TRASA:
Szczyrk Skrzyczne (1257 m n.p.m.) Szczyrk (Dunacie).

OPIS:
To miała być typowo zimowa wycieczka, ścieżyną wydeptaną w puszystym śniegu, wśród choin okrytych śnieżnobiałym kożuchem. Niektórzy nawet narty szykowali, wszak o tej porze roku Szczyrk to mekka narciarzy i snowboardzistów, jeden z największych kurortów narciarskich w Polsce, być może przewyższających sławą Kasprowy. Jeszcze kilka dni temu zapowiadało się bardzo zimowo, a w przekonaniu takim utwierdzała nas zima, która jak na ostatnie lata dość wcześnie wystartowała, dobitnie podkreślając swoje nadejście mroźnymi temperaturami. Jednakże w ostatnich dniach zima chyba skapitulowała. Powiewy cieplejszego powietrza spowodowały, że gdzieś się rozpłynęła, a prognozy na nadchodzące dni nijak przystają do obecnej pory roku.

Szczyrk przywitał nas deszczem. Zachmurzenie nad Szczyrkiem wisiało jakby chciało pokrzyżować nasze plany, albo jakby chciało powiedzieć: „Ale dam wam dzisiaj po kościach”. Jednak nie z nami takie numery. Godzina 9.40 - cały autokar, bez żadnego narzekania, bez jakiegokolwiek, nawet najmniejszego grymasu niechęci, wysiadł by iść na Skrzyczne. To już charakterystyczny obrazek dla naszej grupy turystycznej, która zawsze z niejakim zamiłowaniem rusza na każdą wędrówkę górską, bez względu na występujące warunki pogodowe (no chyba, że stwarzają one oczywiste zagrożenie dla zdrowia lub życia).

Skrzyczne to cel niemal każdego turysty przyjeżdżającego do Szczyrku. Piesza wędrówka na Skrzyczne podobno zapewnia niezapomniane, piękne widoki - ale niestety zdaje się, że nie dziś. Ze Szczyrku na Skrzyczne prowadzą dwa szlaki: niebieski i zielony. Wybieramy zielony, dzięki któremu niemal od razu opuszczamy szosę, przekraczając most nad Żylicą i wznosząc się w kierunku Skrzycznego dolinką potoku Zapalenica. Choć początek szlaku prowadzi ulicą o nazwie Leśna, to raczej nie przypomina ona typowej ulicy, a co najwyżej drogę gruntową.

Dolinka potoku Zapalenica.

Po około 20 minutach marszu, odbijamy w lewo wspinając się na skarpę. Tak wchodzimy do lasu, w którym szlak biegnie już wąską ścieżką, zataczającą szeroki łuk w prawo po stromym grzbiecie, usłanym kamiennymi głazami. Potem ścieżka skręca w lewo i pnie się nieco ostro w górę, doprowadzając nas do połączenia ze szlakiem czerwonym. O godzinie 10.40 jesteśmy na Przełęczy Becyrek, na wysokości 862 m n.p.m. (przełęcz ta oddziela Lanckoronę i Skrzyczne). Tu zaczyna się dawać we znaki coraz silniejszy wiatr, dlatego tylko na chwilkę tutaj przystajemy. Na łyk ciepłej herbaty pozwalamy sobie nieco dalej pod osłoną gęstszych drzew.


Szerokim łukiem w prawo po stromym grzbiecie.

Podejście na Przełęcz Becyrek.

Teraz połączonymi szlakami (zielonym i czerwonym) wznosimy się przez las, stromym ramieniem Skrzycznego - chwilami mokrą ścieżką, chwilami po płatach zapadającego się śniegu, gdzieniegdzie pokonując bardzo śliskie, lodowe przeszkody na szlaku. Zamglenie, czy też może gęste zachmurzenie skutecznie zasłania nam wszelkie widoki. Właściwie widać tylko najbliższe partie drzew. Stopniowo wiatr się wzmaga, a krople deszczu coraz ostrzej uderzają w twarz.

Mokrą ścieżką przez las.

O godz. 11.10 dochodzimy do narciarskiej trasy zjazdowej FIS. Idziemy jej brzegiem z nisko pochyloną głową, napierając na wiatr, który jakby broni Skrzyczne przed jego zdobywcami. Grupa nieco rozciąga się. Nie zauważamy miejsca, w którym znaki naszego zielonego szlaku łączą się z niebieskim. Nartostrada, którą podążamy jest bardzo śliska i bardzo stroma. Im wyżej, tym trudniej. Nasza ubrania i buty nie wytrzymują już naporu wody i zaczynają robić się coraz cięższe. Na bardzo stromych odcinkach robimy krótkie przystanki dla złapania oddechu. Przed nami w dalszym ciągu niewiele widać, tylko kontury drzew ginących we mgle i gęstych kroplach deszczu. Jednak czujemy, że szczyt jest gdzieś przed nami.

Trasą narciarską FIS, napierając na wiatr.

Kilka minut przed południem podchodzimy pod liny kolejki krzesełkowej, a w oddali dostrzegamy jakieś zabudowania. To górna stacja kolejki krzesełkowej. Stąd już tylko kilka minut do schroniska i naszego celu.

Stąd już tylko kilka minut do schroniska...

Docieramy na najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego - Skrzyczne (1257 m n.p.m.), a odczuwaną satysfakcję potęguje fakt, iż udało się to zrobić w stosunkowo trudnych warunkach, ale też w całkiem przyzwoitym czasie podejścia.

Zwykle z tego miejsca panorama na Beskid Żywiecki i Jeziora Żywieckiego stanowi nagrodę dla wytrwałych wędrowców, dziś niestety nie mamy co liczyć na takie przyjemności. Spod drzwi schroniska dostrzegamy za zasłoną mgły tabliczkę wierzchołkową Skrzycznego, ale nie kwapimy się by do niej podejść... przynajmniej jeszcze nie teraz. Trzeba najpierw coś przekąsić i trochę osuszyć się.

Przed Schroniskiem PTTK na Skrzycznem.

O godz. 12.10 Schronisko PTTK na Skrzycznem przygarnia wędrowców. Pojawia się ogień w kominku, ciepła herbata, kawa, gorąca czekolada, działająca rozkurczowo mineralna z magnezem, tudzież inne napoje energetyzujące, w zależności od indywidualnych upodobań każdego z wędrowców. Do tego szeroka gama wszelakiego jadła, własnego, jak i tutejszego. Tutaj też następują pewne uroczystości. Część wędrowców otrzymuje pamiątkowe dyplomy, z kolei najmłodsze uczestniczki wyprawy, Elżbieta i Alicja otrzymują z rąk szefa naszego klubu turystycznego okolicznościowe odznaki „60-lecia PTTK”, będące uhonorowaniem przebytych w roku 2010 tras turystycznych. Składamy wszystkim serdeczne gratulacje, ale składamy też specjalne życzenia naszemu jubilatowi - Prezesowi Geniowi, który w tym roku obchodzi całkiem okrągłą rocznicę. Zauważyły to wkrótce Elżbieta i Alicja, które zasugerowane napisem na otrzymanych odznakach okolicznościowych PTTK oznajmiły, że:  „Pan Geniu ma tyle lat co PTTK!”, a jakiś głos w oddali bez zawahania dodał: „...a biega po górach jak nastolatek, że trudno mu kroku dotrzymać!”. Trudno się z tymi stwierdzeniami nie zgodzić, choć tak naprawdę nasz Genio jest kilkanaście dni młodszy od PTTK. I tak wesoło mijał czas, a przecież trzeba było wracać.

Na drogę powrotną wybrany został szlak niebieski, który po części był nam już znany, gdyż w partii wierzchołkowej Skrzycznego wytyczony jest wspólnie z zielonym. Wychodzimy ze schroniska. Pogoda właściwie nie uległa zmianie. Zejście rozpoczynamy o godz. 13.35. Schodzimy dość szybkim krokiem, gdzieniegdzie ślizgając się na oblodzonych fragmentach trasy. Mijamy stację górną kolejki krzesełkowej, po chwili przekraczamy stok narciarski i wchodzimy na zbocze leśne. Tutaj robi się przyjemniej - rozmów już nie zagłusza wiatr, a atrakcją staje się grząski śniegi - oj, przydały by się rakiety śnieżne. Mimo, iż szlak jest tu wydeptany, co chwila ktoś wpada w śnieg po same kolana, a nawet głębiej. Niekiedy trudno się z niego wygramolić.

Zbocze leśne.

Gdy ponownie wchodzimy na skrzyżowanie z trasą narciarską FIS, okazuje się, że z wiatrem musimy jeszcze powalczyć. W miejscach przejść wzdłuż lub wszerz stoku narciarskiego otwarty teren daje mu dużo swobody. Na nasze szczęście nie ma tu dziś narciarzy, w przeciwieństwie do pogodniejszych zimowych dni, kiedy pieszy ruch turystyczny krzyżujący się ze zjeżdżającymi narciarzami wzbudza poczucie zagrożenia.

Ponownie trasą narciarską FIS.

Dziś jednak spokojnie przeprawiamy się przez zmrożony stok narciarski. Niespodziewanie spokój ten zostaje zakłócony - Alicja nagle zaczyna ześlizgiwać się w dół. Upada na „cztery litery” i nijak nie może się zatrzymać. Współwędrowcy błyskawicznie podążają z pomocą. Najbliżej są Dorota i Agata, jednak obydwie pochylając się dokładnie w tym samym czasie nad ratowaną osobą zdarzają się głowami... przeżyły. Działają dalej jak w transie, a dzięki ogromnej determinacji chwytają z dwóch stron zsuwającą się po stoku Alicję. Cała trójka zatrzymuje się na stoku, ale utkwiła w bezruchu, nie mogąc podnieść się z obawy przed dalszym uślizgiem. Z boku widać dobiegającą kolejną osobę, to chyba Jan... wszystko rozgrywa się tak szybko - tak to jest na pewno Jan. Podnosi Alicję, ale niespodziewanie tym razem Agata upada na bok, a co gorsza to teraz ona zaczyna ześlizgiwać się w dół na swojej pelerynce. Jan trzymając Alicję zapiera się jeszcze mocniej nogami na stoku, by powstrzymać obsuwanie się dwóch osób jednocześnie. Jakakolwiek próba ruchu w górę, czy w bok stoku może skończyć się fiaskiem. Na szczęście akcja trwa! Tym razem do grupy zbliża się Artur, ubezpieczony rakami na butach, dzięki którym skutecznie wspomaga Jana. Dopiero teraz udaje się pomalutku wyprowadzić kolejne osoby z opresji i przeprawić na brzeg stoku. W tym miejscu należy jednak uspokoić czytelnika, gdyż nutka dramatyzmu w tym opisie była celowym zamysłem. Tak naprawdę cała prowadzona akcja ratunkowa wynikała z zabawnego zrządzenia losu i prowadzona była w ogólnej wesołości, aczkolwiek pozwalała sprawdzić czujność uczestników wycieczki (co można na własne oczy zobaczyć). Wykazane poświęcenie i determinacja nie znały w tym przypadku żadnych granic. Tylko z takim turystami można iść wszędzie.

W radosnym nastroju żegnamy się ze stokiem FIS i wchodzimy na kamienistą ścieżkę prowadzącą przez las, by po kilku minutach ponownie przejść kolejną nartostradę. Przecinając jeszcze kilka takich nartostrad docieramy do stacji pośredniej wyciągu krzesełkowego na Hali Jaworzyna. Jest godzina 14.30. Zeszliśmy już na wysokość 948 m n.p.m. Przed nami ukazała się panorama na dolinę Żylicy i znajdujący się w niej Szczyrk. Deszcz i wiatr przycichł, a chmury zostały ponad naszymi głowami przysłaniając wierzchołki okolicznych gór. Dalsza droga powrotna była już jakby z innej bajki.

Na Hali Jaworzyna.

Gdyby ktoś tu i teraz obudził się po długim śnie, nie byłby pewien, czy to zima, czy też jesień, czy wiosna. Na szlaku prowadzącym częściowo przez las i łąki mijamy tylko nieliczne małe placki śniegu, natomiast do otaczającej nas natury chyba najlepiej pasuje określenie: barwy późnej jesieni, a może wczesnej wiosny...



W miarę obniżania się pojawiają się wokół coraz liczniejsze zabudowania, a kamienisty szlak z wystającymi korzeniami drzew przechodzi w szerszą drogę. Wchodzimy do dzielnicy Szczyrku - Dunacie, gdzie zaczyna towarzyszyć nam potok Donacie. O godzinie 15.30 wchodzimy na ulicę Uzdrowiskową. Pięć minut później opuszczamy nasz szlak, skręcając w lewo w ulicę Myśliwską (szlak niebieski odbija tu w prawo i prowadzi do węzła szlaków turystycznych w centrum Szczyrku). My idziemy ulicą Myśliwską w głąb doliny Żylicy do parkingu przy ul. Dębowej, gdzie czeka na nas autokar. Przed wyjazdem gościmy jeszcze w Karczmie „Pod Wodospadem”, który oprócz typowego dla tego regionu jadła, oferuje również pokoje gościnne. Niektórzy ciekawscy wędrowcy odszukują za budynkiem karczmy wodospad na Żylicy, przy którym oddają się chwili kontemplacji przed podróżą do domu.
Wodospad na Żylicy za Karczmą "Pod Wodospadem".

Nadszedł czas na puentę do dzisiejszej wycieczki. Wycieczki, która w niewielkim stopniu wyeksponowała walory estetyczne w postaci pięknych panoram, tak charakterystycznych dla Skrzycznego. No cóż, tak to już jest z pogodą, która jak wiemy nie jest na zamówienie, a tym bardziej na terenach górskich, gdzie potrafi bardzo zaskoczyć nawet najbardziej przewidującego turystę-wędrowca. Siedząc teraz w domowym zaciszu, zakłóconym tylko delikatnym szumem komputera na którym powstaje ten tekst, odczuwamy mimowolnie jakąś tęsknotę i żal, że wycieczka już się zakończyła. Ale jednocześnie napawa nas też jakaś ogromna satysfakcja z przebycia wytyczonych tras. Nic dziwnego, przecież wyprawa ta była też dla nas pewnym sprawdzianem w trudnych warunkach terenowych i niesprzyjających warunkach pogodowych. Dało to niesamowitą frajdę, nie tylko z pokonania góry, lecz również samego siebie. Dla człowieka, który z górami w ogóle nie obcował, takie stwierdzenia bez wątpienia będą wielkim zaskoczeniem, ale tylko dopóty, dopóki sam z górami nie zacznie się bratać tak jak my.

Oczywiście nie można zapomnieć o uczestnikach naszej wycieczki, bez których wspomnienie ze Skrzycznego z dnia 15.01.2011 roku mogłoby nie mieć tak ciepłej aury, jaką wyczuwamy. Dzięki nim zawsze jest chęć do wędrowania, zawsze świeci słońce. Teraz niestety pozostaje utęsknione czekanie na następną wycieczkę górską.

LINKI DO INNYCH OPISÓW:
Klub Turystyki Górskiej
MAPA TRAS:

Trasa
Stopień trudności
Długość
trasy
Różnica
poziomów
Spálená I.
1700 m
395 m
Spálená II.
1600 m
395 m
Zjazdovka 3
650 m
175 m
Zjazdovka 4
400 m
55 m
Zjazdovka 5

265 m
28 m


OPIS:
Roháče-Spálená to ośrodek narciarski położony nieopodal słowackiego Zuberca, 30 kilometrów od przejścia granicznego w Chyżnem, nieco ponad Doliną Rohacką, w malowniczym sąsiedztwie słynnych Rohaczy, w Dolinie Salatyńskiej (Salatínska dolina). Członkowie mojej narciarskiej grupy wypadowej byli już tu wcześniej. Dla mnie jest to pierwsza narciarska wizyta w tych stronach. Jednak zakątek ten nie jest mi zupełnie obcy. Dzisiejszy wypad jest swego rodzaju sentymentalnym powrotem w te strony od czasu letnich wędrówek górskich.

Zjawiliśmy się tu przed godziną 9.00. Parking znajdujący się tuż przy wyciągach narciarskich nie jest jeszcze zatłoczony. Wśród przyjezdnych słychać bardzo wiele osób mówiących po polsku. Znajduje się tu punkt gastronomiczny, ale zaglądniemy do niego w porze obiadowej, a może nie, bo do dyspozycji mamy jeszcze dwa inne bufety (przy dolnej stacji wyciągu krzesełkowego i przy trasie narciarskiej nr 2).

Ruszamy w kierunku wyciągów. Z oddali spoglądają na nas ośnieżone szczyty górskie
(od lewej: Zielony Wierch - 2042 m n.p.m., Trzy Kopy - 2136 m n.p.m., Hruba Kopa - 2166 m n.p.m.).

Od wschodu dochodzi do nas nartostrada dla początkujących. Po obu jej stronach, wzdłuż granicy lasy kursują już wyciągi orczykowe. Z lewej mamy krótki wyciąg o długości ok. 250 m dla uczących się jazdy na nartach, oznaczony na mapie literą D. Prowadzi on po prawie płaskim terenie. Wyciąg z prawej strony oznaczony literą C wyciąga narciarzy nieco wyżej. Nie widać stąd o ile wyżej, bo skręca za drzewa na prawo. Natomiast z oddali ponad lasem, spoglądają na nas ośnieżone szczyty górskie Tatr Zachodnich: Hruba Kopa, Trzy Kopy i Zielony Wierch. Gdzieś nisko za nimi znajduje się wschodzące słońce, które intensywnie promieniuje na sklepienie niebieskie.

Wschód słońca.

Po zakupieniu całodziennych karnetów, ruszamy w kierunku wyciągu orczykowego C. Stoimy w kolejce kilkanaście minut, bowiem o tej porze wyciąg ten obsługuje nie tylko narciarzy korzystających z niebieskiej trasy nr 4, ale również zmierzających do dolnej stacji wyciągu krzesełkowego. Orczyk C zabiera nas z wysokości 1030 m n.p.m. Pod koniec wyjazdu z lewej strony wyłaniają się szczyty Wołowca i Rohacza Ostrego. Na końcu orczyka rozpoczyna niebieska trasa nr 4, która jest jednocześnie odnogą dobiegającej tu czerwonej trasy nr 3 i schodzącej bardziej na wschód do dolnej stacji wyciągu krzesełkowego A. Włączamy się zatem w ruch na trasie nr 3, przyjmującą w tym miejscu kolor niebieski i zjeżdżamy wprost do rękawa wyciągu krzesełkowego. Nie ma tu dużych kolejek i szybko siadamy na krzesełko. Początkowo bardzo szybko nabieramy wysokości. Wyciąg przenosi nas najpierw ponad odcinkami czarnych tras, ale niestety zamkniętych z powodu zbyt cienkiej warstwy śniegu. Potem nachylenie wyciągu zdecydowanie maleje. Przed nami oczyma ukazuje się Dolina Salatyńska z górującym Salatynem (2047 m n.p.m.). Przemieszczamy się ponad dolną stacją kolejnego orczyka oznaczonego na mapce literą B. Od tego miejsca wiatr ma znacznie więcej swobody, a jest to dziś dość mroźny wiatr, wiejący prosto w twarz. Oglądam się przez lewe ramię, skąd mam piękny widok na Przełęcz Zabrat, wznoszący się za nią Rakoń, potem Wołowiec oraz wierzchołek Rohacza Ostrego, wokół którego krząta się chmura. Po chwili zza grani górskiej wyłania się też wierzchołek Rohacza Płaczliwego. Za prawym ramieniem coraz wyraźniej widoczna staje się grań Osobitej.

Czerwony odcinek trasy nr 3 (widok z górnej stacji wyciągu orczykowego C).

Tu rozpoczynają sięczarne odcinki tras nr 1 i 2 (dziś niestety nieczynne).

Od lewej: Rakoń, Wołowiec, Rohacz Ostry i Rohacz Płaczliwy (widoczny tylko wierzchołek).
Z przodu po prawej, pomiędzy wierzchołkami Rohaczy znajduje się Zadni Salatyn (1768 m n.p.m).


Przed nami Dolina Salatyńska oraz trasa nr 1 (z lewej) i trasa nr 2 (z prawej).
W głębi widoczne są Mały Salatyn (z lewej) i Salatyn (z prawej).

Od lewej: Zadnia Salatyńska Przełęcz - 1907 m n.p.m.,
Mały Salatyn (Maly Salatín) - 2046 m n.p.m., Pośrednia Salatyńska Przełęcz – 2012 m n.p.m.,
Salatyn (Salatín) - 2048 m n.p.m.

Osobita (Osobitá) - 1687 m n.p.m.

Wyciąg krzesełkowy przenosi nieco dalej i wyżej niż biegnący równolegle wyciąg orczykowy B, na wysokość 1454 m n.p.m. Odbywa się to jednak w dość powolnym tempie. Wyciąg krzesełkowy działa wolniej niż znajdujący się pod nim orczyk B.

Z poziomu górnej stacji wyciągu krzesełkowego mamy do wyboru dwa warianty zjazdu, po wschodniej lub zachodniej stronie wyciągu. Oba warianty mają taki sam stopień trudności. Początkowo sklasyfikowane są na czerwono, a potem łagodnieją i przyjmują niebieskie oznaczenia. Jednak jeszcze przed dolną stacją wyciągu orczykowego B przyjmują z powrotem kolor czerwony. Z tego miejsca można skorzystać z wyciągu orczykowego B, albo jechać dalej w dół na czerwoną trasę nr 3. Gdyby były czynne czarne trasy, to oczywiście stanowiłyby one dodatkowy wariant i standadowe przedłużenie trasy nr 2, jak i nr 1.

Pierwsze moje zjazdy na nowych trasach są bardzo badawcze. Na początek wybieram trasę nr 2. Początkowo, przez kilkadziesiąt metrów wiedzie ona stromo w dół - trasa ma tu kolor czerwony. Zaraz potem łagodnieje i zmienia kolor na niebieski, aż o stacji dolnej wyciągu orczykowego. Stok na tym odcinku nie ma gwałtownych nierówności, ale nie jest też jednostajnie nachylony. Jedzie się jednak lekko i zapewne każdy narciarz na tym niebieskim odcinku trasy będzie czerpał przyjemność z jazdy. Przeszkadza jedynie trochę porywisty wiatr wiejący w plecy, który powoduje dość szybkie nabieranie prędkości mimo łagodnego odcinka stoku. Utrudnia to nieco kontrolę nad prędkością, ale bez problemu można sobie z tym poradzić.

Mijam znajdującą się po lewej chatkę z bufetem. Mijam dolną stację wyciągu orczykowego B. Trasa skręca nieco w lewo i wchodzi na trasę nr 3, która robi się znacznie bardziej stroma. Nie bez przyczyny oznaczona jest tu kolorem czerwonym. Pominąwszy nieczynne czarne trasy jest to najtrudniejszy fragment na tutejszych stokach. Czerwony odcinek trasy nr 3 zatacza szerokim łukiem na prawo, wokół dużej kępy leśnej. Pewne obawy stwarza tutaj ukształtowanie zbocza. Występują na nim dwa bardziej strome uskoki, ale nie ich stromość powoduje, że zwalniam przed nimi, tylko fakt, że nie widzę tego, co czeka mnie za nimi. Za uskokiem łatwo można najechać na innego narciarza lub snowboardzistę, który na tej stromiźnie nagle zwalnia dostosowując swoją prędkość do umiejętności. Można też tu spotkać niepoprawnych, którzy stoją lub siedzą wprost na stoku dla odpoczynku, korzystając z naturalnej zasłony drzew i zbocza nartostrady przed wiejącym wiatrem. Na wysokości górnej stacji wyciągu orczykowego C, trasa zatacza ostrzejszy skręt w prawo i przede mną jest już dolna stacja wyciągu krzesełkowego, od której dzieli mnie krótki odcinek sklasyfikowany niebieskim poziomem trudności.

Początkowy spad na czerwoną trasę nr 3...

...i widok w dół na czerwoną trasę nr 3.

Zjazd trasą nr 1 bardzo przypomina trasę nr 2, szczególnie pod kątem podziału odcinków wg stopni trudności. Poza nieczynnymi czarnymi trasami przedłuża ją też trasa nr 3. Zjazd trasą nr 1 można też zakończyć wcześniej przy dolnej stacji wyciągu orczykowego B, jednak w tym przypadku trzeba przeciąć trasę tego wyciągu.

W godzinach południowych warunki robią się niestety dużo trudniejsze (jak to w górach). Wzmaga się jeszcze bardziej wiatr i wzrasta zachmurzenie. Jego prąd niesie znad grani Salatynów dokuczliwy chłód. Jest tak silny, że pod jego naporem krzesełka wyciągu odchylają się mocno do tyłu i kołyszą na boki. Na górnej stacji wyciągu trzeba dobrze odepchnąć się rękoma od krzesełka, aby pokonać parcie wiatru, zeskoczyć i odjechać od zawracającego krzesełka. Z tego samego względu trudno tutaj ustać w miejscu, gdyż siła wiatru spycha samoczynnie narciarzy na stok. Ponadto wiatr unosi kilkadziesiąt centymetrów nad nartostradą pył śnieżny niosąc go w dół. Przez to nie widzę swoich nart, nie mówiąc już o powierzchni trasy. Jeżdzi się teraz nieco po omacku. W trakcie zjazdu trzeba być dobrze skoncentrowanym i błyskawicznie reagować na zmianę struktury niewidocznej powierzchni nartostrady. Ponadto w wielu miejscach przyjemny miękki puch został już zupełnie przewiany, pozostawiając na trasie twardą, zmrożoną nawierzchnię, a miejscami nawet całkowicie oblodzoną. Wymaga to oczywiście częstej zmiany techniki zjazdu. Ale mimo takich utrudnień jazda jest ekscytująca, gdyż przynosi nowe doświadczenia i szlif umiejętności, przekładające się na przyjemność z jazdy w każdych warunkach.

Trasa nr 2 sprzed bufetu. W oddali widoczny jest jej początkowy czerwony odcinek,
przechodzący za wypłaszczeniem w niebieski.

Trasa nr 2 sprzed bufetu - widok w dół na niebieski odcinek.

Przygodę narciarską kończymy wraz z początkami nadchodzącej szarówki, gdyż trasy ośrodka Roháče-Spálená nie są sztucznie oświetlane.

Przyznać trzeba, że Roháče-Spálená to bardzo urokliwy ośrodek narciarski. Jest mały, ale charakteryzuje go niezła przepustowość. Stoki są tu nieźle przygotowywane, a jazda obywa się w niemal alpejskim plenerze. Doskwierać może wyłącznie pogoda. Zainteresowanie moje wzbudzają tu też przygotowane trasy biegowe, na których kiedyś mam nadzieję wzbogacić narciarskie umiejetności.
Więcej informacji - kliknij na obrazek...
Łopiennik (1069) - Stryb (1011) - Hyrlata (1103)
24-26.11.2017
Bieszczady... ileż w nich odmienności w porównaniu do pozostałych polskich gór! Niezwykłe i magiczne o każdej porze roku. Majestatycznie wznoszą się ku błękicie nieba i obłokom. Najwyższe z nich tworzy grupa bezleśnych grzbietów pokrytych połoninami, bajecznymi łąkami, które w niższych partiach przechodzą wprost w naturalne lasy bukowo-jodłowe, z domieszką starych jaworów, czy świerków. Są też tajemnicze, lesiste masywy, rozdzielone głuszą dolin. Mówią, że przestają być dzikie, lecz tkwi w nich legenda. Urzekają pięknem i malowniczością krajobrazów o każdej porze roku. Nie tylko latem i jesienią, kiedy paleta kolorów pokrywająca lasy najbardziej wpływa na emocje, ale również wtedy, kiedy zmysły zatapiają się w cichości późnej jesieni, zimy, czy wiosną, kiedy wszystko znów zaczyna się na nowo. Czy znamy wszystkie oblicza Bieszczadów? Raczej nie, dlatego chcemy zagościć w nich o każdej porze roku, aby stać się godnym ich korony.

Translator

Info

Licencja Creative Commons Gdy nie jest to inaczej sprecyzowane pod konkretnym materiałem, to:
Publikowane na blogu materiały można wykorzystać na warunkach licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie materiałów publikowanych na niniejszym blogu i jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o twórcy i adresu internetowego bloga. Pozwala się na wykorzystanie tych materiałów w innych dziełach pod warunkiem udostępniania ich na tej samej licencji.

Kuferek

Hej wędrowcze, właśnie otworzyłeś malutki skarbczyk.
Nie jest on drogocenny, ale nie wykluczone, że znajdziesz w nim coś
co może Ci się przydać.

Kolekcje

Wędrowanie po znanych i nieznanych szlakach to ogrom niesamowitych wrażeń i emocji. Z każdą zakończoną wędrówką wiąże się tęsknota i czar wspomnień. Odczucia takie towarzyszą nam od samego początku przygody, wyzwalając potrzebę zachowania przeżyć, nie tylko w ulotnej pamięci ludzkiej, ale również w formie bardziej trwałej, w postaci fotografii, opisów, dzienniczków przebytych tras, odwiedzonych miejsc, czy zdobytych szczytów. Utrwalanie to jest również okazją do usystematyzowania turystycznych poczynań wg różnych kryteriów - zdobytych koron gór, przebytych szlaków, itp.

Napisz do nas