Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rów Zakopiański. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rów Zakopiański. Pokaż wszystkie posty
W XIX wieku obok Foluszowego Potoku biegła zwyczajna, wąska ścieżka, która łączyła ówczesne zakopiańskie Nawsie z Kuźnicami. Biegła przez łąki i mokradła, a w górnej części chowała się w dawny las. Jednak w okresie popularyzacji Zakopanego, wzdłuż dolnego odcinka ścieżki, odbiegającego z ulicy Kościeliskiej zaczyna powstawać zabudowa, początkowo dość rozproszona. Równocześnie ścieżka nabiera charakteru ulicy, a było to około 1870 roku. Wkrótce powstają przy niej pierwsze zakopiańskie hotele oraz restauracje. Owa ulica staje się miejscem spotkań zakopiańskiej śmietanki towarzyskiej. Tu spotykają się ludzie, gdy czas niepogody uniemożliwia pójście w Tatry. Tworzy się też na niej swoiste centrum handlowe i usługowe. Mowa oczywiście o najsłynniejszym zakopiańskim deptaku, którego nazwa wywodzi się od jego historycznego położenia, przebiega przez Polanę Krupową. Deptak ten pod nazwą Krupówki znany już był na początku lat 80-tych XIX wieku. Dziś ciągnie się na długości około 1100 metrów.

Równia Krupowa (fot. Awit Szubert, między 1876-1878)
Równia Krupowa (fot. Awit Szubert, między 1876-1878).

Zobaczmy jakie miała znaczenie w historii Zakopanego i co ciekawego kryje, codziennie przemierzana przez tłum ludzi, osławiona ulica Krupówki.

Minęła już godzina 15.00. Czas nam szybko umyka. Niestety za mało go mamy. Zbliżamy się do rogu ulicy Nowotarskiej i Krupówki, gdzie stoi okazały, drewniany budynek...

Hotel „Pod Giewontem”
ul. Krupówki 1

To pierwszy hotel w Zakopanem, funkcjonujący od roku 1885. Należał do Romualda Kuliga. Posiadał on 18 pokoi gościnnych. Na parterze znajdowała się restauracja z werandą i sala bilardowa. Do 1898 roku Hotel „Pod Giewontem” był największym hotelem w Zakopanem. W latach 90-tych XIX wieku spod hotelu wyruszał trzy razy dziennie konny omnibus do Jaszczurówki. Była to pierwsza linia komunikacyjna w Zakopanem.

Hotel „Pod Giewontem”
Hotel „Pod Giewontem”.

W okresie międzywojennym hotelem zarządzali potomkowie Kuliga. Po II wojnie światowej stracił swoją pierwotną funkcjonalność. Pogarszał się też jego stan technicznych, stopniowo niszczał. Zmienił wówczas zewnętrzny wygląd, gdyż rozebrano znajdującą się przed nim werandę. W tamtych latach ulokowano w nim kilka klas działającej niedaleko Szkoły Przemysłu Drzewnego oraz uruchomiono internat Liceum Pedagogicznego. W latach 90-tych budynek dawnego hotelu odremontowano. Dziś na parterze budynku mieści się restauracja „Gazdowo Kuźnia” z niewielkim ogródkiem na zewnątrz, a od strony ul. Nowotarskiej bar mleczny (podobno jedyny w Zakopanem) i kiosk. Na piętrze znajdują się pomieszczenia mieszkalne.

Kilkanaście metrów za dawnym hotelem widać strzelistą wieżę z zielonym dachem. Jest ona widoczna z wielu miejsc wokół i już dawno przyciągała naszą uwagę...

Kościół pw. Świętej Rodziny
ul. Krupówki 1a

Wzrost popularności Zakopanego miał oczywisty wpływ na jego szybki rozwój. Szybko okazało się, że postawiony jeszcze nie tak dawno (w 1847 roku) drewniany kościółek przy ul. Kościeliskiej stał się po prostu za ciasny. Pierwszy proboszcz zakopiański, którego zdążyliśmy już wcześniej poznać, ks. Józef Stolarczyk podjął inicjatywę budowy nowego kościoła. Za zebrane pieniądze wykupił parcelę przy Krupówkach, gdzie stała figura Świętego Jana Nepomucena. W 1877 roku rozpoczęto budowę kościoła.

Budowa jednak ciągła się w czasie, bo brakowało funduszy i rąk do pracy. Powiadają, że dopiero jak ks. Stolarczyk zaczął zadawać pokutę (podobno za złamanie szóstego przykazania), w postaci przywiezienia fury kamienia na budowę nowego kościoła - plac budowy szybko zapełnił się niezbędnym materiałem, a i rąk do pracy też przybyło.

Kościół pw. Świętej Rodziny
Kościół pw. Świętej Rodziny.

Nie mniej budowa trwała 19 lat i zakończył ją w 1896 roku kolejny proboszcz Zakopanego - ks. Kazimierz Kaszelewski. Nowy kościół parafialny pod wezwaniem Świętej Rodziny został konsekrowany w dniu 16 września 1899 roku. Ks. Kaszelewski zbudował później nową plebanię i założył nowy cmentarz parafialny.

Dla uczczenia roku milenijnego z inicjatywy ks. Kaszelewskiego w dniu 19 sierpnia 1901 roku postawiono krzyż na Giewoncie. Można by powiedzieć, że był on zarazem zwieńczeniem budowy nowej podhalańskiej świątyni i jednocześnie symbolicznym, ponadczasowym wyrazem wiary, na co zwrócił uwagę Jan Paweł II, który w 1980 roku powiedział do pielgrzymów z Zakopanego zebranych w Rzymie: „Ten krzyż na Giewoncie jest jakby zwieńczeniem wielkiej świątyni Tatr, świątyni Podhala, a poniekąd to i świątyni całej naszej Ojczyzny”.

Idziemy w górę ulicy Krupówki...

Z prawej strony, po drugiej stronie Foluszowego Potoku, wznosi się drewniany gmach najstarszej zakopiańskiej szkoły zawodowej, wzniesiony w 1883 roku. Mieściła się w nim Szkoła Przemysłu Drzewnego, założona z inicjatywy działaczy Towarzystwa Tatrzańskiego w 1876 roku. Po II wojnie światowej szkołę tą rozdzielono na dwie placówki. Powstało wtedy poznane wcześniej Liceum Sztuk Plastycznych im. Antoniego Kenara, położone przy ul. Kościeliskiej (początkowo było to Liceum Technik Plastycznych). Natomiast w budynku dotychczasowej szkoły utworzono technikum budowlane, a potem Zespół Szkół Zawodowych im. Władysława Matlakowskiego, kontynuujące tradycje dawnej Szkoły Przemysłu Drzewnego.

Dochodzimy do mostku na Foluszowym Potokiem - przechodzimy na drugą stron, gdzie stoi czerwono ceglasty...

Dworzec Tatrzański
ul. Krupówki 12

Dworzec Tatrzański stojący przy ulicy Krupówki 12 nigdy nie miał nic wspólnego z dworcem komunikacyjnym. Był to pierwszy zakopiański dom kultury, w którym spotykali się sympatycy Tatr, zwłaszcza, gdy panująca na dworze chlupa uniemożliwiała pójście w góry. Korzystali z czytelni, biblioteki lub uczestniczyli w organizowanych spotkaniach, odczytach, koncertach, balach i przedstawieniach. Był też siedzibą Towarzystwa Tatrzańskiego.

Dworzec Tatrzański powstał z inicjatywy Walerego Eliasza Radzikowskiego w okresie rosnącego zainteresowania kulturą Zakopanego, Tatrami i Podhalem. Otwarto go uroczyście w 1882 roku. Wtedy był to drewniany budynek.
W pięknem, a zabezpieczonem od ściśnienia miejscu, w samym środku wsi stanął w r. 1881 obszerny dom, kosztem Towarzystwa Tatrzańskiego, wedle planów architekta Karola Zaremby, a następnego lata otwarty na użytek publiczny. Spełnia on przeznaczenie tak zwanych „kursalonów” po zdrojowiskach. W dworcu tym piękna i wielka sala służy za punkt zborny członków Tow. Tatrzańskiego, gdzie się mieści czytelnia gazet wszelkich. W niej odbywają się odczyty, koncerty, różne zebrania towarzyskie, a nadewszystko wieczorami w święta i niedziele zabawy tańcujące, które słyną ze swobody. Dopóty jednak bawić się tu będą goście, jak zwykle dotąd wyśmienicie, dopóki zachowywanym będzie zwyczaj przybywania na reuniony w strojach spacerowych. Oprócz sali, lokalu, gdzie się znajduje bióro Tow. Tatrzańskiego, pokoi dla pań i dla mężczyzn w czasie zabawy, jest sala jadalna i kilka pokoi gościnnych na piętrze. Ogród naokoło budynku dopiero założony, stanie się tegoż wielką ozdobą i przyjemnością dla gości.
Walery Eljasz Radzikowski, „Przewodnik do Tatr i Pienin”

Dworzec Tatrzański - drewniany
Dworzec Tatrzański - drewniany.

Któż nie występował na estradzie Dworca Tatrzańskiego - Mieczysław Karłowicz, Stanisław Barcewicz, Fritz Kreisler, Aleksander Michałowski, Ignacy Jan Paderewski i wielu innych artystów. Recytowała tu też Helena Modrzejewska, a fragmenty swoich utworów czytał Henryk Sienkiewicz. Bywali tu: Stanisław Witkiewicz, Karol Szymanowski, Rafał Malczewski. Odbywały się też coroczne wiece Towarzystwa Tatrzańskiego i liczne bale, z których dochód przeznaczony był na cele dobroczynne.

Podczas trwania jednego z takich balów, w dniu 26 stycznia 1900 roku w wyniku wybuchu lampy naftowej drewniany budynek Dworca Tatrzańskiego doszczętnie spłonął. Spaliła się cała biblioteka, a także płaskorzeźba przedstawiająca mapę Tatr. Dopiero dwa lata później podjęto odbudowę Dworca Tatrzańskiego. Powstał nowy, murowany budynek - jeden z pierwszych, reprezentujących witkiewiczowski styl zakopiański w architekturze murowanej.

Dworzec Tatrzański
Dworzec Tatrzański - murowany.
Dworzec Tatrzański
Dworzec Tatrzański.

W latach 1909-1984 mieściła się w nim centrala TOPR-u i siedziba Grupy Tatrzańskiej GOPR. To właśnie stąd wyruszały pierwsze wyprawy ratunkowe pod kierownictwem wybitnych naczelników: Mariusza Zaruskiego, Józefa Oppenheima i Tadeusza Pawłowskiego.

W 1992 roku budynek ponownie nawiedził pożar, który zniszczył część budynku. Rok czasu trwała jego odbudowa. Obecnie w budynku znajduje się m.in. siedziba Oddziału Zakopiańskiego PTTK.

Pomiędzy Dworcem Tatrzańskim a najstarszą zakopiańską szkołą stoi inny ciekawy budynek...

Muzeum Tatrzańskie
ul. Krupówki 10

Od samego początku wzrastającego zainteresowania Tatrami i Zakopanem powstawały liczne zbiory ukazujące historię regionu oraz bogactwo kultury, a także przyrody Tatr i Podhala. Prezentowano je w różnych miejscach. Idea założenia Muzeum Tatrzańskiego zrodziła się w roku 1888, w gronie przyjaciół i sympatyków Tytusa Chałubińskiego (1820-1889). Brakowało jednak funduszy. Dopiero w 1892 roku udało się doprowadzić do budowy drewnianego budynku muzeum, a to dzięki spadkobiercom Tytusa Chałubińskiego, którzy darowali na ten cel parcelę budowalną, zlokalizowaną nieopodal domu doktora.

Wkrótce jednak stał się za ciasny. Drewniany budynek budził również obawy o bezpieczeństwo zgromadzanych w nim eksponatów. Rozpoczęto gromadzenie środków na budowę murowanego muzeum. Budowę rozpoczęto w 1914 roku na parceli udostępnionej przez Towarzystwo Tatrzańskie przy Krupówkach. Powstający budynek muzeum utrzymywano w konwencji witkiewiczowskiego stylu zakopiańskiego. Niebawem jednak przyszła wojna i kłopoty finansowe, które sprawiły, że budowę ukończono dopiero w 1920 roku.

Muzeum Tatrzańskie
Muzeum Tatrzańskie.

Oficjalne otwarcie muzeum nastąpiło w 1922 roku. W tymże samym roku Muzeum weszło w posiadanie ogromnej kolekcji etnograficznej, liczącej blisko 400 okazów, którą ofiarowała Maria Dembowska. Jednak było jedno „ale” - życzenie ofiarodawców, aby kolekcja została umieszczona w góralskiej chałupie. A środków finansowych, jak nietrudno się domyśleć - brakowało. Ktoś wpadł wtedy na pomysł wybudowania chaty góralskiej wewnątrz muzeum. I tak też uczyniono. Dziś na parterze muzeum przechadzamy się obok modelu chałupy, w skali 1:1, składającej się „czarnej” i „białej” izby, rozdzielonych sienią. We wnętrzu chałupy prezentowane są liczne eksponaty, a możemy je oglądać dzięki wyciętej ścianie bocznej.

Chata góralska wewnątrz muzeum
Chata góralska wewnątrz muzeum.

Czarna izba
Czarna izba.

Sień
Sień.

Biała izba
Biała izba.

Okres II wojny światowej Muzeum Tatrzańskie szczęśliwie przetrwało bez większych strat, a przez późniejsze lata powstawały jego kolejne filie, jak te które dzisiaj już widzieliśmy na Nawsiu: Willę „Koliba”, czy też Dom Sobczaków.

Muzeum Tatrzańskie przy Krupówkach prezentuje również ekspozycję związaną z historią Podhala, bogato udokumentowaną fotografiami i innymi materiałami archiwalnymi. Na piętrze znajdziemy wystawę poświęconą przyrodzie Tatr. Tam też możemy odbyć geologiczną podróż w czasie, która przybliży nam wiedzę o tym, jak powstały Tatry.

Muzeum Tatrzańskie. Ekspozycja regionalna
Muzeum Tatrzańskie. Ekspozycja regionalna.

Muzeum Tatrzańskie. Ekspozycja regionalna
Muzeum Tatrzańskie. Ekspozycja regionalna.

Muzeum Tatrzańskie. Ekspozycja geologiczna
Muzeum Tatrzańskie. Ekspozycja geologiczna.

Muzeum Tatrzańskie. Wystawa przyrodnicza
Muzeum Tatrzańskie. Wystawa przyrodnicza.

O godzinie 16.00 kończymy arcyciekawy pobyt w Muzeum Tatrzańskim. Przechodzimy przez Foluszowy Potok i po drugiej strony ulicy Krupówki widzimy drewniany budynek, zwany...

Staszeczkówka
ul. Krupówki 11

Jest bardzo prawdopodobne, że jest to pierwszy pensjonat jaki powstał w Zakopanem. Został wzniesiony w 1894 roku przez zakopiańskiego „hrubego gazdę” Jana Gąsienicę-Staszeczka -pierwszego zakopiańskiego wójta. Pierwsi goście zamieszkali w roku 1898. „Staszeczkówka” łączyła funkcję hotelu i pensjonatu. Posiadła 30 pokoi, restaurację i salę bilardową, a na zapleczu korty tenisowe i zajezdnię własnych powozów. Dziś w „Staszeczkówce” mieści się hotel Sabała.

Staszeczkówka (obecnie hotel Sabała)
Staszeczkówka (obecnie hotel Sabała).

Spotkanie z sabałowym sobowtórem
Spotkanie z sabałowym sobowtórem.

Idziemy dalej na południe, w górę Krupówek, wraz z tłumem spacerujących ludzi z całego świata, ba nawet istot przybyłych z odległej galaktyki, z planety Kashyyyk. Na Krupówkach spotykamy najsłynniejszego z Wookie'ch! Być może zaglądając do jednej z tutejszych kantyn natknęlibyśmy się również na Hana Solo, który zapewne gdzieś pod Gubałówką zadokował swojego Sokoła Millennium;-).

Spotkanie z Chewbaccą
Spotkanie z Chewbaccą.

Weszliśmy w ciąg zabudowy miejskiej, murowanych kamienic z okresu międzywojennego. Wchodzimy w nową epokę Zakopanego. Jesteśmy teraz na skrzyżowaniu ul. Krupówki z ul. Kościuszki i ul. Zaruskiego. Punkt ten jest uważany za centralne miejsce Zakopanego. Mijamy położony na rogu ulic Krupówki i Kościuszki...

Hotel Orbis Giewont
ul. Kościuszki 1

Jest to jeden z najstarszych hoteli orbisowskich - Hotel Orbis Giewont. Wielokrotnie modernizowany, nowoczesny, któremu jednak udało się zachować charakter retro. Wcześniej stała tu słynna Cukiernia Zakopiańska, która powstała tu w pierwszych latach XX wieku. Gdy w 1919 roku zakupił ją Franciszek Trzaska i szybko przekształcił to miejsce w jeszcze bardziej sławne i znakomite, w znaną w całej Polsce restaurację. Wszak Trzaska to uznany restaurator, jak kto nie wiedział, to niech teraz wie, że prowadził również w latach 1916-1919 słynną krakowską Jamę Michalika. U Trzaski gromadziło się najwybitniejsze towarzystwo zakopiańskie Odbywały się też najpopularniejsze w Zakopanem dancingi, przy których przygrywały sławne warszawskie orkiestry Golda, Petersburskiego i Karasińskiego. Natomiast w latach 30-tych XX wieku na piętrze domu Trzaski funkcjonował Klub Zakopiański, w którym spotykali się artyści, m.in. Kornel Makuszyński i Kazimierz Wierzyński.

Hotel Orbis Giewont
Hotel Orbis Giewont.

Obecny kształtu budynku nadany został w czasie okupacji przez Niemców, którzy przebudowali restaurację Trzaski na Hotel.

Na skrzyżowaniu Krupówek z ul. Galicy mijamy jeden z najstarszych murowanych budynków Krupówek...

Dom Leistena
ul. Krupówki 28

Ten narożny budynek wybudowany w 1900 r. przez Samuela Leistena z przeznaczeniem na hotel Centralny. Jednak, jako hotel był pozbawiony w owych czasach restauracji. Jego goście korzystali więc z gastronomi sąsiedniego hotelu „Morskie Oko”, który podobnie jak Dom Leistena jest zaliczany do najstarszych murowańców na Krupówkach i najstarszych zakopiańskich hoteli.

Dom Leistena
Dom Leistena.

Dom Leistena
Dom Leistena.

Hotel „Morskie Oko”
ul. Krupówki 30

Początki „Morskiego Oka” sięgają jeszcze XIX wieku, kiedy stał tu jeszcze drewniany hotel, który niestety został strawiony podczas wielkiego pożar Krupówek. W 1900 roku został on odbudowany jako murowany budynek i od razu zasłynął powstałą w nim salą teatralno-widowiskowa wg projektu Stanisława Witkiewicza. Gościła ona niejedną sławę polskiej kultury, a wymienić można m.in. Helenę Modrzejewską, Ludwika Solskiego, Mieczysławę Ćwiklińską, Hankę Ordonównę, Karola Szymanowskiego, Adę Sari, a także bardziej nam współczesnych jak Kaję Danczowską, Czesława Niemena, czy też Ewę Demarczyk. Wystawiał tu sztuki również Stanisław Ignacy Witkiewicz. Po 1989 roku, budynek staje się własnością górala z Zębu, Andrzeja Stocha, o którym powiada się, że jest właścicielem „połowy Krupówek”. Stoch uruchamia w nim restaurację regionalną Night Club, Coctail Bar i Drink Baru i Dyskotekę „Wierchy”.

Wędrujemy wciąż w górę Krupówek. Im jesteśmy wyżej, tym bardziej nam się wydaje, że legenda starych budynków próbuje wejść w mariaż ze współczesnością, ale czy jest to związek trafny? Zamerykanizowane nazwy typu „Baconald”, czy „Góral-burger” wydają się być bardzo udziwnione, brzmiące groteskowo.

Baconald
Góral-burger

I tak docieramy innego punktu, uznawanego nieformalnie za centrum miasta...

Oczko wodne

Znajdujemy się na skrzyżowaniu Krupówek z ul. Staszica i ul. Piłsudskiego. To nieformalne centrum miasta. W okresie międzywojennym zlokalizowany był w pobliżu tego miejsca pierwszy zakopiański dworzec autobusowy. Jeszcze, gdy w latach 60-tych XX wieku po kocich łbach Krupówek jeździły samochody, poniżej oczka wodnego był przystanek autobusowy linii do Kuźnic. Natomiast do lat 70-tych XX wieku powyżej obecnego oczka wodnego znajdowało się poidło dla koni dorożkarskich i duży postój dorożek.

Pomnik Tygodnika Podhalańskiego przy oczku wodnym na Krupówkach
Oczko wodne w tym miejscu powstało dopiero w 1999 roku, dziewięć lat po tym, jak przepływający Foluszowy Potok został odsłonięty w czasie generalnego remontu Krupówek w latach 90-tych.

Koło oczka wodnego widzimy siedzącego górala, który zdjął kapelusz, odłożył telefon komórkowy. Siedzi nieruchomo zaczytany w gazetę, nie zwraca w ogóle uwagi na przechodniów. Owszem wiemy, że to tylko rzeźba, ale wywołuje w nas niejednoznaczne uczucia. Choć grymas jego twarzy tego nie zdradza, postrzegamy w nim człowiek trochę zmęczonego, który zatrzymał się na chwilę, by odpocząć przy Foluszowym Potoku. Odłożył na bok swój kapelusz, jakby był reliktem z przeszłości, ale też odłożył komórkę, będącą synonimem nowego, nowocześniejszego świata, obawiając się zbytniego odejścia od tradycji, od korzeni swojej tożsamości. Trudno dać Ci dobrą radę góralu, zaproponować jakie optymalne rozwiązanie, niestety nie jest to takie łatwe. Kochamy tradycyjną góralszczyznę, ale też nie chcielibyśmy, byś stał się reliktem przeszłości, kiedy świat pędzi do przodu. Mamy kompletną dziurę w głowie, podobną jak ta wycięta w Twojej podhalańskiej gazecie.

I tak na marginesie wiemy oczywiście, że pomnik przy oczku wodnym ma zupełnie inny zamysł, i że nie jest to pomnik górala, lecz Tygodnika Podhalańskiego. Jednak nic nie poradzimy na to, że pobudza naszą wyobraźnię i uczucia w innym kierunku.

Pomnik Tygodnika Podhalańskiego przy oczku wodnym na Krupówkach

Prawie już przy końcu deptaka na ul. Krupówki, napotykamy budynek, który uświadamia nam, że architektura Zakopanego mogła teraz wyglądać zupełnie inaczej. Jest to....

Poraj
ul. Krupówki 50

Próbował zachować tożsamość góralskiej kultury Witkiewicz i udało mu się to zrobić, aczkolwiek na chwilę. Jesteśmy obok trzykondygnacyjnej, drewnianej willi o oryginalnej architekturze. Nosi ona nazwę „Poraj” i reprezentuje ona szwajcarski styl w budownictwie, który mógł wyprzeć oryginalną, tutejszą zabudowę góralską. Nie mówimy, że jest brzydka, wręcz przeciwnie podoba się nam, ale czyż nasze polskie nie jest piękniejsze? W początkach swojego intensywnego rozwoju Zakopane było narażone, na wpływu zewnętrzne w budownictwie, jak też kulturze i tradycji. Zakopane przyjmując gości z różnych stron narażone było na wpływy zewnętrzne. Stworzony styl zakopiański pozwolił wtedy zachować urok i swoisty indywidualizm Zakopanego, lecz czy udaje się to teraz?

Willa Poraj
Willa Poraj.

W tym miejscu kończymy wędrówkę po starym Zakopanym. Nie udało się nam oczywiście wszystkiego zobaczyć w ciągu jednego, krótkiego dnia. Pozostało jeszcze wiele ze starego Zakopanego i nie trzeba żadnego pretekstu, aby wrócić na zakopiańskie uliczki. A gdy to znów zrobimy, ponownie oddamy się pasji poznawania tego niezwyczajnego miasta i jego nieprzeciętnej historii, a później podzielimy się swoimi przeżyciami i wrażeniami.

Ściemnia się już i wracamy na Gubałówkę, do naszej bazy noclegowej.



Portret Tytusa Chałubińskiego
(autor Stanisław Witkiewicz).
Rok 1873 odcisnął się w historii Zakopanego bardzo pamiętnie. Nie był to kolejny, zwyczajny rok, bo to co działo się później było już inną epoką. Wtedy to jesienią wybuchła na Podhalu epidemia cholery. Jakimś trafem losu zbiegła się ona z przyjazdem do Zakopanego słynnego warszawskiego lekarza dr Tytusa Chałubińskiego. Jego ofiarna pomoc w tłumieniu epidemii był nieoceniona, nie tylko jako lekarza, ale też jako zwykłego człowieka służącego innym. Ks. Stolarczyk wspomniał to w mowie pogrzebowej, jak Chałubiński sam „przenosił chorych zarażonych cholerą” i „jak sam urządzał im posłania”. Od tych tragicznych wydarzeń Chałubiński już na zawsze pozostał lekarzem, przyjacielem i opiekunem górali. Odtąd też zaczął corocznie przyjeżdżać na wakacje do Zakopanego, a górale każdorazowo witali go z niezwykłym entuzjazmem. Wkrótce też, w 1887 roku osiadł pod Giewontem na stałe, a dwa lata później rozpoczął w Zakopanem budowę własnego domu o nazwie „Swoboda”.

W owym czasie turystyczne walory Zakopanego były już znane, ale prawdziwy impuls w popularności Zakopane zawdzięcza warszawskiemu lekarzowi, który dostrzegł, że Tatry to nie tylko piękne góry, kuszące nieprzeciętnymi krajobrazami, ale też otoczone nieskażoną naturą i czystym powietrzem. Stał się głównym propagatorem Zakopanego jako cudownej miejscowości leczącej gruźlicę i już w roku 1886 zostało ono oficjalnie uznane za uzdrowisko. To dało impuls do budowy sanatoriów. Powstał zakład leczniczy przeznaczony do kąpieli żużlowych oraz iglicowych. Pensjonariuszom udostępniono ciepłe źródła. Zakopane polecane było też osobom cierpiącym na reumatyzm, choroby serca, anemię i nerwicę.

Dzięki swojemu położeniu Zakopane stawało się nie tylko ważnym ośrodkiem turystycznym, ale też urosło do ważnej miejscowości uzdrowiskowej. Szukając sprzymierzeńca w walce z chorobą przyjeżdżali też do Zakopanego ludzie sławni i wybitni. Tu jednak za sprawą swoistej, podhalańskiej kultury, niezwyczajnych tatrzańskich klimatów znajdowali coś więcej, oprócz panaceum na chorobę. Fascynowali się góralszczyzną, która odciskała trwałe piętno na ich życiu, czy też twórczości.

Poznajmy przynajmniej niektórych z nich i miejsca gdzie mieszkali, a znajdziemy je niedaleko nas. Idąc w górę ulicy Kasprusie dochodzimy do miejsca, gdzie stoi...


Dom Matlakowskiego
ul. Kasprusie 15

Dom ten nie był oczywiście własnością Władysława Matlakowskiego, ale zamieszkał w nim niedługo przed śmiercią, tworząc pierwsze w historii i wciąż cenne źródła wiedzy o budownictwa i rękodziełach górali podhalańskich, które stały się inspirację do stylu zakopiańskiego. Zacznijmy jednak od początku, bo w historię Zakopanego Matlakowski wpisał się trwale dopiero u schyłku swojego krótkiego życia.

Władysław Matlakowski urodził się 19 listopada 1851 roku w Warce pod Warszawą. Od lat młodzieńczych emanował ponadprzeciętnością. Talent, wespół z pracowitością sprawiły, że szybko stał się znakomitym chirurgiem, powszechnie uznanym i cenionym. Wykorzystywał skutecznie nowatorskie na owe czasy sposoby leczenia jak laparotomia, kiedy to przeżycie leczonych tą metodą zaliczano do sukcesów.

Wybitną pozycję zapewniła mu też działalność naukowa, w wyniku której wydał około 120 prac. Cechowała go jednocześnie niebywała bezinteresowność i oddanie w pełnionej przez siebie misji, co podkreślił jego wieloletni współpracownik Roman Jasiński ze Szpitala Dzieciątka Jezus w Warszawie:
Ileż to razy sam, mocno chorym już będąc, w nocy przybiegał do szpitala, by się naocznie przekonać, co się dzieje z biedakiem, którego w dzień operował. Z domu rosół do niego przynosił lub butelkę dobrego wina w razie, gdy sądził, że dosyć dobrego napoju szpital choremu dać nie będzie w stanie. Na własnych rękach, z wysiłkiem największym, bardzo często dźwigał ten samarytanin prawdziwy chorą jaką np. żebraczkę, troszcząc się o to, że, jak on sam tego nie zrobi, to inni mogą jej mimowoli, przez nie dość zręczne wzięcie, bólu przysporzyć.
Wielu zawdzięcza mu życie, wielu wyleczył, wielu pomógł. Pomóc jednak nie był w stanie sobie. Cierpiał na gruźlicę, ujawnioną u niego w 28 roku życia. Podejmował walkę z chorobą wyjeżdżając do różnych miejscowości klimatycznych. W 1883 roku pierwszy raz zetknął się z Tatrami, kiedy zdecydował się wyjechać na kurację do Szmeksu, czyli obecnego Smokowca na Słowacji. Pod Tatry wrócił rok później - za poradą Tytusa Chałubińskiego przyjechał na kurację do Zakopanego.

Zakopane, które wtedy dopiero wyrastało z małej góralskiej wioski na kurort uzdrowiskowy, a w szczególności jego kultura bardzo urzekły lekarza. Od roku 1886 zaczął systematycznie przyjeżdżać na kuracje klimatyczne do Zakopanego, a gdy 1891 roku rozwój gruźlicy zmusił go do porzucenia pracy zawodowej, mieszkał w Zakopanem prawie na stałe, aż do wiosny 1893 roku. Znalazł tu ukojenie w chorobie, a piękno gór i oryginalność kultury góralskiej sprawiły, że oddał się jednej ze swoich pasji - etnografii. Stał się jednym z pierwszych badaczy podhalańskiej kultury i stworzył tu najbardziej wartościowe dzieła w tej dziedzinie: „Budownictwo ludowe na Podhalu” oraz „Zdobienie i sprzęt ludu polskiego na Podhalu”. Te do dziś bezcenne dzieła, stanowią podstawowe źródła wiedzy o tradycyjnej kulturze materialnej Podhala i Tatr.

Na obszernym ganku domu Teresy Soboniowej przy ul. Kasprusie 15, położonego wtedy wśród łąk i gajów, z pięknym widokiem na góry, lubił spędzać całe dnie. Oddawał się tu też innej pasji, jaką była literatura piękna, a zwłaszcza poezja. Zajmował się także malarstwem, ornitologią i botaniką. Pracował również nad przekładem na język polski „Hamleta” Williama Shakespeare'a. Mówiono o nim - lekarz z duszą artysty. W Zakopanem przyjaźnił się m.in. z Tytusem Chałubińskim, Marią i Bronisławem Dembowskimi, Zygmuntem Gnatowskim, Erazmem Majewskim, Lucjanem Malinowskim, Stanisławem Witkiewiczem. Niewątpliwie można powiedzieć, że studia Matlakowskiego nad kulturą Podhala stały się inspiracją dla Witkiewicza w jego pracach nad stylem zakopiańskim.

Dom Matlakowskiego.

W 1893 roku nie chciał już narażać żony na rozłąkę z bliskimi z jej rodzinnych stron, ze Zbijewa na Kujawach. Być może sam utracił nadzieję, że w jego przypadku klimat górski może jeszcze pomóc i postanowił wrócić do Zbijewa.

Na początku kwietnia, w piękny, słoneczny poranek nastąpiło pożegnanie rodziny Matlakiewiczów. W imieniu licznych przyjaciół pożegnania dokonała Maria Witkiewiczowa. Była to wzruszająca chwile, ale też wyczuć można było ogromną powagę, bo każdy miał świadomość, że może to być pożegnanie ostatnie.

W 1895 roku rozpoczęło się drukowanie przetłumaczonego „Hamleta”. Dzieło to przypisał w druku swojej żonie Juli, a otrzymany pierwszy egzemplarz kazał oprawić i jako spóźniony podarek imieninowy ofiarował ze wzruszającą dedykacją:
Wśród długiego pasma bogatych i do nieskończoności rozmaitych wrażeń i rozkoszy, jakich doświadczyłem w życiu, poznając wiedzę tajemniczą i jej cudowne prawa, głębokie zależności; poznając przyjaźń wymarzoną; pogrążając się w cudne życie codzienne, podziwiając nienasycenie przyrodę wiecznie inną, wiecznie piękną; zwyciężając siebie, doskonaląc się świadomie, zdobywając ten świat - przydarzyło mi się to rzadkie szczęście, że przez Ciebie długi czas byłem zupełnie szczęśliwy.

We wszystkich ważnych momentach: czy w niebezpiecznych chwilach operacji, czy w chwili tryumfu, czy w czasie oderwanego myślenia, czy rozkoszowania się przyrodą stawała mi zawsze Twoja postać jasna, prosta, pogodna, piękna, która tak się zlała z moim życiem, że nic dziwnego, iż to dzieło, w którym zawarłem wiele drogich myśli- Tobie przypisuję. Przyjm - najdroższa, na pamiątkę, i chowaj -

twój Władysław
Zbijewo 19.VI.1895
Tydzień później, 26 czerwca 1895 roku zmarł, nie skończywszy 45 lat. W pamięci pozostał jako niepospolity człowiek swojej epoki, o którym Stefan Żeromski pisał: „Ogromnie kocham Matlakowskiego, bo to jest doskonały ja. Ma te same myśli, taki sam pogląd na świat, na rzeczy kochane, (…) wszystko go zachwyca, co mnie, a że jest prawdziwie głęboko mądry i wykształcony, więc mi z nim było ogromnie dobrze. (…) Gadaliśmy na ganku o srokach, ślinogorzach, o narzeczu ludowym - i widziałem, że mię lubił. Ach, jaki to człowiek! Gdybym ja był takim”.

Parę kroków wyżej, po tej samej stronie ulicy Kasprusie, ale bliżej potoku Młyniska stoi...

Willa „Atma”
ul. Kasprusie 19


Willa ta powstała w wyniku rozbudowy domu wybudowanego tu przed 1894 rokiem przez Józefa Kasprusia-Stocha, który wcześniej wykonywał prace snycerskie przy budowie witkiewiczowskiej "Koliby". Uzyskany w ten sposób zarobek pozwolił mu na rozbudowę własnego domu i otwarcie w nim pensjonatu, który został później nazwany „Atma” przez dwie nieznane pensjonariuszki i tak już zostało do dziś. Kierowały się zapewne położeniem budynku w malowniczej dolince Potoku Młyniska i tym co można poczuć przebywając tutaj, bowiem słowo „Atma” wywodzące się z sanskrytu oznacza błogi stan duszy - nirwanę.

Przed willą „Atma”.

W okresie od 24 października 1930 roku do 1936 roku willę „Atma” wynajmował Karol Szymanowski - mieszkał w niej do listopada 1935 roku. Styczność z Zakopanem i Tatrami miał jednak już dużo wcześniej. Rodzice Karola, Anna i Stanisław Szymanowscy, wychowywali go w duchu zakopiańskości. Przyjeżdżali tu, gdy Karol miał kilkanaście lat. Pierwszy pobyt Karola przypuszczalnie miał miejsce w 1894 roku, czyli gdy miał 12 lat. Zamieszkali wtedy na Krupówkach u siostry Anny Szymanowskiej - Heleny Kruszyńskiej. Karol Szymanowski był częstym gościem Zakopanego, a spowodowane było to nie tylko zauroczeniem podhalańską kulturą, ale wynikało również z zaleceń lekarskich, bowiem już we wczesnych latach wykryto u Szymanowskiego gruźlicę. Podróżował zatem z rodzinnego domu w Tymoszówce na Ukrainie do dalekiego Zakopanego, które posiadało znakomite walory klimatyczne, zalecane do leczenia tej śmiertelnej wówczas choroby. Szybko związał się z zakopiańskimi artystami, brał czynny udział w wydarzeniach kulturalnych, tworzył i pracował, tworząc tu najświetniejsze swoje utwory.

Od najmłodszych, dziecięcych lat Szymanowski zapoznawał się z folklorem góralskim. Jego oryginalny urok i niezwykłość miał ogromny wpływ na twórczość. Pisał o nim: „gdy się pojmie prawdziwą góralska pasję do nadawania plastycznych kształtów wszystkiemu, co Górala w życiu otacza, gdy się przeniknie te chropawe, kanciaste, jakby w opornym głazie kute formy, ukazuje się w tej muzyce prawdziwe oblicze nieugiętego, twardego, specyficznie góralskiego 'liryzmu', przedziwna 'epickość' spokojnie falującej powierzchni i głęboko na dnie ukryta, teatralna niemal 'dramatyczność' treści, znajdująca swój wyraz w tańcu.

Wszystkie uczucia, jakimi Szymanowski obdarzył Podhale i jego mieszkańców można usłyszeć w jego znamienitym dziele, balecie-pantomimie zatytułowanym „Harnasie”. A wszystko zaczęło się pewnego wieczora w sierpniu 1922 roku, kiedy to jak po latach opowiadał znany przewodnik tatrzański Wojciech Wawrytko:
Pojechali my se z Józke Gróbarze na stacyje wiecorem, coby poźreć kielo tam przýjechało gości w Zakopane. I tak łazime se po stacyji, łazime, łazime. Za peronem na ostatku patrzyme: jakisi pon łazi, troske kulawi na noge. No i pytomy się go, cego suko. On gado, ze by fcioł jakiś pokój wynajońć, niedaleko miasta, ale on gado, zeby z fortepijanem. No, to moze być i z fortepijanem. Pojechali my śnimi razem do tego gazdy do Bukowiana, zaroz sie zgodzili no i on wynajon. Pocenstunek był od razu. My nie wiedzieli co to za pon, co by fciał tu w Zakopanem robić i jak sie nazywo. Zaraz nam doł nazwisko, jak sie nazywoł - Karol Szymanowski, kompozytor. No, zeby fciał coś napisać, koniecnie jakieś wesele góralskie.
Rok później, Karol Szymanowski wraz z Wojciechem Wawrytką pełnił rolę pytaca i drużby na weselu Heleny Gąsienicy-Roj z Mieczysławem Rytardem, gdzie ostatecznie skonkretyzował się pomysł baletu, którego scenariusz podsunęli Rytardowie. Na weselu bawili się „pany” z Krakowa i miejscowi górale, bawił się też Szymanowski, pijąc wódkę z każdym zaproszonym gościem (co było obowiązkiem drużby) i notując skrzętnie góralskie nuty.

Tydzień później znów się bawił na kolejnym weselu. Przyprowadzony przez Józefa Krzeptowskiego i Wojciecha Wawrytkę, tym razem bawił na weselu córki Józefa Kasprusia-Stocha, Zofii ze Stanisławem Walczakiem, w góralskim domu „Atma”. Kompozytor wtedy nawet nie przypuszczał, że za kilka lat w nim zamieszka.

I tak podsłuchując góralskie grania, Karol tworzył wielkie dzieło swojego życia, które poznać miał cały świat, ale jeszcze za parę lat. Pracę artystyczną łączył teraz z częstymi, zdrowotnymi pobytami w Zakopanem. W 1930 roku postanowił osiąść w Zakopanem na stałe, w znanej już mu willi „Atma”. Pierwszego dnia napisał wtedy do matki:
Mamunieczko najdroższa, oto właśnie pierwszy wieczór siedzę nareszcie u siebie! Skromny, góralski dom (niedaleko „Czerwonego Dworu”), ale b. miły i przytulny. Mam 4 pok. Sypialny, jadalny, gabinet i mały gościnny. Oprócz tego porządny pokoik dla Felka i kuchnia. W gabinecie sofa dla jeszcze jednego ewent. gościa. Bardzo mi się tu podoba. Gazdowie znani tu, porządni ludzie (Obrochtowie - synowiec Bartka).
Willa „Atma”.

W Zakopanem Karol Szymanowski poznał Witkacego, Stefana Żeromskiego, Artura Rubinsteina, a odwiedzali go też inni znani artyści jak Jarosław Iwaszkiewicz, Jan Lechoń, Paweł Kochański, Serge Lifar. Wciąż pracuje. Tu kończy m.in. ośmioletnią pracę nad baletem Harnasie. 5 listopada 1935 roku opuszcza Zakopane i przez Warszawę udaje się do Paryża, gdzie trwały przygotowania do premiery Harnasiów. Wtedy też dowiaduje się od lekarzy, że gruźlica zaatakowała już krtań, a klimat Zakopanego już mu nie służy, wręcz przeciwnie jest dlań zbyt ostry. Powrót pod Giewont, do Tatr stanął pod znakiem zapytania. Do końca łudził się nadzieją powrotu do „Atmy, gdzie czuł się naprawdę u siebie. Niestety. Rozwój choroby był nieubłagany. Zmarł 29 marca 1937 roku, widząc przez okno ośnieżone szczyty Alp.

Dziś w „Atmie” znajduje się Muzeum Karola Szymanowskiego. Otwarto je 1976 roku, dzięki kilkuletniej zbiórce pieniężnej, która umożliwiła wykupienie willi w 1972 roku od Zofii Walczakowej.

Wracamy na ulicę Kasprusie, którą idziemy w górę jeszcze jakieś 100 metrów, po czym skręcamy w lewo na ulicę Władysława Orkana. Przechodzimy przez most nad potokiem Młyniska. Wchodzimy do dzielnicy Wilcznik. Przed budynkiem szkoły podstawowej skręcamy w prawo, po czym znów w lewo przed szara kamienicą z numerem 13, która przed wojną była własnością Tadeusza Sendzimira - wybitnego inżyniera metalurga, którego imię nosiła po 1990 dawna Huta Lenina w Nowej Hucie. Idąc dalej mijamy po prawej przedwojenne domy mieszkalne i osiedle bloków, a po lewej stadion sportowy oraz budynek kina Sokół... ale, ale to nie koniec naszej wędrówki po starym Zakopanem! To tylko najzwyklejszy głód, którego dokuczliwość zmusza nas do pośpiesznego udania się do jednej z tutejszych karczm.

Dom Tadeusza Sendzimira.
Karczma przy ul. Nowotarskiej.
Żegnamy się, ale tylko na chwilę.

...ciąg dalszy...

Wnętrze karczmy.
Po północnej stronie Tatr pierwsi przewodnicy pojawili się z początkiem XIX wieku, dużo później niż po drugiej stronie Tatr. Nieujarzmiona natura i niedostępność północnej strony Tatr długo odstraszała badaczy i turystów przed napływem. Z tej strony Tatr, trudne i surowe warunki sprawiały, że długo trzeba było czekać, by rozwijająca się tu osada mogła stanowić zaplecze i bazę dla górskich wypraw.

Trasa naszego spaceru zaprowadzi nas teraz do miejsc, gdzie wykrystalizowali się jedni z pierwszych przewodników, gdzie tradycja przewodnictwa tatrzańskiego zaczynała zapuszczać swoje korzenie. Zobaczymy obejścia dawnych kłusowników, którzy stali się najznamienitszymi, wysoce cenionymi przewodnikami, idolami dla kolejnych pokoleń przewodnickich. Bez nich górska turystyka tatrzańska nie miałaby szansy zaistnieć. W tych pionierskich czasach nie było przecież znakowanych szlaków, schronisk górskich i map turystycznych. Dziś czasy są zupełnie inne, a przewodnictwo tatrzańskie ma nieco inny wymiar, ale wtedy bez przewodnika w Tatry nikt nie wybierał się.

W tatrzańskiej historii wybitnych przewodników było wielu. Niestety nie będziemy w stanie ich wszystkich wymienić na łamach naszego skromnego bloga. Spróbujemy jednak dotrzeć do tych, po których pozostały w Zakopanem ślady bytności - chaty i obejścia, które dzięki swojej solidności przetrwały do dziś.

Z ulicy Kościeliskiej, skręcamy w prawo na Drogę do Rojów, która za chwilę gwałtownie skręca na lewo. W tym miejscu na wprost odchodzi ulica Sobczakówka, którą kontynuujemy spacer schodząc nieco niżej, do niepozornej chaty stojącej po lewej stronie drogi. Jest to...

Dom Maciej Sieczki
ul. Sobczakówka 5

Przy ulicy Sobczakówka 5 stoi niepozorny dom jednego z najwybitniejszych przewodników tatrzańskich - Macieja Sieczki, urodzonego 3 kwietnia 1824 roku w Zakopanem. Istniejący do dzisiaj dom Maciej Sieczki został oczywiście przebudowany i rozbudowany. Na jego wschodniej ścianie od ulicy umieszczono tablicę z napisem: „W tym domu u sławnego przewodnika Macieja Sieczki mieszkali poeci Seweryn Goszczyński i Adam Asnyk w latach 1873 i 1897”. Mieszkali u niego też inni wybitni ludzie jak np. Walery Eljasz-Radzikowski w 1868 roku. Wielu, których prowadził w Tatrach wspomina, jak Sieczka zadziwiał ich rzeczową wiedzą o Tatrach i regionie, choć nie umiał czytać i pisać. Pracą i oszczędzaniem dorobił się godnego obejścia, jak na ówczesne czasy. Jego dom mieszkalny składał się z sieni , wielkiej „czarnej” izby (przeniesionej z Polanki położonej u wylotu Małej Łąki), „białej” izby oraz „wyżki”, którą wynajmował gościom.

Dom Macieja Sieczki.

Maciej Sieczka, był jednym z pierwszych, który prowadził turystów w góry. Był przewodnikiem wybitnych badaczy Tatr i taterników, m.in. Eugeniusza Janoty, Maksymiliana Nowickiego, ks. Józefa Stolarczyka, Walerego Eljasza-Radzikowskiego, Adama Asnyka, Mieczysława i Jana Gwalberta Pawlikowskich, Tytusa i Ludwika Chałubińskich czy Leopolda Świerza. Gdy po utworzeniu Towarzystwa Tatrzańskiego podzielono przewodników na trzy klasy, Maciej Sieczka został przydzielony od razu do pierwszej, dzięki czemu mógł turystów prowadzić na najtrudniejsze szczyty.

Po Tatrach prowadzał też wiele innych znanych osób. Był przewodnikiem Marii Konopnickiej, z którą był w Pięciu Stawach, nad Morskim Okiem i przy Stawie Smereczyńskim. „Wodził” też inne sławne kobiety, jak aktorkę Helenę Modrzejewską, czy też uznawaną za jedną z pierwszych polskich taterniczek, pianistkę Natalię Janothównę. W dniu 22.08.1883 roku pod przewodnictwem Sieczki, Janothówna jako pierwsza Polka zdobyła Gerlach, co w tamtych czasach stanowiło nie lada sensację. Jan Gwalbert Pawlikowski („Kilka wspomnień o tych, co dawniej po Tatrach chodzili”, „Taternik” 1925 rocznik X) wspominał później z humorem: „Sieczka opowiadał dyskretnie przyciszonym głosem, że nosiła skórzane hajdawery pod spódnicą, a nawet przy wejściach na szczyty, gdzie nie spodziewała się nikogo spotkać zabłóczyła spódnicę za siebie”. Trzeba wiedzieć, że Janothówna była jedną z pierwszych kobiet, które chodziły po górach w spodniach.

Prowadząc turystów, dokonał wielu wybitnych przejść:
  • I. wejście na Świnicę (1867, z Eugeniuszem Janotą),
  • jedno z wcześniejszych wejść na Lodowy Szczyt (1870),
  • II. wejście na Wysoką (1876, z Mieczysławem Pawlikowskim),
  • I. wejście na Mięguszowiecki Szczyt Wielki (1877, z Janem Gwalbertem Pawlikowskim),
  • wejście nową drogą od północy na Łomnicę (1878, z J. G. Pawlikowskim),
  • I. wejście na Mnicha (1880, z J. G. Pawlikowskim),
  • I. wejście na Jastrzębią Turnię (ok. 1880),
  • II. wejście na Durny Szczyt (1881, z J. G. Pawlikowskim),
  • I. wejście na Szatana (ok. 1880, z J. G. Pawlikowskim).
Sieczka oprócz przewodnictwa parał się również innymi zajęciami. Zakładał klamry wykonane w kuźnickiej hucie na wynalezionej przez siebie drodze na Wysoką, a także na Rysach i na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem. Budował też ścieżkę na Świnicę, brał udział w budowie szlaków w Tatrach, m.in. na Wrota Chałubińskiego (Zawracik) i z Liliowego na Zawory. Remontował schroniska w Roztoce i nad Morskim Okiem oraz prowadzące do nich drogi. Wmurował tablice upamiętniające Józefa Ignacego Kraszewskiego (Brama Kraszewskiego) i Kazimierza Kantaka (Brama Kantaka) w Dolinie Kościeliskiej.

Niezwykła postać Macieja Sieczki na trwałe wpisała się w pamięci miłośników tatrzańskiej przyrody, aczkolwiek góry poznał dzięki kłusownictwu. Polował na kozice, jak też razem z Sabałą na niedźwiedzie. Jednak, gdy uchwalono ustawę o ochronie kozic i świstaków, od razu stanął w szeregach ich strażników. Funkcję strażnika pełnił przez wiele lat, najpierw z Jędrzejem Bachledą Walą starszym, potem ze Stanisławem Sobczakiem, a następnie z Bartkiem Obrochtą. Kłusownicza przeszłość Sieczki z pewnością miała wpływ na jego przewodnickie umiejętności, o czym wspomina Władysław Ludwik Anczyc: "Sieczka spędziwszy młodość na kłusownictwie, tyle na tem zyskał, że poznał najniedostępniejsze zakątki Tatr i wyszedł na najlepszego przewodnika".

Maciej Sieczka ciekawie tłumaczył chęć chodzenia po górach. Prowadząc na szczyt Granatów Ks. Eugeniusza Janota tak rzekł: „Co też to w tym jest, że gdy człek na dole, to go coś ciągnie na te wirchy, a gdy tu stanie, na tych wirchach, to mu jakosi tęskno i znowu rad by być dołu...”, a po chwili odrzekł sam sobie „Może i to, że człek ma duszę, która nie jest z tej ziemi, i tu nie jej ojczyzna, ale hań w niebie... więc to nas ciągnie na te wirchy, ale ciało należy do ziemi, to już tu zostać musi, więc ono znów z wirchów ciągnie dołu”.

Pamięci Macieja Sieczki Adam Asnyk poświęcił utwór „Maciejowi Sieczce, przewodnikowi w Zakopanem”, w którym opisywał jego szlachetny charakter. Czynił to także Eugeniusz Janota, podkreślając jego słowność, trzeźwość, religijność i dążenie do poszerzania wiedzy. Klimek Bachleda uważał Sieczkę za swojego mistrza. Od 1961 roku przełęcze leżące w głównej grani Granatów noszą nazwę: Skrajna, Pośrednia i Zadnia Sieczkowa Przełączka. Jego imię nosi także Krakowskie Koło Przewodników Tatrzańskich.

Maciej Sieczka zmarł w Zakopanem w dniu 25 września 1897 roku na skutek ciężkiej choroby. Mogiła przewodnika znajduje się na Cmentarzu Zasłużonych na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem.

"Maciej Sieczka, przewodnik po Tatrach" – ilustracja Walerego Eljasza-Radzikowskiego

Wracamy z powrotem w kierunku Drogi do Rojów, do miejsca gdzie skręca ona nagle na zachód. My też skręcamy w tym kierunku i za chwilkę po lewej stronie widzimy...

Dom Rojów
ul. Droga do Rojów 13

Stoimy przed domem gospodarza ze starego zakopiańskiego rodu - Jana Gąsienicy-Roja. Był on leśnikiem. Jego żona Agnieszka z Obrochtów była siostrzenicą skrzypka i znanego przewodnika tatrzańskiego Bartłomieja Obrochty. Jednym z ośmiorga ich dzieci była Helena, od wczesnych lat zafascynowana kulturą podhalańską i tradycjami góralskimi. W wieku 18 lat napisała pierwszą własną sztukę „Jak czarownice pasowały Janosika na zbójnika”. Szybko stała się cenioną artystką ludową i popularyzatorką kultury góralskiej, jedną z najbardziej twórczych osobowości pierwszej połowy XX wieku w Zakopanem.

Dom Rojów.

W tymże domu w dniu 24 kwietnia 1923 roku odbyło się huczne wesele Heleny Rojówny z warszawskim literatem Mieczysławem Kozłowskim znanym pod pseudonimem „Rytard”. W skali Podhala było to wesele na miarę tego w Bronowicach. Do historii przeszli drużbowie, a byli nimi Wojciech Wawrytko i Karol Szymanowski. Wśród gości zobaczyć można było: Annę i Jarosława Iwaszkiewiczów, Witkacego, Zofię i Karola Stryjeńskich, Augusta Zamoyskiego, Mieczysława Grydzewskiego, Juliusza Zborowskiego i Jana Gwalberta Henryka Pawlikowskiego. Obok nich siedzieli sąsiedzi i przyjaciele - przedstawiciele starych góralskich rodów. Gościom weselnym przygrywał „sam Bartuś Obrochta ze swą kapelą, miotając najprawdziwszą orgią melodii i harmonii, zawsze tych samych, a ciągle zmiennych, jak powierzchnia potoku, którego szum dochodził przez otwarte okna do izby”, jak pisał jeden z gości - prof. Adolf Chybiński.

Dla zainteresowanych:
Helena Roj-Kozłowska przeszła do historii Podhala jako wybitna regionalistka, animatorka zespołów góralskich i twórczyni teatru regionalnego, współautorka kilku książek i libretta do baletu „Harnasie” Szymanowskiego, malarka na szkle. Dziś spoczywa na Pęksowym Brzyzku. W domu rodzinnym mieszka jej syn Jan (ur. 1941 r.), zawodowy ratownik i wybitny przewodnik tatrzański. Tradycje przewodnickie podtrzymują również dzieci Jana, a zarazem wnuk i wnuczka Heleny, Jan (jr) i Helena, oraz wnuczka Helena, także przewodniczka.

Pociągająca historia i przewodnickie tradycje rodziny Gąsieniców Rojów splatają się w rodowej genealogii ze słynnym przewodnikiem tatrzańskim Wojciechem Rojem, urodzonym 3 stycznia 1839 w Zakopanem. Zanim Wojciech zasłynął jako przewodnik, wyrastał pomagając rodzicom na gospodarce. Szybko zaczęto mówić o nim, że jest urodzonym gospodarzem. Ale gdy gospodarka nie dawała zbyt wiele „postawił przy domu kuźnię i dorabiał kowalką te dutki, których chudy owiesek nie dawał” – jak opisywał Jan Gwalbert Pawlikowski – „Był człowiekiem zgoła niepospolitym. Nie lubiał mitrężyć ani chwili, żadnej pracy się nie hańbił i nie była takiej, którejby - kiedy się jej przypatrzył - nie umiał zrobić doskonale. Kosa - to kosa, siekiera ciesielska - to siekiera, młot kowalski - to młot, nawet ślusarka i kilof górniczy nie były mu obce; przewodnictwo - to przewodnictwo, służba - to służba”.

Nim jednak zaczął chodzić jako przewodnik, praktykował u starszych, doświadczonych przewodników, Macieja Sieczki i Szymona Tatara starszego. Natomiast prawdziwa era przewodnicka rozpoczęła się dla Wojtka w 1873 roku, gdy do Zakopanego przyjechał dr Tytus Chałubiński. Ten szybko przekonał się do jego niezwykłej osobowości oraz umiejętności. Razem stali się nierozłącznymi towarzyszami wędrówek górskich. Wojciech lśnił kunsztem przewodnickim i organizatorskim. Potrafił oprowadzać po górach, a też umiał o nich ciekawie opowiadać. Ceniony był za talent organizatorski, kulinarny, a także za życzliwość i troskę o towarzyszy wędrówki. Ciekawa osobowość, umiejętności gawędziarskie i inteligencja Wojciecha Roja sprawiły, że jako przewodnik znalazł uznanie wśród wielu innych wybitnych osobistości, m.in. Władysława Ludwika Anczyca, Henryka Sienkiewicza, Bronisława Dembińskiego, Jana Kasprowicza.

Przewodnicy tatrzańscy, ok. 1877 r.,
od lewej: Wojciech Roj, Jędrzej Wala młodszy, Jędrzej Wala, Szymon Tatar i Maciej Sieczka
(fot. Awit Szubert) [Public Domain].

Do jego największych osiągnięć wspinaczkowych Wojciech Roja zaliczyć należy:
  • wejście nową drogą na Gerlach (1874, z Tatarem i ks. Stolarczykiem),
  • I. wejście na Mięguszowiecki Szczyt Wielki (1877, z Sieczką i Chałubińskim),
  • II. wejście na Baranie Rogi (1884, z Karolem Potkańskim i Ludwikiem Chałubińskim, synem Tytusa).
W końcu nadszedł w życiu Wojciech Roja nowy okres, który sprawił, że przewodnictwo zeszło na drugi plan. Stało się to wtedy, jak został głównym budarzem witkiewiczowskiego stylu. Szybko okazało się, że jako cieśla miał niepospolitą zdolność artystycznego pojmowania tego co budował. Wojciech Roj był tą osobą, dzięki której Witkiewicz jako twórcą nowego stylu mógł ziścić swoje marzenia, a najwspanialszym ze wszystkich dzieł jest z pewnością „Dom pod Jedlami”.

Wojciech Roj (Stanisław Witkiewicz, 1900)

Niestety, chorował na reumatyzm. Musiał zaprzestać zupełnie przewodnictwa górskiego. Los nie był litościwy i wkrótce oprócz choroby musiał znieść śmierć syna, córki i zięcia, a potem żony. Zmarł w wieku 85 lat. Pochowany został na Nowym Cmentarzu w Zakopanem.

Wracamy teraz na ulicę Kościeliską. Pogoda zmienia się. Wokół gęsto spadają duże płaty śniegu. Maszerujemy z powrotem mijając znane już nam chaty góralskie, szkołę Kenara. Dochodzimy do miejsca, gdzie od południa dochodzi ulica Ks. Stolarczyka. Skręcamy nią. Przechodzimy pod rozległym, niewysokim wzgórzem „Lipki” z wyciągami narciarskimi i łatwymi trasami, idealnymi do nauki jazdy na nartach. Ponad Lipkami zwykle wyniośle piętrzy się Giewont, lecz dziś zakrywają go nisko wiszące śnieżne chmury.

Lipki.

Idąc dalej ulicą Ks. Stolarczyka, po niespełna 5 minutach docieramy do ulicy Kasprusie, jednej z głównych arterii Zakopanego, powstałej już w XIX wieku, jako droga do Doliny Strążyskiej. Skręcamy w lewo na ulicę Kasprusie i po chwili dochodzimy do prostej, trochę oddalonej od drogi góralskiej chaty z numerem 16...

Dom Klimka Bachledy
ul. Kasprusie 16

Mieszkał tu Klemens Bachleda, jedna z najważniejszych postaci związanych z historią przewodnictwa, taternictwa i ratownictwa w Tatrach. Kto o nim nie słyszał - niech się wstydzi. Nazywano go „królem przewodników tatrzańskich”. Klemens Bachleda, zwany powszechnie po prostu Klimkiem współtworzył to, co dziś nazywamy legendą Tatr.

Dom Klimka Bachledy.

Księga parafialna „Liber natorum et baptisatorum” pod pozycją nr 91 i datą 13 listopada 1851 głosi: Klemens Bachleda, syn Zofii Bachledy Galian, ojciec nieznany, urodził się 13 listopada 1951 roku. Ochrzczony został przez księdza Józefa Stolarczyka trzy dni później 16 listopada, a rodzicami chrzestnymi byli Bartłomiej Gąsienica i Zofia Gąsienica.

Los nie szczędził go w dzieciństwie. Nie znał ojca, a matka zmarła mu, gdy miał 12 lat. Chował się u dziadków, pasł owce na halach i pracując na budowach uczył się stolarstwa. Na jakiś czas w poszukiwaniu pracy powędrował na Słowację, gdzie pracował m.in. jako górnik. Po odbyciu służby w armii austriackiej wrócił w 1873 roku do Zakopanego. Był to, jak wiemy przełomowy rok dla rozwoju Zakopanego, gdyż wtedy zagościł w nim jego pierwszy wielki popularyzator - dr Tytus Chałubiński. Ale było to też rok tragiczny w historii osady, gdyż jesienią tego roku zapanowała tu epidemia cholery. Klemens Bachleda, nie bacząc na to, iż sam może paść ofiarą zarazy ofiarnie pomagał Tytusowi Chałubińskiemu w jej opanowaniu - pielęgnował chorych i grzebał zmarłych.

Później dał się poznać jako znakomity cieśla, uczestnicząc w budowie willi „Koliba”, a także kilku innych projektów w stylu zakopiańskim. W tym samym czasie w Zakopanem rozwijał się ruch turystyczny, a wtedy w dzikie ostępy górskie nikt nie chodził bez przewodnika. Klimek zanim został przewodnikiem chodził na wyprawy najpierw jako tragarz i pomocnik. Był tzw. „chłopem pod torbę” -jak wówczas o takich mówiono. Uczył się od starszych przewodników, którzy otaczali Chałubińskiego, a więc Macieja Sieczki, Jędrzeja Wali starszego i młodszego i Wojciecha Roja. W 1886 roku został przewodnikiem I klasy.

Posiadał niezwykły dar orientacji w trudnym skalistym terenie górskim. Niezależnie od walorów przewodnickich, ceniony był również za zalety charakteru, takie jak takt i kultura, odwaga połączona z rozwagą, a także ofiarność, uczynność, pracowitość i uczciwość. Nierzadko chodził po górach samotnie, poszukując nowych dróg i poznając szczegóły przejść skalnych, którymi później prowadził swoich klientów lub wspinał się z wybitnymi taternikami. Wszystko to sprawiało, że był wziętym przewodnikiem wśród wybitnych turystów i taterników: Karola Potkańskiego, Edmunda Cięglewicza, Jana Fischera, Kazimierza Przerwa-Tetmajera, Ferdynanda Hoesick, Stanisława Eljasz-Radzikowskiego, Franciszka Henryka Nowickiego, Janusza Chmielowskiego, Mieczysława Karłowicza, ks. Walentego Gadowskiego, Tadeusza Boy-Żeleńskiego, Henryka Sienkiewicza.

Klimek Bachleda

Długa jest też lista jego taternickich osiągnięć:
  • I. wejście na Staroleśny Szczyt (1892, m.in. z Janem Bachledą Tajberem, Kazimierzem Przerwą-Tetmajerem, Tadeuszem Żeleńskim-Boyem),
  • I. wejście na Durny przez Klimkową Przełęcz (1893, z Janem Fischerem, Michałem Siedleckim, Józefem Gąsienicą Gładczanem),
  • I. wejście na Ganek (1895, z Władysławem Kleczyńskim, Józefem Gąsienicą),
  • I. wejście na Zadni Gierlach (1895, z Januszem Chmielowskim),
  • I. wejście na Rumanowy Szczyt (1902, z Jakubem Bachledą i Januszem Chmielowskim),
  • I. wejście na Wschodnią Batyżowiecką Przełęcz (1903, z Januszem Chmielowskim, Adamem Kroeblem i Jakubem Bachledą),
  • I. wejście na Zadniego Mnicha (1904, z Januszem Chmielowskim),
  • I. wejście na Kaczy Szczyt (1904, z Januszem Chmielowskim),
  • I. wejście na Kozie Czuby (1904, z Walentym Gadowskim oraz Jakubem Wawrytko st.),
  • I. wejście na zachodni szczyt Żelaznych Wrót (1905, z Jakubem Bachledą).
Dokonał także pierwszych zimowych wejść na:
  • Gierlach (15.01.1905 z Januszem Chmielowskim, Karoly Jordanem, Janem Franzem i Paulem Spitzkopfem)
  • Bystrą (przez Przełęcz Pyszniańską i Błyszcz, w lutym 1905, z Adą Świderską i towarzyszami).

Klemens Bachleda był pierwszym z górali, który nauczył się jazdy na nartach, a był już wtedy po pięćdziesiątce. Jako stolarz sam sobie zrobił narty. Nestor polskiego narciarstwa Stanisław Barabasz, który w 1894 roku pojawił się w Zakopanem z nartami, dając początek zakopiańskiemu narciarstwu, wspomina:

Z górali pierwszy Klimek Bachleda zrozumiał wartość nart, zrobił je sobie sam, uprościwszy więźbę lilienfeldzką i nauczył się jeździć. On też odbywał wycieczki z obcymi turystami, gdy który tu w zimie zabłądził. Przybyła tu znana turystka, zdaje mi się z Pesztu. Klimek, jako umiejący po niemiecku, służył jej za przewodnika na Przełęcz Goryczkową. Pytaliśmy się później Klimka o tę wycieczkę, a wiedzieliśmy, że słabo jeździł. "Eh, co tu opowiadać, gdy stanęła na Goryczkowej, rozglądnęła się po Luptowie, założyła kij za kark i fukła dołu nazad ku szałasom, a ja stary musiałem się dopiero za nią poniewierać po śniegu”.
(Stanisław Barabasz, Wspomnienia narciarza)

Klimek jako pierwszy spośród polskich przewodników tatrzańskich, już ok. 1900 roku używał podczas wspinaczek liny (jak podają źródła o długości 12 m i przekroju 8 mm). Gdy inni przewodnicy raczej unikali śniegów, jako pierwszy z góralskich przewodników odegrał poważną rolę w zimowej eksploracji Tatr. Od 1904 roku zaczął używać jako pierwszy raków.

Gdy w październiku 1909 roku Mariusz Zaruski tworzył Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe, kunszt taternicki Klimka sprawił, iż zaproponowano mu stanowisko naczelnika. Ten jednak odrzekł, że duszy ludzkiej nie może wziąć na swoje sumienie. Został zastępcą i jednym z najbardziej ofiarnych ratowników. Jak się jednak okazało - nie na długo.

W życiu osobistym los nie był pomyślny dla Klimka. Wcześnie odumarła go żona, do której był bardzo przywiązany. Od tego czasu sam wychowywał trójkę dzieci, syna Józefa i córki Karolinę i Bronisławę. Innym przykrym wydarzeniem w życiu Klimka było oszustwo ze strony właścicielki pensjonatu w Zakopanem baronowej Izabelli Kronhelmowej, która skłoniła go do żyrowania jej weksla na sumę 6000 koron. I niestety stracił wtedy dorobek swego pracowitego życia, gromadzony z myślą o zapewnieniu przyszłości dzieciom.

Nadzwyczajna ofiarność i poczucie obowiązku Klimka Bachledy względem drugiego człowieka zabrały mu życie - ale taki już był Klimek Bachleda. Zginął w Tatrach 6 sierpnia 1910 roku w urwiskach Małego Jaworowego Szczytu, idąc na ratunek innemu taternikowi, mimo fatalnych warunków atmosferycznych, mimo nawoływań swojego naczelnika „Klimku, wracajcie!... Klimku, wracajcie!” Klimek znajdujący się 40 metrów dalej, obejrzał się tylko i machnął ręką wskazując żleb, którym chciał podejść jak najbliżej konającego Stanisława Szulakiewicza... i zniknął Zaruskiemu za żebrem. Wokół wciąż szalała przenikliwie lodowata ulewa, deszcz zmieszany ze śniegiem i lodem. Po chwili w żlebie rozległ się straszliwy łoskot kamiennej lawiny. W lawinie przyszła śmierć człowieka, śmierć, której nikt nie się nie spodziewał i nikt nie widział.

17 sierpnia 1910 roku odbył się na nowym cmentarzu pogrzeb Klemensa Bachledy. Zgromadził on wielotysięczny tłum mieszkańców Zakopanego i turystów, którzy przyszli pożegnać wybitnego przewodnika i ofiarnego ratownika górskiego. Obecni byli m.in. Henryk Sienkiewicz, hr. Władysław Zamoyski.
Wielki plac przed świątynią i ulice wypełniło ludzkie mrowie. Wszystko, co żyło w Zakopanem, przyszło oddać ostatnią przysługę bohaterskiemu Klimkowi.
Stary Michał Gąsienica-Szostak słusznie powiedział: - Tak chować nie bedom nigdy zodnego górala, bo na taki pogrzeb nikt se nie zasłuży.
Kiedy kondukt pogrzebowy przechodził ulicą Nowotarską w kierunku nowego cmentarza, czarna trumna w dymiących światłach pochodni jak żałobna arka unosiła się nad głowami niezliczonego tłumu.
relacja spod pióra Adama Pacha
Na mogile Klimka Bachledy ustawiono duży granitowy głaz z wyrytym napisem:

Poświęcił się i zginął”.

O Klimku
Hej! Zahucaly góry, scyty jaworowe,
Kie Klimek położył przewodnickom glowe.
Na trzy dni sie hole żałobom okryły...
Sumiała kosówka, smrecki sie zrosiły
Hej! Smrecki sie zrosiyly i zamilkły granie,
Bo orel spod Tater log na wicne spanie...
I głowe do twardy) skrzyzale przytulił.
Małe, wielkie turnie do łez az ozculil.
Ozculil turnice, by za nim płakały,
Z turnicami razem świat tatrzański cały...
Bylo za cym płakać, bo orła takiego
Nie zrodzom już pilno dlo świata nasego.
Choćby nie zrodziły, pamięć nie zaginie
O Klimku Bachledzie w tatrzańskiej dziedzinie!
(S. Gasienica-Byrcyn, zbiór „Myśli juhasa”)


Wracamy w górę ulicy Kasprusie...


Więcej informacji - kliknij na obrazek...
Łopiennik (1069) - Stryb (1011) - Hyrlata (1103)
24-26.11.2017
Bieszczady... ileż w nich odmienności w porównaniu do pozostałych polskich gór! Niezwykłe i magiczne o każdej porze roku. Majestatycznie wznoszą się ku błękicie nieba i obłokom. Najwyższe z nich tworzy grupa bezleśnych grzbietów pokrytych połoninami, bajecznymi łąkami, które w niższych partiach przechodzą wprost w naturalne lasy bukowo-jodłowe, z domieszką starych jaworów, czy świerków. Są też tajemnicze, lesiste masywy, rozdzielone głuszą dolin. Mówią, że przestają być dzikie, lecz tkwi w nich legenda. Urzekają pięknem i malowniczością krajobrazów o każdej porze roku. Nie tylko latem i jesienią, kiedy paleta kolorów pokrywająca lasy najbardziej wpływa na emocje, ale również wtedy, kiedy zmysły zatapiają się w cichości późnej jesieni, zimy, czy wiosną, kiedy wszystko znów zaczyna się na nowo. Czy znamy wszystkie oblicza Bieszczadów? Raczej nie, dlatego chcemy zagościć w nich o każdej porze roku, aby stać się godnym ich korony.

Translator

Info

Licencja Creative Commons Gdy nie jest to inaczej sprecyzowane pod konkretnym materiałem, to:
Publikowane na blogu materiały można wykorzystać na warunkach licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie materiałów publikowanych na niniejszym blogu i jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o twórcy i adresu internetowego bloga. Pozwala się na wykorzystanie tych materiałów w innych dziełach pod warunkiem udostępniania ich na tej samej licencji.

Kuferek

Hej wędrowcze, właśnie otworzyłeś malutki skarbczyk.
Nie jest on drogocenny, ale nie wykluczone, że znajdziesz w nim coś
co może Ci się przydać.

Kolekcje

Wędrowanie po znanych i nieznanych szlakach to ogrom niesamowitych wrażeń i emocji. Z każdą zakończoną wędrówką wiąże się tęsknota i czar wspomnień. Odczucia takie towarzyszą nam od samego początku przygody, wyzwalając potrzebę zachowania przeżyć, nie tylko w ulotnej pamięci ludzkiej, ale również w formie bardziej trwałej, w postaci fotografii, opisów, dzienniczków przebytych tras, odwiedzonych miejsc, czy zdobytych szczytów. Utrwalanie to jest również okazją do usystematyzowania turystycznych poczynań wg różnych kryteriów - zdobytych koron gór, przebytych szlaków, itp.

Napisz do nas