Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przysłup. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przysłup. Pokaż wszystkie posty
Seria porannych telefonów do GOPR, straży granicznej, zarządu dróg – otrzymane informacje nie dają złudzeń. Dotarcie na Rawki jest raczej niemożliwe, bo śniegu jest tam co najmniej po pas, a może nawet po uszy. Dojazd na wyżej położone przełęcze jest niemożliwy. Odśnieżarki cały czas pracują nad tym problemem. Nie wiadomo ile to potrwa. Bieszczady zasypało, ale jest pięknie. Żywa zima. Wiadomo, że musieliśmy coś znaleźć. Spośród propozycji wybraliśmy jedną, Janka, bo idealnie zestrajała się nam z popołudniowym kuligiem. Albert z pomocą Ani założyli wczoraj wieczorem łańcuchy na koła. Podrzuci nas kawałek do Bereżek, gdzie mamy początek żółtego szlaku na przełęcz Przysłup Caryński. Dojeżdżamy tam o godzinie 9.40. Za górką śniegu odgarniętego z drogi widać wystający słupek z drogowskazem, ale nie widać dróżki szlaku. Ruszamy z myślą, że być może będziemy musieli zawrócić.

TRASA:
Bereżki (615 m n.p.m.) Przysłup Caryński (785 m n.p.m.) – Caryńskie – Dwernik, „U szeryfa”

OPIS:
Jest to najkrótsza droga na przełęcz Przysłup Caryński (785 m n.p.m.). Pierwsze kilkadziesiąt metrów do parkingu z drewnianymi budkami infrastruktury turystycznej Bieszczadzkiego Parku Narodowego przechodzimy dość lekko. Ścieżka wchodzi do lasu. Dalej warstwa śniegu jest coraz większa. Przecieracze jednak ciężko pracują i nie chcą odpuścić. Być może zostali zauroczeni bajecznie obieloną krainę, w której zaczęli się coraz bardziej zagłębiać.

Bereżki.
Bereżki.

Ścieżki zasypane śniegiem.
Ścieżki zasypane śniegiem.

Polana z infrastrukturą turystyczną Bieszczadzkiego PN.
Polana z infrastrukturą turystyczną Bieszczadzkiego PN.

Bajecznie obielona kraina.
Bajecznie obielona kraina.

Przez krainę śniegu.
Przez krainę śniegu.

Świeżo przetarty szlak.
Świeżo przetarty szlak.

O godzinie 10.05 przechodzimy mostkiem nad dość szerokim potokiem. Mostek ten jest opatulony z każdej strony śniegiem. W takim kamuflażu zlewa się z zimowym krajobrazem. Potok jest leniwy. Nie słychać, aby w ogóle płynął. W lecie przynajmniej szmera po kamienistym korycie delikatnie, lecz dzisiaj zamilkł zupełnie. Słychać tylko nieśmiałe świergoty sikorek.

Powyżej mostku idziemy chwilkę przecinką linii elektrycznej, po czym wracamy w leśną gęstwinę. Zima jest piękna, ale stwarza utrudnienia w wędrówce. Znaki szlaków są niewidoczne. Przebieg znakowanego szlaku łatwo jest wyczuć. Dolina jest wyrazista. Szlak wiedzie równolegle do płynącego w nim potoku, choć po pewnym czasie odchodzi od niego na prawo, aż osiągamy na powrót przecinkę z linia elektryczną. Ona prowadzi na przełęcz, do stojącego na niej schroniska. To sugestywne spostrzeżenie, bo idziemy dalej trzymając się tej linii i przecinki, nie patrząc na znaki szlaku. W rzeczywistości znakowany szlak biegnie nieco poniżej, bliżej potoku.

Mostek nad potokiem.
Mostek nad potokiem.

Mostek nad potokiem.
Mostek nad potokiem.

Tutaj śnieg sięga do pasa.
Tutaj śnieg sięga do pasa.

Lekko prószy.
Lekko prószy.

Mija godzina jedenasta, a więc jedna godzina i 20 minut przedzierania się przez śnieg. Mapy podają, że w warunkach letnich przejście szlaku z Bereżek do przełęczy Przysłup Caryński zająć powinno 45 minut. W zimie jednak czas trzeba podwajać, co też może być niewystarczającym czasem do pokonania dystansu. Przechodzimy skrajem polanki wyciętej w lesie do prostokąta, za którą przecinka nieznacznie obniża się ku zagłębieniu z dopływem potoku.

Poszukiwania dogodnego przejścia przez szeroki strumień wody płynącej pod śniegiem zajmują trochę czasu, co najmniej ćwierć godziny. Na drugą stronę przeprawiamy się o godzinie 11.20. Zaraz dalej dostrzegamy znaki żółtego szlaku, które przecinają leśną przecinkę. Opuszczamy przecinkę i skręcamy w prawo za znakami szlaku. Wspinamy się chwilkę po stoku masywu Magury Stuposiańskiej. Wkrótce jednak stopniowo odchodzimy na lewo w dół zbocza. Przechodzimy przez mniejszy bród strumienia. Niebawem zadrzewienie przerzedza się i o godzinie 12.00 wychodzimy na stokową polanę, luźno porośniętą pojedynczymi drzewami.

Przecinka z linią energetyczną.
Przecinka z linią energetyczną.

Korek na szlaku.
Korek na szlaku.

Przed nami zagłębienie z potokiem.
Przed nami zagłębienie z potokiem.

Przeprawa przez bród potoku.
Przeprawa przez bród potoku.

Koryto potoku.
Koryto potoku.

Las na stoku Magury Stuposiańskiej.
Las na stoku Magury Stuposiańskiej.

Las Magury Stuposiańskiej.
Las Magury Stuposiańskiej.

Pomocy!
Pomocy!

Polana pod przełęczą.
Polana pod przełęczą.

Pod siodłem przełęczy na wysokości 777 m n.p.m. stoi „Koliba”, studenckie schronisko turystyczne. Docieramy do niego o godzinie 12.10. Wchodzimy do środka. Wędrówka zajęła nam sporo czasu - 2 godziny 30 minut. Za nami dopiero około 1/3 całej trasy. Po drugiej stronie przełęczy może być jednak łatwiej, bo prowadzi tamtędy droga jezdna. Może tam być mniej śniegu, a może jakieś przetarcia szlaku. Postanawiamy spróbować, a w razie dużych trudności zawrócimy. W „Kolibie” długo nie gościmy. Wychodzimy o godzinie 12.40.

Wydeptaną drogą wchodzimy na siodło Przysłup Caryński (795 m n.p.m.). Oddziela ona Połoninę Caryńską i Magurę Stuposiańską. Masywy te jednak są schowane dzisiaj w niskich chmurach śnieżnych. Schodzimy łagodnie na drugą stronę przełęczy. Drogą tą wiedzie szlak konny. Nie jest tak bardzo zaśnieżona i jest znacznie łatwiej niż przed południem. Stare warstwy śniegu zostały z niej rozgarnięte. Jest tylko świeża warstwa puchu z ostatniej doby, sięgająca co najwyżej kolan.

W śniegu.
W śniegu.

Schronisko Turystyczne „Koliba” (777 m n.p.m.).
Schronisko Turystyczne „Koliba” (777 m n.p.m.).

Węzeł szlaków pod „Kolibą”.
Węzeł szlaków pod „Kolibą”.

Przysłup Caryński (785 m n.p.m.).
Przysłup Caryński.

Przysłup Caryński (785 m n.p.m.).
Przysłup Caryński (785 m n.p.m.).

Zaraz za przełączą stoi przysypany samochód osobowy. Przyjechali nim przedwczoraj turyści do „Koliby”, zostali na noc, a rano już nie dało się stąd odjechać. Samochód ten postoi tutaj chyba do wiosny. Mijamy go. Droga wiedzie raczej płasko i prosto na północny zachód pomiędzy grzbietami Połoniny Caryńskiej i Magury Stuposiańskiej. Partie szczytowe grzbietów nikną w mglistej chmurze. Wchodzimy do doliny potoku Caryński na obszar nieistniejącej wsi Caryńskie.

Od lat w dolinie tej już nikt nie mieszka, tylko niedźwiedzie, wielki i jelenie. Po ludziach pozostały resztki podmurówek, pozarastane studnie i piwnice, resztki murowanej kaplicy, piaskowcowy krzyż z 1911 roku, cmentarz z kilkoma nagrobkami, a także skupiska starych, zdziczałych drzew owocowych z przydomowych nasadzeń. Na zboczach widoczne są jeszcze terasy rolne i ślady polnych dróżek.

Droga z przełęczy.
Droga z przełęczy.

Tereny dawnej wsi Caryńskie.
Tereny dawnej wsi Caryńskie.

Bojkinie.
Bojkinie.
Zanim wybuchła II wojna światowa dolina miała około 500 mieszkańców. Żyli tu w pewnym odosobnieniu otoczeni z każdej strony górami. Żyjąc w odizolowaniu od uczęszczanych szlaków zachowywali w ten sposób tryb życia i zwyczaje jakie stosowali od lat. Ta izolacja przyczyniła się do tego, że po wojnie stacjonowały tutaj oddziału UPA.

W centrum wsi stała cerkiew pw. św. Dymitra wzniesiona w 1777 roku. W XIX wieku obok cerkwi stała również kaplica, najpierw drewniana, następnie murowana, która była lokalnym centrum kultu św. Jana Chrzciciela. W dzień tegoż świętego na mocy prawa nadanego przez papieża Leona XIII udzielany był w Caryńskim pełny odpust. W tenże dzień odpustu do Caryńskiego przybywali wierni z okolicznych wsi, zaś w uroczystościach religijnych brało czasem udział nawet kilka tysięcy osób.

Wokół cerkwi skupiało się życie wsi, choć jej zabudowania ciągnęły się po obu stronach potoku Caryńskie, aż po Przysłup. Górskie zbocza powyżej wsi pozbawione były lasu. Bojkowie z Caryńskiego wykarczowali las ze stoków ponad doliną, adaptując ziemię pod gospodarkę rolną. Nazwa wsi nawiązuje do tej gospodarki, bo pochodzi rumuńskiego słowa „carina”, przyniesionego tu z wołoskimi pasterzami. Słowo to oznacza uprawne pole. Większy kompleks leśny istniał tu wówczas tylko po północnej stronie wsi. Bojkowska wieś Caryńskie przestała istnieć w maju 1946 roku, kiedy wszyscy jej mieszkańcy zostali wysiedleni do ZSRR, a opustoszałe zabudowania wsi zostały spalone.

Caryńskie.
Caryńskie.

Caryńskie.
Caryńskie.

Podążamy dalej, wyglądając końca doliny. Dolina jest idealna na spacer zimowy, choć z pewnością na przyjemność spacerowania nie wpływa w tym przypadku pora roku. Warstwa śniegu jest wyczuwalnie mniejsza niż przy podejściu na przełęcz Przysłup. Za wzgórzem przed nami jest niewielka wieś Nasiczne, jedna z bojkowskich wsi, która nie posiadała własnej cerkwi. Jej mieszkańcy chodzili na nabożeństwa do Caryńskiego przechodząc przez wzniesienie.

Tymczasem nasza droga tuż przed wzniesieniem zaczyna odchodzić łukiem na prawo, idąc wzdłuż nurtu potoku Caryński. O godzinie 14.00 zatrzymujemy się chwilkę na majdanie ze składowanym drewnem. Dalej droga jest wyjeżdżona, ma koleiny po jakimś ciężkim pojeździe. Dolina zwęża się. Patrzymy na las porastający stoki ponad doliną. Poryw wiatru niewyczuwalny w ogóle w dolinie zwiewa śnieżny pył z drzew rosnących na szczytach Magury Stuposiańskiej. Tworzy chmurę, która efektownie przesuwa się ku nam. Zaraz nas dopadnie tuman śnieżnego pyłu. Dziwne zjawisko - to musiało być jakieś lokalne zawirowanie powietrza.

Droga z Caryńskiego.
Droga z Caryńskiego.

Majdan.
Majdan.

Śnieżny pył zwiewany z drzew.
Śnieżny pył zwiewany z drzew.

O godzinie 14.20 przechodzimy mostem nad potokiem. Niecałe 15 minut później wchodzimy na szosę koło budynku leśniczówki. Tutaj Caryński łączy się z Nasiczańskim potokiem tworząc potok Dwernik, zwany też Bereżanką. Skręcamy w prawo i idziemy mijając domy wsi Dwernik. Historia tej bojkowskiej wsi sięga początku XVI wieku. Została założona przez rodzinę Kmitów.

Wkrótce z prawej mijamy kościół rzymskokatolicki pw. św. Michała Archanioła zbudowany na przełomie lat 70-tych i 80-tych XX wieku. Za niedługo z lewej mamy kultową knajpę „Piekiełko”. Mówiło się o niej tak: kto jej nie odwiedzał, niech nigdy nie mówi, że był w Bieszczadach”. Czas jednak płynie i nic nie jest takie jak niegdyś - knajpa jest już nieczynna, stoi jak porzucona.

Droga przez Dwernik.
Droga przez Dwernik.

Jest kilkanaście minut po piętnastej, gdy docieramy do ośrodka „U Szeryfa”. Tu mamy zatrzymać się. Pod obszerną wiatą płonie już ognisko. Zamykaliśmy tyły grupy, a więc jesteśmy ostatnimi przybyszami, którzy mieli pojawić się tutaj. Grzaniec, herbatka z rumem już się leją. Na ognisku pieką się kiełbaski brzozowskie. Gospodarz przynosi tacę z proziakami. Wtem pojawiają się również zaprzęgi konne z saniami.

Ognisko.
Płonie ognisko.

„U Szeryfa”.
„U Szeryfa”.

Nie ma to jak tradycyjny kulig, niegdyś kojarzony z karnawałowymi zabawami polskiej szlachty. Dziś dostępny jest dla wszystkich, choć z wystarczającą warstwą białego puchu jest w dzisiejszych czasach krucho, a niedostatek koni i sań odczuwa się nawet na terenach rolniczych. Tutaj w Bieszczadach i śniegu pod dostatkiem, a i kilka sań i konie się znalazły.

Zatem zajmujemy miejsca w saniach na siedziskach wyściełanych skórami, odpalamy pochodnie i heja! Ktoś wznosi toast: Strzemiennego! Na drogę! – zgodnie ze staropolskim zwyczajem wypada go wypić do dna. Strzemienne pito tradycyjnie, gdy odjeżdżający kładł nogę w strzemię. Pito miody, grzańce i okowity, by nie zmarznąć w drodze.

Bieszczadzki kulig.
Mkniemy przez wieś rozświetlając drogę pochodniami.

Mkniemy przez wieś, potem przez las. Ściemnia się. Oprószone śniegiem gałązki świerków skrzą odbijając światło pochodni. Szarówka za nami. Niepostrzeżenie ogarnął okolicę mrok wieczorny. Wtem woźnica powstrzymuje konie od pędu, wyhamowuje. Ktoś stoi na drodze, dwie osoby. Słychać strzał. Prrr! – słuchać na przedzie. Ktoś nas zatrzymał, na tym odludziu.

Napad zbójów.- Z wozu! Z wozu! - słychać donośnie komendę. A więc stało się, to czego się nie spodziewaliśmy, coś z czego Bieszczady znane były od zarania osadnictwa. To wszak kraina jakby naturalnie stworzona do zbójowania. Głuche, gęste lasy były idealnym schronieniem dla wyjętych spod prawa, czy też dla tych, którzy chcieli uwolnić się od krzywd i przymusowego poddaństwa. Częstokroć do oddziałów zbójnickich dołączała zubożała szlachta z Ziemi Sanockiej i Przemyskiej, która łupiąc przejezdnych z kosztowności mogła poprawić stan swego majątku. Ukrywali się w lasach i na wzgórzach, a nazywano ich Bieszczadnikami, Tołhajami, czy po prostu Zbójami. „Beskidników zrodziły lasy, a wyczarowała ich wiosna wierchowiańska. Byli to ludzie lasowi, którzy lasów nie karczowali, ścieżek nie wyrąbywali, gąszczy nie palili, a radzi byli z tego, że ich las jest nieprzystępnym, nienaruszonym, gęstwinami i wiatrołomami zatarasowanym” – pisał niegdyś Stanisław Vincenz.

Tutejsze doliny stwarzały wiele okazji do rabunku, bowiem w dawnych czasach wiodły tędy trakty poprowadzone przez przełęcze, którymi przejeżdżali kupcy pomiędzy polską i węgierską stroną. Z czego nas obrabują te nasze zbóje… z denarów, a może zabiorą wszystkie nasze śliczne dziewki do lasu. Oj biada nam! Zachciało się nam kuligów po leśnych bezdrożach.

Napad zbójów.
Z wozów!

Napad zbójów.

Napad zbójów.

Napad zbójów.

Napad zbójów.

Napad zbójów.

Napad zbójów.

Napad zbójów.
Zjawił się Starosta.

Napad zbójów.
- Witaj Mości Starosto!

Napad zbójów.

Napad zbójów.

Napad zbójów.
Starosta dobył szpadę.

Napad zbójów.
Będziem się bić! Pojedynek.

Napad zbójów.
I leży niewiasta w zaspie śnieżnej.

Napad zbójów.
Jednym z opryszków jest wołoski pasterz. Mało mówi, bo w niewoli osmańskiej zapomniał ludzkiego języka. Drugi rosły, ubrany jak szlachcic z niejaką rubasznością nosi się z zamiarem dobrania się do naszych kosztowności i dziewic. Wtem z ciemności wyłania się inna postać, równie rosła i szlachetnie ubrana – Toż to starosta! – słychać okrzyk nieco przerażonego zbója. Po ostrej wymianie zdań, w które wplotły się najbardziej wymyślne wyzwiska i obelgi musiało to nastąpić. Napięcie sięgnęło zenitu, szlachcice wyjęli szable. Grupa rozstąpiła się. Rozpoczął się pojedynek. Szable ze świstem przecinały powietrze, w koło słychać było zgrzyt ścierającej się stali. Wtem jeden z pojedynkujących się runął na ziemię. Jak myślicie który? To bardzo krótko opowiedziana historia, ale któż pamięta wszystko co się wtedy wydarzyło, a wydarzyło się naprawdę. Cała historia miała zaskakujący koniec: zbóje zwróciły nam kosztowności i my zaprosiliśmy ich na wspólną biesiadę przy ognisku, a ognisko płonęło jeszcze bardzo długo. A potem jeszcze tańce, śpiewy i ucztowanie…

Napad zbójów.

Pędzą konie przez ciemną dolinę.
Pędzą konie przez ciemną dolinę.


Post scriptum

Pędzą konie przez ciemną dolinę, ciągną sanie leśną dróżką, kulig porywa nas w magię dawnych czasów, w bajkowy świat dzieciństwa. Czy to sen?

W uszach słychać jeszcze tętent i parskanie koni, w nozdrzach czuć jeszcze zapach cudownej zimy, lecz we włosach i na twarzy nie ma już śnieżynek... rozpuściły się, spłynęły po policzkach jak łzy szczęścia i radości. I jednej dręczącej myśli nie można odstawić gdzieś na bok: czy to naprawdę się wydarzyło?... Chyba niczego już nie można być pewnym.



Dorota i Marek


Dorota i Marek.


Więcej informacji - kliknij na obrazek...
Łopiennik (1069) - Stryb (1011) - Hyrlata (1103)
24-26.11.2017
Bieszczady... ileż w nich odmienności w porównaniu do pozostałych polskich gór! Niezwykłe i magiczne o każdej porze roku. Majestatycznie wznoszą się ku błękicie nieba i obłokom. Najwyższe z nich tworzy grupa bezleśnych grzbietów pokrytych połoninami, bajecznymi łąkami, które w niższych partiach przechodzą wprost w naturalne lasy bukowo-jodłowe, z domieszką starych jaworów, czy świerków. Są też tajemnicze, lesiste masywy, rozdzielone głuszą dolin. Mówią, że przestają być dzikie, lecz tkwi w nich legenda. Urzekają pięknem i malowniczością krajobrazów o każdej porze roku. Nie tylko latem i jesienią, kiedy paleta kolorów pokrywająca lasy najbardziej wpływa na emocje, ale również wtedy, kiedy zmysły zatapiają się w cichości późnej jesieni, zimy, czy wiosną, kiedy wszystko znów zaczyna się na nowo. Czy znamy wszystkie oblicza Bieszczadów? Raczej nie, dlatego chcemy zagościć w nich o każdej porze roku, aby stać się godnym ich korony.

Translator

Info

Licencja Creative Commons Gdy nie jest to inaczej sprecyzowane pod konkretnym materiałem, to:
Publikowane na blogu materiały można wykorzystać na warunkach licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie materiałów publikowanych na niniejszym blogu i jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o twórcy i adresu internetowego bloga. Pozwala się na wykorzystanie tych materiałów w innych dziełach pod warunkiem udostępniania ich na tej samej licencji.

Kuferek

Hej wędrowcze, właśnie otworzyłeś malutki skarbczyk.
Nie jest on drogocenny, ale nie wykluczone, że znajdziesz w nim coś
co może Ci się przydać.

Kolekcje

Wędrowanie po znanych i nieznanych szlakach to ogrom niesamowitych wrażeń i emocji. Z każdą zakończoną wędrówką wiąże się tęsknota i czar wspomnień. Odczucia takie towarzyszą nam od samego początku przygody, wyzwalając potrzebę zachowania przeżyć, nie tylko w ulotnej pamięci ludzkiej, ale również w formie bardziej trwałej, w postaci fotografii, opisów, dzienniczków przebytych tras, odwiedzonych miejsc, czy zdobytych szczytów. Utrwalanie to jest również okazją do usystematyzowania turystycznych poczynań wg różnych kryteriów - zdobytych koron gór, przebytych szlaków, itp.

Napisz do nas