bardzo, że trudno się na coś zdecydować. Na
nasz stolik wjechały legendarne Huevos Revueltos, czyli jajecznica, ale nie
taka prosta, zwyczajna, jaką mamy na co dzień w domu.
– Ech, serio? Jajka z boczkiem, awokado, szpinakiem i... maślanym brioche
zamiast zwykłego chleba? – patrzyliśmy na talerz jak na kulinarne dzieło
sztuki, a przecież to było zwyczajne hiszpańskie śniadanie, nie żadna
restauracja „haute cuisine”.
– Nie pytaj, tylko bierz widelec i jedz! – zapach grillowanego boczku i
hiszpańskiego jamónu unoszący się z talerza nie znosił zastanowienia.
|
|
Legendarne Huevos Revueltos.
|
Połączenie aksamitnych, puszystych jajek ze słonawy boczkiem, kremowym
awokado, delikatnym serem kozim z karmelizowaną cebulą, odrobiną truflowej
oliwy i ze słodkawą, idealnie opieczoną maślaną bułką brioche - to był
absolutny kulinarny majstersztyk. Do tego kremowe Caffè Latte podane w ich
kultowych, markowych kubkach oraz świeżo wyciskane soki pomarańczowe na
orzeźwienie. Siedzimy celebrując każdy kęs. Tak właśnie andaluzyjski chillout
zaczyna przejmować nad nami kontrolę.
Po zjedzeniu pysznego śniadania ruszamy dalej, ale tak jak z góry założyliśmy,
nie kierujemy się w stronę pięknego historycznego centrum miasta. Nie da się w
tak krótkim dostępnym czasie nawet porządnie wczuć w klimat starówki, a co
dopiero mówić o świadomym zwiedzaniu czegokolwiek. Coś o tym wiemy – mając
doświadczenie z poprzednich podróży, podczas których spędziliśmy w tych
rejonach znacznie więcej czasu, pamiętamy, jak fascynujący jest ten labirynt.
|
|
Piękne azulejos na fasadzie kościoła.
|
|
|
Kościół św. Jana Chrzciciela.
|
Nasza trasa omijała ścisłe serce Centro Histórico, ale na jego obrzeżach i tak
czekały na nas historyczne akcenty. Przechodziliśmy tuż obok urokliwego
Kościoła św. Jana Chrzciciela (
Iglesia de San Juan Bautista). To jedna
z najstarszych świątyń w mieście, wzniesiona tuż po rekonkwiście w 1487 roku
na polecenie Królów Katolickich. Stanęliśmy przed wejściem prowadzącym
nietypowo przez nawę boczną – to efekt przebudowy po potężnym trzęsieniu ziemi
z XVII wieku, które zniszczyło dawną fasadę.
Gdy tak przyglądaliśmy się wieży, obok nas pewna para przymierza się do
selfie. Słyszymy znajomy, polski język: – Zrobimy wam piękną fotkę na tle
fasady tego kościoła! Szybko wywiązała się rozmowa Oni też nie mają wiele
czasu na zobaczenie wszystkiego, więc skupiają się tylko na kilku wybranych
fragmentach miasta. Znowu obudziły się w nas wspomnienia, które zaczynamy
opowiadać, całą historię tego miejsca i innych, i szczyptę wiedzy, którą
mamy w pamięci z czasu, gdy przyjechaliśmy tu z całą grupą turystów.
|
|
Calle Puerta del Mar; ta charakterystyczna ulica słynie z gęstego
szpaleru wysokich palm, które tworzą nad głowami przechodniów zielony
baldachim. Ulica łączy główne arterie handlowe miasta i jest popularnym
miejscem spacerów ze względu na liczne kawiarnie, restauracje oraz
sklepy zlokalizowane w zabytkowych budynkach.
|
|
|
Calle Marqués de Larios (potocznie Calle Larios) - główna,
reprezentacyjna i w pełni wyłączona z ruchu kołowego ulica handlowa
miasta, wyłożona błyszczącym marmurem i otoczona XIX-wieczną, piękną
zabudową.
|
Po serdecznym pożegnaniu z rodakami zmieniamy kierunek spaceru. Zmierzamy
prosto na popularną Calle Marqués de Larios. To handlowe serce Malagi,
reprezentacyjny deptak, na którym szybko odnajdujemy sklep naszej lubianej
marki „Koala Bay”. Ta hiszpańska sieć skradła nasze serca już dawno – słynie z
lekkich, typowo letnich ubrań, krojonych w śródziemnomorskim stylu, który leżą
na nas idealnie. Skończyło się na zakupach zdecydowanie większych niż
planowaliśmy.
– Czy to nam się zmieści do bagażu podręcznego? – takie pytanie nasuwa widok
wielka torba z zakupami.
– Nie mam pojęcia. Najwyżej założymy wszystko na siebie przed samym lotem, bo
w kraju z pewnością będzie chłodniej! – tak właśnie skwitowaliśmy wizję
przechodzenia przez kontrolę bezpieczeństwa i spotkania z obsługą Ryanair w
trzech warstwach letnich koszul i sukienek, która szczerze nas rozbawia. Sami byliśmy ciekawi, jak to będzie faktycznie na lotnisku.
|
|
Calle Marqués de Larios.
|
|
Pomnik Hansa Christiana Andersena w Plaza de la Marina.
|
Wychodząc z Calle Marqués de Larios widzimy mężczyznę w kapeluszu siedzącego na ławce
pod palmą. To pomnik, ale kogo przedstawia? Słynnego Hansa Christiana Andersena! Odwiedził Malagę w październiku 1862 roku. Andersen zamieszkał w hotelu tuż przy tętniącej życiem Alameda Principal.Miasto uderzyło go swoją intensywnością. W swoim dzienniku
podróżnym „W Hiszpanii” napisał słowa, które do dziś cytują wszyscy mieszkańcy Malagi:
„W żadnym innym hiszpańskim mieście nie czułem się tak szczęśliwy, tak
swojsko i tak swobodnie jak w Maladze.”
Pisarz spędzał dnie na niespiesznych spacerach. Fascynował go port, zapach
morza zmieszany z aromatem pieczonych kasztanów oraz wszechobecne,
intensywne światło. Spacerował pod palmami, przyglądał się rybakom i
handlarzom owoców. Zachwycały go andaluzyjskie kobiety noszące we włosach
żywe kwiaty, a także otwartość i życzliwość tutejszych ludzi. Dla człowieka
z chłodnej, zdystansowanej Skandynawii, andaluzyjska ekspresja i ciepło były
jak balsam na duszę.
Z Malagi Andersen ruszył dalej, w głąb Andaluzji, szukając kolejnych
inspiracji. Szczególnie zachwyciły go Granada i Alhambra, gdzie był
oczarowany mauretańską architekturą. Przebywając w pałacach Alhambry, czuł
się jak wewnątrz jednej ze swoich baśni. Pisał o „marmurowych zamkach” i ogrodach Generalife, gdzie szum wody i zapach mirtu budziły w nim
poetyckie wizje. Pojechał do Sewilli. Miasto zachwyciło go swoją elegancją,
potężną katedrą i gwarem wąskich uliczek dzielnicy Santa Cruz. To tam
podziwiał pokazy flamenco, które opisywał jako pełne pasji i
dramatyzmu. W Kordobie Andersen odwiedził słynny Wielki Meczet
(Mezquita). Chodząc wśród lasu kolumn, rozmyślał o przemijaniu kultur i
potędze ludzkiej wyobraźni. Co Andaluzja dała Andersenowi? Choć Andersen nie
napisał w Andaluzji żadnej nowej, klasycznej bajki o elfach czy syrenach,
pobyt ten głęboko zmienił jego stan ducha. Wyjechał z Hiszpanii odmieniony,
pełen energii i zdrowszy. Południowe słońce, uprzejmość Andaluzyjczyków i
piękno krajobrazów sprawiły, że na kilka miesięcy zapomniał o swoich
głębokich lękach i samotności. Andaluzja stała się dla niego symbolem
utraconego raju, do którego wracał we wspomnieniach przez resztę swojego
życia.
 |
| Paseo del Parque. |
Z torbami pełnymi hiszpańskiej mody przechodzimy do uroczego Parku
Miejskiego (Parque de Málaga), który tutaj jest zwyczajnością, a dla nas jak
ogród botaniczny. Przemierzamy jego alejki powoli, spacerem, na całej jego
długości. Naprawdę, to prawdziwy ogród botaniczny w środku miasta, gdzie
pomiędzy palmami i tropikalnymi roślinami ukryte są miejsca odpoczynkowe
obok pięknych fontann. Chłoniemy tam chłód cienia, który daje wytchnienie od
słońca.
Ten park zauroczył nas swoją egzotyką już podczas pierwszego wspólnego
przyjazdu do Malagi. Z głównej alei zerkamy w boczne alejki,
wypatrując tego, co skrywają.
– Spójrz na tę ławkę! – To prawdziwa Andaluzja.
W głębi zieleni przechodzimy do słonecznego, urokliwego zakątka zwanego
Glorieta del Fiestero. Ten obiekt z początku XX wieku idealnie wpisuje się
w klasyczny, regionalny styl zdobniczy Południowej Hiszpanii. Znajdujące
się tutaj instalacje pokryte są tradycyjnymi płytkami ceramicznymi
azulejos. W przeciwieństwie do niebiesko-białych portugalskich kafelków,
tutaj – w Andaluzji – uderzają hiszpańską wielobarwnością i mauretańskimi
wzorami. Widzimy tu piękną mozaikę z herbem Malagi oraz wkomponowaną w
ceglany mur pamiątkową tablicę z malowanego w odcieniach błękitu i bieli
kafelka z napisem: „Se construyo esta glorieta en el año 1922”,
przypominającą, że ta mała altana ogrodowa powstała dokładnie w 1922 roku.
|
Glorieta del Fiestero.
|
Tuż obok, w otoczeniu subtropikalnych liści, wznosi się Monumento al
Fiestero – wykonany z brązu pomnik z 1998 roku autorstwa rzeźbiarza
Miguela Garcíi Navasa. Przedstawia on muzyka w tradycyjnym stroju,
zatrzymanego w ekspresyjnym ruchu podczas wykonywania verdiales – dawnego,
skocznego stylu muzyki i tańca, który stanowi absolutną esencję folkloru
prowincji Malaga. Pod rzeźbą wczytaliśmy się w tekst hiszpańskiego wiersza
wypalonego na kafelkach:
Ponle atención y respeto,
aunque no se oiga su voz,
aunque no suene el pandero,
que guarda el Fiestero esencias
de los campos malagueños.
Przetłumaczyć go można na polski tak: „Obdarz go uwagą i szacunkiem,
chociaż nie słychać jego głosu, chociaż nie brzmi bębenek (pandero), gdyż
Fiestero strzeże esencji pól Malagi”. W ten oto sposób w nowoczesnym dziś
mieście drzemie pamięć o dawnych, wiejskich tradycjach.
|
|
Monumento al Fiestero.
|
 |
| Ninfa de la Caracola (Nimfa z muszlą). |
– Chodźmy dalej – ciągnęła nas radość i satysfakcja z obecności w ładnym
miejscu.
I po chwili znowu zatrzymujemy się na kolejnym placyku przy uroczej,
uwielbianej przez dzieci i turystów rzeźbie przedstawiającej osiołka
Platero. Został odlany z brązu w 1968 roku przez Jaimego Fernándeza
Pimentela dla upamiętnienia literackiego bohatera z poetyckiej opowieści
„Platero i ja” autorstwa hiszpańskiego noblisty Juana Ramóna Jiméneza.
– No patrz, zupełnie nic a nic się nie zmienił od naszej ostatniej wizyty
– zwierzak wygląda tak sympatycznie, że nie można się oprzeć, by pogłaskać
jego lśniący, wytarty od tysięcy rąk pyszczek.
|
| Osiołek Platero. |
 |
| Palmeral de las Sorpresas. |
 |
| La Farola - latarnia morska w Maladze, zbudowana między 1813 a 1817. |
W końcu wychodzimy na szerokie, otwarte Paseo del Muelle Uno. To już
nabrzeże nowoczesnego portu, gdzie cumują nie tylko małe, ale również
ogromne statki pasażerskie. Po drugiej stronie zatoki portowej znajduje się
port przeładunkowy. To rodzaj deptaka, gdzie na wolnym powietrzu,
rozstawione są urokliwe, kolorowe stoiska i małe sklepiki, a po drugiej
stronie ciągną się eleganckie sieciówki i gwarne restauracje. Spacerujemy
niespiesznie, z niedzielnym luzem. Oczywiście nie omieszkaliśmy zatrzymać
się przy stoiskach oferujących nieco inny, bardziej kurortowy asortyment
odzieżowy niż ten, w którym obkupiliśmy się chwilę wcześniej.
 |
| Capilla de la Virgen del Puerto. |
 |
| Prom pasażerski w porcie Malaga. |
 |
| Widok na Gibralfaro. |
|
|
Paseo del Muelle Uno.
|
|
Wybrzeże Costa del Sol w Maladze i charakterystyczna przemysłowa
wieża wkomponowana w nabrzeżny krajobraz wschodnich przedmieść
miasta.
|
I cóż dalej? Bardzo chcemy zobaczyć ją znowu, a więc robimy szybki skręt na
słynną Playa de la Malagueta. Gdy tylko wyszliśmy zza załamania portowego
molo, ujrzeliśmy widok, który jest kwintesencją andaluzyjskiego lata. Plaża
była usiana kolorowymi ręcznikami, parasolami i setkami plażowiczów
chłonących słońce. Szum fal mieszał się z radosnym gwarem i zapachem
pieczonych na grillu ryb z pobliskich chiringuitos. Wszystko, co potrzebne
do plażowania mamy ze sobą w plecaku – koc, ręcznik, stroje kąpielowe…
Byliśmy gotowi, by rzucić wszystko, rozłożyć się pod palmą, dokładnie tak,
jak zrobiliśmy to dwa lata temu, gdy spędziliśmy na tym piasku ostatnie
godziny przed odlotem. Jednakże stajemy na granicy piasku tylko po to, by
spojrzeć na szumiące morze, popatrzeć na plażujących ludzi, bo wskazówki
zegarka były nieubłagane. Cóż, czas płynie niesamowicie szybko.
 |
| Plaża Malagueta. |
 |
| Plaża Malagueta. |
 |
| Plaża Malagueta. |
 |
| Promenada przy plaży. |
Wracamy. Obchodzimy wokół zabytkową latarnię morską La Farola, a następnie
wchodzimy na Paseo de la Farola, biegnącą równolegle do promenady, którą
szliśmy wcześniej. Cudownie zrelaksowani, zatrzymujemy się na ostatnie
chwile w pierwszej napotkanej restauracji z bezpośrednim, wspaniałym
widokiem na wzgórze z twierdzą mauretańską. To rewelacyjny punkt widokowy.
Zamawiamy ostatniego drinka przed odlotem i wpatrujemy się w majestatyczną
panoramę Gibralfaro.
Słowo Gibralfaro brzmi w naszych uszach niemal identycznie jak nazwa
miejsca, w którym spędziliśmy ostatnie dni – Gibraltar.
– Czy to przypadek, czy te nazwy naprawdę mają ze sobą coś wspólnego? –
sączymy powoli chłodny napój.
– To nie przypadek! Obie mają arabskie korzenie. „Gibr” lub „Jabal” to po
arabsku góra. Gibraltar to Góra Tarika (Jabal al-Tarik), a Gibralfaro to
Góra z Latarnią Morską, bo Arabowie połączyli swoje słowo ze starym
greckim „pharos”. Obie nazwy do dziś niosą w sobie tę samą historię.
Siedząc tam i patrząc na mury obronne mauretańskiej twierdzy na wzgórzu,
zlewające się z błękitem nieba, czujemy uderzenie nostalgii i pewien żal,
że za niedługo opuścimy Słoneczne Wybrzeże.
Caminante, son tus huellas
el camino y nada más;
caminante, no hay camino,
se hace camino al andar.
Al andar se hace el camino,
y al volver la vista atrás
se ve la senda que nunca
se ha de volver a pisar.
Caminante no hay camino
sino estelas en la mar.
… mówi jeden z wierszy autorstwa Antonio Machado, którego tekst w
Hiszpanii zna niemal każdy, w Polsce jest prawie nieznany, a tak idealnie
współgra z duchem naszego wędrowania. W wolnym tłumaczeniu jego wersy mogą
brzmieć tak:
Podróżniku, drogą są twoje ślady,
ścieżką i niczym więcej;
Podróżniku, nie ma gotowej drogi:
drogę tworzy się wędrując.
Gdy odwrócisz wzrok za siebie, zobaczysz,
że nie trzeba jej wydeptywać ponownie.
Podróżniku, nie ma żadnej drogi,
są tylko ślady na morzu.
Ta podróż mija już, a my zostawiamy za sobą kolejne ścieżki, których nie
będziemy musieli wydeptywać, gdy andaluzyjski wiatr jeszcze przywieje nas
tu z powrotem, by pisać nowe, inne historie, oraz cieszyć się chwilami,
które są nam dane.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Cieszymy się, że tu jesteś! Mamy nadzieję, że wpis ten był ciekawy i podobał Ci się. Jeśli tak, to będzie nam miło, gdy podzielisz się nim ze znajomymi albo dasz nam o tym znać komenterzem. Dzięki temu będziemy wiedzieć, że warto dalej pisać.