Jest taki samotny dom. Ludzie z dolin mówią, że wzniesiono go z kamieni,
które pamiętają początek świata. Miał być darem nocy dla słońca. Każdej nocy
tonął w głębokim, mrocznym błękicie, tuląc się pod gwiazdami. Jednak o
świcie działo się coś niezwykłego. Gdy pierwsze promienie słońca dotykały
jego surowych, kamiennych ścian, ożywał. Dom ten stawał się wówczas
świątynią poranka – miejscem, gdzie mrok bez walki ustępował miejsca złotej
nadziei. Kto choć raz spędził noc w jego murach i dotrwał do świtu, zyskiwał
spokój serca na całe życie.
Wybraliśmy się tą drogą późnym popołudniem, aby odnaleźć spokój i zobaczyć jak słońce odchodzi wieczorem na spoczynek, a potem powitać go rano . Znamy tę drogę
doskonale i tym razem nie będziemy opisywać jej szczegółów, bo czyniliśmy to
już wiele razy. Kto jej nie zna, a chciałby ją poznać powinien sięgnąć do
naszych archiwalnych wpisów. Wszyscy wiedzą, że to jedna z tych ulubionych naszych dróg spośród mnóstwa innych równie lubianych. Wiedzie
przez gęste, mroczne lasy, a potem wyżej i wyżej, aż po odsłonięte pola
górskich łąk i skalnych rumoszy. Dzisiaj znowu ruszamy tam dróżkami i
ścieżkami jak legendarna para zakochanych, która miała wędrować tu w dawnych
czasach, gdy bory wokół były jeszcze nietknięte, a szczyt, który wznosi
się przed nami, spowijała tajemnica.
Upał leje się dzisiaj z nieba, a my podążamy dalej z naszą historią!
Przypominamy sobie dawne opowieści, które powstały na tej trasie. Jest ich
wiele, a każda inna, nawet wówczas, gdy wiodła tą samą drogą. Nie ma dwóch
takich samych i pewnie nigdy tak nie będzie, choćbyśmy przemierzali tę drogę
tysiąc razy. W tak ekstremalnym gorącu nie jest łatwo iść nawet po płaskim.
Jest jak w Afryce. W swojej młodości nawet nie przypuszczaliśmy, że kiedyś tak
może być w tych stronach. Najważniejsze jest odpowiednie nawodnienie, ale też
unikanie bezpośredniego słońca i robienie częstych przerw. Zabraliśmy kilka
litrów różnych napojów. Z tej też przyczyny wybraliśmy Zawoję Markową na punkt
startu. Osada ta położona jest pod północnymi zboczami góry. Dzięki temu góra
i jej lasy osłaniają nas od gorących promieni słońca, choć skwar i tak wyciska
z nas poty. W głębi serca wydobywa się jednak ogromna, nostalgiczna radość, z
faktu że znowu tutaj jesteśmy. To bardzo silne pragnienie, ponad trudy
wędrówki, które motywuje nas, dodaje sił i prowadzi dalej.
TRASA:
Zawoja-Markowa (718 m n.p.m.)

Schronisko PTTK na Markowych Szczawinach (1180 m n.p.m.)

Perć Akademików

Babia Góra (słow.
Babia hora; 1725 m n.p.m.)

Przełęcz Brona (słow.
Brána; 1408 m n.p.m.)

Schronisko PTTK na Markowych Szczawinach (1180 m n.p.m.)

Zawoja-Markowa (718 m n.p.m.)
|
|
Jeden z potoków zasilających Marków Potok
|
W połowie drogi do szczytu góry robimy przerwę w schronisku. Regenerujemy
siły, w czym pomaga nam tutejszy specjał - sernik ociekający smakowitą, gęstą
polewą czekoldową oraz niezwykle orzeźwiający, złocisty Lech w nowym wydaniu. W
pół do siódmej ruszamy dalej. Od schroniska skręcamy na płaj, którym
maszerujemy do Skrętu Ratowników. Stamtąd odbijamy na zbocze dzikiego boru.
Drzewa szepcą tu tajemniczo pradawne legendy: o olbrzymce, która usypała
ten masyw, o grzesznym mieście zapadniętym pod ziemią czy o siedzibie diabła,
który nadał nazwę wierzchołkowi góry. Po pewnym czasie wchodzimy w piętro
jarzębin i kosodrzewiny, za którym otwiera się nam surowy, wysokogórski
krajobraz. Wspinamy się po gazach i skalnych występach wyżej słynną Percią
Akademików. Słońce bezlitośnie grzeje wyciskając z nas ostatnie poty. Jakże
bardzo dzisiaj gorąco i parno. Góra ta nigdy nie była nam dwa razy taka sama i
za każdym razem, jej natura przygrywa nam inną symfonię. Nic dziwnego, że
przez wielu traktowana jest jak swoista świątynia różnych bytów natury. bo na
jej szczycie stykają się granice i żywioły. Idziemy z rozwagą, ale bez obaw.
Tam na szczycie czeka nas poczucie absolutnej wolności.
|
| Markowe Szczawiny. |
|
| Skręt Ratowników. |
|
| Wyrwany korzeń. |
|
|
|
Pod źródłem Szumiącej Wody.
|
|
|
Piarzysty Żleb pod Przełęczą Lodową.
|
|
|
Pierwszy łańcuch na Perci Akademików.
|
|
|
Panorama na dolinę Zawoi.
|
|
| Na skalnej półce. |
Perć Akademików jest najtrudniejszym szlakiem prowadzącym na najwyższy szczyt
Babiej Góry. Stąd też jest to szlak jednokierunkowy. Początkowy odcinek
prowadzi spokojnie lasem, ale później szybko zamienia się w ostrą, skalistą
wspinaczkę. Prawdziwe emocje zaczynają się powyżej granicy kosodrzewiny. Szlak
pnie się niemal pionowo po głazach, skalnych półkach i ściankach,
przypominając momentami tatrzańską Orlą Perć, tyle że w łagodniejszym wydaniu.
Każde spojrzenie w dół lub w bok potęguje wrażenie przestrzeni, ponieważ szlak
prowadzi urwiste północne stoki Babiej. Szlak kojarzy się z trasami
wysokogórskim, obfitującymi w stromizny i przepaście. Na najtrudniejszych
fragmentach zamontowano łańcuchy oraz klamry, które ułatwiają pokonywanie
wąskich progów i pionowych ścianek. Najbardziej wymagającą fragmentem jest
8-metrowa ściana zwana Czarnym Dziobem. Po jej pokonaniu zostają nam ostatnie
metry do pokonania, aby stanąć na szczycie zwanym Diablakiem (1725 m n.p.m.),
który oferuje niesamowitą panoramę.
|
| Skalna rynienka. |
|
|
Na ścianie Czarnego Dziobu.
|
|
| Przez jarzębiny. |
|
|
|
Słońce przeniosło się nad Żywiecczyznę.
|
|
|
|
Owocostany sasanki (Pulsatilla).
|
|
|
Kwiat sasanki zwyczajnej (Pulsatilla vulgaris)
|
|
|
Słońce na zachodzie.
|
|
|
Diablak (1725 m n.p.m.).
|
|
Dwudziesta trzydzieści. Stajemy na szczycie. Jest tutaj kilkanaście
osób. Patrzymy w kierunku zachodnim na tańczące na falach refleksy
czerwonego światła, które ciągną się jak złoty most pomiędzy górami na
horyzoncie a nami. Letni wiatr delikatnie smaga nasze twarze. Chmury
na horyzoncie układają się w miękki, biały puch, w który powoli
zanurza się złota tarcza. Wkrótce ten puch oplata słońce niczym nić
pajęcza i ściąga je za horyzont.
Czekamy, aż ostatni promień słońca muśnie nasze twarze. Chwila jego
nadejścia wydaje się zawieszona w czasie. Wiemy już, że wieczór ten
nie będzie dziełem przypadku, a głębokim, niemal mistycznym
przeznaczeniem. Od tej chwili potęga tutejsze natury staje się
intymna. Odtąd zanurzamy się jakby w innym wymiarze, gdzie wszystko
wydaje się możliwe. Wraz z zachodem słońca, góra zdaje się nawiązywać
do tych dawnych podań. Piękna i powabna, ale jednocześnie mroczna i
tajemnicza. Od wieków budziła respekt, co znalazło odzwierciedlenie w
jej mrocznej nazwie oraz opowieściach o dawnym zamku rządzonym przez
diabła.
Mija godzina dwudziesta druga. Zostaliśmy na szczycie zupełnie sami.
Cały świat milknie, ustępując miejsca potędze chwili, a natura góry
staje się naszym prywatnym sanktuarium. Dzisiaj Diablak zachowuje się
zupełnie inaczej niż zwykle. Nie hasa na nim porywisty wiatr i chłód;
nie ogarnia do nieprzenikniony mrok. Mamy wrażenie, że przez pokonanie
trudów wspinaczki, w żarze piekącego i wyczerpującego słońca
zawarliśmy dzisiaj przymierze z górą. Kiedy słońce powoli chowa się za
chmurami nad horyzontem, rzucając na grań ostatnie, gorące promienie,
świat zaczyna zupełnie cichnąć. W tym momencie wszelkie troski zostały
w dolinach, a otaczający nas surowy krajobraz wydaje się istnieć tylko
dla nas. Wiatr, z którego słynie Diablak, tego wieczoru był wyjątkowo
łaskawy. Otulił nas delikatnym powiewem, jakby chciał powitać w swoim
królestwie i utulić do błogiego snu. Zamykamy oczy, pozwalając, aby
przestrzeń oddychała tym samym rytmem co my. Wkrótce słyszymy
każdy oddech samej natury, która od wieków króluje na tej górze, a
sami jesteśmy dla siebie światłem w mroku, który nas teraz otacza. W
tej czystej, bezkresnej przestrzeni nasze dusze zlewają się w jedno.
Nie ma już wczoraj, nie ma jutra – jest tylko ta magiczna chwila na
szczycie.
|
|
|
|
|
|
Ostatnie nuty słońca.
|
Dorzucam drew, bo ogień zgasł…
|
Rozbiliśmy posłanie tuż poniżej szczytu, w miejscu jak zawsze, na
otwartej przestrzeni po wschodniej stronie, gdzie poniżej znajduje się
grota z figurą Matki Boskiej. Noc sprzyja szczerości. To idealny
moment na wyznanie skrywanych uczuć lub sekretów w świetle księżyca. –
Po co tu jesteśmy? – przepływają różne myśli, a jednak zamiast
odpowiedzi pozostaje milczenie. Cisza wydawała się wszechobecna,
niosąca mnóstwo pozytywnych odczuć. Diablak zapada w ciszę. Słychać
tylko bicie serc i szepty naszej rozmowy. Ciepły zefir pieści nasze
twarze. Zmrok zbliża jeszcze bardziej do siebie. Mamy wrażenie, że na
tej ogromnej, wyniosłej wyspie jesteśmy jedynymi istotami. Uciekliśmy
od zgiełku miasta i utartych szlaków, by zasmakować prawdziwej, niczym
niezmąconej samotności. Niesamowitej przygody. Byliśmy tylko my i
Królowa Beskidów, a nad nami rozgwieżdżone niebo - niewiarygodny
spektakl. Te tysiące gwiazd od wieków płoną nad Diablakiem w
absolutnej, lodowatej ciszy kosmosu. Miliony gwiazd mrugają tak
wyraźnie, że można odnieść wrażenie, iż wystarczy wyciągnąć rękę, by
dotknąć kosmosu.
Ciemność na Diablaku zapada powoli. Przeżywamy głęboko każdy jej
magiczny moment – najpierw, gdy znikała otulina dnia, a potem, gdy
niebo nad górą stopniowo zalewały tysiące gwiazd, często znacznie
wyraźniejszych niż w rozświetlonych dolinach. Ale choć nocne niebo
zdaje się być usiane niezliczonymi punktami, tak naprawdę te widoczne
dla nas gwiazdy to zaledwie niewielki ułamek. Wszystkie obiekty, które
dostrzegamy bez użycia teleskopu, należą do naszej rodzimej galaktyki
– Drogi Mlecznej. Na gwiazdozbiór ten składa się od 100 do 400
miliardów gwiazd, co oznacza, że gołym okiem widzimy zaledwie
milionową część jego populacji. Nasz wzrok jest czuły, ale ma swoje
limity. Dostrzegamy tylko te gwiazdy, które są stosunkowo blisko Ziemi
i świecą niezwykle jasno. Olbrzymia część Drogi Mlecznej jest
przysłonięta przez gęste obłoki kosmicznego pyłu i gazu, które blokują
światło, nie pozwalając mu dotrzeć do naszych oczu. Z Ziemi można
dostrzec gołym okiem na całym nocnym niebie tylko około 9 tysięcy
gwiazd (po około 4,5 tysiąca na każdej półkuli). Jednak z jednego
miejsca, w idealnych warunkach z dala od świateł miast, zobaczysz
jednocześnie około 2-3 tysiące gwiazd.
|
|
|
|
|
|
|
Ciemność zapada powoli.
|
|
Wtem na południowym wschodzie z mroku wyłania się lekko czerwonawy
księżyc. Ma dwa dni do swojej pełni. Zabarwia okolicę w odcieniach
srebra i głębokiego błękitu. Jego jaskrawość redukuje nieco liczbę
widocznych gwiazd na niebie. Potem próbuje oświetlić sylwetki
okolicznych szczytów, ale woal mgieł unoszący nad nimi jedynie
minimalnie przepuszcza jego światłość. Księżyc zatem usiłuje przejrzeć
się w lustrze Jeziora Orawskiego, ale odbija ono na boki jego światło,
niczym potężny reflektor, głównie w stronę grzbietów Magury Orawskiej.
Księżycowa tarcza spogląda na Diablaka jak wielkie oko, a rzucane
przez nią cienie zdają się żyć własnym życiem. Nadchodząca pełnia
srebrnego globu jest symbolem odsłonięcia tajemnic duszy, mistycznego
uniesienia i wieczności. Odsłania to, co w człowieku najgłębsze i
najbardziej skryte. Nie musimy o nic pytać niebios, bo w tym
mistycznym świetle księżyca czujemy, że cały nasz sens istnienia i
bytu jest właśnie tu i teraz. I chociaż wokół nas nie ma nikogo, to
cała ta przestrzeń wydaje się gęsta od tajemnic, które otaczają nas
zewsząd.
|
|
| Oblicza księżyca. |
Góra, znana jako dawne siedlisko czarownic, ale tej nocy kołysze tylko nas do
snu. Mamy wrażenie, że ta noc, każda jej chwila będzie należy tylko do nas. Ta
wspólna noc jak zaklęcie – ucieczka od codziennego świata, zbliżająca do
natury, ale przede wszystkim do siebie nawzajem.
A po nocy przychodzi dzień…
|
|
Łowcy słońca nadchodzą...
|
Wbrew temu co myśleliśmy wcześniej wkrótce pojawiał się tutaj inni - tzw.
„łowcy wschodów słońca”. Kamienne rumowiska Diablaka zaczynają zapełniać przed
godziną 2:00. Początkowo nieśmiało – jedna osoba, kwadrans później para innych
przybyszów. Po godzinie 3:00 obserwować możemy już sznur świateł czołówek
ciągnący się od strony Krowiarek, Przełęczy Brona czy Perci
Akademików. Wierzchołek góry zaczął zapełniać się dość szybko. Wnet zrobiło
się gwarno.
Jest nadal ciepło, chociaż zefir nieco wzmacnia się. My jeszcze wtuleni w
śpiwór, ale noc ewidentnie ustępuje. Nadchodzi świt. Przybyli turyści siedzą
już stłoczeni między kamieniami. Niektórym chłodno, innym gorąco - otuleni w
śpiwory i kurtki, a część jak dla kontrastu w krótkich spodenkach i koszulkach
- wszyscy zerkają na wschodni horyzont. Tymczasem w dolinach i kotlinach
mienią się pojedyncze światła wiosek, przypominając, że świat tam na dole
jeszcze śpi.
|
| Świt. |
 |
| Wioski w dolinach śpią jeszcze. |
Noc ustępuje, a światło zwycięża mrok na naszych oczach. Magia zaczyna
się, gdy nocne niebo powoli pęka; gdy noc powoli zwija swoje gwiaździste
szaty, a na skraju horyzontu rodzi się pierwsza, nieśmiała smuga
światła. To chwila, w której świat wstrzymuje oddech, oczekując na
codzienne, legendarne widowisko. Najpierw ten pierwszy błysk, czy raczej
łuna – nieśmiały, łososiowy róż, który zaczyna przeganiać mrok. Noc znika, dzień wstaje.
Trudno zauważyć ten moment, kiedy wschodni horyzont zaczyna stopniowo
rozpalać się, zmieniając barwę najpierw z głębokiej czerni na fiolet.
Taki spektakl, który można przeżyć jedynie tutaj. Przez kilkanaście
minut świat zmienia kolory na pastelowe róże, a później na głębokie
żółcie. Następnie horyzont zabarwia się intensywnym złotem, pomarańczą i
czerwienią.
Wkrótce słońce wyłaniające się zza chmur na wschodzie oświetla
skaliste połacie Babiej Góry. W tym samym momencie góra rzuca długi,
majestatyczny cień z przeciwległej strony, na wzniesienia znajdujące się
po zachodniej stronie. Góra opowiada w tych chwilach historię o swojej
potędze i pokazuje swój legendarny, niemal baśniowy charakter.
Lśni
już nowy dzień i w jasnym świetle słońca giną wszelkie cienie. Złoty
promień dotyka ziemi i drzew, a świat jak do hymnu się zbiera. Złoty
blask na naszych twarzach pieczętuje wspomnienie i spełnioną obietnicę
minionej nocy.
Wschody słońca od wieków fascynują,
symbolizując nowy początek. Ich piękno to nie tylko zjawisko fizyczne,
ale także stan umysłu, w którym budząca się natura staje się malarzem.
Ciepłe światło momentalnie zalewa okoliczne szczyty. Doświadczamy
zmysłowego olśnienia, że wszystko co zrobiliśmy, aby być tutaj razem ma
swoje znaczenie. Cieszymy się, że mogliśmy tu być znowu razem i
celebrujemy wyjątkowy spektakl natury. W tym porannym słońcu rodzi się nasza nowa rzeczywistość.
|
|
|
|
|
| Przebudzenie dnia. |
|
|
Lśni już nowy dzień.
|
|
|
Diablak (1725 m n.p.m.). Nowy dzień.
|
Znowu w drogę, w drogę trzeba iść…
Świat na dole budzi się. Czas wracać. Na początek strome, kamienne zejście
bezpośrednio z kopuły szczytowej. Dalej łagodnym grzbietem przez Lodową Przełęcz mamy Królową
Beskidów wciąż za plecami. Odwracamy się, by patrzeć, jak oświetla ją pełne,
poranne słońce. Wciąż nie możemy oderwać się od intymności nocy, choć mamy już
piękny poranek, a z każdym krokiem powietrze staje się cieplejsze. Wkrótce pojawia się droga w dół, śpiew ptaków i zapach pierwszych napotkanych świerków. Promienie słońca
malują niezwykłe mozaiki w dolinach. Ostatni raz możemy na nie spojrzeć z
tarasów Przełęczy Brona. Chwilę później zanurzamy się w lasach,
w których wycięły się Markowe Szczawiny, polana, na której stoi dzisiaj
schronisko.
|
|
Kopuła szczytowa Diablaka.
|
|
|
Po zejściu z kopuły szczytowej.
|
 |
| Królową oświetla pełne, poranne słońce. |
|
|
Przed nami grzbiet opadający na Przełęcz Brona.
|
|
| Marsz na Bronę. |
|
|
Widok w stronę Orawy.
|
|
| Przełęcz Brona. |
|
|
Dolina wioski Zawoja z tarasu Przełęczy Brona.
|
Z polany pod schroniskiem pokazuje się nam jeszcze raz szczyt – tak Królowa
Beskidów żegna się z nami na jakiś czas, bo przecież kiedyś znowu ją
odwiedzimy. Promienie słońca filtrowane przez korony drzew malują poranne, świetliste
witraże. Wszystko wydaje się tańcem pomiędzy snem a jawą. Teraz
musimy uzmysłowić sobie prawdę o tym, że to wszystko wydarzyło się naprawdę i
to, co widzieliśmy było najprawdziwszą rzeczywistością. To nie przychodzi od
razu, bowiem czas wciąż traci znaczenie, gdy słyszymy rytm wspólnych kroków, a
wokół czujemy zapach mchów i igliwia lasu i otacza nas spokój, który stanowi
więcej niż jakiekolwiek słowa. Słońce przebijające się przez korony drzew
tworzy na drodze złote plamy.
|
| Pożegnanie z górą. |
W ten sposób narodziła się historia, która mogła wydarzyć się tylko w tak
magiczną noc. Zostawi ona w sercu wspomnienie, które nigdy nie wyblaknie. To, co
się tam wydarzyło, zostaje w nas na zawsze. Teraz jesteśmy gotowi na
wszystko, co przyniesie codzienność i nie boimy się kolejnych wyzwań.
Dzielimy się tą historią z wszystkimi, przytaczając dewizę, że życie nie
toczy się w planach, które wiecznie odkładamy na „kiedyś”. Życie dzieje się
właśnie w takich chwilach jak ta, które tworzymy własnym działaniem, nawet
jeśli wiązały się one z wysiłkiem i trudem, a czsem i odwagą. Jeśli na coś czekasz,
jeśli odkładasz ważne słowa, marzenia czy wyznania na lepszy moment –
przestań. Lepszy moment nie nadejdzie. Spakuj plecak, wyrusz i odważ się żyć
teraz, bo przygoda nie czeka i warta jest każdego kroku pod górę, takiego jak ten, który właśnie wykonaliśmy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Cieszymy się, że tu jesteś! Mamy nadzieję, że wpis ten był ciekawy i podobał Ci się. Jeśli tak, to będzie nam miło, gdy podzielisz się nim ze znajomymi albo dasz nam o tym znać komenterzem. Dzięki temu będziemy wiedzieć, że warto dalej pisać.