Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Racza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Racza. Pokaż wszystkie posty
Znów wyruszyli w góry by dotknąć piękna natury… znanego, nie jeden raz już widzianego, ale za każdym razem zaskakującego. Chęć zobaczenia tego co już kiedyś widzieli byłaby wystarczająca by znów podążyć, ale wiedzą, że i tak będzie coś inaczej (jak zawsze). Nie ma powtarzalności, widzą, że nic nie dzieje się dwa razy. Nawet w prognozach opierających się na powtarzalności zjawisk nigdy nie jest drugi raz tak samo.

TRASA:
Rycerka Górna, Kolonia Roztoki (690 m n.p.m.) [żółty szlak] Wielka Racza (słow. Veľká Rača, 1236 m n.p.m.) [żółty szlak] Rycerka Górna, Kolonia Roztoki (690 m n.p.m.)

OPIS:
Dwunasty sierpnia znów zalał się łzami św. Wawrzyńca. Tak jak co rok. Ruszyli z Rycerki Górnej Kolonii w górę ku gwiazdom. Chcą być bliżej nich, daleko od miast, od ich świateł i zgiełku. Idą w ciszy, w spokoju nocy, przecinając mrok blaskami lampek rozświetlających im drogę. Najpierw kawałek asfaltem w górę Rycerskiego Potoku. Szybko docierają do miejsca, gdzie potok rozwidla się na dwa źródliskowe cieki: Raczę uznawaną za górny bieg Rycerskiego oraz Śrubitę rodzącą się w ostałych fragmentach puszczy Karpackiej, w pierwotnych lasach jodłowo-bukowych regla dolnego rosnący w trzyszczytowych partiach góry Bugaj. Tam wśród dorodnych buków rosną liczne stare jodły sięgające 50 m wysokości, których pnie mają często i po 100 cm średnicy w pierśnicy.

W ciszy mroku.
W ciszy mroku.

Na rozwidleniu potoków szlak odbija z szosy na prawo. Pnie się dróżką niknącą w mroku nocy i lasu. Grupa 24-ch dusz rozciąga się, ale nikomu nie spieszno. Mają wiele czasu na dotarcie na szczyt góry. Idą, bo tam czeka ich coś wyjątkowego. Wielu z nich wie, że ta wędrówka pozwoli oderwać się od codzienności, pobyć z dala od politycznej nagonki, tkwiącej w niepojętej głupocie, ludzkiej głupocie, zazdrości, czy nawet zawiści przepełnionej kłamstwami tylko za to, że chcesz kroczyć własną drogą. Ludzi, którzy przybyli tutaj, by pokonać górę po zmroku nie interesuje polityka. Ona zabija idee prawdziwej turystyki. Najważniejszy jest człowiek, przyjaciel na szlaku z którym mamy przyjemność wędrowania, wspólnego pokonywania trudności, a potem dzielenia się wrażeniami. Rozumieją to ci, którzy tutaj przyjechali. Niektórzy przybyli z bardzo daleka, poświęcając wiele godzin na dojazd, bo pragnęli coś zobaczyć i pobyć z innymi przez te kilka, może kilkanaście godzin podczas wspólnej eskapady. Bardzo chcieli tu być. Są tacy, którzy widzą się tutaj po raz pierwszy, ale nie trzeba było im czasu na przełamanie barier. Idą razem, jakby znali się od zawsze. Wypatrują świetlistych punkcików na niebie. Jeszcze przez parę chwil jest ono bezdusznie czarne, wkrótce jednak zaczyna gwieździście migotać. Chmury odeszły. Ta noc staje się do innych niepodobna.

Księżyc schował się za horyzont o godzinie 0.45. Teraz widać jak spada ognisty deszcz. Nasza Ziemia przedziera się przez rój meteorytów, poprzez drobiny komety 109P/Swift-Tuttle. Co roku wpada w swej okołosłonecznej wędrówce w te kosmiczne okruchy skalne. Atmosfera Ziemi spala je zanim mogłyby dotknąć jej powierzchni. Kosmiczne drobiny są niegroźne dla naszej planety, ale sama kometa znajduje się na orbicie przecinającej orbitę Ziemi, co kiedyś może doprowadzić do jej zderzenia z Ziemią lub Księżycem. Ostatni raz widziana była w naszym Układzie w 1992 roku, po 133 latach od jej odkrycia Lewisa Swifta i Horace'ego Parnella Tuttle'a. Uchodzi zatem za potencjalnego zabójcę Ziemi. Naukowcy jednak zapewniają, że nie nastąpi to jednak w najbliższym tysiącleciu, chyba, że zagrozi nam w tym czasie jakaś inna kometa.

Drogowskaz do schroniska.
Drogowskaz do schroniska.

Zbliżamy się do wierzchołka góry. Nad lasem widzimy coraz wyraźniejszą żółtawą poświatę. Nie wszyscy wiedzą co jest źródłem tego przedziwnego blasku. Któregoś październikowego wieczoru, kiedy po raz pierwszy podążaliśmy na Wielką Raczę też tego nie wiedzieliśmy, a to tylko lampa oświetlająca dziedziniec z ławkami przed schroniskiem. Wskazuje drogę wędrowcom do górskiej przystani jak latarnia morska żeglarzom na morzu.

Lampa górskiej przystani - Schroniska na Wielkiej Raczy.
Lampa górskiej przystani - Schroniska na Wielkiej Raczy.

Wchodzimy na plac przed schroniskiem. Drzwi do schroniska są niewidoczne w oślepiającym świetle latarni. Uprzedzaliśmy gospodarza i wie, że przybędziemy. Zostawił nam otwarte drzwi na werandę i do jadalni. Prosił tylko, abyśmy zbytnio nie napaskudzili. Ciepła izba jest alternatywą w razie paskudnej aury. Nie jest jednak tak bardzo zimno, nie jest też wietrznie, jak na przykład w ubiegłoroczną noc na Babiej Górze, brrr! Wchodzimy na kopułę szczytową góry, znajdującą się kilka kroków za schroniskiem, by zobaczyć co z niej widać. Daje się z niej wyczuć lekki powiew wiatru. Jest chłodniej. Nad naszymi głowami skrzą gwiazdy, ale przez szczyt przewalają się tumany mgły. Widzimy zarys platformy. W pobliżu jeden, drugi namiot... a więc ktoś tu też zapragnął być oprócz nas.

Ktoś z naszej grupy krząta się na platformie widokowej, czyniąc na niej miejsce do podziwiania nieba, a może też krótkiego snu. Jest już po trzeciej. Mgła, czy może napływające chmury przewalające się po wierzchołku góry nasilają się i gęstnieją przysłaniając gwiazdy. W końcu delikatny woal okrył górę, skrywając istotę zjawiska, które chcieliśmy zobaczyć. Może jednak przejdzie - mamy nadzieję. Większość towarzyszy wędrówki szuka sobie miejsca pośród borówczysk. Rozkłada karimaty i śpiwory. Noc to najlepsza pora, by poczuć bicie serca góry, poznać jej charakter i zespolić się z nią. Góra i ja stanowimy wówczas jedność. Oddajemy się jej w pełni. Powierzamy jej swoje istnienie.

Noc zrobiła się mroczna. W mroku tonie blask schroniskowej latarni ledwie widoczny we mgle. W tym blasku próbującym pokonać ciemność nocy schronisko wygląda jak portowa tawerna, do której żeglarze udają się na strawę i wyszynk. Ponoć Komorowscy, dawni właściciele latyfundium magnackiego na Żywiecczyźnie, po dojściu do porozumienia w sporach o granice z właścicielami węgierskimi raczyli się na Wielkiej Raczy winem. Stąd niby miałaby pochodzić nazwa góry, ale to tylko jedna z teorii, bo jest też takie słowo „rajczula”, które w gwarze żywieckiej oznacza zagrodę dla owiec, a przecież niegdyś stoki Wielkiej Raczy były intensywnie wypasane. O znajdujące się na niej tereny wypasowe toczyły się nawet krwawe walki między pasterzami z posiadłości ziemskich Budatina i Streczna (Budatinske a Strcnanške panstvo), znajdujących się po południowej stronie góry na terenie dzisiejszej Słowacji. Inną teorię nazwy góry wysnuwa Aleksy Siemionow w „Studiach beskidzko-tatrzańskich”, sugerując jakoby nazwa góry miała pochodzić od staropolskiego słowa „rac”, czy też „racz” oznaczającego rycerza, co też ma mieć związek z nazwami miejscowości Rycerka Górna i Rycerka Dolna, będącymi kiedyś własnością rycerską.

Biegną dwie godziny nocy jakie zostały nam do świtu. U niektórych to czas rozmyślania, u innych marzeń sennych. Ktoś cichaczem rozmawia starając się nie być głośniejszym od ciszy nocy. Tutaj góra stanowi prawo. Do reguł ustanowionych przez górę należy stosować się z szacunkiem, bo inaczej góra nie odwzajemni się nam tym samym. Tylko wtedy góra może dać azyl i schronienie, tak jak w czasie II wojny światowej Karolowi Petermanowi, który ukrywał się na jej stokach przez 4 lata w wydrążonej kryjówce. Peterman był synem niemieckiego kolonisty z Rycerki Górnej i został wcielony do Wehrmachtu. Czuł się jednak Polakiem i dlatego zdezerterował, przez co zmuszony został do ukrywania się do końca wojny. Po wojnie Karol Peterman był długoletnim gospodarzem schroniska na Wielkiej Raczy, choć do późnych lat 50. Wielka Racza i znajdujące się na niej schronisko były dla turystów praktycznie niedostępne. Ówczesne władze nie zezwalały chodzić wzdłuż granicy państwowej, ale do schroniska można było dotrzeć drogą z Rycerki Górnej po wylegitymowaniu się u Karola Petermana. Dawne ograniczenia poruszania się w strefie polsko-słowackiej granicy wyglądają dzisiaj absurdalnie. Istniały przez wiele lat. Dopiero 1 lipca 1999 roku na Wielkiej Raczy zostało otwarte graniczne przejście turystyczne. Istniało ono podobne jak inne przejścia graniczne do 2007 roku, kiedy na mocy układu z Schengen zostały zlikwidowane. Odtąd w ruchu granicznym między Polską i Słowacją zniesione zostały wszelkie ograniczenia. Wystarczy mieć dowód osobisty lub paszport przy sobie by móc przekraczać granicę niemal w dowolnym miejscu.

Rozglądamy się wokół. Kiedy rozpoczęła się niebieska godzina? Pojaśniało, kiedy oddaliśmy się swym myślom. Widać jasność na wschodzie inną niż te, które widzieliśmy już w górach witając nowy dzień. Czerwieniejący brzask zmiksowany jest z mleczną mgłą. Mgła zasłoniła krajobraz wokół Wielkiej Raczy, ale wiemy, że epicentrum brzasku znajduje się w okolicy wierzchołka Bendoszki Wielkiej. Mija 5.30, godzina wschodu słońca, którego jednak wciąż nie widać. W miejscu, gdzie powinna pojawić się słoneczna tarcza pojawiają rozjaśnione kontury chmur. Rysy chmur kontrastują jakby pochodziły z magicznego świata, w którym coś pojawia się i znika. Pokrótce kontury chmur zanikają przysłonięte przez pływającą falę mgieł, ale wnet znów pojawiają się lśniąc niczym rubin. Z niecierpliwością czekamy na świetlistą tarczę słoneczną, której wciąż nie ma... widać tylko jaśniejący blask przez kurtynę mgły.

Rysy chmur kontrastują jakby pochodziły z magicznego świata.
Rysy chmur kontrastują jakby pochodziły z magicznego świata.

Mijają cztery minuty od godziny wschodu słońca, kiedy pomiędzy warstwami chmur na horyzoncie pojawia się czerwień. Jest to jednak tylko poziomy wycinek pełnego okręgu tarczy słonecznej. To tak jakby nasza gwiazda mrużyła jeszcze swe oko o poranku, nie mając siły rozewrzeć powiek zlepionych sennością... podobnie jak my, ale u nas to wytłumaczalne: braku snu nie da się oszukać. Słońce dopiero wstaje. Stoimy i czekamy patrząc jak światło zmaga się z nocą. Długo jednak słońce tonie we mgle. O godzinie 5.37 rozjaśnia się na tyle... a może to warstwa mgły i chmur nad naszymi głowami sama usuwa się, znika zupełnie. Uwidacznia się nieśmiały błękit nieba ciągnący się na wschód, ku wschodzącej gwieździe. Ta jednak chowa się za warstwami chmur rozciągniętych na kresach horyzontu. Jest godzina 5.43, kiedy w końcu słońce ukazuje górny rąbek swojego okręgu wyłaniający się ponad chmurami. Brzask panoszy się pomarańczą po wschodnim sklepieniu. Tarcza śmielej gna w górę, a pomarańcz przemienia się w krwistą czerwień, rozścielającą się wokół słońca. Ponad czerwienią błękit staje się wyraźniejszy. Na lewo od tarczy słońca rysuje się smuga kondensacyjna. Całość tworzy widok jakby nie z tej ziemi na której żyjemy.

Pojawił się rąbek słońca.
Pojawił się rąbek słońca.

Znów napływa fal mgieł.
Znów napływa fal mgieł.

Gwiazda mruży swe oko o poranku zlepione sennością.
Gwiazda mruży swe oko o poranku zlepione sennością.

Na lewo rysuje się smuga kondensacyjna.
Na lewo rysuje się smuga kondensacyjna.

Słońce wyłania się co raz bardziej ponad chmurami.
Słońce wyłania się coraz bardziej ponad chmurami.

Promienieje coraz intensywniej.
Promienieje coraz intensywniej.

Wschód słońca na Wielkiej Raczy.
Wschód słońca na Wielkiej Raczy.
Wschód słońca na Wielkiej Raczy.

Na platformie widokowej.
Na platformie widokowej.

Słońce mknie w górę nieboskłonu.
Słońce mknie w górę nieboskłonu.

Wraca mgła.
Wraca mgła.

Tarcza słoneczna widoczna przez ziemską mgłę.
Tarcza słoneczna widoczna przez ziemską mgłę.

Zbliża się godzina 6.00. Kolejny dzień rozpoczął byt. Nie ważne już, czy nad górą roztacza się mgła, czy chmury. One wróciły na Wielką Raczę, ale jasny dzień panuje. Lampa nad wejściem do schroniska straciła na blasku w świetle dnia. Ledwie jarzy się, zresztą niepotrzebnie już.

Trwa poranek. Schronisko śpi jeszcze, lecz niebawem zbudzi się. Wyruszą z niego turyści na szlaki Beskidu Żywieckiego, zajdą do niego inni szukając strawy, czy schronienia. Wracamy do doliny Rycerskiego Potoku, gdzie czeka na nas Urszula i autokar. Wracamy tą samą drogę. Idziemy i nie dowierzamy, jakże ten las na stokach góry wygląda teraz inaczej, niż ten w mroku i wyobraźni wypełniającej niewidoczne braki nocnego krajobrazu. W nocy las wydawał się gęsty, dziki i mroczny. Teraz o poranku widać, że jest przetrzebiony z drzew, pozbawiony drzew starych i chorych. Zostały wycięte, by nie zarażały innych, również tych które zaczynają dopiero rosnąć. Dzień pokazuje prawdę o lesie, jego rzeczywisty obraz, taki jaki naprawdę jest.

Schronisko PTTK na Wielkiej Raczy.
Schronisko PTTK na Wielkiej Raczy.

Nasze legowiska.
Nasze legowiska.

Szczyt Wielkiej Raczy.
Szczyt Wielkiej Raczy.

Nastał nowy dzień.
Nastał nowy dzień.

Schronisko PTTK na Wielkiej Raczy.
Schronisko PTTK na Wielkiej Raczy.

Beskid Żywiecki.
Beskid Żywiecki.

Powrót do doliny Rycerskiego Potoku.
Powrót do doliny Rycerskiego Potoku.

Powitanie nowego dnia na Wielkiej Raczy pozwoliło dotknąć nam piękna ulotnego, pojawiającego się na granicy nocy i dnia przez zaledwie kilka chwil. Za każdym razem piękno to jest inne, ale za każdym razem daje poczuć wewnętrzne odnowienie. W domu odeśpimy zaległą noc, a gdy wstaniemy pierwsze co pomyślimy, to o tej nocy, niepodobnej do innych. Nic po niej nie będzie takie same, a do tej nocy wracać będziemy nader często i do ludzi, którzy byli tam z nami.

Czekamy na następną noc do innych niepodobną... gdzie będzie? A gdzie byście chcieli aby była – możecie napisać to w komentarzach, a wtedy być może spełni się Wasze życzenie.


GALERIE FOTOGRAFICZNE:
Powitanie dnia na Wielkiej Raczy

TRASA:
Schronisko Górskie na Wielkiej Raczy (1230 m n.p.m.) - Wielka Racza słow. Veľká Rača (1236 m n.p.m.) Obłaz (1043 m n.p.m.) Magura (1075 m n.p.m.) Kikula, słow. Kykula (1087 m n.p.m.) Vreščovskié sedlo (760 m n.p.m.) Chatka Skalanka Zwardoň sedlo (685 m n.p.m.) Zwardoń PKP (670 m n.p.m.)

OPIS:
Wczorajszy wieczorny chłód schroniska na szczęście rozpłynął się wraz z napływem kaloryferowego ciepła, aczkolwiek w powietrzu wciąż można było wyczuć jego echo. System ogrzewania naszego pokoju sprawiał wrażenie niewydolnego. Noc jednak smacznie i twardo przespaliśmy. Sen był tak błogi, że zapewne spalibyśmy jeszcze długo, tym bardziej, że zaplanowana na dziś trasa nie była zanadto długa i nie zmuszała nas do wczesnej pobudki. Podświadomość samoistnie jednak podpowiadała, że nie należy zwlekać ze wstawaniem. Wszak nie na co dzień mamy okazję przebudzić się na wysokości 1230 m n.p.m.

Za oknem mamy jeszcze poranną szarówkę. Nagle dostrzegamy, że sklepienie niebieskie pozbawione jest zachmurzenia i w tym samym momencie ogarnia nas olśnienie: wschód słońca! Nad morzem wiemy, że jest piękny, ale w górach?

Brzask na Wielkiej Raczy
(widok spod budynku schroniska w kierunku Tatr, z lewej mamy Beskid Żywiecki, z prawej początek Małej Fatry).


Zbliżenie na Tatry.

Zbliżenie na Małą Fatrę.

Jest po szóstej. Wschód nastąpi około 6.30. Słońce nie może wstać dziś przed nami. Zarzucamy na siebie ubranie i wychodzimy przed budynek schroniska. Już przed schroniskiem olśniewa słoneczny brzask, którego źródło znajduje się jeszcze za Tatrami. Promienie jaskrawą czerwienią odganiają demony i zmory nocy. Nadchodzi świt. Ściana tatrzańskich szczytów zaczyna wyraziście bielić się pierwszym śniegiem. Szczyty są tak wyraźne, że wydają się wręcz domalowanym na horyzoncie mirażem, na widok którego można zaniemówić. A może należałoby się uszczypnąć, by sprawdzić, czy to jeszcze sen, czy naprawdę już wstaliśmy.

Panorama w kierunku Niżnych Tatr (w głębi). Wcześniej widać charakterystyczny Wielki Chocz.

Mała Fatra: z lewej poszarpany Wielki Rozsutec (1610 m n.p.m.), z prawej stożkowaty Stoh (1607 m n.p.m.).

Kilkanaście metrów stąd jest jeszcze lepsze miejsce, otóż szczyt Wielkiej Raczy (słow. Veľká Rača, 1236 m n.p.m.), na którym znajduje się platforma widokowa. O mały włos, a byśmy o tym zapomnieli.

Panorama dookólna: północ-wschód-południe.

Rozpoczyna się świt, a Wielka Racza wciąż zniewala. Z jej szczytu, w którą stronę by nie spojrzeć – piękna i rozległa, górska panorama. Najwspanialsza z tych, jakie do tej pory zaoferowały nam Beskidy. Wspaniała nagroda za trud wędrówki. Nie ma słów, aby wrazić to, co się stało w dolinach, a przynajmniej tam, gdzie powinniśmy je widzieć, bo tak naprawdę dolin nie widzimy wcale. Widać tylko morze mgieł, a właściwie morze chmur, bo są to najprawdziwsze białe obłoki, o wyrazistych, malowniczych kształtach. Takie najpiękniejsze jakie spotykamy na błękitnym niebie, tyle, że w tym momencie widzimy je znacznie niżej od nas samych.

Tatry.

Panorama na zachód (z lewej z chmur wystają najwyższe szczyty Beskidu Śląsko-Morawskiego).

Południowy zachód.

Bendoszka Wielka (1144 m n.p.m.) - jeden z wyższych szczytów w grupie Wielkiej Raczy.

Z tego morza wystają się tylko wyspy. Jak na wyciągnięcie ręki wspaniała Mała Fatra (słow. Malá Fatra) z szeregiem szczytów, z których najbardziej charakterystyczne to: poszarpany Wielki Rozsutec (słow. Veľký Rozsutec, 1610 m n.p.m.), stożkowaty Stoh (1607 m n.p.m.) i najwyższy Wielki Krywań (słow. Veľký Kriváň, 1709 m n.p.m.). Na zachodzie ponad białą pierzyną wystaje najwyższa góra Beskidu Śląsko-Morawskiego - Łysa Góra (czes. Lysá hora, 1324 m n.p.m.) spluskana promieniami wschodzącego słońca. Na północy Skrzyczne (1257 m n.p.m.) królujące nad Beskidem Śląskim. Natomiast całą przestrzeń pomiędzy Beskidem Śląskim, a Tatrami wypełnia oczywiście Beskid Żywiecki, gdzie z gąszczu szczytów górskich odnaleźć można Pilsko z Babią Górą stojące prawie w jednej linii, a także odwiedzoną wczoraj Wielką Rycerzową (słow. Rycierova hora) i Małą Rycerzową.

Tatry.
 
Mała Fatra.

Zbliża się już godzina od chwili jak słońce wstało, a przedstawienie wciąż trwa. Słońce przemieściło się za ten czas już znacznie ponad horyzont. Powietrze zdążyło się już nieco ogrzać, ale schroniskowy termometr wskazuje jedynie +3˚C. Wracamy na śniadanie. Potem kawa w przeszklonej schroniskowej galeryjce z widokiem na Tatry i wracamy na szczyt Wielkiej Raczy.

Schronisko na Wielkiej Raczy 1230 m n.p.m.

Na platformie widokowej.

Słońce przemieściło się już ponad horyzont.

Bałwany chmur zaczynają odparowywać.

Łysa Góra (czes. Lysá hora, 1324 m n.p.m.) spluskana promieniami wschodzącego słońca.

Południowy zachód.

Minęło godzina 9.00. Zniknęły bałwany chmur z dolin, które podczas naszej nieobecności przekomponowały się w jednolitą mgłę. Dla odmiany bałwanki pojawiły się teraz na niebie. Intensywna mgła zalega jeszcze w większości dolin, ale powoli zaczyna odparowywać ku górze. Na żywiecczyźnie wzniesienia odsłoniły się już od podstawy, a z rozdzielających je dolin unoszą się tylko delikatne mgiełki.

Skrzyczne (1257 m n.p.m.) - najwyższy szczyt w grupie górskiej Beskidu Śląskiego.

Fragment Beskidu Żywieckiego.
Najdalsze zalesione szczyty to Mała Rycerzowa (z lewej) i Wielka Rycerzowa (z prawej).
Przed Wielką Rycerzową wznosi się Bania. Polana pod Banią to Przełęcz Przegibek.

Wspaniałe widowisko nadal trwa, a w duchu odzywa się już głos żalu, że za niedługo się skończy, bo przecież musimy rozpocząć zejście w dół. Dobrze, że choć namiastkę tego piękna zabierzemy ze sobą w pamięci aparatu fotograficznego. Jego migawka wciąż bez opamiętania otwiera się i zamyka wpuszczając do jego wnętrza światło, malujące spektakularne obrazy. Gdy wrócimy do domu i zasiądziemy w zaciszu domowego ogniska, zbiór fotografii przyniesie nam nostalgiczne wspomnienie przeżytych chwil i wrażeń, jakimi uraczyła nas dziś matka natura. Dobrze, że w dzisiejszych czasach nie musimy się liczyć z ograniczeniami, a także kosztami jakie wynikały ze stosowania emulsyjnych nośników, czyli kliszy fotograficznej.





I tak przychodzi czas, kiedy nie powinniśmy już zwlekać z powrotem. Nieubłaganie zbliża się krytyczny moment dla naszej wędrówki. Dochodzi godzina 10.00 i jak nie wyruszymy teraz, to nie zostawimy sobie żadnego marginesu bezpieczeństwa by zdążyć na pociąg.

Nadszedł czas powrotu.

Pod schroniskiem wracamy na czerwone znaki.

Zatem obieramy kierunek na zachód - cel: Zwardoń. Pod schroniskiem wracamy na czerwone znaki i zaczynamy schodzić wąską ścieżką. Po chwili ścieżka doprowadza nas do pasa granicznego, przez który poprzez przecinkę leśną poprowadzona jest naziemna linia energetyczna do schroniska. Przed nami jeszcze pięknie prezentują się beskidzkie szczyty parujące delikatną mgłą, ale wkrótce droga opada tak szybko, że widoki te chowają się za wierzchołki drzew leśnych.

Ścieżka doprowadza nas do pasa granicznego,
z poprowadzoną naziemną linią energetyczną do schroniska.




Robi się ciepło. Kurtki w zasadzie stają się niepotrzebne. Pokonujemy pierwsze niedługie podejście na Obłaz (1042 m n.p.m.). Z jego wierzchołka, przez przecinkę leśną świetnie widać partię szczytową Wielkiej Raczy, ale widok ten wywołuje bardzo mieszane uczucia, radość wspaniałych chwil na szczycie przesiąknięta tęsknotą do nich i chęcią powrotu. To dopiero 30 minut marszu, a Wielka Racza jest już dość odległa.

Obłaz (1042 m n.p.m.) - z jego wierzchołka, przez przecinkę leśną
świetnie widać partię szczytową Wielkiej Raczy.

Szczyt Wielkiej Raczy widoczny z Obłazu.

Schodzimy z Obłazu. Szlak odbija teraz nieco od granicy w prawo, wchodząc w wysoki las, to zielony świerkowy, to kolorowy liściasty, albo całkowicie pomieszany, że trudno określić dominację gatunkową drzew. Odbijając od granicy omijamy dwa szczyty: Wielki Przysłop (1037 m n.p.m.) i Mały Przysłop (996 m n.p.m.). Kto chętny do wejścia na oba te szczyty może skorzystać z niebieskiego słowackiego szlaku. Chwilami szlak wychodzi na otwartą przestrzeń powstałą w wyniku intensywnego wyrębu w związku z przeprowadzaną przebudową drzewostanów. Omijając wymienione szczyty w pewnym momencie dostajemy się na zbocze porośnięte młodymi drzewkami, głównie świerkowymi. Ich niewielka wysokość i stromość zbocza sprawia, że mamy świetną panoramę na przysiółek Rycerki Górnej o nazwie Kolonia.

Schodzimy z Obłazu omijając Wielki Przysłop (1037 m n.p.m.).

Wracamy na grzbiet.

Panorama na przysiółek Rycerki Górnej o nazwie Kolonia.

Potem ponownie wchodzimy do gęstego lasu. Pojawia się na krótko stary las świerkowy, który niknie na rzecz młodszych drzew lasu o trudnej do określenia strukturze dominującego drzewostanu. Znów pojawiają się strefy wyrębu, w których prowadzona jest rewitalizacja lasu. I wciąż obniżamy swoją wysokość, ale już niebawem zaczynamy zakręcać ku granicy państwowej spokojnie podchodząc górski grzbiet. Wchodzimy na polanę porośniętą bardzo wysoką trawą; tak wysoką, że sięga nam po uszy. Można się w niej schować. Trochę dalej osiągamy pas graniczny i tym samym o godzinie 11.30 kończymy obchodzenie Wielkiego i Małego Przysłopu.

Świerkowy las, który niknie na rzecz młodszych drzew
lasu o trudnej do określenia strukturze dominującego drzewostanu.

Strefy wyrębu, w których prowadzona jest rewitalizacja lasu.

Strefa wysokich traw.

Kończymy obchodzenie Wielkiego i Małego Przysłopu.

Zbliżamy się z poworotem do pasa granicznego.

Teraz szlak prowadzi nas prawie cały czas pasem granicznym. Nie sprawia większych trudności. Ścieżka lekko i łagodnie faluje po grzbiecie górskim, w cieniu barwnych drzew. Forsowniejsze podejście znajduje się dopiero pod Magurą wznoszącą się na wysokość 1073 m n.p.m. Po stronie słowackiej zbocza są niemal zupełnie wykarczowane. Od tej właśnie strony, za plecami ukazuje się nam w pełni okazała Wielka Racza i cały jej grzbiet opadający łagodnie na zachód. To na nim znajduje się szereg popularnych tras narciarskich i wyciągów, położonych nad miejscowością Oszczadnica (słow. Oščadnica). Widać też na szczycie Wielkiej Raczy schronisko, platformę widokową i charakterystyczny słup energetyczny. To ostatnie widoki na Wielką Raczę i połowa drogi do Zwardonia. Mija właśnie południe.

Ścieżka lekko i łagodnie faluje po grzbiecie górskim, w cieniu barwnych drzew.

Ostatnie widoki na Wielką Raczę podczas podejścia na Magurę (1073 m n.p.m.).

Zbliżenie na szczyt Wielkiej Raczy.

Niespodziewanie na szlaku zatrzymuje nas żmija zygzakowata (Vipera berus). To gatunek jadowitego węża osiągającego nawet 70 cm długości, a czasem i więcej. Pewnie byśmy ostrożnie stąd zmykali, ale chociaż napotkany osobnik pręży się jak może (zapewnie by zadać cios), to jednak jego rozmiary są tak niewielkie, że można go spokojnie obejść. Pora godowa żmij zygzakowatych przypada na okres kwiecień-maj, a młode rodzą się mniej więcej w sierpniu. Wynika z tego, że nasz okaz ma około dwóch miesięcy. Obchodzimy gada i podążamy dalej czerwonym szlakiem pokonując szczyt Magury.

Niespodziewane spotkanie na szlaku - żmija zygzakowata (Vipera berus).

Zaraz za Magurą znajduje się kolejny szczyt oddzielony niezbyt szeroką i płytką przełęczą. To Kikula (słow. Kykula) o wysokości 1087 m n.p.m. Spotkanie ze żmiją zygzakowatą pochłonęła kilkanaście minut naszego czasu i na szczyt Kikuli wychodzimy o 12.30. Przed dalszą drogą raczymy się na niej kubkiem herbaty. Niebo nie jest już tak błękitne jak o poranku, ale aura jest bardzo pogodna. Dal jest nieco zamglona, ale ewentualne widoki w dużym stopniu zakrywają młode drzewa.

Kikula (słow. Kykula) o wysokości 1087 m n.p.m.

Na Kikuli czerwony szlak skręca 90 stopni w prawo na północ.

Na Kikuli czerwony szlak skręca 90 stopni w prawo kierując na północ. Wciąż wiedzie szeroką ścieżką, która początkowo nieznacznie opada, wchodząc w zwarty las. Jednak niebawem przyjmuje większą stromość, a momentami ostro stacza się w dół. W przecince leśnej ukazuje się nam kolejna góra na szlaku - Beskid Graniczny (875 m n.p.m.). Po 20 minutach kończymy zejście z Kikuli. Wchodzimy na otwarte tereny.

Zejście z Kikuli.

Żegnamy się z leśnymi klimatami. Na zboczach widać coraz więcej domów i gospodarstw, łąki i pola, a nasza droga jest już utwardzona podsypanym kamieniem. Wchodzimy w granice administracyjne Zwardonia. Wioski, powstałej przypuszczalnie na bazie istniejącej wcześniej osady granicznej lub punktu celnego na istniejącym tu szlaku handlowym. Nie ma już gór przekraczających 1000 m n.p.m. Ostatnia taka została już za nami – Kikula, która stąd wygląda bardzo okazale.

Kikula widziana z podejścia na Beskid Graniczny.

Wspinamy się na Beskid Graniczny. Nieopodal jego wierzchołka szlak skręca ostro w lewo i schodzi, trzeba przyznać bardzo karkołomnie w dół. Widać, że jest to jezdna droga gruntowa, ale trudno wyobrazić sobie by po niej można było wyjechać zwykłym samochodem.

O godzinie 13.40 schodzimy na Vreščovskié sedlo (760 m n.p.m.), na którym znajduje się turystyczne przejście graniczne. Stąd zaczynamy wchodzić na Skalankę, wznoszącą się na wysokość 867 m n.p.m. Po chwili droga po której prowadzi nasz czerwony szlak zatacza szeroki łuk wokół góry, omijając jej szczyt. Z drugiej strony góry mijamy rodzaj studenckiego schroniska turystycznego Chatkę „Skalanka”. 

Vreščovskié sedlo (760 m n.p.m.).

Chatka „Skalanka”.

Opuszczamy wzniesienie Skalanki, przed nami gęstnieją zabudowania Zwardonia.

Potem schodząc coraz niżej mijamy kolejne zabudowania Zwardonia. Szlak wraca na pas graniczny, który opuścił wcześniej omijając wzniesienie Skalanki. Wkrótce na drodze pojawia się asfalt. Po lewej pojawia się nam bardzo znajoma okolica, tęskne wspomnienie lata i siedmiodniowej eskapady wokół Beskidu Śląsko-Morawskiego. To Skalité Serafínow, przez który przechodziliśmy rozpoczynając tamtą wędrówkę, a także później kończąc ją szczęśliwie. Jakże miło jest znów zobaczyć te same domy, drogę, stacyjkę kolejową, a także wyciągi narciarskie.

Znajoma okolica w dolinie - Skalité.

Za nami widać Skalankę.

Przed nami widać najstarszą częścią Zwardonia - osiedle Myto. Przypuszcza się, że około XVII-XVIII wieku, zjawiło się tutaj czterech braci o nazwisku Zwardoń, którzy na ziemiach niczyich postawili zagrody, zajmując się hodowlą owiec i bydła. Być może byli to osadnicy wołoscy wędrujący zboczami gór Beskidu Żywieckiego, którzy do tej pory nie znaleźli miejsca na zasiedlonych już górach, a może włościanie przeniesieni w górne rejony Soły, z przeludnionych wsi dookoła Węgierskiej Górki. Tego nikt nie wie napewno. Wiadomo jednak, że nazwa Zwardoń pojawia się na mapie z końcem XVIII wieku przy istniejącym już tu wówczas bitym trakcie. 3 listopada 1884 r. uruchomiono linię kolejowa z Żywca do Czadcy przechodzącą przez Zwardoń, w którym wybudowano stację. To otworzyło możliwość zarobkowania i zaczęło przyciągać potencjalnych osadników z okolic, którzy osiedlali się wokół stacji kolejowej, osuszając istniejące śródleśne trzęsawisko, zwane „świńską młaką”.

O godzinie 14.35. docieramy do Schroniska PTTK w Zwardoniu „Dworzec Beskidzki”, ale jest zamknięte z powodu remontu. Alicja powiada, że bardzo długiego remontu, bo pamięta, że trwał on już 1,5 roku temu. Była tu podczas pobytu w Soli i mówi, że od tego czasu nic się ze schroniskiem nie zmieniło.

Schronisko PTTK w Zwardoniu „Dworzec Beskidzki” (aktualnie nieczynne).

Idziemy dalej w dół. Mijamy charakterystyczny Dworek „Szwajcaria” pełniący funkcję pensjonatu. Wkrótce po lewej pokazuje się nam znany drewniany budynek graniczny z zielonym dachem, a przy samej drodze słupek z oznaczeniem turystycznego przejścia granicznego. Tu mamy Zwardoň, sedlo 685 m n.p.m. i początek słowackiego żółtego szlaku prowadzącego do Skalité Serafínow.

Zwardoň, sedlo (685 m n.p.m.) - widok w kierunku Słowacji.

Jeszcze chwilę i uliczka skręca na wschód. Przed nami widać już dworzec kolejowy. Schodzimy do niego mijając z prawej Kościół Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny. O godzinie 14.50 kończymy wędrówkę, zabierając bagaż wspaniałych wspomnień. Fantastyczna przygoda niestety ma tu swój kres.

Miała być jeszcze pyszna pizza, ale niestety Zajazd u Burowej był zamknięty. Jesteśmy niepocieszeni, ale pozdrawiamy niniejszym tekstem sympatyczną panią właścicielkę zajazdu (może pamięta nas z wizyty 6 sierpnia tego roku) - obiecujemy, że nie odpuścimy i jeszcze się zjawimy przy innej okazji.

Jeszcze chwilę i uliczka skręca na wschód.

Przed nami widać już dworzec kolejowy.

Schodząc do centrum Zwardonia mijamy Kościół Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny.

Żegnaj słonko, żegnaj dniu, żegnaj wędrówko!

Przebyte piękne szlaki nie pozwolą nam łatwo przejść do codzienności. W głowie już powstają marzenia, kiedy i na jaki wrócić znów na szlak. Czy to nastąpi już za niedługo - przekonamy się wkrótce. Jedno jest pewne, że:
Bez tej miłości można żyć,
mieć serce suche jak orzeszek,
malutki los naparstkiem pić
z dala od zgryzot i pocieszeń,
na własną miarę znać nadzieję,
w mroku kryjówkę sobie uwić,
o blasku próchna mówić „dnieje”,
o blasku słońca nic nie mówić.

Jakiej miłości brakło im,
że są jak okno wypalone,
rozbite szkło, rozwiany dym,
jak drzewo z nagła powalone,
które za płytko wrosło w ziemię,
któremu wyrwał wiatr korzenie
i jeszcze żyje cząstkę czasu,
ale już traci swe zielenie
i już nie szumi w chórze lasu?

Ziemio ojczysta, ziemio jasna,
nie będę powalonym drzewem.
Codziennie mocniej w ciebie wrastam
radością, smutkiem, dumą, gniewem.
Nie będę jak zerwana nić.
Odrzucam pusto brzmiące słowa.
Można nie kochać cię - i żyć,
ale nie można owocować.

Wiesława Szymborska
Gawęda o miłości do ziemi ojczystej


GALERIE FOTOGRAFICZNE:
Świt na Wielkiej Raczy

Więcej informacji - kliknij na obrazek...
Łopiennik (1069) - Stryb (1011) - Hyrlata (1103)
24-26.11.2017
Bieszczady... ileż w nich odmienności w porównaniu do pozostałych polskich gór! Niezwykłe i magiczne o każdej porze roku. Majestatycznie wznoszą się ku błękicie nieba i obłokom. Najwyższe z nich tworzy grupa bezleśnych grzbietów pokrytych połoninami, bajecznymi łąkami, które w niższych partiach przechodzą wprost w naturalne lasy bukowo-jodłowe, z domieszką starych jaworów, czy świerków. Są też tajemnicze, lesiste masywy, rozdzielone głuszą dolin. Mówią, że przestają być dzikie, lecz tkwi w nich legenda. Urzekają pięknem i malowniczością krajobrazów o każdej porze roku. Nie tylko latem i jesienią, kiedy paleta kolorów pokrywająca lasy najbardziej wpływa na emocje, ale również wtedy, kiedy zmysły zatapiają się w cichości późnej jesieni, zimy, czy wiosną, kiedy wszystko znów zaczyna się na nowo. Czy znamy wszystkie oblicza Bieszczadów? Raczej nie, dlatego chcemy zagościć w nich o każdej porze roku, aby stać się godnym ich korony.

Translator

Info

Licencja Creative Commons Gdy nie jest to inaczej sprecyzowane pod konkretnym materiałem, to:
Publikowane na blogu materiały można wykorzystać na warunkach licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie materiałów publikowanych na niniejszym blogu i jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o twórcy i adresu internetowego bloga. Pozwala się na wykorzystanie tych materiałów w innych dziełach pod warunkiem udostępniania ich na tej samej licencji.

Kuferek

Hej wędrowcze, właśnie otworzyłeś malutki skarbczyk.
Nie jest on drogocenny, ale nie wykluczone, że znajdziesz w nim coś
co może Ci się przydać.

Kolekcje

Wędrowanie po znanych i nieznanych szlakach to ogrom niesamowitych wrażeń i emocji. Z każdą zakończoną wędrówką wiąże się tęsknota i czar wspomnień. Odczucia takie towarzyszą nam od samego początku przygody, wyzwalając potrzebę zachowania przeżyć, nie tylko w ulotnej pamięci ludzkiej, ale również w formie bardziej trwałej, w postaci fotografii, opisów, dzienniczków przebytych tras, odwiedzonych miejsc, czy zdobytych szczytów. Utrwalanie to jest również okazją do usystematyzowania turystycznych poczynań wg różnych kryteriów - zdobytych koron gór, przebytych szlaków, itp.

Napisz do nas