Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łemkowska Watra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łemkowska Watra. Pokaż wszystkie posty

5

Beskid Niski
ZACHODNIA ŁEMKOWSZCZYZNA
dzień 14        rozdział 29
Niewielu z nich wróciło by osiąść na ziemi ojców. Człowiek człowiekowi sprawił taki los. Trudno teraz rozliczać, kiedy ludzie są już nie ci sami, a nowe pokolenia silnie świadome tragedii i dramatu jaki się tu wydarzył. Ci z wygnania zaglądają jednak tutaj. Tęsknią, choć ziemia już zupełnie inna, i ludzie są inni, i krajobraz nawet się zmienił. Wszak minęło już od tamtego czasu 70 lat. Ludzi, którzy pamiętają czas wojny i czas wysiedleń nie ma już zbyt wielu. Zostały opowieści ojców i matek, książki, publikacje, stare fotografie, lecz wszystko to kończy tragiczne widmo przeszłości. Nikt nie wymaże kart historii, lecz czy teraz, gdy jesteśmy mądrzejsi, można odrodzić się we wspólnej sprawie - Polacy, Łemkowie, Ukraińcy i inne narody - wszak wszyscy są świadomi co się tutaj stało, choć wciąż trudno pojąć dlaczego. Wygnani jednak przybywają tutaj by nikt nie zapomniał ich barwnej kultury.

Władysław Grabana
Ziemia woła
Zdynia na mapie WIG z okresu międzywojennego.
[źródło: http://polski.mapywig.org/]

Łemkowie
rodzinna ziemia woła
gdzie dzikie chaszcze
gdzie ślady domostw
pozostały
siedliska nowe wznoście

Na wzgórzach płonie ogień święty
pradziadów waszych
na połoniny skrzydłach śpiewnych
jest miejsce tam dla żywych
w muzyce słowa
powroty

Łemkowie
Woła was ziemia bracia
w siną obręcz lasów
w zielone
podniebne Karpaty

Zamysł spotkania, które skupiają ponadpokoleniowo Łemków pod wspólną pieśnią pojawił się wiele lat temu w otoczeniu Reprezentacyjnego Zespołu Pieśni i Tańca „Łemkowyna” z Bielanki oraz Władysława Grabana, wybitnego poety i przedstawiciela łemkowskiej literatury. Władysław Graban urodził się w 1955 roku w Kostomłotach pod Wrocławiem. W 1962 roku wrócił z rodzicami tam, gdzie powinien się urodzić, do Beskidu Niskiego. Został zauroczony krajobrazem i przyrodą Łemkowyni, jak z łemkowska zwie ziemie swych przodków, i swoją małą ojczyznę. Zaczął ją utrwalać w swojej twórczości, wrażliwiej i pięknej, w którą wplata również ból zaginionego świata. Chciał był Łemkowynia żyła nie tylko w poetyckich obrazach, ale też stała się namacalnie żywa. Stąd zrodził się pomysł na Łemkowską Watrę, zaś Władysław Graban wpisał się na jej historycznego inicjatora.

Festiwalowa Łemkowska Watra po raz pierwszy zapłonęła 35 lat temu w Czarnej koło Uścia Gorlickiego. Było to w 1983 roku.

Władysław Grabana
ŁEMKOWSKA WATRA

Ten ogień zbolały
spopielona pamięć
jaśnieje od nowa
duszę tysięcy scali
co nie ogrzani
niesyci jutra
od wczoraj
trwają solnymi słupami
bo nie zapomnieli
odwrócić głowy
jeszcze raz zapłonie

Zapłonie ogień trzykroć
na rozstajach dróg
na drodze
gdzie tylko barwinki
pasą się
jak owce

Rok później Łemkowie ponownie spotkali się na Watrze w Czarnej. W roku 1985 Łemkowska Watra powędrowała do Hańczowej, potem w latach 1986-1989 do Bartnego . Od 1990 roku zagościła na stałe do Zdyni organizowana przez Zjednoczenie Łemków w Gorlicach.

Łemkowska Watra 2017.
Łemkowska Watra 2017.


Zdynia (łemk. Ждиня) to jedna z wielu wiosek Beskidu Niskiego. Z razu niepozorna, choć na trzy dni w roku podczas Łemkowskiej Watry robi się tutaj gwarno. Trudno wtedy znaleźć tutaj nocleg, który właściwie trzeba na ten okres rezerwować z ponad rocznym wyprzedzeniem. Zdynia jedna z wielu łemkowskich wiosek, cicha, spokojna, zwyczajna, a jednak w sercach Łemków szczególna. Tutaj na świat przyszedł w 1886 roku przyszły duchowny prawosławny i pierwszy łemkowski święty - Maksym Sandowycz. Urodził się w rodzinie grekokatolickiej. Jego ojciec był psalmistą w cerkwi p.w. Opieki Matki Bożej w Zdyni. Od lat młodzieńczych wyróżniał się religijnością. W 1904 roku wstąpił do zakonu bazylianów w Krechowie. Rozczarowany jednak poziomem duchowym postanowił przenieść się z grekokatolickiego monasteru do prawosławnej Ławry Poczajowskiej, gdzie zwrócił na siebie uwagę swoją świętobliwością. Został skierowany do seminarium duchowego w Żytomierzu, gdzie w 1911 roku otrzymał święcenia kapłańskie, tuż po tym jak zawarł związek małżeński. Tego samego roku w listopadzie powrócił w rodzinne strony, gdzie powierzono mu parafię w Grabie, którego mieszkańcy przeszli na prawosławie z powodu zatargu z miejscowym greckokatolickim proboszczem. Były to wówczas tereny zaboru austro-węgierskiego. W związku z odradzaniem się prawosławia na Łemkowszczyźnie władze Monarchii Austro-Węgierskiej widziały zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Stosunki między Austro-Węgrami i Rosją były wówczas silnie zaostrzone. Przewidywano już wtedy wybuch wojny. Dlatego wszelkie ruchy prorosyjskie były wówczas zwalczane w Galicji. Księdzu Sandowyczowi zakazano duszpasterskiej działalności. Sandowicz jednak wbrew zakazowi nadal działał zarówno w Grabie, jak też w okolicznych miejscowościach szerząc tam prawosławie. W marcu 1912 roku został zatrzymany i oskarżony o szpiegostwo i dążenia do oderwania Galicji od Austro-Węgier. Proces jednak zakończył się uniewinnieniem.

Grób Maksyma Sandowycza w Zdyni.
Grób Maksyma Sandowycza w Zdyni.
Po wybuchu I wojny światowej Maksym Sandowycz wraz z rodziną został aresztowany i osadzony w więzieniu w Gorlicach. Tam w dniu 6 września 1914 roku został rozstrzelany bez wyroku sądowego na oczach rodziny i i innych osób, mieszkańców Gorlic i okolicznych miejscowości. Było to na fali represji władz austriackich przeciwko ludności wykazującej sympatie prorosyjskie. Pogrzeb ks. Maksyma Sandowicza odbył się bez udziału rodziny na cmentarzu w Gorlicach. W 1922 roku na prośbę ojca i żony straconego, dokonano ekshumacja jego szczątków i przeniesienie na cmentarz w Zdyni. Jego grób w Zdyni stal się miejscem pielgrzymek prawosławnych z Łemkowszczyzny i innych stron, choć sama wieś Zdynia i rodzice Maksyma pozostali wierni greko katolicyzmowi. W maju 1994 roku synod Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego uznał trwałość kultu Maksyma Sandowycza oraz przekonania ludu łemkowskiego o jego świętości i został kanonizowany na świętego. W 2003 roku na grobie duchownego wzniesiono nowy pomnik, zaprojektowany przez jego wnuka Michała Sandowicza, nazwany obecnie Łemkowską Golgotą. W 2007 roku szczątki św. Maksyma Sandowicza zostały przeniesione z cmentarza w Zdyni do cerkwi w Gorlicach. W Zdyni pozostał jego symboliczny grób.




W języku łemkowskim Żdynia znaczy tyle co „czekaj na mnie”. Zdynia co rok czeka na Łemków z całego świata, czekaliśmy również my, aby spotkać się z nimi oraz posłuchać łemkowskich pieśni, muzyki i nie tylko. Od chwili pierwszych iskier uroczyście rozpalanej watry rozpoczyna się tutaj coś niepowtarzalnego. Ruszają kiermasz sztuki, wydawnictw, warsztaty odtwarzające charakterystyczne rzemiosła dla Łemków, wystawy, prezentacje i panele dyskusyjna. Ruch i gwar może początkowo przytłaczać, ale szybko zespajamy się z tłumem. Ludzie są towarzyscy, uśmiechnięci i radośni ze spotkania. Kultura łemkowska jest niezwykle barwna, bo wytworzyła się na styku z innymi sąsiednimi kulturami. Nie trzeba być Łemko, aby zrozumieć jej wyjątkowość i zauroczyć się.

Skąd przybyli na Łemkowską Watrę.
Skąd przybyli na Łemkowską Watrę.

Występy na scenie głównej trwają cały czas, a dzisiaj w sobotę zaczęły się już od godzin przedpołudniowych, a trwać będą do późnych godzin nocnych. Najpierw pojawiają się zespoły folklorystyczne - dominuje tradycyjna pieśń i taniec. Trudno oderwać się od tych występów, aby przejść się po stoiskach, obejrzeć wystawę, czy posłuchać o czym mówi się na panelu dyskusyjnym pod namiotem. Coś za coś. W jednej chwili dzieje się mnóstwo rzeczy i aby przy jednej być, z innej trzeba zrezygnować.

Łemkowska Watra.
„Osławiany” - łemkowski zespół pieśni i tańca, Mokre (Polska).

Łemkowska Watra.
„Lemko Tower” - łemkowski zespół folkowy, Strzelce Krajeńskie (Polska)

Łemkowska Watra.
„Lemkiwskyj Perstenyk” - łemkowski dziecięco-młodzieżowy zespół folklorystyczny, Gładyszów (Polska)

Łemkowska Watra.
Z najmłodszą uczestniczką naszego wyjazdu, sześcioletnią Kasią.

Łemkowska Watra.
„Czeremosz” - zespół pieśni i tańca Lwowskiego Uniwersytetu im. Iwana Franki, Lwów (Ukraina).

Łemkowska Watra.
„Makovica” - rusnacki zespół pieśni i tańca, Svidnik (Słowacja).

Łemkowska Watra.

Spodziewaliśmy się tego spotkania. W głównej arterii spotykamy Stefana Hładyka, jednego z głównych organizatorów ostatnich edycji Łemkowskiej Watry. Ostatni raz widzieliśmy się na I Zjeździe Karpackim, na którym reprezentował Łemków, zaliczanych do wschodniosłowiańskich grup etnicznych górali. Było o czym pogadać. Na Łemkowskiej Watrze udało się nam poznać w końcu osobiście panią Natalię Hładyk, twórczynię „Drzwi do nieistniejących wiosek”. Ludzie, którzy tu przybyli chcą rozmawiać, po to tu przyjechali, bo impreza ma wymiar bardzo otwarty. Łemkowska Watra to nie tylko występy artystyczne, ale spotkania z różnymi ciekawymi ludźmi, w tym również napotkanymi przypadkiem w alejce między stoiskami, czy podczas posiłku w jadłodajni.

Łemkowska Watra to fenomenem, który ściąga Łemków z całego świata, ale też licznych turystów i sympatyków łemkowskiej kultury, takich jak my. To swoiste święto kultury łemkowskiej, na którym można poznać oraz przekonać się o osobliwości świata Łemków i konieczności zachowania ich dziedzictwa kulturowego. Nie jest to łatwe, bo ziemie które zamieszkiwali przez wiele lat były po wojnie pustkowiem. Świat Łemków wymarł na nich nagle. Łemkowska Watra i inne podobne imprezy sprawiają, iż świat Łemków znów jest żywy, mimo dziejowej krzywdy, która mogła ich zupełnie zniszczyć. Łemkowskie Watry przypominają również trudną historię Łemków. Jest na ten temat teatralna inscenizacja, po której w wieczornym mroku odpłynęły „Lampiony do Nieba”. Upamiętniają one kolejną rocznicę akcji „Wisła”, w tym roku siedemdziesiątą.

Akcja  „Wisła” - wystawa.

Akcja  „Wisła” - wystawa.

Akcja  „Wisła” - wystawa.
Akcja Wisła” - wystawa.

70 lat po akcji  „Wisła”.
70 lat po akcji „Wisła”.

Lampiony do Nieba.
Lampiony do Nieba.
Lampiony do Nieba.

video

video


Wieczorem zmienia się klimat koncertowy. Na scenie pojawiają się ostrzejsze rytmy z kręgu folkowo-rockowych, takich jak „KoraLLi” z Iwano-Frankiwska, czy innego przedstawiciela ukraińskiej sceny muzycznej „Horpyna” (jest to zespół z Olsztyna). Koncerty tych zespołów przeciągnęły się do późnych godzin nocnych. Ich granie porywało do zabawy i tańca. Na scenie miała być wykonywana już chyba przedostatnia piosenka, gdy zobaczyliśmy nadciągającą burzę. Silniejsze powiewy wiatru były sygnałem aby opuścić teren Łemkowskiej Watry. Pośpiesznym krokiem ruszyliśmy na Ług do naszego ośrodka. Dotarliśmy do niego przed godziną trzecią rano, przemoczeni jak to się mówi - do suchej nitki. Ulewa złapała nas na ostatnich metrach. Tym mokrym akcentem zakończyliśmy udział w Łemkowskiej Watrze.

KoraLLi.
KoraLLi.
KoraLLi.

Horpyna.
Horpyna.
Horpyna.

Łemkowska Watra, jedna z największych łemkowskich imprez kulturalnych była kulminacją naszych spotkań z Łemkowszczyzną. Łemkowska Watra zachowa w nas wspaniałe wspomnienie. Zostało nam 4 godziny snu. Wciąż w uszach słychać nie burzę za oknem, lecz dźwięki występów na scenie. Trudno jest zasnąć, trudno jest wyciszyć emocje. Jutro ostatni dzień, pożegnalny z projektem „Niech wiatr gra pieśń o Łemkowyni”.


Foto na post scriptum...
Łemkowska Watra.
Dziękujemy, że byliście tam z nami.




TRASA:
Przełęcz Dujawa, słow. Sedlo Dujava (580 m n.p.m.) Beskidek (683 m n.p.m.) {} Jaworzyna Konieczniańska, słow. Javorina (881 m n.p.m.) {} Przełęcz Regietowska, słow. Regetovská voda (646 m n.p.m.) Regietów Wyżny Rotunda (771 m n.p.m.) Zdynia - 29. Łemkowska Watra

OPIS:
Budzi nas piękny dzionek, słoneczny i ciepły. Wtulić jeszcze by się chciało pod kołderkę, ale coś magicznego ciągnie nas na szlak. Po wczorajszej wędrówce towarzyszy nam jakieś nieoparte pragnienie chłonięcia tutejszej niezmąconej przyrody, jakże specyficznej, niepodobnej do tej, z którą się spotykamy tam gdzie mieszkamy. Magia, która ogarnęła nas od wczoraj nie pozwala przestać myśleć o tej ciszy, bezkresnej, ale nie głuchej, bo wypełnionej ćwierkaniem i śpiewem ptaków, muzykującymi w trawie pasikonikami. Czasem tą monotonię przerywa rżenie konia z pasącego się stada, czy też ryk krowy z innej nieodległej łąki. Magia ta sprawia, że czas biegnie tu wolniej. Ludzie nie spieszą się, a mimo to na wszystko mają czas. Wydaje się to wszystko takie nieprawdopodobne, choć przecież dla wielu ludzi miasta, których życiowe korzenie sięgają do takich prawdziwie wiejskich miejsc klimaty takie nie są obce. Dla nich Beskid Niski jest w stanie wyostrzyć dawne wspomnienia, dać poczuć się jak w starym domu rodzinnym, czy nawet usłyszeć odgłosy krzątających się w nim rodziców, babci i dziadka. Taka jest Zdynia, będąca naszą bazą noclegową, takie też są wioski położone bliżej i dalej od niej.

Tutejsze tereny mogą wydawać się zapomniane przez człowieka, ale w rzeczywistości skrywają w sobie kawał historii. Podczas dzisiejszej wędrówki górskiej po Beskidzie Niskim chcemy uchylić do niej nieco bramę, bo przecież ta niby uśpiona ziemia w swojej historii miała również bardzo dramatyczne, a nawet krwawe koleje losów.

Cerkiew pw. św. Wasyla Wielkiego w Koniecznej.


Przełęcz Dujawa (słow. Priesmyk Dujava).

Wędrówkę rozpoczynamy o godzinie 8.20 na pobliskiej Przełęczy Dujava (słow. Priesmyk Dujava), położonej na wysokości 580 m n.p.m. Wyruszamy w górę drogą pośród wysokiej trawy czerwonym szlakiem słowackim poprowadzonym granicą polsko-słowacką. Droga jest dość podmokła, co jest chyba charakterystyczne dla gór Beskidu Niskiego, nawet po opadach deszczu sprzed kilkunastu godzin. Szybko wchodzimy do lasu. Bardziej błotniste miejsca omijamy idąc skrajem drogi. W ten sposób wspinamy się na wzniesienie Beskidka.

W partii szczytowej Beskidka o godzinie 8.50 napotykamy na cmentarz wojenny nr 46 - tajemniczy, budzący ciekawość, ale też szacunek. Najbardziej wyeksponowanym jego elementem jest kamienna wieża. Cmentarz jest zarośnięty, podniszczały, sprawia wrażenie ukrytego w lesie, choć przypuszczać można, że kiedyś wzgórze na którym się znajduje było odsłonięte. To tylko potwierdza fakt, że tutejsza przyroda rządzi się swoimi prawami.


Cmentarz ten wprowadza nas w smutną zadumę nad bezsensownością wojny, tym większą, gdy dowiadujemy się, że to jeden z wielu galicyjskich cmentarzy wojennych, które zostały rozsiane na terenie zachodniej Galicji po zakończeniu I Wojny Światowej. Wybudowano ich w sumie 400. Spotykać je tu można niemal przy każdym szlaku turystycznym - na górach i w dolinach, w lasach i pośród pól, w wioskach i miastach. Wszystkie oddają w milczeniu cześć i chwałę żołnierzom każdej nacji, ale też są wyrazem sprzeciwu przeciw wojnie i wszystkiemu co do niej doprowadza. Ich idea wynikła z bezsensowności wojny i jej ofiar, dlatego budowano je unikając triumfalizmu, nie dzieląc poległych według rasy, wyznania, języka, narodowości czy przynależności państwowej, unikając bezimienności poległych. Mimo swojej prostoty, zadbano o ich artystyczną estetykę. Każdy taki cmentarz architektonicznie jest niepowtarzalny, posiada swój własny indywidualizm. Dziś cmentarze te poza pamiątką czasów minionych, stały się również są cennymi zabytkami sztuki europejskiej. Szkoda tylko, że wiele z nich od lat niszczeje.

Projektowali je i budowali najlepsi wówczas specjaliści i artyści. Ten przy którym stoimy jest dziełem jednego z najwybitniejszych - słowackiego architekta Dušana Jurkoviča, ówczesnego kierownika, projektanta i nadzorcy budowy wszystkich pozostałych cmentarzy utworzonego tu okręgu cmentarnego. Jego wspaniałe projekty wyróżniają się oryginalnością, ale też fantastycznym wyczuciem beskidzkiego krajobrazu. Do dziś zachwycają, a nawet olśniewają, jak np. zbudowane w latach 1897-1899 schroniska górskie na Pustevnym pod Radhošťem w Beskidzie Śląsko-Morawskim, które już niebawem mają znaleźć się na trasie naszej wędrówki.

Na tle historycznym i estetycznym idea zachodniogalicyjskich cmentarzy wojennych ma też wymiar etyczny. Ich architektoniczna harmonia przeciwstawiała się zniszczeniu i chaosowi pobitewnego pobojowiska. Natomiast wspólny pochówek żołnierzy wszystkich armii był manifestem przeciwko nienawiści i wrogości, wyrazem zgody i pojednania. Powszechnie spotykane na cmentarzach poetyckie strofy przywoływały wyrazy współczucia.

Cmentarz wojenny nr 46.

Cmentarz wojenny nr 46 - krzyże nagrobne.
Po 15 minutach wyrywamy się z zadumy nad nonsensem wojny i ruszamy dalej. Do słowackich czerwonych znaków dołączają polskie niebieskie, wychodzące z Koniecznej. Maszerujemy długim grzbietem Beskidka przez jakieś 20 minut i schodzimy na szeroką przełęcz z polanami. Trochę dalej...

Kraśnik (Zygaena lonicerae).

Na przełęczy pomiędzy Beskidkiem i Jaworzyną Konieczniańską.

Trochę dalej widać przed nami kolejną zalesioną górę. Stąd wydaje się niepozorna, ale wkrótce okazuje się, że choć podejście ma krótkie, to biegnie bardzo ostro w górę. Trzeba się nieźle pomęczyć, bo góra tylko w nielicznych i bardzo krótkich fragmentach daje szansę wytchnienia, gdy pojawia się niewielkie wypłaszczenie. To kolejna góra, która uświadamia nam, że choć Beskid Niski jest niski, to nie zawsze jest łagodny.

 





Ostre podchodzenie trwa około 20 minut, gdy w końcu osiągamy grzbiet Jaworzyny Konieczniańskiej. Wydaje się, że to już wierzchołek, ale tak nie jest. Minuta na uspokojenie oddechu i skręcamy teraz w prawo na zachód, gdzie po chwili uff... osiągamy szczyt Jaworzyny Konieczniańskiej wznoszący się na wysokość 881 m n.p.m. Teraz przystajemy na odpoczynek, na polanie wierzchołkowej - szkoda, że zarastającej, ale i tak na stronę polską mamy niezłą panoramę głównie w kierunku północno-zachodnim, na której wśród wzniesień górskich wybija się tafla Jezioro Klimkówka.

Widać już grzbiet Jaworzyny Konieczniańskiej...

ale do szczytowej kulminacji jeszcze jest kawałek łagodnej ścieżki.

Widok z polany wierzchołkowej Jaworzyny Konieczniańskiej (881 m n.p.m.).

W kierunku północno-zachodnim wśród wzniesień górskich wybija się tafla Jezioro Klimkówka.

Niewielka polanka wierzchołkowa Jaworzyny Konieczniańskiej pozwala nacieszyć oko czym innym, niż drzewa. Pojawiają się na niej bardziej kwieciste gatunki roślinności, a miejsce to licznie nawiedzają przedstawiciele drobnej fauny. To właśnie pochłania Alicję, dzięki czemu możemy teraz obejrzeć kilka interesujących fotografii. Sielanka na Jaworzynie Konieczniańskiej jest błoga, przyznać by się nawet trzeba było, że rozleniwiająca przez oplatające nas ciepłe promyki słońca.




Strangalia plamista (Rutpela maculata).
Strangalia plamista (Rutpela maculata).

Jezioro Klimkówka.

Widok Klimkówki nasuwa myśl, że przecież nie samymi górami człowiek żyje. A może by tak nad wodę... Spiętrzone sztucznie wody Klimkówki to nie tylko energetyka i zabezpieczenie przeciwpowodziowe. To również infrastruktura rekreacyjno-turystyczna, która szybko się tu rozwinęła, mimo to, że przez pewien moment Klimkówka i jej brzegi były we władaniu siczy kozackich, udając Dniepr w filmie „Ogniem i mieczem”.

Z plażowych marzeń wybija nas jednak inny, odległy element krajobrazu - to miejsce trwającej Watry Łemkowskiej w Zdyni. Widać tam liczne namioty uczestników rozbite wokół sceny, wiele zaparkowanych w pobliżu pojazdów, pawilony handlowe i gastronomiczne. Daleka tam jeszcze droga, a my tu tak sobie beztrosko siedzimy. Jeszcze musimy przejść przez szczyt Rotundy, który stąd tylko wydaje się, że jest na wyciągnięcie ręki, a wcześniej musimy jeszcze zejść na Przełęcz Regetowską. O godzinie 10.50 podnosimy więc swoje d..y (dzieci czytają tutaj: p..y) i idziemy dalej.

Miejsce Watry Łemkowskiej w Zdyni (widziane z Jaworzyny Konieczniańskiej).

Polany wierzchołkowa na Jaworzynie Konieczniańskiej i wychodząca z niej przecinka grzbietowa.

Jeszcze przez chwilę poruszamy się nasłonecznioną przecinką grzbietową, po czym  znów znajdujemy się w gęstym lesie, a ścieżka zaczyna bardzo ostro opadać. Po niecałych 20 minutach schodzenia osiągamy Przełęcz Regietowską (słow. Regetovská voda) i jesteśmy na wysokość 646 m n.p.m. Znajduje się na niej turystyczne przejście graniczne. W lewo odbiega stąd zielony szlak słowacki do Regetovki, a my skręcamy w prawo za znakami żółtego szlaku do doliny Regietówki.

Od tego miejsca na naszej trasie pojawiają się połacie makabrycznego błota. W niektórych miejscach można wpaść do niego powyżej kostek. Pułapki czyhają również pod leżącą trawą, która w rzeczywistości kryje bajora wody. Wkrótce nasza droga przeobraża się w twardą drogę gruntową. Jeszcze tylko kilka razy przeprawiamy się przez przepływające przez drogę strumyki, które na nasze szczęście są płytkie i możemy to zrobić nie ściągając obuwia.

Utrudnienia na szlaku - makabryczne błoto.

Utrudnienia na szlaku - przepływające przez drogę strumyki.

Idziemy teraz malowniczą doliną, wśród łąk z których od czasu do czasu dobiega do nas parskanie hucuła ze stada pasącego się na wzniesieniu. Z pięknej słonecznej aury korzystają również świerszcze, które namiętnie doskonalą swój muzyczny kunszt.


Dolina Regietówki.



Jaworzyna Konieczniańska (widok z doliny Regietówki).

Zbliżamy się do wsi Regietów (łemkow. Регетiв), która do 1968 r. nazywała się Regetów. Dawniej były tu dwie wsie - Regietów Wyżny i Niżny, które zostały całkowicie wysiedlone po II wojnie światowej w ramach akcji „Wisła”. Od tego czasu Regietów Wyżny pozostał do dziś niemal bezludny. Spośród bardzo nielicznych zabudowań uwagę naszą zwraca tzw. czasownia. To niewielka chrześcijańska budowla bez specjalnie wydzielonego miejsca na ołtarz, przy których ludzie zbierają się na krótką modlitwę w oznaczonych porach dnia. Trochę dalej dochodzimy do cmentarza, będący pozostałością po wysiedlonej w 1947 roku łemkowskiej wsi Regietów Wyżny. Znowu zatrzymujemy się na chwilkę w zadumie nad minionym czasem.

Czasownia.

Cmentarz po wysiedlonej w 1947 roku łemkowskiej wsi Regietów Wyżny.

Nieco dalej czeka nas przeprawa ze szczyptą adrenaliny. Można oczywiście przejść w bród Regietówkę przecinającą swoim nurtem naszą drogę, ale wybieramy wariant trudniejszy po spróchniałym, chybotliwym mostku. Tuż za nim po lewej stronie na skarpie znajduje się tablica, która wskazuje miejsce po ostatniej z regetowskich cerkwii, zbudowanej w 1865 roku, a także pozostałości po wiejskim cmentarzu. Pośród niewielu nagrobków na cmentarzu znajdujemy również świeżo odnowiony nagrobek osoby zmarłej w 1943 roku. Jest on jak symptom odnowy i ożywienia wspomnień i pamięci po dawnych mieszkańcach tych ziem.


Pozostałości po wiejskim cmentarzu przy ostatniej z regetowskich cerkwii, zbudowanej w 1865 roku.


Opuszczamy bezludne tereny dawnej wsi Regietów Wyżny. O godzinie 12.40 opuszczamy żółty szlak i wschodzimy na czerwony. Ponownie przeprawiamy się przez potok Regietówka. Tym razem jest dużo łatwiej, bo mostek jest pewniejszy, choć dużo węższy. Na drugim brzegu wraz z rozpoczynającym się lasem rozpoczynamy podejście na górę Rotunda. Najpierw przechodzimy przez bazę namiotową w Regietowie Niżnim. Potem dość ostro w górę szeroką drogą przez las. Zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tutejszych stromych podejść. W partii podszczytowej, po około półgodzinnej wspinaczce, szlak łagodnieje.

Podejście na Rotundę.


O godzinie 13.25 wchodzimy na wierzchołek Rotundy (776 m n.p.m.), na którym znajduje się cmentarz wojenny nr 51. Spośród wszystkich zaprojektowanych cmentarzy przez Dušana Jurkoviča jest on uważany za najpiękniejszy. Jeszcze niedawno było to bardzo zniszczony obiekt - obecnie prowadzony jest jego remont. Odnowiono 24 krzyże nagrobne oraz tablice z nazwiskami pochowanych. Zrekonstruowano dwie z pięciu strzelistych drewnianych wież z krzyżami na szczycie. W 1916 roku wieże były widoczne na znaczne odległości, bo Rotunda nie była zalesiona. Na Rotundzie spoczywają żołnierze wszystkich walczących armii: austriackiej, niemieckiej i rosyjskiej, a inskrypcja na głównej wieży głosi:
Nie płaczcie, że leżymy tak z dala od ludzi, a burze już nam nieraz we znaki się dały;
wszak słońce co dzień rano tu nas wcześniej budzi i wcześniej okrywa purpurą swej chwały.

Wierzchołek Rotundy (776 m n.p.m.), na którym znajduje się cmentarz wojenny nr 51.

Na cmentarzu zrekonstruowano już dwie z pięciu strzelistych drewnianych wież z krzyżami na szczycie.

Podciągamy skarpety i schodzimy z Rotundy.

O godzinie 13.40 zaczynamy schodzić czerwonym szlakiem do Zdyni. Zbocze z tej strony jest łagodniejsze. Szybko wychodzimy z lasu na otwarte przestrzenie. Przed nami rozciąga się pełnometrażowa panorama na dolinę Zdyni, a na przeciwległym zboczu widać tętniącą życiem Łemkowską Watrę. O godzinie 14.20 docieramy do potoku Zdynianka, w którym obmywamy obuwie, po czym udajemy się do naszego ośrodka na obiad.

Szybko wychodzimy z lasu na otwarte przestrzenie.

Na przeciwległym zboczu widać tętniącą życiem Łemkowską Watrę



Na tym nie kończy się nasza dzisiejsza wędrówka, choć przed nami pozostało już tylko jakieś niespełna 2 kilometry. Wyruszamy dalej kierując się na południowy wschód. Maszerujemy przez Zdynię wzdłuż przebiegającej tędy drogi wojewódzkiej nr 977, aż do drewnianego szyldu rozwieszonego pomiędzy dwoma słupami z dwujęzycznymi napisami:

W tym miejscu skręcamy w lewo na północny wschód, na asfaltową drogę, którą zbliżamy się do miejsca festiwalu łemkowskiej kultury. Z każdym krokiem na drodze co raz bardziej roi się od sympatyków tej imprezy. Do naszych uszów zaczynają docierać pierwsze dźwięki muzyki i śpiewu, w powietrzu unoszą się zapachy różnych kulinariów niesionych wraz z ogniskowym dymem. Kierujemy się najpierw na wzgórze przed sceną. Najpierw przedzieramy się przez tłumnie nawiedzone stoiska gastronomiczne, a potem wspinając się na wzgórze mijamy namioty obozujących tu uczestników łemkowskiej watry. Wychodzimy powyżej sceny, skąd doskonale widać to co się na niej dzieje. Aktualnie występuje na niej jedna z grup folklorystycznych. W godzinach 17.00-19.30 na scenie prezentowane są występy ludowe, pieśni i tańca pod hasłem: „Szumnyj witer wije”.


Spajamy się panującym tutaj klimatem, życzliwością i serdecznością ludzi. Mija miło czas, ale napis na ścianie sceny „29 Лемківска ватра” nie pozwala tkwić cały czas przed sceną, bo gdzież ta watra, co z języka wołoskiego oznacza „ognisko”. Schodzimy na lewą stronę widowni, skąd unosi się lekki dym i mamy to czego szukaliśmy. Dalej mamy wystawę kultury Łemków pod hasłem „U źródeł”, bogato ilustrowanej starymi fotografiami. Prezentowane są też prace malarskie i rzeźbiarskie.

Płonąca watra.


Potem wracamy bliżej wejścia, ku stoiskom. I tu widzimy nie to czego się wcześniej spodziewaliśmy, bowiem w żadnym względzie stoiska te i prezentowane na nich wyroby nie przypominają typowych odpustowych kramów. Znaleźć można na nich istne cuda i perełki stworzone ręką człowieka, w duchu pełnej estetyki i piękna. Zachwycają zarówno wyroby sukiennicze, biżuteryjne, jak też ozdoby na ścianę barwiące się kolorytem starych ikon i wiele, wiele innych. Na końcu pasażu handlowego zahaczamy o namiot z gastronomią, bo w brzuchu zaczęło trochę burczeć i wracamy przed scenę watry.



„Za horu sonce zahorjaje”, a sceną zaczynają rządzić „Hudacy” z łemkowskim kwintetem wokalnym „Dosbajka”. Tak jak sami o sobie powiedzieli, prezentują muzykę Karpat, Galicji i nie tylko. Ten zespół bardzo nam przypada do gustu, podobnie jak wielu innym słuchaczom. Folkowymi rytmami porywa część publiczności w podrygach tanecznych. Nie obeszło się bez bisów.
Potem przyszedł czas na folkowy „Lemko-Tower” i kolejne zespoły, a my nawet nie zauważyliśmy, kiedy wzgórze Łemkowskiej Watry ogarnęła ciemność.

Hudacy & Dosbajka.

Lemko-Tower.

Łemkowska Watra to obecnie duża impreza plenerowa o międzynarodowym znaczeniu. To spotkanie ludzi, których z rodzinnych wsi los rzucił w różne strony świata. Łemków, którzy wiele lat temu zostali niesprawiedliwie posądzeni o wspieraniu działających tu po II Wojnie Światowej band UPA, a w konsekwencji stąd wysiedleni. Jednak wciąż wracają tu, choć na chwilę, by spotkać się razem przy płonącej watrze. Nie tylko Ci co pamiętają tamte trudne czasy, bo takich jest już co raz mniej, ale też ich dzieci i wnuki, którzy podtrzymują dawne łemkowskie obyczaje. Łemkowska Watra gromadzi nie tylko Łemków, ale również wielu sympatyków tej kultury. Przez trzy dni trwa tu wspaniała zabawa przy łemkowskich rytmach folklorystycznych, jak też okraszonych mocniejszym, folkowym uderzeniem. Do tego znakomita, ciepła strawa i dobry napitek, wywodzące się z tradycyjnej kuchni łemkowskiej i nie tylko. O tym wszystkim dużo by pisać, ale tyle na ten temat już wystarczy, bo i tak nie odda to w pełni tego co każdy może tu osobiście przeżyć. Jedno jest jednak pewne: kogoś, kto na Łemkowskiej Watrze już był, do ponownego przyjazdu nie trzeba namawiać. 

Jutro wracamy na szlak by wspomnieć to, co zniknęło z tych ziem.




A jeśli byście chcieli posłuchać...









LINKI DO INNYCH OPISÓW:
Klub Turystyki Górskiej, piechurek9.


Translator

Info

Licencja Creative Commons Gdy nie jest to inaczej sprecyzowane pod konkretnym materiałem, to:
Publikowane na blogu materiały można wykorzystać na warunkach licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie materiałów publikowanych na niniejszym blogu i jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o twórcy i adresu internetowego bloga. Pozwala się na wykorzystanie tych materiałów w innych dziełach pod warunkiem udostępniania ich na tej samej licencji.

Kuferek

Hej wędrowcze, właśnie otworzyłeś malutki skarbczyk.
Nie jest on drogocenny, ale nie wykluczone, że znajdziesz w nim coś
co może Ci się przydać.

Kolekcje

Wędrowanie po znanych i nieznanych szlakach to ogrom niesamowitych wrażeń i emocji. Z każdą zakończoną wędrówką wiąże się tęsknota i czar wspomnień. Odczucia takie towarzyszą nam od samego początku przygody, wyzwalając potrzebę zachowania przeżyć, nie tylko w ulotnej pamięci ludzkiej, ale również w formie bardziej trwałej, w postaci fotografii, opisów, dzienniczków przebytych tras, odwiedzonych miejsc, czy zdobytych szczytów. Utrwalanie to jest również okazją do usystematyzowania turystycznych poczynań wg różnych kryteriów - zdobytych koron gór, przebytych szlaków, itp.

Napisz do nas