Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Złatna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Złatna. Pokaż wszystkie posty
TRASA:
Złatna Hala Krawcula  Krawców Wierch (1064 m n.p.m.) Bacówka PTTK na Krawcowym Wierchu (1025 m n.p.m.) Kubiesówka (868 m n.p.m.) - Pensjonat „Kubiesówka”

OPIS:
Rozpoczynamy w Złatnej, wiosce odizolowanej od zewnętrznego świata zalesionymi zboczami, wcinającymi się w dolinę potoku Bystra. Dotarcie tutaj z Krakowa komunikacją publiczną trwało dość długo, bo prawie 7 godzin. Zapłaciliśmy swoim czasem, ale dzięki temu mamy pełną swobodę w planowaniu pieszej wędrówki, bez konieczności powrotu w miejsce pozostawionego środka transportu. I oto nam chodziło, bo kres wędrówki wyznaczyliśmy sobie dopiero w Zwardoniu, który położony jest na zachodnim końcu grupy górskiej Wielkiej Raczy, zwanej też Workiem Raczańskim. Mija godzina 12.40, niebo mamy zachmurzone, ale generalnie jest bardzo pogodnie. Bus wiozący nas z Żywca, zatrzymuje się przy drewnianej kaplicy.

Ludzie nie bez powodu wybrali to miejsce na budowę kaplicy. Od około 120 lat rosną tu trzy lipy. Kiedyś na jednej z nich znajdowała się drewniana figurka Pana Jezusa. Pewnego dnia w czasie burzy piorun trafił w jedną z lip i obalił ją, ale wizerunek Jezusa został nietknięty. Ludzie uznali to za znak i w 1930 roku rozpoczęli tutaj budowę kaplicy. Z miejscem tym związana jest też podanie, o światełku między lipami, które widywali robotnicy wracający wieczorami z pobliskiego młyna.

Kaplica w Złatnej.

Nieco powyżej kościoła, po drugiej stronie drogi dochodzimy do betonowego mostu nad Bystrą. To na nim zaczynają się niebieskie znaki naszego szlaku, które prowadzić nas mają na Krawców Wierch. Przechodzimy przez most i wąską, asfaltową drogę powoli wchodzimy w zalesioną dolinę potoku Straceniec, płynącego spokojnie wzdłuż naszej drogi. Mijamy wiele ładnych drewnianych domków przysiółka Okrągłe, do których dotarcie przez koryto Straceńca nie byłoby łatwe, gdyby nie kładki położone nad nim.

Początek niebieskiego szlaku.

Po 20 minutach mijamy ostatnie domy. Coraz gęściejszy drzewostan leśny staje się nieodłącznym elementem otoczenia szlaku. Zaczyna docierać do naszych uszu śpiew leśnych ptaków, ale wkrótce zagłusza go coraz skuteczniej huk pracującej maszyny przy zrywce drzew. Po wyjściu zza łuku drogi okazuje się, że stoi na naszej drodze, a z boku postawiono tabliczki z zakazem wstępu na teren wyrębu i zrywki drzew. Zwalniamy kroki, ale operator po chwili zatrzymuje maszynę, dając nam do zrozumienia, abyśmy szli dalej i tak też czynimy.

Potok Straceniec.

Droga coraz bardziej wciska się pomiędzy zbocza górskie, porośnięte świerkami i innymi gatunkami drzew, które zniewalają swoją bogatą kolorystyką. Jesień w krasie, jakiej jeszcze w tym roku nie widzieliśmy. A tuż obok nas płynie sobie Straceniec, opadając często małymi, ale malowniczymi wodospadzikami. To wszystko powoduje, że zwyczajna pasja fotografowania przyrody szybko przeradza się w namiętność.

Asfalt na drodze staje się bardziej zdezelowany i zaczyna ginąć pod warstwą naniesionej ziemi. Mija 45 minut od chwili rozpoczęcia wędrówki, gdy wchodzimy na polanę upapraną naniesionym błotem. Po jej prawej stronie wznosi się kilkumetrowa skarpa bloków skalnych, która jest pozostałością po starym kamieniołomie. Dalej droga wznosi się nieco bardziej stromo. Straceniec pozostaje coraz niżej. Za niedługo przekraczamy go mostem i oddalamy się od niego idąc łukiem na południowy wschód. Wchodzimy w obszar niedawnego wyrębu, jak sądzimy, bo otaczają nas młodsze drzewa. Idziemy jeszcze kilka minut, po czym szlak nasz skręca z drogi w prawo w gąszcz drzew i zarośli.

Dolina Straceńca.

Jest godzina 13.45. Przystępujemy do stromej wspinaczki na górę o tej samej nazwie co potok, który nam wcześniej towarzyszył - Straceniec, wznoszący się na wysokość 981 m n.p.m. Stanowi on kulminację grzbietu odchodzącego od Krawców Wierch - głównego celu naszej dzisiejszej wędrówki. Szlak wiedzie teraz leśną ścieżką, pokrytą luźnymi kamieniami. Częściej sięgamy do zapasów bukłaka po łyk orzeźwiającego napoju. Pogodna aura jest nam towarzyszem. Po około 15 minutach ścieżka nasza wchodzi na trakt leśny, na którym łagodnieje, a nawet na chwilę lekko opada. Jednak po chwili znów mamy do czynienia z regularnym podejściem, choć już łagodniejszym niż wcześniej, które trwa jeszcze jakieś 20 minut. Potem znaki kierują nas w prawo, gdzie po pokonaniu małego błotniska wchodzimy na boczną ścieżkę trawersującą zbocze górskie.

Wspinaczka na Straceńca.

Jeszcze trochę...

Na Straceńcu.

Na bocznej ścieżce prowadzącej wprost na Halę Krawcula.

O godzinie 14.30 wchodzimy na okazałą polanę - Halę Krawcula. Na niej widoczny jest nieodległy już budynek bacówki. Najpierw jednak zmierzamy w górę Hali Krawcula, żółtym szlakiem od bacówki ku szczytowi. Mijamy krzyż sygnowany metalową tabliczką z napisem „Votum wdzięczności za pontyfikat Ojca św. Jana Pawła II, Glinka 29.07.2006” Po około 250 metrach, a może ciut więcej docieramy na zalesiony grzbiet górski, przez który biegnie polsko-słowacka granica państwowa. Szczyt Krawców Wierch (1064 m n.p.m.) nie jest zbytnio uwydatniony, ale po przejściu niedługiego odcinka granicą na północ, którą poprowadzony jest słowacki niebieski szlak, uznajemy go za zaliczony.

Krawców Wierch (1064 m n.p.m.) - okolice szczytu.

Wracamy na Halę Krawcula. Alicja wspomina harcerski wypad sprzed tygodnia na Krawców Wierch, wtedy też było wspaniale, choć jesień nie była jeszcze tak barwna. To ona przytacza nam zasłyszaną legendę o bardzo bogatym panu, do którego należały wszystkie te ziemie. Pewnego dnia spotkał on chłopa, ubranego w pięknie uszyty kożuch i tak się nim zachwycił (kożuchem oczywiście), że polecił chłopu uszyć jeszcze jeden taki kożuch, dla siebie. Przy tym zagroził chłopu, że jak ten źle uszyje, to każe uciąć mu głowę. Pewny siebie chłop odparł jednak, że nie boi się o swoją głowę, a za wykonaną robotę dostanie jeszcze grunt, po czym wziął miarę i zabrał się do roboty. Uszyty kożuch okazał się tak pasowny, że dworzanie nie mogli się nadziwić, jak ich pan wygląda w nim zgrabnie. I stało się tak, jak rzekł chłop. Zadowolony pan kazał chłopu wybrać sobie jeden wierch nad Straceńcem. Ten długo szukał, aż tu na granicy go znalazł. Latem wypasał na nim owce, a zimą szył w chałupie kożuchy, serdaki i inne przyodzienie dla swego pana. Od tego czasu wierch ten ludziska nazwali Krawców Wierch, a wielką polanę Krawculą przezwali.

Schodzimy do Bacówki PTTK, położonej w dolnej części Hali Krawcula na wysokości 1025 m n.p.m. Przed nami otwiera się piękna panorama, choć wyblakła przez zachmurzenie. Da się jednak rozpoznać najbliższe szczyty. Szczególnie interesuje nas Wielka Rycerzowa, na którą jutro będziemy się wspinać. To pierwszy szczyt na prawo od przełęczy Przysłop. Łatwo też rozpoznać dominującego nad Ujsołami Muńcuła. Przy lepszej widoczności widać stąd o wiele więcej.

Hala Krawcula na Krawcowym Wierchu.


Panorama z Hali Krawcula.


Bacówka PTTK na Krawcowym Wierchu.

Zbójnicki w Bacówce.
O godzinie 15.00 zasiadamy przy schroniskowym kominku, oczarowani niezwykłym klimatem bacówki. Wiele dobrego słyszeliśmy już o obsłudze, tutejszej kuchni, czy też wygodnym noclegu. Otaczające nas pozytywne fluidy ludzi gór utwierdzają nas w przekonaniu, że tak faktycznie musi być. To co widzimy i to co słyszymy znajduje potwierdzenie w słowach Alicji, która opowiada o swoim niezwykle udanym pobycie w tym schronisku przez ostatni weekend.

Jest godzina 16.10 - czas ruszyć dalej, by zdążyć przed zmrokiem. Dni są już przecież krótkie i choć jesteśmy przygotowani na wędrówkę w mroku, to lepiej nie ryzykować. Obchodzimy budynek schroniska. Jeszcze tylko pamiątkowa fotografia na tle malowniczej bacówki i Hali Krawcula, ciągnącej się niemal po sam szczyt Krawców Wierchu. Wtem docierają do nas dźwięki trombity płynące z hali, na której biesidują przy ognisku górale. Stoimy osłupiali urzeczeni głęboką melodią niesioną hen daleko przez wierzchołki gór. Wciąż tak staliśmy, jeszcze długo po tym jak góral odjął instrument od ust, bo jak u Wojskiego wydawało się, że...
...wciąż gra jeszcze, a to echo grało.
Ile drzew, tyle rogów znalazło się w boru,
Jedne drugim pieśń niosą jak z choru do choru.
I szła muzyka coraz szersza, coraz dalsza,
Coraz cichsza i coraz czystsza, doskonalsza,
Aż znikła gdzieś daleko, gdzieś na niebios progu!
I wtedy ocknęliśmy się. Wędrówka jeszcze nieskończona, a biegnący czas ponagla, by nie błądzić po zmroku.

Góralska biesiada przy ognisku i dźwiękach trombity.

Pod bacówką.

Żółte znaki szlaku kierują nas na zachód ku lasowi na łagodnie opadającą drogę leśną. Poddajemy się jej łagodnemu spadkowi. Pokonujemy niewielkie lokalne wzniesienia na grzbiecie, ale konsekwentnie, choć bardzo powoli obniżamy swoją wysokość. Świerkowy las coraz bardziej miesza się kolorowymi, liściastymi drzewami. Po krótkim, nieco bardziej stromym podejściu przechodzimy obok wierzchołka Długiego Gronia wznoszącego się po prawej na wysokość 929 m n.p.m. Schodząc z jego grzbietu wchodzimy na bardziej otwarte tereny, zarastające polany, z których otwiera się ładny widok na lewo.



Nieodległe są już pierwsze domy wyrastające ze stromego zbocza górskiego. Schodzimy dalej na przełęcz przed Kubiesówką, wznoszącą się przed nami. Na jej szczycie widoczny jest maszt przekaźnika telewizyjnego. Postawiony tu drogowskaz wskazujący drogę do schroniska wskazuje jednocześnie wierzchołek Kubiesówki. Schodzimy z żółtego szlaku i wspinamy się zgodnie ze wskazaniem drogowskazu. Bezleśny szczyt zapewnia nam piękną panoramę na okolicę. Nasza droga niknie na szczycie w trawie. Spotkaną kobietę dopytujemy o schronisko. Mówi nam, ze musimy obejść górę.



Podejście na szczyt Kubiesówki (868 m n.p.m.).

Widok z Kubiesówki na pasmo Lipowskiej.

Glinka (929 m n.p.m.) - widok z grzbietu prowadzącego na szczyt Kubiesówki​.

Szczyt Kubiesówki (868 m n.p.m.).


Panorama z Kubiesówki na północ.

Wracamy z powrotem do miejsca, w którym opuściliśmy żółty szlak i schodzimy nim dalej, trawersując wokół południowego zbocza Kubiesówki. Wkrótce droga przed nami zaczyna stromo opadać w dół po betonowych płytach. Zatrzymujemy się przy podobnym znaku, jak na przełęczy przed Kubiesówką, wskazujący na inną drogę odbijającą w prawo. Opuszczamy zatem ponownie znakowany szlak i kierujemy się trawersem na zachodnią stronę góry, gdzie znajdujemy nasze schronisko położone na wysokości 868 m n.p.m. Okazuje się, że leży ono tuż pod szczytem Kubiesówki, a zatem mogliśmy do niego dotrzeć również bezpośrednio ze szczytu. Dłuższy spacer wokół góry przy niezłej pogodzie jest jednak prawdziwą przyjemnością, okraszoną ładnymi krajobrazami.


O godzinie 17.30 wchodzimy w progi, w których wita nas niezwykle sympatyczna gospodyni, od razu otaczając nas rodzinnym ciepłem, jakbyśmy byli tu nie pierwszy raz. Otrzymujemy ładny, przytulny pokoik i kilka gier planszowych w razie ataku nudy, a na poranne śniadanie obiecaną mamy wymarzoną jajecznicę na boczku. Jest wspaniale, a pensjonacik - rewelacja!


GALERIE FOTOGRAFICZNE:
Dolina Straceńca

TRASA:
Węgierska Górka Żabnica Abrahamów (857 m n.p.m.) Górska Stacja Turystyczna „Słowianka” (803 m n.p.m.) Hala Pawlusia Rysianka Schronisko PTTK na Hali Rysianka (1290 m n.p.m.) Złatna Huta.

OPIS:
W sobotę rano grupę zwołano
i na czwarty etap GSB pognano.
Chudzi i grubi, duzi i mali,
wszyscy udają, że się wyspali.
Grupa dość liczna dzisiaj wędruje,
a Edward grupą dzielnie kieruje.
W czerwcu, w Węgierskiej Górce
„mokro” się skończyło
i chyba do dzisiaj nic się nie zmieniło.
Słonko, co w Krakowie zza chmur wyglądało
teraz zupełnie nam się schowało
i chociaż chmury wiszą nad nami
dzielnie wędrują panowie z paniami.
Abrahamów – tu deszczyk pada,
Skała – przestało, dobrze się składa,
bo za chwil kilka odpoczywamy
w „Słowiance” śniadanko zjadamy.
Zbocze Romanki – cóż za ekstrema;
łańcuch trzymamy rękami dwiema.
Hala Pawlusia i na Rysiankę...
Co to? Już koniec?... No to na „piankę”:)
Do Złatnej z górki się kulikamy,
a w październiku na Rysiance
znów się spotkamy.
PS.
Ogromną gafę popełniłam.
Górę Bukowina pominęłam.
A wiedzieć powinni i starzy i młodzi,
że właśnie z Tej Góry
nasz Grzegorz pochodzi.
~~~Dorota

Główny Szlak Beskidzki
etap 4
Węgierska GórkaHala Rysianka
18,0 km

Po dłuższej przerwie wracamy na Główny Szlak Beskidzki. Za sobą mamy już pokonany odcinek biegnący przez Beskid Śląski i kolej teraz na pierwszy fragment wprowadzający nas w Beskid Żywiecki. Startujemy tam, gdzie ostatnio zakończyliśmy wędrówkę. Pamiętamy ją doskonale... wspaniałą wędrówkę w kąpieli upalnego słońca, przerwaną nagłą ulewą, która potem przerodziła się w ucieczkę przed osaczającą nas burzą - to była wędrówka ze skrajności w skrajność. Z czym przyjdzie się nam dziś zmierzyć? Niebo jest zaniesione, ale jest sucho i ciepło. Wspominając ostatnią wędrówkę po beskidzkim szlaku można poczuć się jakbyśmy w ogóle z niego nie schodzili, jakby chmury po pamiętnej ulewie zawisły i czekały na nas, aż do dnia dzisiejszego. Ulice Węgierskiej Górki zdążyły jednak już przeschnąć, burza przeszła już hen daleko i pojawiają się już małe przejaśnienia. Prognozy na dziś przychylne, zapowiadające prawdziwie słoneczny dzień, w który na razie trudno uwierzyć. Prędzej można spodziewać się drobnego przelotnego deszczu. Najważniejsze jednak, że nie ma zagrożenia burzowego.


Jeden ze zbójników.
O godzinie 9.30 spoglądamy jeszcze raz na obelisk upamiętniający Jana Pawła II, a potem obracamy się o 180 stopni i ruszamy dalej czerwonym szlakiem. Idziemy ul. Zieloną, wzdłuż której utworzono w 2009 roku Aleję Zbójników. Aleję tą tworzą ponad 3 metrowe rzeźby przedstawiające zbójników (aktualnie jest ich 6, ale planowane są dalsze). Stoi tu hetman zbójecki z Węgier, Zbójca Skarbnik, który pilnuje skrzyni z talarami i Zbój Kłusownik z upolowaną zwierzyną, a także Zbój Zdrój pilnujący wody w górskich ruczajach, Zbój Drwal z wielkim nosem, toporem i fajką oraz Zbój Opój opierający się o beczkę z okowitą. Ulica Zielona doprowadza nas do ronda, szlak czerwony skręca na nim w lewo, na ul. Obrońców Węgierskiej Górki. Póki co skręcamy jednak w prawo w krótką ulicę biegnącą do punktu informacji turystycznej, w której potwierdzamy nasz pobyt w Węgierskiej Górce.

Wracamy stamtąd na ul. Obrońców Węgierskiej Górki, którą zmierzamy w kierunku gór Beskidu Żywieckiego. Zaraz za rondem o godzinie 9.45 przechodzimy przez przejazd kolejowy, a pięć minut później obok Fortu Wędrowiec. To jeden z pięciu schronów bojowych wybudowanych tutaj przed wybuchem II Wojny Światowej, które wraz z innymi planowanymi miały tworzyć rygiel obronny „Węgierska Górka”. Rygiel ten miało tworzyć łącznie 16 fortów, ale nie zdążono z ich budową. Te które już były podczas wojny obronnej w 1939 roku stały się ważnym punktem oporu i pozwoliły na powstrzymanie hitlerowskich ataków przez 3 dni, co w konsekwencji opóźniło rozbicie Armii „Kraków”.

Fort „Wędrowiec”.
Po kolejnych kilku minutach wędrówki docieramy do granic administracyjnych Węgierskiej Górki, za którymi rozpoczyna się wieś Żabnica. Droga, którą wędrujemy od Węgierskiej Górki jest dość ruchliwa - szkoda, że nie ma przy niej chodnika dla pieszych. Zapewne jeszcze nieraz spotkamy się z taką sytuacją schodząc z jednych pasm górskich i wychodząc na następne. Na szczęście asfaltowy odcinek nie jest tutaj bardzo długi i o 10.05 dochodzimy do miejsca, gdzie czerwony szlak odbija na lewo.

Żabnica - zaraz będziemy odbijać z szosy na lewo.

Idziemy teraz wąską drogą, która szybko zamienia się w drogę polną. Wznosi się ona po stoku góry Grapa (613 m n.p.m.). Szybko nabieramy wysokości, pozwalającej cieszyć się ładną panoramę na dolinę Węgierskiej Górki oraz znajdujący się za nią Beskid Śląski. Jego szczyty, podobnie zresztą jak inne wokół są niestety dziś ukryte w chmurach. Mimo to warunki pogodowe są niezłe na przyjemną wędrówkę. Wraz z panoramą na dolinę Węgierskiej Górki wyłania się przed nami nieduża góra o nazwie Bukowina, sięgająca 510 m n.p.m. Być może w ogóle byśmy na nią nie zwrócili uwagi, gdyby nie dwa stojące na niej forty „Wąwóz” i „Wyrwidąb”. Chwilę później skręcamy w prawo i podążamy po kamienistej drodze na wschód wprost ku wierzchołkowi Grapy.

Stoki góry Grapa.

Fort „Wąwóz”.

Fort „Wyrwidąb”.

Idziemy cały czas pod górę. Nie jest bardzo stromo i przy zachowaniu odpowiedniego tempa wędrówki podejście nie jest męczące, ale i tak co chwilę przystajemy, bo warto co pewien czas obejrzeć się za siebie. Za nami panorama robi się coraz ładniejsza i rozleglejsza. Oprócz Węgierskiej Górki rozciąga się również na okoliczne wsie, a wkrótce też po północnej stronie sięga na niemal całą Kotlinę Żywiecką, aż po Jezioro Żywieckie i znajdujący się za nim Beskid Mały.


Panorama za plecami - dolina Soły, a za nią rozciąga się Beskid Śląski.

W górę na grzbiet Abrahamowa.

Jeszcze jedno spojrzenie na dolinę Soły i znajdujący się za nią Beskid Śląski.

Jezioro Żywieckie, za którym wznosi się Beskid Mały.

Kulminacja Abrahamowa już nie daleko.

Pochłonięci urokliwymi widokami nie zauważamy, w którym momencie nasza kamienista droga przeobraziła się w wygodną polną. Nasz szlak chowa się teraz coraz częściej w gęstwinie zarośli i drzew. Wędrówkę urozmaicają liczne polany, które otwierają malownicze widoki na lewo i na prawo, oczywiście trochę ograniczone przez chmury, które jak się zdaje wiszą teraz tuż nad naszymi głowami. Trudno powiedzieć, w którym momencie przeszliśmy przez niewyraźną przełęcz i zaczęliśmy poruszać się po grzbiecie Abrahamowa. Cały czas szlak stopniowo pnie się w górę łagodnie nie zmuszając nas do nadmiernego wysiłku. Gdy zbliżamy się do kulminacji Abrahamowa (857 m n.p.m.) siąpi drobną mżawką, ale tylko przez chwilkę. Nawet nie kwapimy się by sięgnąć po kurtki przeciwdeszczowe.

Po przejściu obok kulminacji Abrahamowa jego grzbiet zaczyna powoli opadać, a przy naszej drodze pojawia się kilka chałup. Około 11.20 mijamy dom agroturystyczny „Abrahamów”. Trochę dalej nasza droga rozwidla się, a znaki szlaku nakazują nam wybrać tą na prawo. Zachmurzenie cały czas ogranicza odleglejsze widoki, ale mimo to wędrówka sprawia wiele przyjemności. Chyba jedyną trudnością jest kilka kałuż, które pojawiają się na naszej drodze, niektóre nawet całkiem spore, ale radzimy sobie z nimi bez większych trudności.

Mijamy kilka chałup położonych na stokach Abrahamowa.

Dom agroturystyczny „Abrahamów”.

Pod wierzchołkiem Skały (945 m n.p.m.) szlak zakręca łukiem z północnego wschodu na południe. Chwilę potem słyszymy przed sobą odgłosy biesiadujących wędrowców. Zbliża się godzina 11.50, gdy docieramy do pierwszego punktu odpoczynku, do Górskiej Stacji Turystycznej „Słowianka”.

Panorama na południe.

Przy Górskiej Stacji Turystycznej „Słowianka”.

Po 20 minutach ruszamy dalej, najpierw w dół Halą Słowianka. Przed nami widać ponad młodymi świerkami zbocza Romanki (1366 m n.p.m.), a bardziej na prawo Rysianki (1322 m n.p.m.). Ich wierzchołki giną w chmurach. Nie wygląda to zbyt optymistycznie, bo przecież Rysianka jest naszym celem.

W dół na Halę Słowianka.

Przed nami widać zbocza Romanki (1366 m n.p.m.), a bardziej na prawo Rysianki (1322 m n.p.m.).

Wierzchołki Romanki i Rysianki giną w chmurach.

Ostrożeń (Cirsium Mill.).
Ostrożeń (Cirsium Mill.).

O godzinie 12.30 mijamy rozdroże szlaków. Odchodzi stąd niebieski szlak na Romankę, towarzyszący nam od „Słowianki”. Jeszcze tylko przez chwilę obniżamy swoją wysokość, po czym skręcamy 90 stopni w lewo. Odtąd szlak zaczyna wznosić się ostrzej w górę kamienistą drogą. Trawersujemy zbocze Romanki. Poprawia się chyba trochę widoczność, bo malowniczy widok od zachodu wydaje się mieć większą głębię. Jest on bardzo pociągający.

Odtąd szlak zaczyna wznosić się ostrzej w górę kamienistą drogą.

Poprawia się chyba trochę widoczność, bo malowniczy widok od zachodu wydaje się mieć większą głębię.

Zbocze Romanki w dolnych partiach jest ogołocone z drzew.

Wciąż mamy ładny widok w kierunku zachodnim.

Nieco wyżej pojawia się więcej drzew.

Panorama na zachód zmienia się z każdym naszym krokiem.


Około godziny 13.00 widoki nasze zamyka las. Idziemy ścieżką wyłożoną kamieniami. Kilka minut później szlak wspina się przez kilka metrów trawersem po wystających ze zbocza głazach. Przejście to może nie jest nadto przepaściste, ale skały i pokrywająca je ziemia są mokre i bardzo śliskie. Łatwo o poślizgnięcie, mogące skutkować nie tylko siniakami na tyłku. Przydatny staje się zamontowany tu krótki łańcuch, który pomaga podciągnąć się po wystających kamiennych blokach. To jedyne tego typu ubezpieczenie na Głównym Szlaku Beskidzkim, którego nie powinno się lekceważyć.

Ścieżka wyłożona kamieniami.

Fragment szlaku ubezpieczony łańcuchem.

Do Rysianki jest już niedaleko. Przechodzimy ostatni spływający po zboczu ciek wodny, ostatni raz spoglądamy na zachód ku pięknej panoramie z grzbietami górskim, na których rozpoczynaliśmy dzisiejszą wędrówkę, po czym na krótką chwilkę szlak chowa nas w lesie.

Na krótką chwilkę szlak chowa nas w lesie.

O godzinie 13.45 wychodzimy na górną część Hali Pawlusiej. Patrząc w kierunku jej spadu, dostrzegamy siodło przełęczy, za którą wznosi się Rysianka. Widać ją w całej okazałości i tylko od czasu do czasu jej wierzchołek przysłania przepływający z zachodu na wschód obłok.

Na Hali Pawlusiej, za nami widać Rysiankę.

Przez parę minut delektujemy się tym ładnym miejscem i schodzimy na przełęcz. Z Hali Pawlusiej mamy ładne widoki na zachód i na wschód. Z kolei podczas wspinania się na Rysiankę z tyłu bardzo ładnie prezentuje się Romanka, choć jej wierzchołek w dalszym ciągu chowa się w chmurze.

Z Hali Pawlusiej mamy ładne widoki (tu na zachód).

Romanka widziana z podejścia na Rysiankę.

Pod szczytem Rysianki.

Pod budynek Schroniska PTTK na Hali Rysianka wychodzimy o godzinie 14.10. Jest on położony pod szczytem Rysianki na wysokości 1290 m n.p.m. Uwagę naszą przyciąga wschodnia strona, skąd rok temu podziwialiśmy jedną z najbardziej widokowych panoram w Beskidach, z Pilskiem i Babią Górą w roli głównej, a także wschodnią częścią Pasma Wielkiej Raczy, w scenografii zwieńczonej Tatrami, Niżnymi Tatrami, Wielkim Choczem i Małą Fatrą. A co dziś mamy? Spektakl podobny do tego sprzed roku, ale jakby okryty sceniczną mgłą. Tak to można opisać, bo widok jest i dziś fascynujący, chociaż nie tak rewelacyjny jak w bezchmurne dni.

Pod Schroniskiem PTTK na Hali Rysianka.


Panorama z Hali Rysianka.

W schronisku gościmy dłużej, bo właśnie zakończyliśmy zaplanowany na dziś odcinek Głównego Beskidzkiego Szlaku. Nie spodziewaliśmy się, że tak szybko go pokonamy. Pozostaje tylko zejście do Złatnej Huta.

Zejście z Rysianki.

W drogę powrotną wyruszamy dopiero o godzinie 16.00. Wiedzie ono szeroką kamienistą drogą, przez chwilę jeszcze czerwonym szlakiem, ale tylko do pobliskiego węzła szlaków. Od niego drogę wyznacza nam czarny szlak, którym kontynuujemy zejście do Złatnej Huta. Droga wiedzie cały czas lasem, dość szybko obniżając swoją wysokość.

Przy naszej drodze pojawia się kilka stacji Drogi Światła wyznaczonej z wioski Złatna Huta wzdłuż szlaku papieskiego na szczyt góry Lipowska (1324 m n.p.m.). Stacje te mają formę skalnego głazu, do której przymocowana jest mosiężna tablica z insygniami papieskimi, wizerunkiem Ojca Świętego oraz nazwą stacji i jej motywem przewodnim. Pomysł zrodził się we Włoszech w 1988 roku, a jego inspiracją były freski z katakumb św. Kaliksta w Rzymie przedstawiające zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa, który przechodzi z ciemności do światła.

Schodząc do Złatnej Huta mijamy kilka stacji Drogi Światła.


O godzinie 16.55 docieramy do wioski Złatna Huta. Mając jeszcze trochę czasu przekąszamy coś i wypijamy w punkcie gastronomicznym „U Doroty”. Przed przejściem rzeki Bystra mamy jeszcze jedną atrakcję - zrekonstruowany piec leśnej huty szkła z XVIII/XIX wieku. Tym akcentem kończymy dzisiejszą wędrówkę - łatwą, krótką i niezwykle przyjemną.

Przy punkcie gastronomicznym „U Doroty”.
Człowieczek z kubeczkiem pod punktem gastronomicznym „U Doroty”.
Złatna Huta. Zrekonstruowany piec leśnej huty szkła z XVIII/XIX wieku.




LINKI DO INNYCH OPISÓW:
Komisja Turystyki Górskiej.
Więcej informacji - kliknij na obrazek...
Łopiennik (1069) - Stryb (1011) - Hyrlata (1103)
24-26.11.2017
Bieszczady... ileż w nich odmienności w porównaniu do pozostałych polskich gór! Niezwykłe i magiczne o każdej porze roku. Majestatycznie wznoszą się ku błękicie nieba i obłokom. Najwyższe z nich tworzy grupa bezleśnych grzbietów pokrytych połoninami, bajecznymi łąkami, które w niższych partiach przechodzą wprost w naturalne lasy bukowo-jodłowe, z domieszką starych jaworów, czy świerków. Są też tajemnicze, lesiste masywy, rozdzielone głuszą dolin. Mówią, że przestają być dzikie, lecz tkwi w nich legenda. Urzekają pięknem i malowniczością krajobrazów o każdej porze roku. Nie tylko latem i jesienią, kiedy paleta kolorów pokrywająca lasy najbardziej wpływa na emocje, ale również wtedy, kiedy zmysły zatapiają się w cichości późnej jesieni, zimy, czy wiosną, kiedy wszystko znów zaczyna się na nowo. Czy znamy wszystkie oblicza Bieszczadów? Raczej nie, dlatego chcemy zagościć w nich o każdej porze roku, aby stać się godnym ich korony.

Translator

Info

Licencja Creative Commons Gdy nie jest to inaczej sprecyzowane pod konkretnym materiałem, to:
Publikowane na blogu materiały można wykorzystać na warunkach licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie materiałów publikowanych na niniejszym blogu i jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o twórcy i adresu internetowego bloga. Pozwala się na wykorzystanie tych materiałów w innych dziełach pod warunkiem udostępniania ich na tej samej licencji.

Kuferek

Hej wędrowcze, właśnie otworzyłeś malutki skarbczyk.
Nie jest on drogocenny, ale nie wykluczone, że znajdziesz w nim coś
co może Ci się przydać.

Kolekcje

Wędrowanie po znanych i nieznanych szlakach to ogrom niesamowitych wrażeń i emocji. Z każdą zakończoną wędrówką wiąże się tęsknota i czar wspomnień. Odczucia takie towarzyszą nam od samego początku przygody, wyzwalając potrzebę zachowania przeżyć, nie tylko w ulotnej pamięci ludzkiej, ale również w formie bardziej trwałej, w postaci fotografii, opisów, dzienniczków przebytych tras, odwiedzonych miejsc, czy zdobytych szczytów. Utrwalanie to jest również okazją do usystematyzowania turystycznych poczynań wg różnych kryteriów - zdobytych koron gór, przebytych szlaków, itp.

Napisz do nas