Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Public Relations. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Public Relations. Pokaż wszystkie posty
Tytuł: „Alpy na wariata. Na początku były Ferraty
Autor: Dariusz Kujawski
Wydawnictwo FLOSART

„Alpy na wariata” to książka – przynęta. Na tych, którzy ciągle na przyszłość odkładają realizację swoich marzeń. Przekładają na później zamianę wizji w czyny, uciszają drzemiące w nich ambicje i pasje. Jej bohaterowie potrafią bowiem bez oporów wsiąść w samochód i pędzić przed siebie tysiące kilometrów, by zdobyć upragniony szczyt.

Książka zawiera cztery opowieści o górach, wędrówce wśród skał oraz męskiej przyjaźni. Tu nie ma hoteli, a zamiast tego noclegi co najwyżej w namiocie, chociaż częściej w samochodzie lub pod gołym niebem. Książka pokazuje, że w dzisiejszych czasach można jechać w nieznane, nawet w centrum Europy. „W nieznane” znaczy po prostu na oślep wybierając kierunek, nie do końca wiedząc, gdzie droga poprowadzi. Jej bohaterowie, gdy tylko mogą, ruszają w góry, by dać się ponieść swojemu szaleństwu. Ich ambicja nie opada wraz z upływem potu i zmęczeniem ciała. Nie ustępują, mimo porażek i błędów. Siła gór kontra siła grupy śmiałków – to esencja czterech wypraw książki „Alpy na wariata”.

Uczestnicy wypraw:

Dariusz Kujawski – informatyk
Mieszkam w Warszawie, ale mój duch błąka się wśród szczytów. Nie ma dnia bym nie myślał o drodze prowadzącej w dal, górach i ciszy, która „tam wysoko” zstępuje łagodnością z nieba.

Karol Więckowski – elektronik
Gdy wyruszam na kolejną wyprawę nic innego się nie liczy. Nie myślę o domu, pracy i codziennym życiu. Liczą się tylko kolejne metry do pokonania, kolejne szczyty do zdobycia.

Adam Szałanda – informatyk
Często myślę sobie, że kiedyś będę miał wiele do opowiedzenia moim dzieciom i wnukom. Wierzę, że historie o moich przygodach i ludziach, których spotkałem na szlaku zawiodą ich tam, gdzie mnie – na szczyty!

Lucjan Modzel – informatyk
Wdrapuję się głównie w grupie, ale czasami też samotnie rozbijam namiot upajając się wieczorną, górską ciszą i każdym kawałkiem polara o zimnym poranku.

Grzegorz Misztal „Misiek” – informatyk
Od kiedy pamiętam pociągały mnie sporty z nutą adrenaliny: boks, elementy sztuk walki, potem walki rycerskie i przynależność do Bractwa Rycerskiego Komturii Nidzickiej, a od kilku lat także wspinaczka górska i jaskiniowa.

Piotr Amenda – ratownik medyczny
We wspinaczce odnajduję sens życia, narodziny wiary w to, co nieuniknione, a zarazem stracone na równinach. Dodaje mi to sił na kolejne wyprawy i wyznacza kierunek ścieżki życia.

Ulegamy fascynacji Tatrami i ich przyrodą, wykorzystujemy każdą wolną chwilę by wędrować po nich. Zdobyliśmy niejeden szczyt i przemierzyliśmy niemal każdą ścieżkę szlaku. Całą geografię Tatr mamy w głowie, znamy otaczające nas szczyty, a nawet umiemy nazwać tą maleńką roślinkę przy naszej ścieżce. Mamy wiedzę, którą potrafimy zadziwić przyjaciół, którzy tutaj jak to się mówi: czasem bywają. Ale czy naprawdę wiemy wszystko o naszych Tatrach?

Otóż Tatry nie były by takie jakie znamy, gdyby nie górale - ludzie, którzy jako pierwsi wydeptywali w nich ścieżki, wprowadzając do nich i u ich stóp swoistą kulturę. To oni byli pierwszymi ich zdobywcami, czasem jako zbójnicy, czasem jako przemytnicy, czasem jako myśliwi, a potem stali się pierwszymi przewodnikami, odkrywając dla przyjezdnych nowe drogi, które później stały się znakowanymi szlakami. Czy znane są nam tamte dzieje i ich niezwykła kultura?

Wpadła nam ostatnio do rąk książka niezwyczajna, może nawet niekonwencjonalna o nieco zadziornie brzmiącym tytule „Kruca fuks. Alfabet góralski” Bartłomieja Kurasia i Pawła Smoleńskiego. Oj można z niej wiele wyczytać o tamtych i współczesnych góralach, i o wszystkim tym co z nimi związane: począwszy od genezy ich kultury, po współczesność. Jest w niej wiele o Tatrach i Podhalu, ludziach i zwyczajach, ale też turystach, tych pierwszych i tych współczesnych, ważnych wydarzeniach. Trudno wszystko wymienić, bo książka ta jest po prostu o tym wszystkim, z czym Tatry mogą się nam kojarzyć. Jest tego sporo, bo książka liczy grubo ponad 300 stron, i choć przypomina ona wydawnictwo encyklopedyczne, to czyta się ją świetnie, jednym tchem po kolei, bo pisana jest lekkim, przyjaznym dla każdego czytelnika językiem. Znajdziemy w niej opisy, jak też opowieści z dozą fabuły. Zaś po przeczytaniu książki, chce się ją mieć pod ręką, by zaglądnąć ponownie, a nawet przeczytać fragment znajomym. Łatwo jest wtedy odszukać to czego potrzebujemy, bo jak wspomnieliśmy cała umieszczona w niej wiedza posortowana jest alfabetycznie.

A co można z niej wyczytać. Można w niej wyczytać m.in.:
  • jak przyrządzić tradycyjną bryjkę, która się jadało na Podhalu, kiedy biedy było tam więcej niż czegokolwiek innego, wiadomo, że miała cudowne właściwości, bo człowiek "Kie se bryjki poje, popije zentycy, do roboty krzepki i figlów mu się kce"... a może chcielibyście wiedzieć jak zrobić Litworówkę wytwarzaną na Podhalu od wieków, o której książę Karol powiedział – It’s strong vodka – po skosztowaniu jej w schronisku nad Morskiem Okiem;
  • o tym, czy w gwarze góralskiej powinno się pisać o pieniądzach „dudki” czy „dutki”, bo jeśli kto myśli, że „dutki”, to jak napiszemy jeśli mamy jeden... „dudek” czy „dutek”;
  • że gdyby na morzu zanotowano równie silne podmuchy, co najsilniejszy halny w okresie ostatnich stu lat, to kilkakrotnie przekroczyłby skalę Beauforta;
  • o wynoszeniu na Rysy kamieni dla dobra Tatr, Polek i Polaków, by te były choć o jeden metr wyższe, byśmy w Polsce mieli choć jeden dwuipółtysięcznik;
...i wiele, wiele innych ciekawostek, z których niejedna zaskoczy, czy wprawi w zdumienie. Oprócz opowieści nasączonych szczyptą humoru, znajdziemy też tematy bardzo poważne, dotycząca wypadków w górach, problematyki ratownictwa górskiego, ochrony przyrody, a czasami trafimy na tematy budzące kontrowersje jak kwestia prywatyzacji Tatr, czy tzw. Goralnvolk, którego autorzy nie przemilczają, choć jeden z nich to góral z dziada pradziada.

Dodamy, że nie jest to pierwsza pozycja tego duetu, który znany jest również z pozycji „Bedzies wisioł za cosik. Godki podhalańskie”. Jednak tej pozycji jeszcze nie czytaliśmy, a po przeczytaniu „Kruca Fuksu” i na nią mamy ogromną chrapkę.

Dorota i Marek Szala


Zaczęliśmy wczesną wiosną 2011 roku, 9 kwietnia. Jeszcze sześć dni wcześniej byliśmy na Polanie Chochołowskiej, bo rozpoczął się wysyp krokusów, które jak wszyscy wiedzą są pierwszymi zwiastunami wiosny. Było słonecznie, ale był też zimny północny wiatr, który przyniósł opad krupy śnieżnej gdy szliśmy po stokach Wielkiej Czantorii. W Beskidzie Śląskim była też burza, która zaskoczyła nas pod Baranią Górą, uświadamiając wszystkim nieprzewidywalność i potęgę górskiej natury. Za to przepiękną słoneczną aurą przywitała nas Królowa Beskidu - Babia Góra, co nas nieco zaskoczyło, wszak znana jest z tego, iż jak kobieta kapryśną bywa. Piękne widoki towarzyszyły nam przez kolejne pasmo Beskidu Żywieckiego, potem przez Beskid Makowski oraz w Gorcach. Słońce nie opuszczało nas praktycznie aż do doliny Dunajca, za którą wznosił się już Beskid Sądecki, spowity atłasem mgły, przez którą niekiedy przebijał się nasz szlak. Zaś w rozległym Beskidzie Niskim, który pochłonął najwięcej czasu było wszystkiego po trochu: śnieg, wiatr, słońce, a niedaleko grzbietu Pasma Bukowicy zagrzmiało groźnie, co nas bardzo wystraszyło. Aż w końcu przyszła jesień, która zaczęła fantastycznie barwić bieszczadzkie lasy i połoniny, a zbiegło się to akurat z naszą wędrówką. Tam też, 13 października 2013 roku przebyliśmy szczęśliwie ostatni odcinek beskidzkiego szlaku. Tak pokrótce można by opisać naszą przygodę z Głównym Szlakiem Beskidzkim. W całej tej wędrówce nie byłoby nic szczególnego, ot typowy trekking, a jednak...


Wśród nas była osoba bardzo młoda, choć już często słyszeliśmy jak mówiono o niej: „zaprawiona turystka”, „twarda sztuka”, „nie do zdarcia piechur”. Ma na imię Ela i ma obecnie 10 lat, ale gdy zaczynała beskidzki szlak miała tych lat 8.

- Do tej pory mieliśmy dziecko 12-letnie, a niedawno 11-letnie - rzekł pan Andrzej Matuszczyk z Centralnego Ośrodka Turystyki Górskiej PTTK - obecnie to Ela Szala jest najmłodszym zdobywcą odznaki Głównego Szlaku Beskidzkiego w stopniu złotym. Jest to duży sukces zważywszy na młody wiek turystki. Inicjatorzy odznak przyznawanych za pokonanie Głównych Szlaków są z tego faktu bardzo dumni. Dzięki takim turystkom jak Ela inicjatywa odznak przyznawanych za pokonanie głównych szlaków turystycznych ma szanse stać się tak popularna, jak obecnie jest Górska Odznaka Turystyczna powszechnie znana jako GOT. Na początku jej powstania, w latach 30-tych ubiegłego wieku zdobywali ją nieliczni, później były to setki, a obecnie mamy tysiące jej zdobywców. Ma to duże znaczenie dla popularyzacji krajoznawstwa i aktywnego wypoczynku.

Centralny Ośrodek Turystki Górskiej PTTK w Krakowie od 2010 roku honoruje podjęty trud wędrówki głównymi szlakami w Beskidach i Sudetach swoistym wyróżnikiem turystycznego wtajemniczenia - wielostopniowym systemem odznak przyznawanych po określonych etapach wędrówki. Po pokonaniu całego Głównego Szlaku Beskidzkiego przyznana może być odznaka w stopniu złotym.

Do tej pory liczba zdobywców tej odznaki w stopniu złotym jest niewielka i zamyka się w gronem niespełna 30 osób. To tylko świadczy o skali trudności, która wcale nie wiąże się z wysokościami, ale z długością szlaku. Główny Szlak Beskidzki jest najdłuższym szlakiem górskim w Polsce. Liczy łącznie 519 km, rozciągając się pomiędzy Ustroniem w Beskidzie Śląskim a Wołosatym w Bieszczadach. Jego przejście zajmuje przeciętnemu wędrowcy 167 godzin, nie licząc przerw i postojów, co już stanowi wyzwanie nawet dla zaprawionego turysty górskiego. Zapewne w tym miejscu wiele osób zastanawiać się będzie jak to się ma w odniesieniu do kilkuletniego dziecka. Otóż w takiej sytuacji należało dostosować do specyfiki takiej wędrówki rytm i tempo marszu, częstotliwość i długość odpoczynków i wiele innych aspektów, które ma znaczenie do wzajemnej radości z bycia razem w górskich ostępach.

Z beskidzkimi szlakami już siedmiolatek radzi sobie nieźle, ale pod warunkiem, że sam tego chce. Nie jest to łatwe, bo to zwykle rodzice chcą, aby dziecko szło z nimi w góry. Dzieci szybciej się nudzą i potrzebują większego urozmaicenia. Niekoniecznie to co nas cieszy musi też cieszyć młodego człowieka. Dlatego staramy się urozmaicać wspólne wędrówki, również te Głównym Szlakiem Beskidzkim, wystarczy tylko rozeznać się w atrakcjach oferowanych w odwiedzanych miejscach i na chwilkę zatrzymać się przy nich. Dla nas to może być chwilka spotkania z regionem i jego kulturą, a dla dziecka ciekawym urozmaiceniem i motywatorem pomagającym przezwyciężyć trudy wędrówki. Jeden z dłuższych postojów urządziliśmy sobie zaraz po pokonaniu połowy długości Głównego Szlaku Beskidzkiego w Krynicy-Zdroju. Był tam czas na park linowy, atrakcje na Górze Parkowej, pijalnie wód, muzeum zabawek i muzeum Nikifora, i grającą kolorową fontannę, a na koniec wspólną pizzę. Tak wspólnie nabraliśmy sił do mozolnego marszu następnego dnia po bezdrożach Beskidu Niskiego.

Czasem jednak przypomną się nam słowa „A czy znasz ty, bracie młody, Twoje ziemie, twoje wody?” ze znanej „Pieśni o ziemi naszej” Wincentego Pola i wówczas zaglądamy na niziny, czy nad samo morze bo przecież też jest ładne, a wzorcem dla tej idei niech będzie znany człowiek gór i morza Mariusz Zaruski. Czasem to właśnie Ela sama wskaże gdzie chciałaby być. A wtedy nie ma wyjścia - jedziemy i idziemy, tak jak np. rok temu na Giewont i do jaskiń Doliny Kościeliskiej. To też ważne byśmy wszyscy cieszyli się z tego co robimy. Zaś esencją tego jest strona www.gorskiewedrowki.blogspot.com, w redakcji której Ela ma też swój wkład. Opisujemy tam nasze wszystkie, zarówno górskie, jak i nie górskie wypady, wycieczki i wyprawy. Staramy się pokazywać miejsca gdzie przyroda czy swoista kultura ma coś do powiedzenia, czy po prostu tam gdzie można odpocząć w spokoju. To nas właśnie napędza i daje sił na co dzień.


Na kolejne odcinki Głównego Szlaku Beskidzkiego jeździliśmy czasem sami, ale częściej razem z PTTK-iem. Taka forma wyjazdów bardzo nam ułatwiła spotkanie z Beskidzkim Szlakiem. Nie musieliśmy martwić się o kwestie dojazdu na miejsce i powrót, czy nocleg i wyżywienie w razie takiej konieczności, zaś w plecakach nie musieliśmy taszczyć całego dobytku. Inicjatorami takiego zorganizowanego przejścia Głównego Szlaku Beskidzkiego byli Krystyna i Edward Zajmowie, w owym czasie związani z Komisją Turystyki Górskiej przy Hutniczo-Miejskim Oddziale PTTK w Krakowie (Edward był wówczas przewodniczącym tej Komisji). Ich pomysł miał na celu ułatwić ludziom pokonanie całego tego pięknego szlaku krótkimi etapami. Wspaniale jest pokonać ten szlak w trybie ciągłym, ale nie zawsze jest to możliwe, a wpływają na to zarówno problemy logistyczne z jakimi trzeba się uporać podczas wielodniowej wędrówki, a także konieczność wygospodarowania czasu wolnego na przejście całej trasy, co w dzisiejszych czasach może to być bardzo trudne. Jednak etapowa wędrówka pozwala również kawałek po kawałku poznawać piękno tego szlaku, może nawet lepiej, bo łatwiej jest wszystko zaplanować i rozłożyć w czasie, czy też uniezależnić od złej pogody.

Główny Szlak Beskidzki od samego początku do końca daje niezapomniane wrażenia, przeżycia, dla których pragnie się na niego wrócić. Po zejściu z trasy pozostaje nieodparta chęć podzielenia się nimi, opisania napotkanego piękna i towarzyszących emocji podczas jego pokonywania. Każdy, kto przejdzie go od kropki do kropki nie jest już tym samym człowiekiem i stwierdzenie to nie jest w tym przypadku powtórzonym sloganem. Wiemy to, bo we dwoje przeżywaliśmy go już drugi raz i to w niedługim odstępie czasu. Czy wrócimy na ten szlak ponownie? Oh, jeśli tylko nogi wciąż będą chciały chodzić... - Mamo, ale ja bym chciała teraz jak ty w 18 dni... - i niech te słowa Eli, zdobywczyni złotej odznaki GSB wystarczą za puentę.

Dorota i Marek Szala


* Ela Szala po pokonaniu Głównego Szlaku Beskidzkiego została zweryfikowana przez Centralny Ośrodek Turystyki Górskiej w Krakowie jako 30-ty zdobywca złotej odznaki Głównego Szlaku Beskidzkiego i na chwilę obecną jest najmłodszą osobą, której taką odznakę przyznano.

Artykuł ukazał się również na stronie: www.na-szlaku.net

Nieodłącznym elementem krajobrazu Polski południowo-wschodniej są cerkwie. Nierzadko dominują ponad wsiami stojąc na wzniesieniach powyżej domów mieszkańców wsi. Architektonicznie ujmują harmonią z naturalnym krajobrazem, jak też bryłą i drobnymi detalami. Każda ta świątynia jest inna, choć każda z nich ma też cechy wspólne. Każda z nich jest oryginalna i jedyna w swoim rodzaju.

Są one duszą wsi skrytą w cieniu otaczających ją drzew. Duch cerkiewny trwa nawet tam, gdzie pozostały po nich tylko cerkwiska i parę krzyży cmentarnych. Przyciąga on wciąż zarówno dawnych mieszkańcy, ich potomków, ale też nieznanych wędrowców, którzy odszukują je by oddać się specyficznej nostalgii, wspomnieć dawne czasy i życie w zgodzie z naturą.

Te, które żyją wyzwalają w nas podziw, zaś te niszczejące budzą żal nad przemijaniem, a te, które zniknęły poruszają serca nad losami ludzkimi. Wywołują zatem mieszankę jakże odmiennych uczuć: radość, zadumę i smutek. Jeżeli ktoś zobaczył te świątynie na własne oczy i poznał chociażby tylko rys ich dziejów, to z pewnością w jego głębi kołatały się właśnie te uczucia. Pojawiają się one jak wiatr i zmieniają się dokładnie jak on. Dziś wiatr cerkiewny dotarł do Krakowa dzięki dwójce artystów fotografików: Małgorzacie Radziejowskiej i Januszowi Skórskiemu. Po czterech latach wędrówek po południowo-wschodniej Polsce w końcu postanowili podzielić się światem, który utrwalali na fotografiach.

O tych perłach architektury sakralnej mówią: „tętniące życiem i te które odchodzą... umarłe ale nie zapomniane... dzięki cudownym ludziom, którzy tam mieszkają..." - i bez namysłu dodają „z radością tam wrócimy...”.

Cerkiewny świat z pewnością nie zostanie zapomniany również dzięki fotografiom Małgorzaty Radziejowskiej i Janusza Skórskiego. Wystawę ich prac można oglądać od dziś w Muzeum Archidiecezjalnym Kardynała Karola Wojtyły w Krakowie przy ul. Kanoniczej 19. To już druga edycja wystawy pod hasłem „Niech wiatr cerkiewny gra...”. Wystawa czynna do 10 listopada 2013 roku.

Wystawę otwiera ks. Bp Jan Szkodoń.

Janusz Skórski i Małgorzata Radziejowska.




Dziękujemy za kawał dobrej roboty.

Hala Radziechowska w Beskidzie Śląskim.
Bliski jest już dzień w którym Redyk Karpacki 2013 zakończy swoją wędrówkę. I wówczas zapewne całe to przedsięwzięcie uznane zostanie znaczącym wyczynem, bo takimże niezaprzeczalnie będzie. Pokonanie ze stadem owiec setek górskich kilometrów - nie pozbawionych wszak niebezpieczeństw, to przecież nie lada wyzwanie. Jednak nie o to w tym wszystkim chodziło. Nikt nie bił tutaj żadnego rekordu. Pasterze Redyku Karpackiego 2013 częstokroć o tym mówili, by nie odbierać tego co robią w kategoriach sportowych, czy wyczynowych, bowiem ich przedsięwzięcie ma zupełnie inny, głębszy sens i cel do osiągnięcia. Wyjaśnia to nam nasz przyjaciel i współuczestnik Redyku Karpackiego 2013 - Adam Kitkowski w artykule „Zrozumieć Redyk Karpacki”.

W jego treści przywołuje to co najważniejsze, najbardziej zasadnicze idee towarzyszące Redykowi Karpackiemu 2013. Okazuje się, że są one bardzo podobne do tego co nas samych pociąga ku temu, by założyć plecak i wyruszyć na górską wędrówkę w poszukiwaniu miłości, piękna i prawdy. Gorąco zachęcamy do lektury owego artykułu, który z ogromną przyjemnością przedstawiamy na łamach naszego bloga.


Zrozumieć Redyk Karpacki


Wszechświat jest wędrówką.
I kiedy zamilkną kroki - świat przestanie istnieć.

Pasterz to ktoś kto wychodzi do ludzi.

Wędrowanie człowieka, w swym najdoskonalszym wymiarze, jest próbą zaspokojenia jego potrzeb i „braków”, szczególnie braku miłości, piękna i prawdy.

W naszej codziennej świadomości funkcjonują między innymi pojęcia - owieczki, pastuszkowie, stajenka - w kontekście tradycji i w kontekście religijnym, szczególnie Świąt Bożego Narodzenia. Nie zagłębiamy się jednak w dawne (archetypiczne) znaczenie tych słów i w ich pochodzenie, nie mówiąc już o takich pojęciach jak: pasterz, owca, stado, szałas.

Aby zrozumieć jaką symbolikę niesie ze sobą „Redyk Karpacki 2013” trzeba jednak „wejść” w głębię tego zdarzenia, choćby przez odnalezienie dawnych, archetypicznych znaczeń i symboli związanych z tym projektem. Jak zwykle śpieszący się współczesny człowiek korzysta z medialnego przekazu „w pigułce” lub przekazu intencyjnego - czasem sterowanego lub jeśli ma wiedzę na dany temat, nie korzysta z niej w sposób refleksyjny, tylko „czuje się” poinformowany.
Powracam
do czasów dalekich
a bliskich
co dźwięczą we mnie
pasterskim echem…

Zakorzeniam się
w tamtym czasie
praojców gór
co do Nas szli…
Projekt „Redyk Karpacki – Transhumance” jest frazą o złożonym znaczeniu. Nie dość, że zawiera archaiczne (dawne) słowo <redyk> (występuje ono w gwarach terenu Karpat), to jeszcze musimy zrozumieć geograficzne pojęcie gór Europy Południowo-Wschodniej. A do tego pojawia się dopowiedzenie, zaczerpnięte z języka łacińskiego <transhumancyjny>.

Jeśli pochylimy się refleksyjnie nad zwrotem (frazą): owca z pasterzem przy szałasie, to zaczynamy rozumieć, że chodzi o współistnienie człowieka z przyrodą górską, którego podstawowym (pierwotnym) zajęciem jest doglądanie udomowionych zwierząt w ich naturalnym środowisku. Co prawda słowo szałas (gwarowe: koliba) zapożyczone jest z języka wołoskiego (węg. kaliba, rum. sălaş), ale było to na tyle dawno (XVI wiek), że jest to wyraz, w naszej świadomości, bez mała rodzimy. Dla pasterza najważniejszym miejscem jest właśnie szałas (w gwarze podhalańskiej: koleba, bacówka). To jest środek świata, z którego wyznacza on azymut przestrzeni, czasu i celów życiowych. Jeśli zrozumiemy ten zwrot stylistyczny, to następna refleksja powinna dotyczyć wytworów rąk ludzkich „na szałasie” – czy to prostej codziennej pracy przy mleku, serze, wełnie, czy rzemieślniczej związanej z wyrobami z drewna, np. instrumenty pasterskie, skóry, np. opaski zbójnickie czy wreszcie pracy duchowej, czyli twórczości artystycznej ludzi gór, np. tańca, muzyki, śpiewu.

Każda z tych sfer ludzkiej egzystencji pasterzy transhumancyjnych nie niszczy w nich rytu człowieka wolnego (gwarowe: ślebodnego), którego jedynie ogranicza Prawo Boskie i przywiązanie do jednego stada (gwarowe: kierdla) owiec.
Budzę i sączę
tożsamość
smakuję ciepła
swobody dni…

Redykam się myślami
co po niebie się pasą
dotykam przestrzeń
tęskni las…
I wreszcie przychodzi zrozumieć słowo <transhumancyjny>. Należy je łączyć etymologicznie z człowiekiem wędrującym, co w naszym rozumieniu problemu dotyczy pasterza w drodze. Taki wędrowiec to człowiek zbierający i przyswajający wiedzę regionu, przez który przechodzi, to człowiek głoszący nowiny „ze świata”. Pasterz wędrujący, czyli transhumancyjny, to człowiek otwarty na spotkanie z inną, często odmienną grupą etniczną. Ten wędrowiec nie boi się „filozoficznej” konfrontacji poglądów. Oczywiście pasterz transhumancyjny nie jest nomadą, wandalem czy rolnikiem. Jego życiowa droga „rozpina się” między antycznym Odysem a biblijnym św. Janem. Dzisiejsze prawo agrarne, prawo ochrony obszarów naturalnych czy zarządzenie lokalne próbują pozbawić pasterzy przymiotu transhumancyjny, czyli próbują ograniczyć jego swobodne przemieszczanie się. Poza Rumunią pasterstwo transhumancyjne można spotkać jeszcze w Jordanii i Turcji.
Szukam źródła
i słucham
Laski pasterza
co na ziemi gra
nuty pradawne i Twoje

Szumi czas…
Odkrywam prawdę
To Pan prowadzi
i na nowo wskrzesza
miłość pasterską
każdym z Nas…
Współczesny człowiek, ten z XXI wieku, nie do końca rozumie archetyp <karpacki> (czytaj: pochodzący z Karpat). Raczej przemawia do niego archetyp <alpejski>, np. kurort alpejski, alpinista, fiołek alpejski, itp. Karpaty przez swoją „dezintegralność” polityczną, np. Austro-Węgry kontra Rosja czy Unia Europejska kontra Ukraina, religijną, np. katolicyzm kontra prawosławie nie tworzą od kilkuset lat wspólnoty - „integralności” w tym stopniu co Alpy czy nawet Pireneje. A jest paradoksem, że właśnie w Karpatach żyje więcej narodów niż w jakichkolwiek górach świata.

Współczesny człowiek nie rozumie, że droga życia jest wyzwaniem trudnym, ale koniecznym. A do tego droga życia to ciągle wybieranie kierunku wędrówki. Dziś ludzie posiedli wiedzę teoretyczną, często w stopniu doskonałym, ale przez całe życie nie zaznali szczęścia wędrowania – nie poznali widoków po drodze, nie spotkali ludzi na szlaku, nie poznali siły sprawczej w przyrodzie (czytaj: Stwórcy). Warto sięgnąć do biblijnej historii Abrahama, któremu Stwórca dał polecenia: Wyjdź!, Idź! Idź dla siebie! Słowo wzywa go do drogi, i to do drogi, która jest znana tylko Bogu. Abraham nie wie (na razie) dokąd idzie, ale idzie w zaufaniu wzywającemu go Słowu Boga. W uszach, w myśli, w sercu niesie obietnicę Stwórcy. Pamięta Słowo, które opisuje jego (Abrahama) przyszłość.

Dzisiejsza wędrówka z owcami – pasterstwo transhumancyjne - nie jest tylko „prozaicznym” przypomnieniem dawnej wędrówki Wołochów. Jest w gruncie rzeczy spotkaniem ludzi gór – pasterzy, rzemieślników, rolników, przewodników, artystów. Tak jak dawniej, jest ona także mierzeniem się z losem. Dzisiejsi pasterze - bacowie kultywują takie same obrzędy, zwyczaje jak ich dawni przodkowie, np. odganianie złych mocy, mieszanie owiec przed wyjściem z redykiem. Stają przed identycznymi wyzwaniami – choroba, strata owiec, samotność w górach, strach przed niedźwiedziem. To nie jest praca ani łatwa, ani przypadkowa. Dla jednych górali jest to powołanie, a dla innych zew natury. Ale każdy z nich podchodzi do pasterstwa z pasją.

Redyk Karpacki 2013 jest próbą przywrócenia równowagi w tym zakresie, bo - jak napisałem we wstępie - wędrowanie człowieka jest próbą zaspokojenia jego potrzeb i „braków”, szczególnie braku miłości, piękna i prawdy.

Adam Kitkowski, maj – lipiec 2013
W tekście wykorzystano przemyślenia bp Grzegorza Rysia i poezję Andrzeja Gąsienicy-Makowskiego.




Redyk Karpacki wkracza do Polski, rozpoczyna kolejny etap swojej misji. Nadszedł czas by nasze doliny i wierchy usłyszały o tym, iż jesteśmy jedną karpacką rodziną. Nie ma znaczenia kim jesteśmy, nie ma znaczenia skąd przybywamy: z gór, wyżyn, nizin, czy znad morza. Każdy może wyjść na spotkanie pasterzom pędzącym stado przez górskie krainy, jak niegdyś ich przodkowie przecierający pierwsze szlaki w niedostępnych ostępach. Na trasie Redyku Karpackiego czeka na wszystkich najprawdziwsze, żywe dziedzictwo kulturowe, które kiedyś rozwarło wrota gór, by każdy mógł je zobaczyć i podziwiać.


Już 1 lipca, po przekroczeniu granicy na południowo-wschodnich krańcach Polski w Wołosatym i Ustrzykach Górnych odbędzie się inauguracja Redyku Karpackiego w Polsce. Zapłonie wówczas pasterska watra, a z okazji uroczystości św. Jana stado zostanie poświęcone na okadzenie. Po polskich Bieszczadach rozpłynie się oczywiście muzyka karpacka. Z Ustrzyk Górnych nastąpi przepęd owiec do Campingu Górna Wetlinka.

Kilka dni później, 6 i 7 lipca pasterze dotrą do Nowego Łupkowa. Tam na pasterskim szlaku zorganizowane będą targi serów i plener malarski. Udzielać się będą lokalni rękodzielnicy, w tym „koralikarze”. Przybysze będą mieli możliwość podjechania wozami konnymi do owiec z Redyku, które będą na łąkach niedaleko Nowego Łupkowa. Znów zabrzmi muzyka wielu artystów, a gwiazdą wieczoru ma być Orkiestra św. Mikołaja.

Zaś 10 lipca pasterzy Redyku spotkać będzie można w Sanockim Skansenie na Rynku Galicyjskim, gdzie odbędzie się Międzynarodowa Konferencja „Na pasterskim szlaku”, połączona z slajdowiskiem pasterskim i warsztatami wyrobu sera w skansenowskich chałupach.

W dniach 13-14 lipca Redyk zagości w Mszanie, gdzie odbędzie się festiwal serów kozich. Parę dni później Redyk Karpacki wejdzie na tereny Magurskiego Parku Narodowego. 18 lipca w Krempnej na rodzinnym spotkaniu przy ognisku dla dzieci i młodzieży posłuchać będzie można pasterskich opowieści, które opowiadać będą osobiście bacowie prowadzący Redyk. Przez kolejne dni Redyk przemierzał będzie Beskid Niski, codziennie spotykając się z mieszkańcami i turystami. Zajdzie kolejno do Radocyny (19.08), Zdyni (20.08), Regietowa Wyżniego (21.08), Hańczowej (22.08), Izb (23.08), Tylicza (24.08). Zaś w Zdyni spotka się oczywiście z uczestnikami słynnej Watry Łemkowskiej.

27 lipca pod Bacówką Centuria zapłonie Wojkowska Watra, a w Wojkowej powinni pojawić się również czescy bacowie prezentujący wyrób sera podpuszczkowego. Będziemy degustować te i inne „Bacowskie Smaki”. Następnego dnia w Powroźniku, po nabożeństwie w Cerkwi św. Jakuba Młodszego odbędzie się „Odpust św. Jakuba Młodszego”, biesiada regionalna, pokazy wyrobów sera i przerobu wełny.

W sierpniu Redyk Karpacki pojawi się w Gorcach - 3 sierpnia w Ochotnicy Górnej zapłonie „Ochotnicka Watra”. Potem pasterze przejdą przez Tylmanową i Łapsze Niżne, a 9 sierpnia pojawią się u stóp Tatr, gdzie na Równi Krupowej w Zakopanem odbędą się „Posiady na Polanie”. Stamtąd udadzą się na Orawę, gdzie na polanie Polanica pod Babią Górą rozpocznie się festyn „Na Orawie bywom” prezentujący kulturę górali orawskich. Wypełni go oczywiście śpiew i taniec, a będzie to się działa 11 sierpnia. Następnego dnia pasterze przejdą do Zubrzycy Górnej z pięknym skansenem wsi orawskiej, a 13 sierpnia uczestniczyć będą w „Babiogórskiej Jesieni” w Zawoi.

15 sierpnia Redyk Karpacki wspinać się będzie na Halę Miziową pod Pilsko, na Mszę Bacowską. Stamtąd następnego dnia przejdzie przez Ujsoły, w których odbywać się będzie polsko-słowacki „Karpacki Jarmark Pasterski”. 17 sierpnia zjawi się u źródeł Soły w Rajczy, gdzie odbywać się będzie Jarmark Karpacki oraz spotkania z regionalnymi twórcami z Polski, Czech i Słowacji. Zapłonie oczywiście kolejna Watra i pojawią się dźwięki karpackich kapel.

Aż w końcu nadejdzie 24 sierpnia, a pasterzy powita Koniaków, a tam... co to będzie! - muzyka, śpiew i taniec, pokazy obrządków pasterskich i produktów regionalnych: serów, przetworów, miodu, nalewek, wędlin i wielu innych swojskich produktów.

Z końcem sierpnia Redyk Karpacki przemieści się na terytorium Czech, gdzie zbliżać się będzie do kresu swojej wędrówki. Naświetliliśmy jedynie przekrojowo cały program polskiego odcinka trasy Redyku Karpackiego. Gdzieś się zapewne spotkamy z pasterzami Redyku Karpackiego, tylko pytanie gdzie...? bo dla nas ten wybór jest trudny, a niestety nie możemy być wszędzie, choć bardzo tego chcielibyśmy.

Pasterze Karpat nadchodzą i wszystkich zapraszają na spotkanie.

UWAGA:
Kompletny i najbardziej aktualny KALENDARZ REDYKU
znaleźć można na stronie Fundacji „Pasterstwo Transhumancyjne”,
na którą odsyłamy tutaj...
Dorota i Marek Szala

Redyk to nie relikt przeszłości!
To symbol naszej góralskiej tożsamości!
Uspokój swoje życie… Wędruj z Nami – Hej!

Idą pasterze Karpat pradawnym szlakiem ludów wołoskich, by przywrócić pamięć o pięknej historii naszej i naszych przodków. Redyk przeszedł Karpaty Rumuńskie od Braszowa po Satu Mare, pasterze gościli na Ukrainie w Rachowie i Wierchowinie. Teraz rozpoczynają wędrówkę po Karpatach Polskich. Pasterze wołoscy w XIV i XV w. wraz z innymi zasiedlali góry na ziemiach polskich. Byli to ludzie wolni – ślebodni, otwarci na spotkanie, na drugiego człowieka, gościnni, ale też twardzi jak skała, zalubieni w tradycji ludowej i pasterstwie w górach. To dziedzictwo kultury pasterskiej jest ciągle bijącym źródłem kultury ludzi gór. Redyk, sałasz - to nie relikt przeszłości to symbol tożsamości, która buduje przyszłość, daje moc i wiarę, że w życiowej drodze człowiek musi mieć cel i otwartość na spotkanie z Bogiem i z drugim człowiekiem. Redyk to również doświadczenie czasu i przestrzeni - to więź pokoleniowa, góralski honor i tradycja, gościnność i radość bycia razem w drodze, to wyciszenie i zauroczenie krajobrazem. By góry ciągle Nas urzekały, zadziwiały, ubogacały trzeba przywrócić godne miejsce dla polskiego pasterstwa, dla hodowli owiec - to zadanie dla rządu, dla samorządów, to wyzwanie dla Unii, bo Europa kulturą się tworzy. Karpaty są naszym bogactwem natury i kultury. Wierzymy, że Redyk Karpacki obudzi społeczności je zamieszkujące do lepszej współpracy, da impuls do godnych spotkań i działań - da nową szansę pasterstwu.

I Ty możesz być współczesnym pasterzem Karpat, docenić piękno krajobrazu górskiego, jego bioróżnorodność – możesz - choć kryzys - uspokoić swoją życiową wędrówkę poprzez kontakt z nami. Do zobaczenia na szlaku Redyku Karpackiego! Dotknij źródła wspólnego dziedzictwa kulturowego, bądź z Nami! Pieknie Pytomy na Redyk Karpacki wszystkich razem i każdego z osobna! Zapraszamy również tych, co z dawna wędrowali od Bieszczad w Tatry czy Beskidy w latach 60-tych i 70-tych – opowiedzcie swoją historię, obudźcie wspomnienia, bo życie jest drogą – wędrówką, która ma wielki cel.

Otwórzcie swoje serca, myśli i polany na radosne spotkanie.
Szałas ma swoją przeszłość, ale też ma swoją tożsamość.
Panie Boże prowadź!






Kiedyś podczas jednej z wędrówek po Beskidzie Śląsko-Morawskim, zauroczeni Wołoskim Muzeum w Rożnowie pod Radhostem i miejscami do których dotarła kultura wołoskich pasterzy - przyszła nam do głowy fascynująca myśl. Byliśmy na terenach ostatnich wiosek, jakie utworzyli wołoscy osadnicy na trasie swojej wielowiekowej wędrówki. Wówczas poczęliśmy zastanawiać się skąd przybyli, skąd się wzięli, i co skłoniło ich to tego by wędrować wzdłuż całych Karpat. Oczarowani ich kulturą doznaliśmy olśnienia, iż całą tą tradycyjną kulturę ciągnącą się przez Karpaty łączy jeden etos - wspólny mianownik, którego do tej pory nie dostrzegaliśmy tak wyraziście.

Po powrocie do domu jeszcze dobrze nie odpoczęliśmy, a znów jak zawsze pojawiło się pragnienie powrotu w góry i zaczęliśmy zastanawiać się cóż nas tak gna nas w te góry? Może to szczypta wołoskiej krwi w naszych żyłach? Wszak nie można tego wykluczyć, bo jak wiemy asymilacja wędrujących Wołochów z miejscowymi ludami trwała cały czas. Szli ze swoimi stadami coraz dalej, ale część z nich pozostawała tworząc górskie osady, przerzucając się na pasterstwo, które dziś zwiemy transhumancyjnym. Świadectwem tego są wołoskie nazwy wiosek, szczytów, przełęczy, dolin, rzek i potoków, których na co dzień używamy.

Ta sama myśl stała się marzeniem podążenia drogą dawnych pasterzy, pionierów osadnictwa w Karpatach. I bynajmniej nie chodziło w tym wszystkim o nabicie kilometrów, ale przede wszystkim o coś czego często brakuje w dzisiejszej turystyce górskiej: walorów poznawania kultury, która miała odwagę podjąć wyzwanie integracji z nader surową naturą terenów górskich oraz przetrzeć szlaki, po których dzisiaj sami możemy wędrować. Zapragnęliśmy poczuć smak tamtej spektakularnej wędrówki, zetknąć się z kulturą, która emanuje jeszcze wśród mieszkańców Karpat. Byłaby to wspaniała przygoda.


Rok 2013 ma szansę przybliżyć nas do urzeczywistnienia tego marzenia. Otóż, 11 maja w rumuńskiej miejscowości Rotbav w regionie Braszów w Transylwanii, śladem wołoskich pasterzy sprzed 500 lat wyruszył na wędrówkę Redyk Karpacki. Chcielibyśmy pójść za nimi i wraz z nimi pokonać te setki kilometrów z Rumunii, przez Ukrainę, do Polski i Czech. Podążyć za pasterzami i ich stadem, jak fani najlepszej kapeli rockowej towarzyszący im na trasie koncertowej. Szkoda, że nie możemy teraz tego zrobić, ale kiedyś, gdy czas nam pozwoli na pewno obierzemy te same ścieżki i pójdziemy tymi samymi górskimi halami. Dla nas Redyk Karpacki 2013 wytyczy szlak marzeń wiodący przez karpacką historię.


„Redyk Karpacki - Transhumace 2013” tworzy podwaliny dla europejskiego szlaku dziedzictwa kulturowego, pozostawionego przez Wołochów w całym karpackim pasie. Ukazuje ludzi, którzy dali impuls zasiedlania niedostępnych gór. Zachęca do poznania piękna gór, skrytego w nich bogactwa przyrody, a także unikalnej kulturowości pasterzy, którzy stworzyli fundamenty tego, co dziś nazywamy po prostu góralszczyzną. Redyk Karpacki 2013 spaja więzi między dziedzicami wołoskiej kultury i daje upust fascynacji jej sympatykom, oczarowanych specyfiką strojów, muzyki i tańców, tradycji i obrzędów, architektury i gospodarowania. Byłoby cudownie, zobaczyć niebawem na turystycznej mapie nową czerwoną linię, opisaną jako szlak europejskiego dziedzictwa kulturowego „Karpackie Wici”, albo szlak pasterzy wołoskich „Karpackie Watry”. To nasza marzycielska myśl, która zbiegła się z intencjami organizatora Redyku Karpackiego 2013 – Fundacji „Pasterstwo Transhumancyjne”. Gdy się spełni będzie łatwiej podjąć decyzję by samemu pójść w Karpaty, przemierzyć ich łukiem po wołoskich śladach.

Prowadźcie więc w zdrowiu i pomyślności swoje stado bacowie, juhasi, owczorze, pastuchowie i czabani - pasterze Redyku Karpackiego 2013. Życzymy Wam szczęścia podczas tej kilkumiesięcznej wędrówki. Sercem i duchem jesteśmy z Wami.

Dorota i Marek Szala
List otwarty na rozpoczęcie wędrówki pasterskiej przez Karpaty:

„Nasze życie jest drogą… wędrówką…”
Papież Franciszek


Rozpoczęliśmy w dniu 11 maja 2013 r. – w Rumunii w Rotbav w regionie Braszów w Transylwanii historyczną wędrówkę pasterską przez Karpaty - śladami naszych przodków będziemy podążać szlakiem, który dał początek naszemu dzisiejszemu życiu w górach.

Kilkuletni czas pracy i przygotowań wielu ludzi dobiegł końca i zaowocował możliwością przystąpienia do realizacji tego projektu. Chciałbym Wam wszystkim razem i każdemu z osobna podziękować – za wszelki wysiłek i chęć pomocy przy organizacji tego wydarzenia. Spotkania z ludźmi żyjącymi na co dzień w różnych regionach łuku Karpackiego były dla mnie niezwykłym doświadczeniem. Wszystkim Wielki Boże Zapłać!

Mam nadzieję, że wszystko nad czym starannie wspólnie pracowaliśmy i przygotowywaliśmy zwróci uwagę społeczną na problematykę regionów górskich, a Redyk Karpacki przyczyni się do promocji pozytywnych działań, jakie podejmowane są przez nas – mieszkańców Karpat – z potrzeby duszy i serca.

Dzisiaj żyjemy w czasach, w których człowiek jest coraz częściej oddzielany od przyrody, odrywany od tradycyjnych metod gospodarowania ziemią. Siły natury są postrzegane często jako nieposkromione niebezpieczeństwa i kataklizmy. Tymczasem przyroda nie skrzywdzi człowieka o ile człowiek nie spróbuje na siłę zmieniać jej naturalnego stanu i wprowadzać nieodpowiednich sposobów gospodarowania na danych warunkach terenowych. Tradycyjna gospodarka ziemią w przypadku terenów karpackich to przede wszystkim pasterstwo – ono odgrywa nie tylko rolę pierwszorzędną w odpowiednim zrównoważonym rozwoju terenów górskich, ale jest źródłem kultury społeczności w Karpatach.

Jeśli chcemy, aby woda w potoku była czysta – musimy najpierw oczyścić jego źródło. I tak też w przypadku kultury góralskiej – regionalnej – aby oczyścić ten „potok” kultury – jakże często w dzisiejszych czasach przedstawianej i rozumianej w sposób czysto komercyjny – biznesowy – musimy oczyścić jej „źródło”, którym jest pasterstwo. Kultura góralska wymaga głębszego spojrzenia w tożsamość – nie wystarczy bowiem być ubranym w piękne stroje ludowe i prezentować się świetnie w obiektywie. Trzeba wracać do gazdowania na trudnej górskiej ziemi, aby nie stać się przebierańcem w stroju górala lecz być prawdziwym mieszkańcem Karpat.

Redyk Karpacki jest apelem, aby wyjść z fałszu i przebierania się, aby powalczyć o świat nadprzyrodzony, o duchowość góralszczyzny, o nasze tradycje i kulturę, o to by zanurzyć się choć na chwilę w głębię świadomości, by zadumać się nad sensem życia w górach w zgodzie z przyrodą i Panem Bogiem. Nadszedł czas odpowiedzi na liczne zarzuty „sztuczności” górali w Karpatach. My – pasterze – bacowie, juhasi, owczorze, pastuchowie i czabani – w czasie swojej corocznej pracy podejmujemy wędrówkę z owcami – wędrówkę przez życie. Owce od zawsze towarzyszyły człowiekowi – żywiły i ubierały. Górale w Karpatach mają wielowiekową tradycję pasterską. Każdy prawdziwy góral powinien choć raz w roku iść w góry, zaczerpnąć wody ze źródła, by przetrwać w swej swobodzie, poznać pracę owczarską, zapachnieć owcami…

Swą wędrówką przez Karpaty składamy hołd naszym wołoskim przodkom wskazując przy tym na tożsamość, która winna być chroniona i strzeżona – przede wszystkim przez nas samych. Godność pasterza wynika z jego świadomości własnej tożsamości w drodze. Nie dajmy się zwieść złudnemu wrażeniu skoku cywilizacyjnego, współczesności oferującej dobrobyt i długowieczność w zamian za zachwianie naszej duchowości. Świat nowoczesnych technologii jak najbardziej powinien być wykorzystywany przez nas, jednakże nie zapominajmy że nasza siła tkwi w tradycji i korzeniach pasterskich.

Niech Redyk Karpacki zwróci uwagę społeczną na wędrówkę człowieka przez życie, na jego relacje z przyrodą, ze zwierzętami. Karpaty do nasz dom – chrońmy go i strzeżmy, pokażmy to, co w nas najlepsze, by każdy kto u nas zagości poczuł prawdziwe tradycje i kulturę.

Spotkajmy się na trasie Redyku Karpackiego – zapraszam do uczestnictwa w wydarzeniach organizowanych przez partnerów Redyku.

Z całego serca dziękuję wszystkim bez wyjątku za zaangażowanie się w realizację tego wydarzenia.

Z pasterskim pozdrowieniem
Piotr Kohut - Baca
Fundacja „Pasterstwo Transhumancyjne”




źródło: materiał udostępniony dla mediów na stronie Fundacji „Pasterstwo transhumancyje”
Zima jednym kojarzy się z aromatem cynamonu i grzanego wina, innym z ciepłymi skarpetami. Są jednak też tacy, którzy okres zimowy pragną spędzić w sposób aktywny i planują naukę jazdy na nartach lub snowboardzie. Gdzie zatem się udać, aby nasz debiut w dziedzinie sportów zimowych był udany?

Dwa odkrycia, dwa kontynenty

Kolebką nart jest Europa, a za ich wynalazców uznaje się mieszkańców Półwyspu Skandynawskiego. Zdumiewający jest fakt, że miało to miejsce prawie 2 tysiące lat p.n.e. Snowboard nie ma tak długiej historii, pierwsze wzmianki na jego temat sięgają początku XX wieku. Snowboard został wynaleziony w Stanach Zjednoczonych i to właśnie tam w 1981 roku odbył się pierwszy na świecie konkurs dla snowboardzistów. Współcześnie, pomimo upływu lat, obie te dyscypliny cieszą się dużą popularnością zarówno w Europie, jak i Ameryce Północnej.

Zima w Polsce

Dla nowicjuszy zimowych szaleństw najlepsze do nauki i szlifowania umiejętności są stoki płaskie o małym nachyleniu – mówi instruktor narciarstwa i snowboardu, obiecujący snowboardzista Andrzej Gwiżdż. – Z reguły przy większości dużych stoków narciarskich znajdują się ośle łączki – mniejsze stoki, specjalnie dostosowane do nauki. Nie warto porywać się na wielką górę, ponieważ to może nas tylko zrazić. Nie zapominajmy, że warto mierzyć siły na zamiary. Z zagranicznych stoków polecam Livigno, a z naszych polskich stok w Witowie.


Szukając odpowiedniego stoku warto poradzić się kogoś, kto ma doświadczenie w sportach zimowych. Zapytany Wojtek „Gniazdo” Pawlusiak – czołowy polski jibber – odpowiedział krótko o miejscach w Polsce, które jego zdaniem są warte polecenia. Dla niewtajemniczonych – jibbing to technika jazdy na snowboardzie należąca do freestyle'u. Polega na jeździe po wszystkim co jest tworem sztucznym, czyli stworzonym przez człowieka, np.: po poręczach.

- Na deskę czy narty warto wybrać się do Świeradowa Zdroju, jest tam świetny, długi stok, dwie trasy z rożnym stopniem trudności i kolej gondolowa, infrastruktura tego miejsca na pewno zaskoczy niejednego – mówi Wojtek „Gniazdo” i dodaje – Drugie moje ulubione miejsce w Polsce na deskę, to wyciągi w Szczyrku: Juliany, Czyrna i Małe Skrzyczne. To właśnie w Szczyrku na stoku Beskidek uczyłem się jazdy na desce, byłem wtedy jeszcze skoczkiem narciarskim. Moim nauczyciel był wtedy Stefan Hula, który w nadal jest skoczkiem w Kadrze Polski – opowiada Wojtek. – Historia całkiem śmieszna, bo nigdy nie sądziłem, że coś może mnie od skoków odwieźć, a jednak… kilka lat później zostałem snowboardzistą – podsumowuje.

Zmiana ta wyszła jednak na dobre. Jest jednym z tych polskich snowboardzistów, którzy są doceniani za swoje osiągnięcia nie tylko w kraju, ale także na arenie europejskiej.

W siną dal

Dzisiaj świat stoi przed nami otworem, dlatego warto wybrać się na zagraniczne stoki, aby szlifować umiejętności jazdy na nartach czy desce. Jest to doskonała okazja do nauki, zwiedzenia niesamowitych miejsc i zobaczenia widoków, które pozostaną w pamięci na długo. Słowacja, Czechy, Austria, Francja, Włochy – to właśnie tam znajdują się najpopularniejsze ośrodki narciarskie w Europie. Jednym z nich jest Der Dachstein w Austrii.

Dachstein to dobre miejsce zarówno dla freestylowców jak i dla początkujących narciarzy. Stoki nie są długimi trasami i dobrze się na nich uczy – mów Wojtek „Gniazdo”, dodając – Lodowiec Der Dachstein w Austrii należy do moich ulubionych miejsc.


Również Czechy i Słowacja mogą pochwalić się rozbudowaną infrastrukturą narciarską. Największy ośrodek narciarski na Słowacji to Chopok w Jasnej: kilometry dobrze przygotowanych i ośnieżonych tras spełnią oczekiwania każdego amatora białego szaleństwa. Katarzyna Kwiecień - mistrzyni Polski w jeździe na snowboardzie, zwyciężczyni Nikita Snowboard Clip Contest, chwali naszych sąsiadów. – Uwielbiam jeździć w Czechach i na Słowacji. Ludzie są tam przesympatyczni, a stoki i snowparki świetnie przygotowane do jazdy – potwierdza.

Kolejne miejsce które powinno znaleźć się na liście miejsc wartych odwiedzenia w czasie zimy to włoska Val Di Sole – tzw. Dolina Słońca, położona w zachodniej części Trentino.

Val Di Sole cieszy się ogromną popularnością wśród polskich narciarzy. To jedna z najchętniej wybieranych destynacji wyjazdowych w okresie zimowym – mówi Renata Panek, specjalista ds. turystyki z biura podróży Why Not HOLIDAYS. – Ten wybór nie dziwi, włoski kurort to doskonałe miejsce zarówno dla osób z dużymi umiejętnościami, jak i tych, którzy rozpoczynają swoją przygodę ze sportami zimowymi. Na uwagę zasługują nie tylko liczne, świetnie przygotowane trasy zjazdowe, ale też rozbudowana oferta noclegowa i szereg innych, pozasportowych, atrakcji.

Słowa otuchy

A kiedy dopadnie nas chwila zwątpienia, podczas nauki, należy pamiętać, że pierwszy raz zawsze jest trudny, nie ważne czy uczymy się jazdy na nartach czy na desce snowboardowej. Każdy, nawet Ci najlepsi, przeżywali dokładnie to samo. Złota zasada to nie poddawać się, a nagrodą za trudy będzie ogromna satysfakcja.

Gdy mamy już za sobą pierwsze przygotowania – zaopatrzyliśmy się w stosowny sprzęt i ubiór – czas na wybór odpowiedniego miejsca i stoku, na którym będziemy mogli szkolić swoje umiejętności. Prawie każdego roku przybywa tras narciarskich i snowboardowych w różnych zakątkach Polski i świata, dzięki temu każdy powinien znaleźć coś dla siebie. A zatem Alpy czy Tatry?

Swoje pierwsze kroki na desce stawiałam na Słowacji. Wszystko zaczęło się od tego, że mój brat pożyczył mi swój snowboard i zaczęłam się uczyć na oślej łączce. Właściwie od razu pokochałam ten sport i gdy tylko wróciłam do domu po feriach, namówiłam rodziców do kupna deski – mówi Katarzyna Kwiecień. – Początki nauki nie należały do łatwych. Najgorszy był pierwszy tydzień, wracałam cała poobijana z potwornymi zakwasami. Jednak z dnia na dzień widziałam swoje postępy i to bardzo motywowało mnie do działania. Chyba największe trudności sprawiało mi opanowanie umiejętności korzystania z wyciągów, w pierwszych dniach nauki rzadko udawało mi się dojechać na orczyku do końca trasy – dodaje. Dzisiaj Katarzyna Kwiecień jest jedną z najlepszych polskich snowboardzistek.

Sporty zimowe to nie tylko aktywnie spędzony czas, to także możliwość zwiedzenia rożnych zakątków Polski i świata, poznania nowych ludzi, a przede wszystkim gwarancja dobrej zabawy. Jeżeli jeszcze nie rozpocząłeś przygody z nartami czy deską to… najwyższa pora spróbować.

Paulina Świder
tekst dostarczony przez 9.90 Public Relations




Translator

Info

Licencja Creative Commons Gdy nie jest to inaczej sprecyzowane pod konkretnym materiałem, to:
Publikowane na blogu materiały można wykorzystać na warunkach licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie materiałów publikowanych na niniejszym blogu i jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o twórcy i adresu internetowego bloga. Pozwala się na wykorzystanie tych materiałów w innych dziełach pod warunkiem udostępniania ich na tej samej licencji.

Kuferek

Hej wędrowcze, właśnie otworzyłeś malutki skarbczyk.
Nie jest on drogocenny, ale nie wykluczone, że znajdziesz w nim coś
co może Ci się przydać.

Kolekcje

Wędrowanie po znanych i nieznanych szlakach to ogrom niesamowitych wrażeń i emocji. Z każdą zakończoną wędrówką wiąże się tęsknota i czar wspomnień. Odczucia takie towarzyszą nam od samego początku przygody, wyzwalając potrzebę zachowania przeżyć, nie tylko w ulotnej pamięci ludzkiej, ale również w formie bardziej trwałej, w postaci fotografii, opisów, dzienniczków przebytych tras, odwiedzonych miejsc, czy zdobytych szczytów. Utrwalanie to jest również okazją do usystematyzowania turystycznych poczynań wg różnych kryteriów - zdobytych koron gór, przebytych szlaków, itp.

Napisz do nas