TRASA:
Kuźnice Hotel PTTK Kalatówki Schronisko PTTK na Hali Kondratowej Przełęcz Kondracka (1725 m n.p.m.) Giewont (1894 m n.p.m.) Przełęcz Kondracka (1725 m n.p.m.) Wielka Polana w Dolinie Małej Łąki Gronik.

OPIS:
Trochę lat w życiu minęło, a tyle rzeczy będących w zasięgu ręki pozostawało jeszcze do zobaczenia. Były doliny, niziny, morze, ale góry, a szczególnie te wysokie, za jakie uznaję Tatry - zawsze wydawały się dla mnie czymś odległym, niedostępnym, trudnym i ponad moje siły. Życie czasem przynosi niespodziewane zwroty losu, niekiedy dziwne, których nie sposób przewidzieć. Tak w moim życiu przyszedł czas, w którym z niejaką pasją rozczytywałem się w artykułach opisujących pasma górskie i granie. Z uznaniem postrzegałem ludzi uprawiających turystykę górską i wysokogórską, również tych będących w moim najbliższym otoczeniu, którzy zaszczepili moje zainteresowania na do tej pory niezbadanym przeze mnie gruncie.

Za tym przyszła chęć zobaczenia Tatr z bliska - chciałem dotknąć tych skał, łańcuchów na szlakach, po to by spojrzeć w dal z wyższa, zobaczyć te zapierające dech w piersiach panoramy, doświadczyć czegoś, czym delektowali się inni, a przy okazji pokonać też własne lęki i słabości.

Pamiętam moje dotychczas najbliższe spotkanie z Tatrami, które miało miejsce jeszcze jak byłem dzieckiem. Była to wycieczka na brzeg Morskiego Oka, nieopodal znajdującego się tam schroniska turystycznego, a więc na wysokość 1405 m n.p.m. O tego czasu minęło już wiele lat. Teraz życie zachęcało do kolejnego, trudniejszego wyzwania. Nadszedł chyba ten czas, kiedy człowiek  pragnie podnieść sobie poprzeczkę. Moja żona z nieukrywanym zadowoleniem odniosła się do tego, gdyż był to dla niej sentymentalny powrót do lat dzieciństwa. Wtedy to właśnie poznała smak górskiej wędrówki, gdy tata zabierał ją na spacery po tatrzańskich zakątkach. Miał on już od dawna we krwi góry, do których zamiłowanie sięga u niego czasu szkoły podstawowej i pierwszych wycieczek. Nie jedną górkę w Tatrach przeszedł, łącznie z najwyższym polskim szczytem. Gdy nadszedł ku temu odpowiedni czas, zamiłowanie to zaczął przenosić na swoją córkę, która później, będąc już moją żoną wspomnieniami nie jeden raz wracała do Kasprowego, Czerwonych Wierchów, czy też Giewontu. Z różnych jednak przyczyn jakoś nigdy nie mogło dojść do mojej bezpośredniej konfrontacji z górami, aż do dziś.

Tatry na starej fotografii - lata 50.
(archiwum taty Doroty)

Dorota w Dolnie Bystrej pod Nosalem.

Wszyscy wiedzieliśmy, że podziwiać góry z boku może każdy, gdzieś u ich podnóża, z dolin, ale nie każdy ma predyspozycje by obcować z nimi bezpośrednio. Obcowanie, w którym góry odsłaniają nam swoje wyjątkowe i prawdziwe oblicze, pokazują swoje swoiste piękno, którego nie można w żaden sposób dostrzec z dołu. Takiego, kiedy stają się one dla nas zarówno lożą, jak i sceną teatralną, dając nam tym samym najlepsze miejsca w widowisku, w którym są aktorami, a słońce, chmury i wiatr są w nim reżyserem, scenografem, charakteryzatorem. Pogoda, pora dnia, czy pora roku, za każdym razem sprawiają, że widowisko to jest za każdym razem inne, nawet dla tych samych miejsc zajmowanych na widowni. Ale niestety, by to przeżyć trzeba w zamian włożyć odpowiednio dużo wysiłku i znieść trudy wędrówki, a niekiedy wspinaczki, czy też niejednokrotnie trud pokonania samego siebie.

Decydując się na swoją pierwszą górską wędrówkę sam nie wiem, jakie pozostawi ona we mnie wspomnienie. Nie bałem się za bardzo o swoją kondycję fizyczną. Pod tym kątem prowadzę raczej aktywny tryb życia, nie unikając sportu, czy innego rodzaju turystyki pieszej. Jednak miałem obawy, jak będę funkcjonował na wyższych wysokościach.

Dorota wiedziała, że górami można łatwo się zarazić. Z pewnością marzyła o tym, by wrócić do miejsc swojego dzieciństwa. Jej szczególnym pragnieniem było to by pokazać je nie tylko mnie, ale też naszym dzieciom. Zresztą chyba jak każdy rodzic pragnący zostawić swoją duchową cząstkę w duszy dziecka. Jednak zdawaliśmy sobie sprawę z tego, iż wypad w góry to przedsięwzięcie dość wymagające, którym niekiedy można się zrazić. Podobnie jak ja, dzieci były pełne nieświadomości, co do trudów takiej wycieczki. Planowana trasa wędrówki wymagała na niektórych odcinkach asekuracji i pomocy ze strony osoby dorosłej. Zawsze staraliśmy się wszędzie jeździć razem, ale tym razem uznaliśmy, że możemy zabrać ze sobą tylko jedno dziecko, przynajmniej ten pierwszy raz, a potem się zobaczy. Naszej najmłodszej córeczce, siedmioletniej Elżbiecie wyjaśniliśmy, że jeszcze troszkę musi podrosnąć, aby dosięgnąć skał i złożyliśmy obietnicę, że zabierzemy ją na łatwiejszą wycieczkę, na której będzie mogła się sprawdzić. Decyzja taka podyktowana była głównie względami bezpieczeństwa w trudnym terenie, jakim przecież są niewątpliwie góry. Nasza jedenastoletnia córka - Alicja miała już pewne beskidzkie doświadczenia, z wycieczek szkolnych. Doświadczenie to powodowało u niej nieodparte chęci zmierzenia się z czymś wyższym. I tak właśnie zmontowała się ekipa wyprawy na Giewont, do której dołączyli też mój brat i bratowa z córką.

Dlaczego wybór padł na Giewont? Z pewnością złożyła się na to oferta turystyczna pobliskiego PTTK. Uważaliśmy, że zorganizowany wyjazd w grupie doświadczonych turystów górskich jest w naszym przypadku najlepszym rozwiązaniem. Giewont też wydawał się być bardziej dostępny dla nowicjuszy, dając jednocześnie prawdziwy przedsmak wędrówki i wspinaczki górskiej.

Przygotowania do tej wycieczki trwały kilka dni. Baliśmy się, aby czegoś nie pominąć, jakiejś rzeczy, która może w pewnej sytuacji okazać się niezbędna, a mieliśmy tylko jeden 45 litrowy plecak, do którego musieliśmy spakować się we trójkę. Większość miejsca zajmowało w nim picie. Temperatury tego dnia miały być bardzo wysokie, niebo bezchmurne, a więc zapowiadała się aura bez deszczu, przy tym praktycznie bez wiatru. I faktycznie, jak się potem okazało taka prognoza pogody sprawdziła się w 100 procentach. Dobrze, że zadbaliśmy o odpowiednie kremy z filtrem przeciwsłonecznym. Znakomity pomysł z napojami miała Dorota, która dzień wcześniej wstawiła je do zamrażarki. Dzięki temu mieliśmy zagwarantowaną na cały dzień zimną, niezwykle orzeźwiającą, niegazowaną wodę mineralną z lodem. Nad ranem, gdy pakowaliśmy plecak, plastikowe 1,5 litrowe butelki zawierały wewnątrz twarde bryły lodu, który w trakcie wędrówki stopniowo topiły się, zamieniając w wodę, jakże smaczną i kojącą  pragnienie, dającą jednocześnie ochłodę i orzeźwienie. Ponadto w odpowiednio zapakowanym plecaku, takie butelki działają niczym lodówka. Batony regeneracyjne nie topią się, a z kanapek nie wypływa masło, tudzież i inne rzeczy utrzymują swoją smaczną, zdrową konsystencję.

Przyszedł w końcu oczekiwany dzień wycieczki. Autokar wyrzuca nas nieopodal budynku z napisem „Murowanica”. Dokładnie nie wiem gdzie jestem, gdyż jestem tu pierwszy raz w życiu. Wszyscy turyści pośpiesznie wyruszają w górę, chodnikiem obok asfaltowej drogi - idziemy za nimi. Chwilę potem dostrzegamy przed sobą dolną stację kolejki linowej na Kasprowy Wierch. Znam to miejsce z fotografii internetowych, które przeglądałem marząc o wyjeździe narciarskim na Kasprowy Wierch. Na kilka minut zatrzymujemy się tu. Część osób z naszej grupy turystycznej rozkłada kije trekkingowe, niektórzy robią korekty w ubiorze. Jest godzina 9.00, a słońce zaczyna już nieco przypiekać.

Droga Brata Alberta.
W Kuźnicach wchodzimy na szlak niebieski, prowadzący początkowo brukowaną Drogą Brata Alberta. Grupa nasza nico rozciąga się. Wydaje się nam, że tempo wędrówki jest dość duże, ale staramy trzymać się gdzieś w połowie grupy. O godzinie 9.35 dochodzimy do Hotelu górskiego PTTK Kalatówki znajdującego się na Polanie Kalatówki, na wysokości 1198 m n.p.m. Na pobliskich ławkach przystajemy na kilkanaście minut. Spoglądam stąd na Kasprowy Wierch i widoczne po części zbocza stoku narciarskiego opadającego do Doliny Goryczkowej, wyobrażając tam siebie zimą. Widać stąd też stację pośrednią kolejki linowej na Myślenickich Turniach oraz kursujące w górę i w dół wagoniki.

Na Polanie Kalatówki, widok w kierunku Kasprowego Wierchu.
Nie czujemy jeszcze wielkiego zmęczenia. Schodzimy nieco w dół i wchodzimy do lasu, który w osłania nas przez grzejącym słońcem. Momentami wspinamy się po pierwszych na naszej trasie kamiennych stopniach. Zbliżając się do Kondratowej Polany droga robi się szersza, usłana drobnymi kamieniami. O godzinie 10.20 Docieramy do niedużego Schroniska PTTK na Hali Kondratowej, na wysokość 1333 m n.p.m. Tutaj znowu kilkanaście minut przerwy w chłodnych ścianach schroniska oraz lekki posiłek.

W drodze na Halę Kondratową.
Hala Kondratowa, w głębi Schronisko PTTK.
Od tego miejsca najpierw dość łagodnie wspinamy się w górę wzdłuż wznoszącego się po prawej Długiego Giewontu. Z upływem czasu czujemy jednak coraz większe zmęczenie, a podejście staje się bardziej strome. Prawdziwy wycisk jednak dopiero przed nami, od miejsca zwanego Piekło, czyli opadającej w naszą stronę kotlinki. Dochodzimy do niego po około 30 minutach wędrówki od Schroniska PTTK na Hali Kondratowej.

Przed podejściem na Przełęcz Kondracką (w tle kotlinka Piekło).
Tutaj w pełnej okazałości ukazuje się nam bezpośrednie podejście na Kondracką Przełęcz. Zbocze przed nami jest bardzo strome. Widać, że szlak biegnie po nim zakosami. Cały ten teren jest o tej porze całkowicie nasłoneczniony. Wspinamy się, a trud tej wspinaczki, szczególnie po wysokich stopniach szybko daje się nam we znaki. Nogi miękną i stają się cięższe. Palące słońce nieubłaganie wypala z nas życie. Dobrodziejstwem jest niewielki strumyczek, który przepływa przez trasę naszej wędrówki. Chlapiemy nią nasze ciała. Chłód górskiej wody jest wyjątkowo kojący. Próbuję zmyć pot z czoła, ale chyba bezskutecznie, bo spływające z niego strużki wydają się być cały czas słone. Dobrze, że mam chustkę na głowie, która nie tylko chroni przed słońcem, ale również absorbuje pot zanim spłynie do moich oczu. Wody strumyczka uzupełniają też szybko zużywające się dziś zasoby wody. Mamy obawy, że może jej nie starczyć do końca wędrówki. Wierzchołek Giewontu góruje ponad nami jeszcze dość odlegle, a i droga powrotna nie jest krótka. Dopełniamy butelki, w których pływają jeszcze spore kawałki niestopionego lodu, pomimo takiego upału - wszystko dzięki świetnemu pomysłowi Doroty.

Chwila oddechu przy strumyczku.
Powoli mijamy miejsce zwane Piekłem, które często błędnie przesuwane jest na obszar przez który biegnie nasz szlak, co potwierdzają mijający nas turyści, nazywający je (dla nas nazbyt pieszczotliwie) Piekiełkiem. Kotlinka Piekło budzi w nas skojarzenia z sytuacją w jakiej znajdujemy się obecnie, ale tak naprawdę nazwana zostala tak z powodu silnie hulających wiatrów. Jednak mniejsza z tym, bo pochodzenie nazwy kotlinki wcale nie ulży naszym bolącym coraz bardziej mięśniom nóg i stawom kolanowym. Moja żona, brat, bratowa, ich córka, jak również ja, powolnym krokiem, mozolnie stąpamy w górę po kamiennych stopniach, co parę kroków przystając dla złapania oddechu. Nie wymieniam tu naszej Alicji, bo ta zniknęła gdzieś na przedzie, dotrzymując kroku przewodnikowi Krzysiowi. Nieco powyżej strumyczka widziałem ją jeszcze przed sobą, w fioletowej, sprawiającej wrażenie zupełnej świeżości, koszulce. Teraz pewnie zbliża się już do Kondrackiej Przełęczy, bez oznak jakiegokolwiek zmęczenia, jak mały terminator. „Jakąż ona ma wydolność organizmu” - pomyślałem.

Dla ludzi, którzy zaczynają przygodę z górami, pierwsza wyprawa to nie tylko sprawdzian wydolnościowy. To też zapoznanie organizmu z wysokościami i specyfiką występującego na nich mikroklimatu. Pierwsza wyprawa w góry wysokie jest przecież pewnym szokiem dla naszego organizmu, który do tej pory nie znał specyfiki górskiej. Poznawcze doświadczenie pierwszej wyprawy z pewnością będzie miało ogromne znaczenie na następnej wyprawie, na której już obznajomieni z trudami wędrówki w warunkach górskich, będziemy mogli lepiej dostroić się, zarówno pod względem fizjologicznym, jak również psychologicznym. Dlatego też wytrwale pniemy się w górę.

I tak po 70 minutach wędrówki od Schroniska na Hali Kondratowej osiągamy Kondracką Przełęcz (1725 m n.p.m.). Nie siedzimy tu długo, gdyż zbliża się południe, a my w planie mamy jeszcze Małołączniaka. Trzymamy się dalej niebieskiego szlaku, który doprowadza nas na Wyżnią Kondracką Przełęcz (1765 m n.p.m.), która zwana bywa również Przełęczą Herbacianą, gdyż dawniej w miejscu tym góralki sprzedawały wędrowcom herbatę, żętyce i kwaśne mleko. Tuż powyżej, w miejscu, gdzie do naszego szlaku dochodzi szlak czerwony z Doliny Strążyskiej, spotykamy Alicję, siedzącą na kamieniu i bardzo znużoną oczekiwaniem na nas.

Przed Wyżnią Kondracką Przełęczą.
Ruszamy w górę. Choć jest dużo stromiej, niż na zboczach Piekła, to jakoś idzie się lżej. Słońce co prawda dalej mocno grzeje, ale wyczuć można tu lekki ruch powietrza. Czasem oczywiście przystajemy na parę sekund, żeby dać wytchnienie naszym nogom.

Na zboczach Giewontu niebieski szlak rozgałęzia się. Od tego miejsca obowiązuje ruch jednokierunkowy. Na szczyt wchodzimy jego prawą odnogą, a schodzić będziemy lewą. Szlak w tym miejscu nabiera charakteru wysokogórskiego. Wspinamy się wykorzystując zainstalowane tu ubezpieczenia - łańcuchy. Podejście nie jest bardzo trudne i o godzinie 12.35 osiągamy, znajdujący się na wysokości 1894 m n.p.m. - wierzchołek Giewontu.

Wspinaczkę na Giewont ubezpieczają łańcuchy.
Zwykle z Giewontem kojarzą się tłumy turystów. Często na jego zboczach tworzą się zatory, a wierzchołek zapełniony jest turystami i ciężko na nim znaleźć miejsce na odpoczynek. Dziś tak nie jest. Początek czerwca nie jest giewontowym sezonem. Na samym Giewoncie są turyści, ale nie jest tłoczno. Bez problemu znajdujemy miejsca dla siebie, a przed nami otwiera się wspaniała panorama na leżące poniżej Zakopane i całe Podhale, a także na Tatry Wysokie i Tatry Zachodnie. 


Panorama z Giewontu na Zakopane.
Panorama z Giewontu w kierunku Tatr Wysokich.
Trzeba tu bardzo uważać, ponieważ w kierunku północnym szczyt podcięty jest imponującą, urwistą ścianą osiągającą do 600 metrów wysokości. Na szczycie znajduje się 15 metrowy żelazny krzyż, symbol Giewontu i jeden z najczęściej wykorzystywanych motywów tatrzańskich. Jednak Giewont jest też symbolem samym w sobie. „Z każdej prawie chaty Giewonta widać, toteż słusznie mu się należy tytuł króla zakopiańskiego” - jak pisał w 1880 roku Jan Kanty Walery Eljasz-Radzikowski (polski malarz, popularyzator Tatr i Zakopanego, współzałożyciel Towarzystwa Tatrzańskiego).

15 metrowy żelazny krzyż, symbol Giewontu.
Zarys Giewontu kojarzony jest z sylwetką śpiącego rycerza. Jedna z legend donosi o rycerzach śpiących pod Tatrami, a dokładnie pod Giewontem w którego ścianach znajdują się liczne jaskinie. Mają oni obudzić się, gdy Polska znajdzie się w wielkim zagrożeniu.

Szczyt na którym jesteśmy to właściwie najwyższa kulminacja góry składającej się z trzech grup skalnych. Na wschód od nas rozciąga się grzebień Długiego Giewontu (1867 m n.p.m.), a na zachód widać wierzchołek Małego Giewontu (1728 m n.p.m.). Giewont to też najwyższa góra w Tatrach Zachodnich, która znajduje się w całości na terenie Polski.

Zachwyceni widokami, nie zauważamy, jak czas szybko biegnie. Mija prawie godzina, kiedy wiadamiamy sobie, że musimy się stąd zbierać.

Zejście z Giewontu.
O 13.30 zaczynamy ostrożnie schodzić w dół. Zejście nie sprawia problemów, w jednym miejscu wspomagają nas klamry. Po pół godzinie jesteśmy ponownie na Kondrackiej Przełęczy. Tu zastanawiamy się co dalej. Jest 14.00. Jesteśmy trochę zmęczeni, a czas który nam pozostaje daje mały margines rezerwy, aby wchodzić na Małołączniaka. Decydujemy się na krótszy wariant trasy, który doprowadzi nas na czas do umówionego punktu zbornego, gdzie oczekiwać ma autokar. Dłuższy trudniejszy wariant wycieczki pozostawiamy dziś doświadczonym i wprawionym turystom. Nie ma co szarżować, jak na pierwszy raz. Otwieramy mapę i analizujemy trasę zejścia przez Dolinę Małej Łąki. O godzinie 14.00 zaczynamy zejście z Kondrackiej Przełęczy, żółtym szlakiem, po stromej i krętej ścieżce wśród kosówki. Z prawej zaczyna nad nami górować skalisty wierzchołek Małego Giewontu, zaś z lewej Mnichowe Turnie. Szlak łagodnieje i po pewnym czasie wyprowadza nas na Wielką Polanę. Minęła godzina 16.00 i nie musimy spieszyć się, więc chwilę przystajemy na tej pięknej tatrzańskiej polanie. Podziwiamy występującą tu roślinność, a także oglądamy się za siebie, żegnając się ze szczytami.

Zejście z Kondrackiej Przełęczy do Doliny Małej Łąki.
Roślinność na Wielkiej Polanie w Dolnie Małej Łąki.
Nad Małołąckim Potokiem.
U wyjścia Wielkiej Polany mijamy skrzyżowanie ze szlakiem czarnym i wchodzimy do lasu. Tam szlak wchodzi na szeroką kamienistą drogą. Drogę umila nam szum Małołąckiego Potoku, przy którym dla ochłody chwilę przystajemy. W kilkanaście minut dochodzimy do miejsca, gdzie dołączają do nas znaki szlaku niebieskiego, prowadzące z Małołączniaka. Od tego miejsca jeszcze niecałe pół godziny i osiągamy wylot Doliny Małej Łąki. Stąd przemierzamy jeszcze niewielki odcinek poboczem szosy w kierunku Zakopanego, do punktu zbornego. Od czasu do czasu spoglądamy przez prawe ramię, w kierunku Giewontu górującego ponad lasem i prezentującego w pełnej okazałości, sylwetkę śpiącego rycerza w blasku chylącego się ku zachodowi słońca.

Śpiący rycerz - Giewont widziany od strony Kościeliska.
Była to dla mnie i dla mojej rodziny wyjątkowa wycieczka. Na długo, a raczej na zawsze pozostanie w pamięci, jako ta, która obudziła w moim życiu nową inspirację, która pojawiła się również w duszy Alicji oraz odżyła w duszy Doroty. Niestety nie wszystkim dane były takie odczucia. Nie każdemu sprzyja taka forma aktywności, szczególnie w tak wyczerpującym upale, który mógł wycisnąć z człowieka ostatnie soki, zabijając w nim góralskiego ducha. Moj brat i jego żona zaklinają się, że już nigdy nie pójdą w góry. Jednak dla nas życie nabrało nowego wymiaru, zaczęło mienić się pełniejszymi barwami. W drodze powrotnej nie marnowaliśmy czasu snując plany na przyszłość, plany następnej wyprawy górskiej.

Post Scriptum: Następny dzień i kilka kolejnych to walka z zakwasami w nogach. Najgorzej jest wstać z łóżka - trzeba nieźle wspomagać się rękami. Chodzenie po schodach też jest mało przyjemne.
Następnym razem będzie lepiej.

LINKI DO INNYCH OPISÓW:
Klub Turystyki Górskiej

Translator

Info

Licencja Creative Commons Gdy nie jest to inaczej sprecyzowane pod konkretnym materiałem, to:
Publikowane na blogu materiały można wykorzystać na warunkach licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie materiałów publikowanych na niniejszym blogu i jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o twórcy i adresu internetowego bloga. Pozwala się na wykorzystanie tych materiałów w innych dziełach pod warunkiem udostępniania ich na tej samej licencji.

Kuferek

Hej wędrowcze, właśnie otworzyłeś malutki skarbczyk.
Nie jest on drogocenny, ale nie wykluczone, że znajdziesz w nim coś
co może Ci się przydać.

Kolekcje

Wędrowanie po znanych i nieznanych szlakach to ogrom niesamowitych wrażeń i emocji. Z każdą zakończoną wędrówką wiąże się tęsknota i czar wspomnień. Odczucia takie towarzyszą nam od samego początku przygody, wyzwalając potrzebę zachowania przeżyć, nie tylko w ulotnej pamięci ludzkiej, ale również w formie bardziej trwałej, w postaci fotografii, opisów, dzienniczków przebytych tras, odwiedzonych miejsc, czy zdobytych szczytów. Utrwalanie to jest również okazją do usystematyzowania turystycznych poczynań wg różnych kryteriów - zdobytych koron gór, przebytych szlaków, itp.

Napisz do nas