Mija kolejny dzień od zakończenia wędrówki Głównym Szlakiem Beskidzkim, a myśli nasze wciąż nie mogą ochłonąć od wrażeń. Chwile spędzone na czerwonym szlaku nie mogą nam zniknąć sprzed oczu. Nawet sny podczas pierwszych nocy po powrocie w domu kreowane były niedawnymi przeżyciami. W porannym sennym letargu wydawało się nam, że trzeba wstawać, by ruszać na podbój kolejnego odcinka czerwonego szlaku. Aż po upływie bliżej nie określonego czasu docierało do nas, że przecież jesteśmy w domu, we własnym łóżku… szkoda.

I wtedy w umysłach naszych powstały pytania: co takiego się stało, że tak trudno wrócić nam do codzienności? Dlaczego głębia duszy wciąż krząta się po wierchach, lasach i polankach, choć wędrówka dawno się zakończyła? Czy każdy, kto pokonał najdłuższy polski szlak jest tak samo opętany jego pięknem? Może przelewając na treść tkwiące w głowie obrazy i przeżycia uwolnimy się od nich, odstawiając je do historii, dzięki czemu myśli nasze skierujemy ku nowym wyzwaniom…

Ktoś kto wędrował Głównym Szlakiem Beskidzkim wie, jak zmienia się wtedy świat, urzekając z dnia na dzień czymś nowym. To kalejdoskop różnorodności plenerów, przyrody, zabytków i kultury. Wędrówkę rozpoczęliśmy w najdalej wysuniętym na południe zamieszkanym miejscu w Polsce – w Wołosatym, wsi liczącej zaledwie kilka domów, zamkniętej z jednej strony stokami Tarnicy, a z drugiej zalesionym górskim grzbietem, na którym kończy się państwo polskie, a zaczyna Ukraina. Szyldy wieszczą niechybnie, że znajdujemy się na krańcach cywilizacji. Jeden informuje o barze „Ostatnim przy szlaku”, inny o sklepie „Ostatnim na szlaku”, a ludzie powiadają, że diabeł mówi tu dobranoc. Kiedyś podobno żyły tu wyłącznie diabły, które dla równowagi swojej społeczności podzieliły się na Biesy reprezentujące zło i Czady reprezentujące dobro. Stąd dziś strony te nazywane są Bieszczadami.


Pierwsze góry na trasie naszej wędrówki mienią się niezwykłością i odmiennością od tych wszystkich, jakie napotkamy później. Są to grzbiety okryte przez naturę trawiastymi murawami, znanymi jako połoniny. To dzięki nim grzbiety te zniewalają wspaniałymi, rozległymi panoramami. Na jednej z połonin znajduje się najwyżej położone w Bieszczadach schronisko tzw. Chatka Puchatka na Połoninie Wetlińskiej. Jest ono nie lada atrakcją turystyczną, oferującą przepiękne widoki oraz zapierające dech w piersiach wschody i zachody słońca. To dla nich turyści zatrzymują się w tym schronisku, nie bacząc na niewygody, takie jak brak energii elektrycznej, brak bieżącej wody i kanalizacji, czy wygodnych łóżek. To miejsce dla ludzi, którym do mycia i kąpieli wystarczy woda ze źródełka oddalonego o kilkaset metrów, a w razie potrzeby świadomego aktu defekacji lub mikcji zadowoli wychodek na zewnątrz.


Bieszczady to również lasy, w których siedlisko ma flora i fauna typowa dla wschodniokarpackiej puszczy. Stykaliśmy się z nimi wspinając się na piętro połonin, a także podczas schodzenia w dół. Bieszczadzkie lasy stały się naszym stałym towarzyszem wędrówki w połowie naszej drogi przez Bieszczady, kiedy to na dobre pożegnaliśmy się z połoninami. Zdaje się, że nie zapuszcza się do nich wielu turystów. Śmiałków, którzy to zrobili spotkaliśmy dopiero pod koniec wędrówki przez Bieszczady na grzbiecie Wysokiego Działu. Trudno się chyba temu dziwić, bo to dość dzikie tereny, nie w pełni jeszcze poznane, będące ostoją licznych przedstawicieli zwierzyny grubej, takich jak niedźwiedź brunatny, wilk, ryś, czy żbik. Na szczęście nie udało się nam spotkać żadnego z nich, ale za to zostaliśmy onieśmieleni spotkaniem ze stadkiem żubrów na naszej ścieżce. Szybko jednak okazało się, że żubry te były wystraszone bardziej niż my i spłoszone naszą obecnością zbiegły w dół leśnego zbocza.

Pod koniec bieszczadzkiej wędrówki napotkaliśmy jedną z największych osobliwości przyrodniczych tych gór. Są to malownicze Jeziorka Duszatyńskie utworzone ponad 100 lat temu (a konkretnie 13 kwietnia 1907 roku) w wyniku osunięcia się zbocza Chryszczatej. Osuwisko to jest uznawane za największe rozpoznane w polskich Karpatach. Jego długość wynosi ponad 2 km. Ślady potężnej rynny osuwiskowej są wciąż widoczne, mimo zarastających drzew. Toń wodna jeziorek skrywa korzenie i kikuty powalonych drzew.


Po Bieszczadach przechodzi kolej na jeszcze bardziej odludne, opuszczone przez człowieka miejsca, gdzie przyroda od lat pozostawiona jest sama sobie. Tutaj możemy wędrować całymi dniami i nie spotkać żadnego człowieka. Taki jest Beskid Niski. Nie zawsze jednak on tak wyglądał. Tereny te niegdyś tętniły życiem. Przy szlaku często napotykamy na pozostałości budzące wewnętrzny żal, smutek, czy też wzruszenie po czymś, co kiedyś tu było, po Łemkowszczyźnie, dawnych wsiach, po których pozostały nieliczne resztki fundamentów domów i cerkwi, zdziczałe sady oraz przydrożne krzyże i cmentarze. Przechodząc obok nich nie można oprzeć się zadumie nad losami dawnych mieszkańców tych ziem. Myśli same rwą się w otchłań historii, tak jak to głosi inskrypcja na tablicy ustawionej w miejscu, gdzie kiedyś istniała wieś Wołtuszowa:
Stoisz, a myśli wędrują przez Ciebie;
Myślisz żeś wolny, a jesteś w potrzebie;
Odetchnij choć chwilę, odsapnij, bo trzeba;
To czasem ważniejsze jak kawałek chleba.


Idąc przez wzniesienia i malownicze doliny Beskidu Niskiego zderzymy się z najdzikszą przyrodą. Przedzierając się przez zarośnięte, błotniste ścieżki, poszukując ukrytych znaków szlaku, poczujemy się jak pionierzy przeczesujący nieznane, które nie widziało człowieka wiele lat. Tutaj z dużym prawdopodobieństwem można natknąć się na przecinającego nasz szlak zaskrońca, padalca, czy jadowitą żmiję. Z tego też względu trzeba patrzeć jednocześnie przed siebie za znakami szlaku, jak też pod nogi. Nie jest to łatwe, bo utrudniają nam to niejednokrotnie przewyższające nas chaszcze, nierzadko kolczaste, czy parzące pokrzywy.


Chwilowym odsapnięciem od dzikiego Beskidu Niskiego są piękne, uzdrowiskowe miejscowości, jak Rymanów-Zdrój, czy Iwonicz-Zdrój. Wytchnienie dają też wioski z pięknymi cerkwiami, zamieszkiwane przez niezwykle dobrodusznych ludzi, żyjących w harmonii i poszanowaniu różnorodności kulturowej.


Beskid Niski kojarzy się nam również z pamiątkami po tragicznym okresie wojen światowych. Szczególne głęboko w duchu utkwiły nam cmentarze wojenne zbudowane po I wojnie światowej, szczycące się niepowtarzalnym artyzmem architektonicznym. Jednak choć każdy z nich jest inny, każdy napawa tą samą smutną kontemplacją nad bezsensownością wojny i jej ofiar: czy musiały one nastąpić, by się o tym przekonać? Wszak dziś ofiary zwaśnionych niegdyś stron pochowane są we wspólnych mogiłach, jednomyślnie głosząc światu to samo wołanie, jak choćby to na Rotundzie:
Nie płaczcie, że leżymy tak z dala od ludzi, a burze już nam nieraz we znaki się dały;
wszak słońce co dzień rano tu nas wcześniej budzi i wcześniej okrywa purpurą swej chwały.


Odcinek Głównego Szlaku Beskidzkiego w pełni oddaje rozciągłość Beskidu Niskiego, ciągnąc się przezeń blisko 150 km. Za Beskidem Niskim zaczyna się nowy makroregion. Wychodzimy z obszaru Beskidów Wschodnich i wchodzimy do Beskidów Zachodnich, a pierwszym pasmem górskim Beskidu Zachodniego na trasie naszej wędrówki jest Beskid Sądecki. Po dniach samotności na szlaku zaczynamy na nowo przyzwyczajać się to tego, że ludzie na szlaku są czymś zwyczajnym, o czym prawie już zapomnieliśmy. Zdecydowanie poprawia się również infrastruktura turystyczna. Szlak prowadzi nas teraz przez tereny pokryte bogatą siecią szlaków turystycznych i miejsc noclegowych, od bacówek po luksusowe obiekty wypoczynkowe.

Góry Beskidu Sądeckiego, które przemierzamy pokrywa górnoreglowy las, będący pozostałością po pierwotnej puszczy karpackiej. Może trudniej spotkać tu dużego drapieżnika niż w Beskidzie Niskim, czy Bieszczadach, ale jest to możliwe. Rysie, wilki i niedźwiedzie są mieszkańcami Beskidu Sądeckiego. Występują tu też jelenie, sarny, dziki, a także różne kuraki i wiele innego ptactwa.


Doliny znajdujące się pomiędzy grzbietami górskim skrywają uzdrowiska słynące z wód mineralnych, wraz z najbardziej znaną przez wszystkich Krynicą-Zdrojem. Tutejsze złoża wód mineralnych ocenia się na blisko 20% wszystkich zasobów mineralnych Polski. Tuż obok uzdrowiskowych aglomeracji pokazują się jeszcze świadectwa wielokulturowości, m.in. zabytkowe cerkwie i kościoły oraz pozostałości po dawnej Łemkowszczyźnie, która kończy się tu w dolinie Popradu.


Stoki Beskidu Sądeckiego ukazały nam również coś bardzo ekscytującego, Tatry w imponującej postaci i charakterystyczne w swojej urodzie Pieniny. Stało się to tuż za Wielkim Rogaczem. Po dotychczasowym trudzie wędrówki po nieznanym to wzruszająca chwila. Wtedy poczuliśmy bliskość domu, choć do końca wędrówki sporo jeszcze pozostało. Ledwo co minęliśmy półmetek.


Z Beskidu Sądeckiego, w sąsiedztwie malowniczych Pienin i wyniosłych Tatr wspinamy się na Gorce, niejednokrotnie opiewane przez badaczy, czy też twórców poezji i literatury pięknej, takich jak Władysław Orkan, który „W roztokach” pisał:
Naprzeciw Tatr, między doliną nowotarską a wężowatą kotliną Raby, wspięło się gniazdo dzikich Gorców. Od romantycznych Pienin odciął je wartki Kamienicki potok, a od spiskiej krainy odgraniczył falami bystry Dunajec. Samotnie stoją nad wzgórzami. A wyżej jeszcze nosi głowę ociec ich rodu, zasępiony Turbacz. Nie wiadomo kto go chrzcił i skąd mu to miano. Może stąd że turbanem mgły przed deszczem owija łysą głowę, albo raczej, że widywano go zawsze w turbacji wiecznej...
Unikatowe w swoje krasie Gorce, pokryte licznymi polanami, będące pozostałością po dawnej gospodarce pasterskiej, są dziś nierozłącznym walorem krajobrazowo-przyrodniczym. W nich znalazło sobie siedlisko wiele gatunków roślin, rzadkich w Karpatach, jak i w całej Polsce. Gorce najpiękniej zaprezentowały nam ścianę strzelistych Tatr w pełnej rozciągłości. One też okazały się wspaniałym miejscem widokowym na porozrzucane na północy szczyty Beskidu Wyspowego, przez który nasz czerwony szlak nie przebiega.


Zanim wejdziemy do kolejnej krainy na naszym szlaku przechodzimy przez Miasto Dzieci Świata, czyli Rabkę-Zdrój, słynącą dzięki swoim właściwościom przyrodoleczniczym. Nas urzekł w tym mieście przepiękny rabczański Park Zdrojowy o ujmującej atmosferze sielankowości.

Stąd wchodzimy na chwilkę na południowe flanki Beskidu Makowskiego, pokrytego lasami, ale też połaciami pól uprawnych, łąk i pastwisk. Zaraz za rzeką Rabą, czerwony szlak wprowadza nas na łagodne wzniesienia, na których usłyszeć można donośne ćwierkanie ptaka i grającego świerszcza w trawie, spotkać pasącą się krowę, czy pracujących ludzi w polu, których pozdrowimy tradycyjnym „Szczęść Boże”. Beskid Makowski zauroczył nas też mnóstwem przepięknych przydrożnych kapliczek i figur, w tym powszechnego przy skrzyżowaniach dróg i przy mostkach rzecznych Św. Jana Nepomucena - patrona „dobrej sławy”, opiekuna dróg i mostów, a także orędownika w czasie powodzi.

Przez niedługi czas Beskid Makowski zdążył ukazać nam swoją specyfikę i piękno, zdaje się, że niedoceniane. Ogarnął nas bezkresnym spokojem i ciszą, bytem ludzkim bez pośpiechu i zgiełku, klimatami dającymi niesamowity relaks dla umysłu, ożywiającymi wspomnienia z dzieciństwa. Wędrówka przez Beskid Makowski wydaje się zbyt krótka, ale przecież będzie na nas czekał i jak tylko zechcemy to możemy do niego powrócić i to zaraz po uporaniu się z Głównym Szlakiem Beskidzkim.


Zaraz za Jordanowem, malowniczo usytuowanym przy skrzyżowaniu dawnych szlaków handlowych, przeprawiamy się przez wijącą się Skawę i stajemy u stóp Beskidu Żywieckiego, drugiego co do wysokości pasma górskiego w Polsce po Tatrach. W Beskidzie Żywieckim pokonujemy najwyższe kulminacje Głównego Szlaku Beskidzkiego. Tu wznosi się Babia Góra na wysokość 1725 m n.p.m., górując nad wszystkim co ją otacza (no oczywiście za wyjątkiem Tatr, choć z perspektywy grzbietu Babiej i one nie ośmielają się przerastać Królowej Beskidów). Babią Górę widać z wielu odległych miejsc, jak choćby z Krakowa, co opisywała w 1890 roku Maria Konopnicka:
Pod Krakowem, między chmury,
Widać czuby Babiej Góry,
Wyprawiły ją Karpaty
prosić gości do swej chaty.
A ta chata aż do nieba...
Trzy dni do niej piąć się trzeba,
Chyba, że cię niedźwiedź bury
Weźmie grzecznie za pazury.
Na potężny, zapierający dech masyw Babiej Góry spoglądamy już z odkrytych partii szczytowych Policy, a potem na Cylu Hali Śmietanowej. Magnetyzujący majestat Babiej Góry sprawia, że wspinamy się na nią z niejaką pasją, choć nie jest nam on obcy, jak też to co zobaczymy z jej grzbietu ponad granicą lasu, po pokonaniu Zubrzyckich Stromizn. Wybitność krajobrazowa tej góry nie ma sobie równych. Otaczające panoramy zwalają z nóg. Widoki mamy na wszystkie strony świata, a obejmują one Beskid Żywiecki, Śląski, Mały, Makowski, Wyspowy, Gorce, Kotlinę Orawsko-Nowotarską, Tatry oraz góry Słowacji. Znów na szczycie otacza nas coś fantastycznego, co oczywiście zawdzięczamy sprzyjającej aurze, która otacza Babią Górę. Nie zawsze tak tu bywa, bo Babia Góra jak kobieta kapryśną bywa i nierzadko nazywana jest też Matką Niepogód.


Zbliżając się do zachodnich kresów Beskidu Żywieckiego coraz częściej słyszymy specyficzny dialekt - ślůnsko godke. Do świadomości naszej dociera, jaki kawał drogi już przeszliśmy. Z niedowierzaniem patrzymy na pokonane do tej pory kilometry i z żalem spoglądamy przed siebie na to co pozostało – jeszcze trochę i wejdziemy na wzniesienia ostatniego Beskidu. Kres naszej wędrówki jest już nieodległy. Wspominamy trudne początki i niedowierzamy jak nogi same nas teraz niosą, a plecak nie ciąży na ramionach, choć waży tyle samo co na początku wędrówki.


Kolejne wzniesienia Beskidu Żywieckiego pokonujemy z łatwością większą niż podczas krótkiej, jednodniowej wycieczki, w tym forsowniejsze podejście po stokach Pilska na Halę Miziową. I wkrótce znów otacza nas piękny, stary las, zachowany po dawnej Puszczy Karpackiej. Kiedyś można było w nim spotkać grubego zwierza, wilka lub niedźwiedzia, ale dziś raczej nam to już nie grozi. Drapieżniki te pojawiają się tu rzadziej niż w Beskidach Wschodnich. Częściej spotykaną zwierzyną są tu jelenie, sarny, borsuki, lisy, dziki, głuszce oraz liczne gatunków innego ptactwa.

I jeszcze przed wzniesieniami Beskidu Śląskiego nasz szlak ponownie ociera się o historię, tym razem obejmuje ona wojnę obronną w 1939 roku. To dolina z Węgierską Górką, która w owym tragicznym czasie była ważnym punktem oporu przed hitlerowskim najeźdźcą. Po stoczonych tu, zaciętych działaniach obronnych mówić o niej zaczęto „Westerplatte południa”, a świadkami tamtych wydarzeń są żelbetowe schrony bojowe, które na stałe wpisały się w krajobraz Węgierskiej Górki.

Sceneria górnych partii stoków Beskidu Śląskiego zaskoczyła zniszczeniami. Otoczyły nas wiatrołomy - powalone z korzeniami drzewa, które nie były w stanie oprzeć się naporowi huraganowych wiatrów. Gdzieniegdzie sterczą również kikuty drzew, które usiłowały się oprzeć huraganom i tyle właśnie z nich pozostało. Ten niesamowity i nieco nienaturalny krajobraz sprawił, że poczuliśmy się jak na innej planecie. Wiatrołomy Beskidu Śląskiego nie są jednak sprawką jedynie silnych wiatrów, gdyż przyczyniła się do nich inwazja szkodników, z którymi człowiek toczy obecnie walkę o odzyskanie leśnego drzewostanu.


Katastroficzne plenery wiatrołomów kończą się na szczęście na zboczach wiślańskiej Baraniej Góry, gdzie znajdują się źródliska Królowej Polskich Rzek. Tu rodzi się Wisła. Ze stoków Baraniej Góry spływają dwa potoki Biała i Czarna Wisełka, spotykające się w Jeziorze Czerniańskim, z którego wypływa potok Wisełka, a który po przyjęciu wód Malinki przyjmuje nazwę Wisła.

U kresu naszej wędrówki oddajemy się idylli panującej na stokach Czantorii i Równicy, pełnych ludzi radych z widoku słońca, chmur, powiewu wiatru i zapachu górskiego powietrza. Spotykamy się ze Ślązakami, ludem niezwykłym, rodzinnym, podchodzącym z nadzwyczajną starannością do zdrowego wypoczynku.


W tych sielskich klimatach kończymy fascynującą wędrówkę Głównym Szlakiem Beskidzkim, oczarowani niebywałością i różnorodnością napotkanych atrakcji, a przedstawionych tu jedynie przekrojowo. Wiele by jeszcze można pisać o nich, używając najlepszych słownych superlatyw, ale zastanawiamy się czy warto, bo i tak żadne słowa nie są w stanie oddać w pełni rzeczywistego piękna tego szlaku. Oczywiście nie udało się nam zobaczyć wszystkiego, bo żeby zapoznać się z wszystkimi atrakcjami nasza wędrówka musiałaby trwać dwa razy dłużej, a przecież i ta nie była krótka. Trwała 18 dni, a ciągła się przez całą rozciągłość polskich Beskidów, biegnąc chwilami w pobliżu terytoriów trzech kolejnych państw - Ukrainy, Słowacji i Czech, przecinając cztery parki narodowe - Bieszczadzki, Magurski, Gorczański, Babiogórski, liczne rezerwaty przyrody, szereg wiosek i miast oraz niezliczoną liczbę wzniesień i dolin. Przebycie tak długiej trasy kosztowało nas wiele trudu i wysiłku, ale warto było, bo tylko na własnych butach mogliśmy dotrzeć do miejsc często niedostępnych w inny sposób, a lśniących wyjątkowymi walorami krajoznawczymi. To też pozwoliło na najbardziej bezpośredni kontakt z przyrodą i kulturą, a przy okazji dostarczyło wiele przeżyć, wrażeń i ogromu satysfakcji na wiele lat życia.


Komentarze do wpisu

3 komentarze :

3 komentarze :

  1. Wspaniałe podsumowanie, tak w treści, jak i na zdjęciach. Jest z czego być dumnym. Rzeczywiście na przestrzeni tych kilkunastu dni przemieszczaliście się przez bardzo zróżnicowany teren i to nie tylko od strony przyrodniczej ale równiez kulturowej. Myslę, że jeszcze wiele dni będziecie pod wrażeniem przebytej trasy. Zdobyliście uznanie moje jak i wiele osób, które na bieżąco śledziło Wasze poczynanania. Tak w ogóle to podziwiam Cię Doroto, że po całodziennym wędrowaniu, i to sporych odcinków trasy, stać Cię jeszcze było na pisanie codziennych postów. Dokonaliście wielkiej rzeczy, do tego całkiem przyjemnej, aczkolwiek okupionej wielkim trudem. Teraz na spokojnie możecie sie delektować wspomnieniami i pięknymi zdjęciami.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za komentarz, za słowa uznania, słowa podziwu dla twórcy niestety te ostatnie nie mnie się należą, tym niezmęczonym, który przez wiele dni opiywał trasy GSB był Marek, mój udział był znacznie mniejszy.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Niezły opis, ale...
    http://www.youtube.com/watch?v=Azm20l97V_A&feature=related

    OdpowiedzUsuń

Translator

Info

Licencja Creative Commons Gdy nie jest to inaczej sprecyzowane pod konkretnym materiałem, to:
Publikowane na blogu materiały można wykorzystać na warunkach licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie materiałów publikowanych na niniejszym blogu i jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o twórcy i adresu internetowego bloga. Pozwala się na wykorzystanie tych materiałów w innych dziełach pod warunkiem udostępniania ich na tej samej licencji.

Kuferek

Hej wędrowcze, właśnie otworzyłeś malutki skarbczyk.
Nie jest on drogocenny, ale nie wykluczone, że znajdziesz w nim coś
co może Ci się przydać.

Kolekcje

Wędrowanie po znanych i nieznanych szlakach to ogrom niesamowitych wrażeń i emocji. Z każdą zakończoną wędrówką wiąże się tęsknota i czar wspomnień. Odczucia takie towarzyszą nam od samego początku przygody, wyzwalając potrzebę zachowania przeżyć, nie tylko w ulotnej pamięci ludzkiej, ale również w formie bardziej trwałej, w postaci fotografii, opisów, dzienniczków przebytych tras, odwiedzonych miejsc, czy zdobytych szczytów. Utrwalanie to jest również okazją do usystematyzowania turystycznych poczynań wg różnych kryteriów - zdobytych koron gór, przebytych szlaków, itp.

Napisz do nas