Ostatni dzień lutego. To miała być zimowa wyprawa do Doliny Pięciu Stawów Polskich z wejściem na Kozi Wierch. Minęło już kilka lat od ostatniego razu, kiedy wspinaliśmy się na niego w bieli. Od kilku dni utrzymuje się piękna pogoda z mnóstwem słońca. Wydawać by się mogło, że to wymarzona aura do realizacji naszego planu. Nie w tym przypadku. Przybyło trochę śniegu, trochę go nawiało na północną stronę i zrobiło się niebezpiecznie, co potwierdza kilka śmiertelnych lawin, jakie odnotowały kroniki w ostatnich dniach. Tatrzańscy ratownicy podtrzymali III stopień zagrożenia lawinowego, apelując o powstrzymanie się przed wędrówkami, bo również na progu Doliny Pięciu Stawów Polskich nawiany został spory nawis śniegu. Jednak szkoda było nam zmarnować tak pięknie zapowiadającego się dnia. Spojrzeliśmy zatem na zachodnią część Tatr. O tak, właśnie tam można znaleźć coś bezpiecznego na ten dzień.
 |
| Na Siwej Polanie. |
Wyjechaliśmy bardzo wcześnie, zgodnie z harmonogramem, jaki mieliśmy w pierwotnym planie wędrówki. Wiadomo, że na wysokie góry w Tatrach lepiej wyruszyć wcześniej, bo potrzeba na nie więcej czasu, szczególnie zimą. Świat za oknem autokaru tonął w mroku, ale nad nami mrugały gwiazdy. Na niebie nie było chmur, a więc jest tak, jak zapowiadali synoptycy. Gdy pojaśniało, świat wydawał się szary, również gdy przekroczyliśmy bramę Tatrzańskiego Parku Narodowego. Siwa Polana wyglądała, jakby zima była już na ostatnim oddechu. Pejzaż u wylotu Doliny Chochołowskiej nie oddawał zimy, jaka panowała wyżej.
Poprawiliśmy plecaki i bez zwłoki ruszyliśmy szeroką drogą, częściowo pokrytą śniegiem. W powietrzu panował jeszcze oddech mroźnej nocy, a więc założyliśmy na dłonie cieńsze rękawiczki. Dolina Chochołowska o tej porze roku jest idealna na spacer w ciszy i spokoju. Głównym dźwiękiem jest w niej szum Potoku Chochołowskiego, częściowo nakrytego zmrożonymi krami przy brzegach.
 |
| Szałasy na Polanie Chochołowskiej. |
Ten początkowy odcinek minął nam szybko w świetnej kompanii ludzi, z którymi od razu rozwijają się ciekawe konwersacje, w których nie brakuje także radosnego uśmiechu, bo zabawnych tematów również nie brakuje. Po minięciu polany Huciska zaczęliśmy bardziej czuć majestat obielonych szczytów Tatr Zachodnich. Grześ, Rakoń i Wołowiec pokazywały się nam w oddali, przykryte grubą czapą śniegu. Natomiast w środkowej części Doliny Chochołowskiej tylko zmarznięta warstwa śniegu na drodze i obielony las. Gdzież te zimy z naszej pamięci, kiedy droga ta kojarzyła się z korytarzem wytworzonym przez gałęzie świerków uginające się pod ciężarem puchu.
 |
| Pod świerkiem. |
Zrobiło się już dość ciepło. Można ściągnąć kurtkę, bluzę, wszystko nawet do samej koszulki. Ciało rozgrzało się nie tylko od marszu, ale od ostrego słońca. Pewnie zrobi się ślisko jak będziemy wracać, gdy zmarzlina na drodze zacznie topnieć. Już zaczyna to robić. Przechodzimy jedną i drugą Bramę Chochołowską, trochę beznamiętnie, nie zwracając na to uwagi, bo przechodziliśmy je już tak wiele razy. Niedaleko za Wyżną Bramą Chochołowską czekało nas krótkie podejście, gdzie dolina robi się najwęższa i droga musi ustąpić miejsca potokowi. Droga zaś pnie się trawersem po zboczu Kopieńca, a gdy dolina znów rozstępuje się na boki, schodzi z powrotem na dół. Zaraz dalej dolina rozszerza się znacznie. Po około dwóch godzinach spaceru naszym oczom ukazuje się Polana Chochołowska, serce całej doliny. Malownicza jak zawsze z szałasami pasterskimi, które przywodzą wspomnienia pasterskiej przeszłości Tatr. Dzisiaj prowadzony jest jedynie wypas kulturowy dla podtrzymania bioróżnorodności na polanach, które bez pasterstwa szybko zarosłyby lasem. U góry widzimy odnowioną kaplicę św. Jana Chrzciciela, pamiętającą zbójnickie czasy Janosika i jego ślubu z Maryną. Stoi dzisiaj samotna pod lasem. Powyżej spoglądają na nas Chochołowskie Mnichy, które wydają się być wyższe niż zwykle, być może przez kontrasty świetlane intensywnych promieni słońca, a być może z powodu niedużej pokrywy śniegu.
Polana Chochołowska wygląda tak, jakby za tydzień, może dwa miały pojawić się na niej krokusy. Niemal cała jest pokryta śniegiem, który jednak w wielu miejscach stopniał odsłaniając uśpione trawy. Pachnie wiosną, choć trudno nam uwierzyć, że nadciąga, to pejzaż i zapach Polany Chochołowskiej może do tego przekonywać. Zima wydaje się być tutaj bardzo przyjazna, ale niejeden raz polana pokrywała się kolejny raz grubym puchem, nawet w kalendarzową wiosnę, nawet gdy pokrywały ją dywany kwitnących krokusów.
 |
| Widok Kominiarskiego Wierchu. |
Kierujemy się w stronę schroniska PTTK na Polanie Chochołowskiej, ale tylko po to, aby skorzystać z toalety, a potem założyć raki. Nieco wyżej panują zupełnie inne warunki. Widzieliśmy z daleka te obielone szczyty, również naszego Grzesia. O ile sam początek drogi wzdłuż Bobrowieckiego Potoku jest szary, trochę błotnisty, to dalej słychać już tylko rytmiczny chrzęst naszych raków wbijanych w zbity śnieg. Otaczający nas krajobraz uległ dużym zmianom w ostatnich latach. Nie ma już tego gęstego lasu świerkowego. Po świerkach pozostały tylko kikuty pni drzew. Za to widoków jest teraz więcej na podejściu. Dopiero za pierwszym zakrętem drogi, przechodzącej w głęboki, długi trawers zbocza, wchodzimy do lasu. Znajoma droga prowadzi nas dalej. Szybko jej ubywa, a Grześ jest coraz bliżej. Kolejny ostry skręt ścieżki i idziemy już niemal prosto na grzbiet. Co jakiś czas zatrzymujemy się, odpocząć, odetchnąć od temperatury, którą dzisiaj słońce daje nam w nadmiarze. Wkrótce wychodzimy z lasu i nagle oślepia nas śnieżnobiała biel. Nic nie widać, ale od czego są okulary lodowcowe, które w takich warunkach sprawdzają się idealnie. Akurat wzięliśmy je dzięki zapobiegliwości Doroty.
 |
| Po wyjściu z lasu. |
Wspinamy się dalej powoli przez kosówki okryte czapami śniegu, utrzymując miarowy oddech. Słychać przyjemne skrzypienie śniegu pod rakami. To chyba najbardziej stromy odcinek drogi na Grzesia, a właściwie na poprzedzający go przedwierzchołek, czy raczej garb grzbietu. Im wyżej, tym widoki mamy bardziej spektakularne. Idziemy już zupełnie odkrytym grzbietem, a wokół nas wyrastają jedne za drugimi kolejne, ośnieżone szczyty Tatr Zachodnich, ale również ścieli się nam rozległy krajobraz Beskidów z Babią Górą i Pilskiem na czele. Śnieg poza wydeptaną ścieżką tworzy zaspy, w których można ugrzęznąć i lepiej nie zbaczać ze ścieżki.
 |
| Babia Góra. |
 |
| Widok na Beskid Żywiecki. |
 |
| Grzbiet Banówki. |
 |
| Ścieżka pod szczytem Grzesia. |
W końcu ukazuje się nam wierzchołek góry, naszego Grzesia, z którym przyjaźń utrwaliliśmy wieloma spotkaniami, których nie da się już zliczyć. Jego widok dodaje nam sił i aplikuje nieznaną nam energię. Znika zmęczenie i oddech staje się nagle lekki. Zaraz potem stawiamy pierwszy krok na kopule szczytowej Grzesia (1653 m n.p.m.).
 |
| Grześ (słow. Lúčna, 1653 m n.p.m.). |
Szczęśliwi, napełnieni radością i satysfakcją, a nawet pewną euforią. Nie jest to co prawda Mount Everest, ale stojąc na tym szczycie, można poczuć się jak na dachu świata, bo dookoła rozpościera się białe morze szczytów, z dominującym Wołowcem i chowającymi się za nim Rohaczami, i wieloma innymi szczytami pełnymi zimowego majestatu. Są jak milcząca świątynia zimy. Zimowe wejście na Grzesia przynosi chwile zatrzymania się i podziwiania potęgi Tatr w ich najbardziej surowej formie. Wyglądaja to, jak kraina nie stąd – surowa i uśpiona, przykryta grubą, niemal nienaruszoną pierzyną śniegu, pełną groźnych nawisów i przebitą gdzieniegdzie ostrymi pikami skał… i jednocześnie jest nieludzko piękna. Szczyty wokół Doliny Rohackiej łączą w sobie rozmaite krajobrazy, od łagodnych kopulastych Salatynów, po wyszczerbione Rohacze i grzebień Banówki.
Panoramy z Grzesia
 |
| Grzbiet łączący z Rakoniem. |
Temperatura pprzekroczyła 10°C. Można się tu dzisiaj opalać. Nawet siedzenie w bezruchu na karimacie nie przynosi poczucia chłodu, jak to zwykle bywa. Wyciągamy z plecaka termos i kanapki. Smakują tak dobrze, jak nigdzie indziej. Ludu radosnego coraz tu więcej, robi się naprawdę bardzo wesoło, aż żal schodzić.
W dole pokazuje się Polana Chochołowska, wydaje się stąd taka maleńka. Słońce odbija się tak intensywnie od śniegu, że bez okularów nie dałoby się patrzeć. Znowu przyjemne skrzypienie śniegu pod rakami, które dobrze trzymają, wgryzają się w śnieg. Lekko, jak to z górki przechodzimy las, ale w stromo opadającej dolince Bobrowieckiego Potoku musimy zwolnić, bo na ścieżce zrobiło się grząsko z powodu topniejącego śniegu.
 |
| Na zejściu z Grzesia. |
 |
| Kominiarski Wierch i Czerwone Wierchy. |
 |
Chochołowskie Mnichy.
|
 |
| Bobrowiec. |
 |
| Dolinka Bobrowieckiego Potoku. |
 |
| W dolince Bobrowieckiego Potoku. |
 |
| Chochołowskie Mnichy widziane z Polany Chochołowskiej. |
Za niedługo już siedzimy w schronisku, popijając kawę, z którą szarlotka smakuje wybornie. Niektórzy wolą siedzieć na ławce przed schroniskiem, wygrzewając się w słońcu. Wpatrują się w intrygujący, obielony Kominiarski Wierch, bądź urokliwe Chochołowskie Mnichy na Bobrowcu, albo na Polanę, która wiosną zatętni życiem i fioletem krokusów. Wracamy, a opuszczając Polanę Chochołowską, to śmieszne, ale rozglądamy się za pędami pierwszych krokusów. Potem jednak musimy skupić się na drodze, która zrobiła się mokra i jednocześnie śliska od oblodzenia, przez co droga powrotna dłużyła się nam bez końca. W końcu mamy Siwą Polanę, ale ta wita nas narastającym chłodem. Słońce zanikło już za graniami, a resztka ostatnich jego promieni lśni jeszcze przed nami na gubałowskim zboczu.
 |
| Polana Chochołowska i szałas Wojciecha Gali Zięby. |
 |
| Droga przez Polanę Chochołowską. |
Szczyty znikają już w wieczornym mroku. Zimowy spacer na Grzesia był czymś
więcej niż tylko wycieczką – był chwilą oddechu, podczas którego można
uspokoić myśli i zwolnić płynący czas. To była piękna wycieczka, która
dostarczyła wiele spokoju i… ciepła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Cieszymy się, że tu jesteś! Mamy nadzieję, że wpis ten był ciekawy i podobał Ci się. Jeśli tak, to będzie nam miło, gdy podzielisz się nim ze znajomymi albo dasz nam o tym znać komenterzem. Dzięki temu będziemy wiedzieć, że warto dalej pisać.