Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wieprz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wieprz. Pokaż wszystkie posty
Pobudka przed ósmą. Wyspaliśmy się. Za oknem chcielibyśmy zobaczyć ładniejszy dzień. Niestety jest jaki jest. Taki jak w prognozach - szary, pochmurny, ale nie leje. Może tylko pokapuje drobinkami. Później ma w ogóle nie padać. Zjadamy wyśmienite śniadanie. Dziękujemy za gościnę gospodarzom ośrodka „Lech”. Obiecujemy, że wrócimy tu i nie są to czcze obiecanki. Susiec to świetna lokalizacja na niedokończoną Tanew, zaś „Lech” to ośrodek z możliwościami, oferujący komfortowe warunki do wypoczynku.

Górny bieg Tanwi jest obecnie nie spławny ze względu na niski stan wód. Musimy nad tą rzekę przyjechać ponownie, najlepiej na wiosnę, kiedy wody będzie w niej więcej. Natomiast dzisiaj kontynuujemy wczoraj rozpoczęty program zastępczy. Umówieni jesteśmy w górnym biegu rzeki Wieprz. Zaplanowaliśmy krótką trasę spływu, ale wyszła dłuższa. A wszystko to przez pomyłkę. Dzwoni zaniepokojony Jan (nasz człowiek od kajaków): – Gdzie jesteście, bo ja tu już czekam na was blisko godzinę? – Janie, jesteśmy na miejscu. – Ale was tu nigdzie nie ma – odpowiada Jan - a ja już rozładowałem wszystkie kajaki. Nie ma się co dziwić, że się nie widzimy, bo jesteśmy w różnych miejscach: my pod młynem w Bondyrzu, a on w Hutkach.

Nie wiedzieć dlaczego Jan zawiózł i rozładował kajaki w Hutkach zamiast w Bondyrzu. On sam też nie wie dlaczego to zrobił i zachęca, abyśmy popłynęli sobie z Hutek. Czasu mało, bo to dzień powrotu do domu, pogoda deszczowa, ale ma się poprawić i wszyscy chcą płynąć (no prawie wszyscy, bo dwie osoby chcą zostać w autokarze).

Gdy dojeżdżamy do Hutek opad deszczu prawie zanika. Wodujemy kajaki i zaczynamy spływ. Nie odpływamy zbyt daleko, gdy wraca deszcz i to dość obfity, lecz nikt nie narzeka. Zakładamy kaptury i staramy się zjednoczyć z naturą. Doświadczamy rzeki innej niż do tej pory. Ogarnia nas chyba nawet satysfakcja, że nie zrezygnowaliśmy. Deszcz wcale nie jest taki straszny. Krople uderzają w powierzchnię wody, a my wiosłujemy.

Hutki. Start spływu.
Hutki. Start spływu.

Rzeka Wieprz.
Deszcz na Wieprzu.

Rzeka Wieprz.
Wieprz w deszczu.

Na początku szlaku wodnego było płytko. Kadłub kajaka tarł chwilami po dennych piaskach, ale odbyło się bez większych problemów. Z każdym kilometrem rzeka stawała się głębsza. Po kwadransie deszcz zelżył. Wkrótce przestało zupełnie padać. Ciągi trzcinowisk przy brzegach rzeki poprzedzają nieduże rozlewisko, które wytworzone jest przed śluzą przy starym młynie w Bondyrzu. Czeka nas przenoska przez szosę. Pomagamy sobie przy niej, bo jesteśmy jak jedna drużyna, odpowiedzialni za siebie, każdy za każdego. To takie zwyczajne, a jednocześnie wspaniałe wodniackie bractwo.

Rzeka Wieprz.
Puszcza Solska i Wieprz po deszczu.

Rzeka Wieprz.
Trzcinowisko.

Przed młynem w Bondyrzu.
Przed młynem w Bondyrzu z 1917 roku
(wpisany do rejestru zabytków Narodowego Instytutu Dziedzictwa).

Rzeka Wieprz.

Na rzece, nawet w trakcie deszczu nie czuło się chłodu, lecz na lądzie chłód jest odczuwalny. Zagrzewamy się szybko wiosłując. Potem już tylko oddajemy przyjemności pokonywania meandrów rzeki, która robi się jakby bardziej dzika, obrośnięta powyginanymi konarami drzew, które utrzymuje na brzegach plątanina korzeni. Tudzież słychać plusk... może to pstrąg, a może żaba. Nie zdążyliśmy obejrzeć się by zobaczyć. Mijamy rodziny dzikich kaczek. Przy brzegach pływają ich sznureczki. Niewiele wiosłujemy. Kajak niesie nurt, tylko korygujemy jego kurs delikatnymi pociągnięciami wiosła. Kajakowa sielanka na Wieprzu, który kiedyś poznaliśmy, a dzisiaj odkrywamy go na nowo, bo dzisiaj to jakby zupełnie inna rzeka, niepodobna do tej sprzed roku.

Na rzece Wieprz.

Rzeka Wieprz.

Rzeka Wieprz.

Rzeka Wieprz.
Kaczki.

Rzeka Wieprz.
Drewniane pale.

Rzeka Wieprz.

Dopływamy do kolejnego młyna. Kiedyś takich młynów był tu więcej. Dzisiaj te zachowane są ozdobą i atrakcją. Przenosimy kajaki przez drogę. To ostatnia przenoska. Wtedy dociera do nas, że to trzeci i ostatni dzień spływu. Ależ zleciało. Szkoda, że tak szybko. Te trzydniowe wyjazdy mają to do siebie, że ledwie się rozpakujemy pierwszego wieczora, a już następnego trzeba myśleć o spakowaniu.

Zakończenie dzisiejszego odcinka przychodzi nagle. Drewniany pomost z lewej, nad nim słychać odgłosy rozmów tych co już zakończyli spływ. Czekają tylko na nas, bo jak zwykle płyniemy na końcu, jak bezpiecznik pilnując by nikt nie został na szlaku. A rzeka meandruje dalej. Wpływa w najdziksze ostępy objęte ochroną Roztoczańskiego Parku Narodowego, gdzie nie wolno nam już płynąć.

Bondyrz - Miętałów. Śluza.
Bondyrz - Miętałów. Śluza przy starym młynie.

Bondyrz - Miętałów. Po drugiej stronie śluzy.
Bondyrz - Miętałów. Po drugiej stronie śluzy.

Rzeka Wieprz.

Rzeka Wieprz.

Guciów to niewielka, lecz niezwykle klimatyczna wioska. Stoją tu stare zagrody i karczma. Czas tu zatrzymał się dla podtrzymania tradycji. Wyjeżdżać się nie chce.

To już trzeci dzień września. Mówiąc o wrześniu myślimy już o jesieni, pomimo tego, że kalendarzowe i astronomiczne lato trwa jeszcze przez dwie dekady września. Zleciały wakacje. Świeżo w pamięci mamy wcześniejszy spływ i jakoś uwierzyć trudno, że to było aż trzy miesiące temu. Żegnamy się po raz drugi w tym roku z Roztoczem. Będziemy tęsknić za przyrodą i wszech panującym spokojem. Tanew, Wieprz urzekają i uzależniają. Kiedyś wrócimy i znów popłyniemy ku zachodzącemu słońcu, malującym czerwienią horyzont, za którym zapada w sen.

LINKI DO INNYCH OPISÓW:
Wieprzem na spotkanie ze świtą Neptuna


Rzeka Wieprz płynie ze spokojem wycinając zakola przez Lubelszczyznę. Ma 303 km długości. Przepływa przez Roztocze, gdzie integruje się wyjątkowo silnie ze środowiskiem i pozwala łączyć przyjemność spływu z bliskością przyrody. To pociągający odcinek rzeki, choć ze spływów wyłączony jest najciekawszy i najbardziej atrakcyjny fragment przepływający przez Roztoczański Park Narodowy. Dzika przyroda jednak nie kończy się tam gdzie kończy się park narodowy, lecz wyczuć ją można wokół w otulinie.

Ten dzień spływu rozpoczynamy w miejscu, gdzie rzeka opuszcza obszar Roztoczańskiego Parku Narodowego, na przystani w miejscowości Obrocz. To duża przystań, gdzie składowanych jest mnóstwo kajaków. Panuje chmurna, ale ciepła aura. Wyśmienita na spływ, choć z pewnością nie złapiemy dzisiaj opalenizny. Wystarczy jednak wczorajsza, bo co za dużo to niezdrowo. Wrzesień na Roztoczu to ciekawa pora. Właściwie już po sezonie kajakarskim, który kończy się tutaj z ostatnimi dniami wakacji. Teraz na rzece jest pusto, ale w sezonie płyną po niej sznureczki kajaków. Jest wówczas bardzo ciasno.

Przystań w Obroczy.
Przystań w Obroczy.

Płyniemy Wieprzem, przy którym sadowią się lasy, ciągi drzew nadrzecznych, chylących się nad powierzchnię rzeki. W czasie upałów te drzewa stwarzają przyjemne warunki ściągając na wodę cień. Niektóre powalił czas i próchnieją w nurcie rzeki. Niektóre omijamy, niektóre ocierają kadłub kajaka. Wpływamy do Zwierzyńca są dwie przystanie z plażą. Zeszłego roku korzystaliśmy z gościny tej drugiej. Tym razem zatrzymujemy się w pierwszej. Bufet zaczyna pracować pełną parą. Można coś przekąsić, napić się coś chłodnego lub ciepłego.

Spływ rzeką Wieprz.


Przystań w Zwierzyńcu.
Przystań w Zwierzyńcu.

Po przerwie płyniemy dalej. Pokonujemy kolejne meandry rzeki. Dopływamy do miejsc, gdzie jej brzegi porasta trzcina. Wkrótce pojawia się przed nami nisko zawieszona metalowa kładka. Ktoś namalował na niej napis, krótki i jednoznaczny „Kryj ryj” - chowamy się w kajakaui przepływamy bez uszczerbku na ryju pod kładką. Wypływamy na zalew Rudka. Na przeciwległym brzegu widzimy niedużą zaporę elektrowni. Kierujemy się na prawo od zapory, gdzie czeka nas przenoska.

Odpływamy od przystani.
Odpływamy od przystani.

Spływ rzeką Wieprz.
Kontrola położenia z mapą.

Kładka nad wpływem Wieprza do zalewu Rudka.
Kładka nad wpływem Wieprza do zalewu Rudka.

Zalew Rudka
Zalew Rudka.

Zapora elektrowni na zalewie Rudka.
Zapora elektrowni na zalewie Rudka.

Płyniemy dalej przez urokliwy Zwierzyniec, miasteczko, gdzie siedzibę ma Roztoczański Park Narodowy. Rzeka wartko przepływa pod wiaduktem kolejowym, gdzie woda przelewa się po kamienistym dnie. Na szlaku wodnym pojawiają się urocze mostki i kładki. Na lewo od nas znajduje się staw z wyspami. Na jednej z tych wysp stoi barokowy kościół na wodzie. W sąsiedztwie tego stawu znajduje się zabytkowy browar z 1806 roku produkujący piwo „Zwierzyniec” w charakterystycznych butelkach.

Zmieniamy kierunek z zachodniego na północno-zachodni. Mijamy kolejne domostwa założone przy nabrzeżach rzeki. Scalają się one z rzeką drewnianymi pomostami. Widzimy tabliczki informujące, że jest to teren prywatny. Zatem biwak nie jest w takich miejscach możliwy. Rzeka kieruje się na północ. Wpływa między dwie osady. Z lewej mamy wieś Wywłoczka, z prawej wieś Bagno. Przed południem cumujemy na lewym nabrzeżu, przy posesji Jana. Odpoczniemy przy grillu.

Spływ rzeką Wieprz.

Spływ rzeką Wieprz.

Spływ rzeką Wieprz.

Spływ rzeką Wieprz.


* * *

Tymczasem, mniej więcej w tym samym czasie i całkiem niedaleko łączki Jana zacumował swoisty statek. Ma on bosmana, znanego na lądzie z imienia Albert, lecz na wodach zwany jest Glaukosem. Tutejsi mieszkańcy zdaje się nie na co dzień widzą tak potężną jednostkę. Dziwnie i niespotkanie się zwie. To nieznana i jedyna nazwa na wodach morskich i oceanicznych, jak też rzecznych - „Mercedes”. Glaukos powiada, że „król jest tylko jeden” i trzeba wiedzieć, że w kontekście tego sformułowania Glaukos ani myśli o sobie, ani znamienitych załogantach, czy elitarnych pasażerach, lecz nawiązuje do jednostki, z którą związany jest od lat. Nikt nie słyszał, aby kiedykolwiek go zawiodła, no może poza incydentalnym zdarzeniami, nierzadko również była mu domem. Na jej pokładzie znajduje się spory kubryk, który pomieści nawet 54 osoby. Zwykle wszystkie znajdujące się w nim koje są zajęte, a z pewnością taki jest, gdy podróżują w nim postacie tak szacowne, jak te, które właśnie opuszczają pokład.

Postacie?... Hmm... Osada, w której się pojawili dawno już nie widziała tak barwnego korowodu. Jej mieszkańcy z niedowierzaniem spoglądali w jego kierunku, choć żaden z nich nie śmiał opuścić swego domostwo, ani nawet pomyśleć od tym, by wyjść do ogródka, czy stanąć bezpośrednio przy drodze i powitać niecodziennych gości. Być może z braku śmiałości, a może ze strachu mieszkańcy pochowali się w swoich domach. Korowód wyraźnie obrał kurs na domostwo Jana. Szli skrajem szosy, tej samej, którą przejeżdżały pojazdy lądowe. Zwykle pojazdy te mkną szybko, często z prędkością na granicy prawa, lecz tym razem spowalniały swój bieg widząc... może przebierańców, a może... realnych władców mórz i oceanów, bagien i wszelkich sadzawek. No bo skąd mieli wiedzieć, że to co widzą, to nie wytwór fantazji, to nie świat baśni, czy omam, lecz najprawdziwsza świta Neptuna.

Byli już blisko celu, zaledwie kilka metrów od wejścia na terytorium Jana, znanego na tutejszych wodach starego wodniackiego wygi, z którym już nie pierwszy raz zawierali układ na użyczenie małych jednostek pływających. Jan od lat prowadzi przystań tychże jednostek. Znana jest szeroko z nazwy „Pagaj” i ceniona nawet wśród elit, również reprezentowanych świtą Neptuna. Jan dał się już poznać ze swego profesjonalizmu, popartego największym doświadczeniem. Byli już bardzo blisko, gdy zobaczyli dwie niewiasty, opuszczające wody przy terytorialne. Przystań Jana leży właśnie nad takimi wodami, a niewiasty, Małgorzata i Katarzyna, wyraźnie się w niej taplały, co widać było po ich mokrym stroju. Chciały opuścić terytorium Jana bez żadnego myta, bez stania się pełnoprawnym wodniakiem, zgodnie z wymogami starego wodniackiego prawa. Wówczas to Neptun po raz pierwszy od opuszczenia pokładu swego flagowego okrętu „Mercedes”, uniósł się srogo: – Ech, do czorta! Nie daję wam żadnych szans! Czeka was dziesięć w skali Beauforta! – i niewiasty z pokorą zawróciły.

Korowód świty Neptuna skierował się ku rzece i przystani. Teren trawiastym stokiem opadał ku nabrzeżu, przy którym krzątała się jakaś gromada. Obok unosił się dym znad paleniska, nad którym piekło się żarło. Smakowity zapach ulatniał się niczym z kambuza. Towarzystwo szykowało się do uczty. Zauważyć też można było pewne wyluzowanie, takie jakie czasem przynosi kubek rumu, czy dwie flaszki złocistego napoju, albo kilka kielonków ostrzejszej czystej.

Stał wśród nich wodniak nieprzeciętny, co niejedno wiosło już skruszył. To do niego skierował swe kroki Neptun i słowa: – Co to za chmarę neofitów przyprowadziłeś tutaj, Topografie! Znali się od lat. Wielokroć spotykali na jednego w stylowej karczmie, znajdującej się wiele kilometrów stąd. Tutaj w Wywłoczce spotkali się dopiero po raz drugi. W między czasie było jednak wiele innych spotkań, również niedawno w tutejszym regionie. Dlatego też w geście przywitania Neptun od raz przeszedł do rzeczy:

– Witaj Topografie, ostatnie spotykamy się dość często – na co Topograf uśmiechnął się do Neptuna, a ten odwzajemnił się takim samym uśmiechem, choć spod bujnego jego siwego zarostu nie było tego widać. Gęste i dłuższe niż ostatnio jego włosy przysłaniały nawet policzki. Spomiędzy kosmyków widać było tylko błękitne oczy, symbolizujące barwą spokój i sprawiedliwość, uduchowienie i miłość, niebo i fale morskie i wiele innych cnót, które długo by wymieniać. Podobnymi lokami porośnięty był czerep Topografa, choć nieco krótszymi i uporządkowanymi z niebywałą dbałością. W ręku jednak trzymał nie swoje wiosło, co Neptun szybko dostrzegł zaniepokojony. Wszak to dawne, stare wiosło znał doskonale, a poza tym wcześniej nigdy nie widział, aby Topograf rozstawał się z nim. Kiedyś po tutejszych i nietutejszych wodach wiosło to pływało z wiosłem słynnego Olka, który właśnie kończy swoją trzecią transatlantycką wyprawę i jutro przy dobrych wiatrach ma przycumować na kontynencie europejskim. Wiosło to nie tylko Neptun miał w pamięci, ale też liczne pośladki chrzczonych neofitów - one szczególnie dobrze pamiętały to stare wiosło Topografa.

– Muszę je oszczędzać – rzekł Topograf widząc zaniepokojenie Neptuna. Obaj pamiętają i nie tylko oni, ten dzień, kiedy wiosło Topografa o mało nie poszło w proch na twardej dupie jednego z neofitów podczas czerwcowego ceremoniału chrztu wodniackiego.

Neptun rozejrzał się dookoła.
Neptun rozejrzał się dookoła.

Neptun rozejrzał się dookoła. W tym samym momencie w oczach Topografa pojawił się błysk, jakby chciał coś powiedzieć, czego nie powiedział a powinien powiedzieć wcześniej. Chciał teraz to rzec, lecz nie chciał wchodzić w słowo Neptunowi.

Neptunus.
– No widzę tu wiele znajomych twarzy, znad Tanwi, znad Wieprza – wodniacy o których mówił Neptun z dumą przyjęli te słowa, prostując swe spracowane kręgosłupy i wypychając pierś do przodu, by wystawała dalej niż mięsień piwny. Neptun pamiętał ich i ich wodniackie imiona, co podwójnie ich nobilitowało, lecz chwilkę później Neptun dodał:

– Lecz kilkanaście twarzy widzę po raz pierwszy...

– Tak Neptunie, to prawda – odparł Topograf, tym razem nie czekając jak Neptun dokończy zdanie – zgadza się Neptunie, są nowi, których trzeba poddać próbie.

Piraci już gotowi do swych powinności.

I po tych słowach oczy stojących skierowały się na postacie stojące za Neptunem. Dotąd stali oni nieruchawo. Teraz jak na dźwięk trąbki sygnałówki barwne postacie stojące dotąd spokojnie poruszyły się, wręcz zaczęły falować jak wzburzone morze. Każdy z nich wiedział co ma robić, bo każdy z nich znał doskonale swój fach i profesję. Byli gotowi, co nie jest niespodzianką. Nie raz przecie dali się poznać jako wyrafinowani specjaliści w przeprowadzaniu rytualnych prób, czy też zadawaniu różnorakich katuszy, sprawdzających przydatność neofitów i innych szczurów lądowych w szeregach braci wodniackiej. Byli wśród nich medycy o doświadczeniu sięgającym czasów pierwszych argonautów, którzy pod wodzą Jazona wyruszyli okrętem Argo po złote runo do Kolchidy. Byli wśród nich Boreadzi - skrzydlaci bracia, siłacz Herakles, pieśniarz Orfeusz, Tezeusz - pogromca Minotaura, Kastor i Polideukes - bliźniaczy bracia, piękna Atalanta i wielu innych helleńskich bohaterów. To chyba właśnie medyków najbardziej obawiają się neofici, bo wiedzą, że nie każdemu udaje się zejść ze stołu chirurgicznego na własnych nogach, tak, aby trafić w ręce cyrulików, którzy dokonają pierwszego oczyszczenia elewa na wodniaka. Cyrulicy potrafią doskonale wydepilować to i owo, położyć na twarzy i członkach odpowiednie maseczki upiększające, a nawet - gdy zajdzie taka potrzeba - przeprowadzić oczyszczającą lewatywę.

Jeden z neofitów na stole chirurgicznym.

Poczekalnia, a w niej
pielęgniarki - higienistki zakłądają
pieluszkę neoficie.
Można się z tego śmiać, albo tego się bać, lecz pamiętać trzeba, że zarówno ze śmiechu, jak i ze strachu popuścić można w gacie. Dlatego służby medyczne Neptuna podchodzą do procedury chrztu ze starannością i pełną dbałością o higienę neofity. Już na początku rytuału każdy zostaje ubrany w wysokiej jakości pieluszki, gwarantujące pełne bezpieczeństwo dzięki wytłaczanej warstwie chłonnej, zatrzymującej nieproszoną wilgoć nawet do 12 godzin. Dzięki temu neofici przechodzący próbę mogą cieszyć suchością i komfortem w trakcie całego chrztu. Białe pieluszki są synonimem postępu w procedurach wodniackiego chrztu. Postępowy nurt widoczny jest również na etapie oczyszczenia neofity, gdzie dotąd kandydat doświadczał aktu pielęgnacji ciała, a tym razem, po raz pierwszy zadbano o czystość ducha - na ich drodze stawał neptunowski kapelan, który efektywnie spowiadał z grzeszków nawet tych najbardziej opornych, stosując niekiedy nader eksperymentalne metody zachęcania do szczerej konwersacji.

Od lewej: nadworny fotograf, medyk, kapelan i piratka.
Faza oczyszczania i upiększania,
czyli wizyta u cyrulików.

No i w końcu nadchodziła ta ostatnia próba, najprzyjemniejsza, bo tak jak Neptun lubi się napić oraz dobrze i zdrowo zjeść, tak i wodniak nie powinien w tym względzie wybrzydzać, tym bardziej, że kucharze przygotowali tym razem naprawdę wyjątkowe i wykwintne smakołyki z neptunowskiego stołu. To próba, która jednocześnie sprawdza odporność kandydata na wodniaka na chorobę morską. Po niej pozostaje już tylko udać się po pieczątkę na dupie nabitą wiosłem z rąk Topografa. Po tym wszystkim neofita stawał przed obliczem Neptuna i Salacji, by złożyć uroczystą przysięgę oraz przyjąć wodniackie imię.

Urocze diablątko.

Wszyscy czekają na swoją kolej.

Smakołyki kuchni Neptuna:
- Temu podwójną porcję! - woła z tyłu Topograf.

Pieczątka wiosłem Topografa.

Diabły Morskie i Piratka.
Chrzest Wodniacki nie byłby możliwy bez wysiłku diabłów morskich, a także korsarzy i piratów, co odeszli na wieczną wachtę. Dzisiaj u boku Neptuna i jego żony Salacji brali oni nader czynny udział w rytuale chrztu wodniackiego. Z ich więzów nie uciekł z placu prób żaden neofita. Byli oni jak koszmar z ulicy Wiązów i żaden opór nie był w stanie powstrzymać ich od działania.

Napracowali się tego dnia wszyscy ciężko. I znów jak zawsze cała ekipa, za którą osobiście ręczył Topograf, przeszła pomyślnie próbę. Każdy wytrzymał katusze Chrztu Wodniackiego, przeprowadzonego zgodnie ze starą wodniacką tradycją i wedle przyjętego rytuału. Wodniackie Bractwo powiększyło się o osiemnastu nowych, wspaniałych wodniaków.

– Gratulacje należą się wszystkim śmiałkom, lecz bez wątpienia największe siedmioletniej Madzi, odtąd w wodniackim świecie zwanej Arielką, najmłodszej członkini naszego Wodniackiego Bractwa – oświadczył Neptun, wskazując dłonią na śliczną dziewczynką na rękach Salacji. Tego dnia wszyscy oddali się całym sercem i duszą wodniackiej tradycji i zwyczajom. I trzeba to powiedzieć, że tak barwnego widowiska nie było jeszcze nigdy.

Arielka z Salacją i Neptunem w królewskiej łodzi.

Świta Neptuna jest coraz liczniejsza.

Wodniackie Akty Chrztu i Certyfikaty.
Dla większości z nas wodniacka przygoda rozpoczęła się nie tak dawno. Gromadzimy jednak intensywnie doświadczenie. Wśród naszej Wodniackiej Braci mamy już pierwszych zdobywców Turystycznej Odznaki Kajakowej pierwszego stopnia. Jedenastu z nas zostało pozytywnie zweryfikowanych do tej odznaki, a dziewięciu dostąpiło zaszczytu otrzymania jej z rąk Topografa: Aretuza, Ajgle, Aello, Eunike, Halia, Hesperetuza, Tetyda, Salacja i Neptunus. Eryteja i Najda, nieobecne na tym spływie wciąż muszą czekać na ten zaszczyt.

Biesiada trwała jeszcze trochę, wkrótce jednak wodniacy zaczęli odpływać, nie od razu wszyscy, lecz kolejno w różnych odstępach czasu. Ogarniała ich chęć pozostania jeszcze w ogrodzie Jana, ale też chęć by płynąć dalej. Można nie dowierzać, ale to co stało się tutaj jest faktem, choć myślami wspomnień może zdawać się starą baśnią, której współtwórcami są wszyscy uczestnicy spływu i każdy z nich może teraz powiedzieć, tak jak Józef Ignacy Kraszewski:

I ja tam byłem, miód, piwo piłem, bo każda stara baśń tak się przecie kończyć powinna.”


POCZTÓWKOWY KALEJDOSKOP

Amon

Ampeliusz

Arielka

Chryzant

Demetria

Doris

Fojbe

Galatea

Gaudencja

Idalia

Koryna

Nereus

Perun

Perykles

Polidor

Sirocco

Sotera

Teonilla


Wodniackie Bractwo.
Wodniackie Bractwo.

* * *

Opuszczamy nabrzeże. Wodujemy na rzece jako ostatni, Neptunus i Salacja, bo tradycyjnie zamykamy grupę, grupę niezwykłą, wspaniałą. Otwierający grupę Topograf jest już daleko przed nami. Szlak wodny jest wyraźnie oczyszczony. Mijamy wycięte zarośla i oczyszczony jaz. Przed nami tylko jedna przenoska na starej śluzie w Turzyńcu. Tym razem Topograf zdecydował, że robimy ją lewym brzegiem, gdyż prawy brzeg jest przed śluzą naderwany. Płyniemy dalej leniwym nurtem rzeki, meandrując przez pola i łąki. Nie widzimy ich z pokładu kajaka, bo brzeg jest zbyt wysoki, stromy. Gdzieniegdzie wznoszą się piaszczyste skarpy z otworami w których na wiosnę zaczynają gniazdować jaskółki brzegówki (Riparia riparia). Jednak o tej porze roku nie ma ich tutaj. Wspominamy czerwiec zeszłego roku, kiedy fruwały tutaj nad naszymi głowami, przysiadywały na skarpach, niknęły w jamkach skarpy.

Wpływamy na otwarte tereny. Na brzegach rośnie niewiele drzew. Bez problemów pokonujemy jaz, który rok temu wzbudzał tyleż emocji. Wygląda teraz na niższy. Ten spływ samoistnie wiążemy z ubiegłorocznym - porównujemy i jedno możemy powiedzieć: rzeka wygląda inaczej, przynosi inne wrażenia. Po przenosce w Turzyńcu dalej mamy sielankę, aż do Szczebrzeszyna.

Śluza w Turzyńcu.
Śluza w Turzyńcu.

Wieprz.
Wieprz.

Chrząszcz w Szczebrzeszynie.
Zbliżamy się do mety spływu. Z lewej widzimy wyniosłe wzgórza. To już Szczebrzeszyn. Rzeka wchodzi w ostatnie zakręty, a potem wchodzimy na zarośniętą krzakami prostą, gdzie rzeka niespodziewanie przyspiesza i faluje. Koryto rzeki jest tu wąskie, a wartki nurt niesie wartko, wprowadzając nas pod most i znajdujący się pod nim uskok mający około 40 cm wysokości. Pod uskokiem mamy głębszy banior. Z prawej mijamy zabytkowy młyn. Jeszcze chwilka i dobijamy przed mostem drogowym do lewego brzegu. Kończymy spływ w Szczebrzeszynie, w którym chrząszcz wciąż brzmi w trzcinie, bo przecież wszyscy wiedzą, że Szczebrzeszyn właśnie z tego słynie.

Wodniackie Bractwo.




Wracamy do naszej bazy, do ośrodka „Lech” w miejscowości Susiec. Susiec to nieduża, zaciszna miejscowość, a zarazem świetny punkt wypadowy na roztoczańskie szlaki piesze i wodne. Leży w pięknej, zielonej okolicy. W Suścu urodził się Sylwester Chęciński - reżyser słynnej komediowej trylogii: „Sami Swoi”, „Nie ma mocnych” i „Kochaj albo rzuć”. Dlatego też stanął tutaj pomnik Kargula i Pawlaka. W naszym gronie też mamy znakomitego reżysera od wspominkowych prezentacji, w których obraz współgra z dźwiękiem i humorem. Beatka tym razem przygotowała pokaz z ostatniego spływu po dolnej Tanwi. Na tym wieczór nie kończył się. Trwały zajęcia muzyczne w dwóch panelach: tanecznym i gitarowym. Wodniackie Bractwo bawiło się do północy. Cisza nocna została przedłużona do godziny ósmej rano.

Ośrodek „Lech” w Suściu ma ogromne możliwości spędzania wolnego czasu. Dziękujemy pani Agnieszko za gościnę, wygodne spanie, a paniom kucharkom za smakowite posiłki.
Więcej informacji - kliknij na obrazek...
Łopiennik (1069) - Stryb (1011) - Hyrlata (1103)
24-26.11.2017
Bieszczady... ileż w nich odmienności w porównaniu do pozostałych polskich gór! Niezwykłe i magiczne o każdej porze roku. Majestatycznie wznoszą się ku błękicie nieba i obłokom. Najwyższe z nich tworzy grupa bezleśnych grzbietów pokrytych połoninami, bajecznymi łąkami, które w niższych partiach przechodzą wprost w naturalne lasy bukowo-jodłowe, z domieszką starych jaworów, czy świerków. Są też tajemnicze, lesiste masywy, rozdzielone głuszą dolin. Mówią, że przestają być dzikie, lecz tkwi w nich legenda. Urzekają pięknem i malowniczością krajobrazów o każdej porze roku. Nie tylko latem i jesienią, kiedy paleta kolorów pokrywająca lasy najbardziej wpływa na emocje, ale również wtedy, kiedy zmysły zatapiają się w cichości późnej jesieni, zimy, czy wiosną, kiedy wszystko znów zaczyna się na nowo. Czy znamy wszystkie oblicza Bieszczadów? Raczej nie, dlatego chcemy zagościć w nich o każdej porze roku, aby stać się godnym ich korony.

Translator

Info

Licencja Creative Commons Gdy nie jest to inaczej sprecyzowane pod konkretnym materiałem, to:
Publikowane na blogu materiały można wykorzystać na warunkach licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie materiałów publikowanych na niniejszym blogu i jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o twórcy i adresu internetowego bloga. Pozwala się na wykorzystanie tych materiałów w innych dziełach pod warunkiem udostępniania ich na tej samej licencji.

Kuferek

Hej wędrowcze, właśnie otworzyłeś malutki skarbczyk.
Nie jest on drogocenny, ale nie wykluczone, że znajdziesz w nim coś
co może Ci się przydać.

Kolekcje

Wędrowanie po znanych i nieznanych szlakach to ogrom niesamowitych wrażeń i emocji. Z każdą zakończoną wędrówką wiąże się tęsknota i czar wspomnień. Odczucia takie towarzyszą nam od samego początku przygody, wyzwalając potrzebę zachowania przeżyć, nie tylko w ulotnej pamięci ludzkiej, ale również w formie bardziej trwałej, w postaci fotografii, opisów, dzienniczków przebytych tras, odwiedzonych miejsc, czy zdobytych szczytów. Utrwalanie to jest również okazją do usystematyzowania turystycznych poczynań wg różnych kryteriów - zdobytych koron gór, przebytych szlaków, itp.

Napisz do nas