Wzgórze Podskale w Alwerni słynie z postawionego na nim klasztoru bernardyńskiego, który wraz z kościołem dał impuls rozwoju osady. Kościół oo. Bernardynów z charakterystyczną wieżą był od lat wizytówką tej miejscowości. Świątynia ta zasługuje na szczególną uwagę, bo znaleźć w niej można wiele zabytkowych perełek. Dlatego też możemy obiecać, że któregoś dnia wrócimy do niej i przybliżymy jej historię i sekrety. Tymczasem chcielibyśmy zwrócić uwagę na coś innego, co skrywa lesiste wzgórze Podskale. Nie jest to obiekt architektoniczny, lecz urokliwy wytwór natury.

Wzgórze Podskale wznoszące się na wysokość 317,4 m n.p.m. poprzecinane jest licznymi wąwozami. Idąc do bernardyńskiego klasztoru widać jeden z nich, opadający stromym zboczem po lewej stronie chodnika. Jest to tzw. wąwóz lessowy, powstały w wyniku erozyjnego działania wody. Przechodnia uderza jego głębokość dochodząca do 20 metrów. Głębokość taka sprawia, że uchodzi on za najgłębszy wąwóz lessowy w Polsce. Wybraliśmy się do niego w piękny listopadowy dzień.

Do wąwozu najwygodniej wejść od strony jego wylotu. Można do niego dotrzeć przechodząc przez dziedziniec klasztorny, a potem schodząc zboczem wzgórza po betonowych stopniach. Można też skorzystać z leśnej ścieżki, która biegnie obok murów klasztornych omijając zabudowę klasztorną od wschodniej strony. Jednym i drugim sposobem docieramy na wąską asfaltową uliczkę, zwaną aleją Bernardyńską. Pozostaje nam jeszcze tylko kilka kroków alejką na lewo i jesteśmy u ujścia gardzieli wąwozu, gdzie znajduje się stosowna tablica informacyjna.

Ujście gardzieli wąwozu lessowego (przed nim stoi tablica informacyjna).

My przywędrowaliśmy tu jednak od innej strony, dochodząc od południa z ulicy Kasztanowej. Dnem wąwozu nie prowadzi żaden szlak, ale nie stanowi to problemu, bo wąwóz bez większych trudności można przejść pieszo. Jedyne utrudnienie stanowić może sącząca się jego dnem młaka. Dziś jednak nie powinno być z nią większych problemów, bowiem ostatnio nie było opadów deszczu, a więc powinno być w miarę sucho.

Zaawansowana jesień odkrywa przed nami pełną krasę wąwozu, nie przysłoniętą gęstym listowiem występujących w nim roślin. Dzięki temu widzimy doskonale jego strukturę, pokryta grubą warstwą opadłych liści. One dzisiaj decydują o kolorycie wąwozu nadając mu rudobrązowy kolor. Przyroda prawie naszykowała się już do snu zimowego. Jeszcze niedawno wąwóz był oazą zieleni, runa leśnego wypełnionego m.in. licznymi paprociami z gatunków wietlica samicza, narecznica samcza, czy też narecznica krótkoostna.

U wylotu wąwozu jego dno jest dość szerokie i bez trudu można ominąć płynący tu z górnych części wąwozu w niewielkim zagłębieniu ciek wodny. Podążamy w górę, gdzie lekko skręca w lewo wchodząc już bardzo ciasno pomiędzy strome zbocza.

Szerokie dno wąwozu u jego wylotu.

Nieco dalej wąwóz skręca w lewo wchodząc bardzo ciasno pomiędzy strome zbocza.


Wąwóz ożywiaja dziś świergot sikorek, a z wysokich buków i grabów do uszu co chwila dochodzi pukanie dzięcioła. To ono sprawia, że mimowolnie spoglądamy ku koronie drzew w poszukiwaniu tego pracowitego ptaka, ale częściej udaje się nam wypatrzeć wiewiórkę, przeskakującą cichaczem z gałązki na gałązkę.


Ciasny odcinek dna wąwozu nie daje zbytnio wielu możliwości wędrówki, a cały czas musimy uważać na podmokłą młakę skrywaną warstwą liści. Opadające zbocza są na tyle strome, że raczej trudno jest po nich trawersować, tym bardziej, że są dość śliskie i kruche. Na tym odcinku w wielu miejscach odsłoniły się zwietrzałe melafiry, które są pamiątką po permskiej działalności wulkanicznej. Pozostałości po intensywnych wylewach lawy wulkanicznej znajdziemy zresztą po całej okolicy, ale pozostawmy je na inną wycieczkę

Opadające zbocza są na tyle strome, że raczej trudno jest po nich trawersować.

Zwietrzałe melafiry - pozostałości po intensywnych wylewach lawy wulkanicznej.


Nieco dalej przechodzimy pod zwalonym drzewem, które nie utrzymało się na stromym zboczu i przewróciło się na przeciwległe. Przez ostatnie lata delikatna struktura lessu ulegała wpływom wody zagrażając nawet murom klasztornym i gdyby nie interwencja ludzi zapewne zsunęłyby się na dno wąwozu. Powalonych konarów drzew na dnie wąwozu spotykamy jeszcze wiele - nasiąkniętych wodą, omszałych lub obrośniętych grzybami. Widok taki sprawia, że czujemy się jakbyśmy byli na zupełnie nieznanym terenie, odizolowanym od ludzkości. Szkoda, że takie odczucia burzą napotykane ludzkie śmieci.

Powalonych konarów drzew na dnie wąwozu spotykamy wiele.

Mimo, że dopiero co minęła godzina 13.00 dno wąwozu zalega już cień. Mamy już czas zimowy i słońce chyli się już ku dołowi. Z dna głębokiego wąwozu widać chowającą się tarczę słoneczną. Wąwóz niebawem powie słońcu do widzenia. Nasze pożegnanie z promieniami słonecznymi nastąpi jednak jeszcze nie tak szybko, o czym przekonamy się po wyjściu z wąwozu, ale przed nami jeszcze kawałek drogi.


Z dna głębokiego wąwozu widać chowającą się tarczę słoneczną.

Wędrujemy dalej w górę wąwozu.

W górnej części wąwóz nieco rozszerza sie, a następnie rozdwaja się na dwie krótkie odnogi. Tu zaczyna się kształtować ciek wodny rzeźbiący nasz malowniczy wąwóz lessowy. Jednak nigdzie nie znajdziemy jego wyraźnego źródła, gdyż wysiąka on z wód podziemnych na całej długości wąwozu, tworząc napotkane wcześniej młaki.

W tym miejscu osuwający się less najbardziej zagraża murom klasztornym.

Górna część wąwózu  rozdwaja się na dwie krótkie odnogi.

Na wyjście z malowniczego wąwozu wybieramy lewą, zachodnią odnogę, która wyprowadzi nas na chodnik i drogę prowadzącą do kościoła i klasztoru oo. Bernardynów. Wchodząc do niej mijamy znajdujące się na lewym zboczu spore osuwisko, które odsłoniła na jego brzegach sieć korzeni pobliskich drzew. Miejsce to wygląda tak, jakby zapadła się tu ziemia.

Osuwisko w górnej części wąwozu.

Wspinamy się uparcie po zboczu. Miejscami teren jest dość stromy i przydatne stają się ręce. Z tego co wiemy, łatwiej byłoby wyjść prawą odnogą, a najbezpieczniej byłoby po prostu wrócić tą sama drogą, którą szliśmy, ale chcemy jeszcze zobaczyć jak wygląda wąwóz z góry spod murów klasztornych. Bardzo już uboga w liście roślinność ułatwi nam taką obserwację.

Wychodzimy z wąwozu.

Wędrówka dnem wąwozu lessowego włącznie z wyjściem na klasztorną drogę zajęła nam około 40 minut. Idziemy teraz w stronę kościoła, który niedawno doświadczył dramatycznych chwil - pożar, który strawił cały dach kościoła i klasztoru. Na szczęście strażakom udało się ocalić jego wnętrze od działania ognia. Obecnie widać szybko postępującą odbudowę dachu.

Lewa odnoga wąwozu widoczna z klasztornej drogi, na którą przed momentem wyszliśmy. 

Przed bramą wejściową na dziedziniec klasztorny znajdujemy ścieżkę, która stromo opada wzdłuż północnych, a potem wschodnich murów klasztornych. Niemal od samego początku idziemy w bezpośrednim sąsiedztwie wąwozu lessowego, który miejscami dość urwiście opada po naszej lewej. Ścieżka zawijając pod wschodnie mury klasztorne robi się pozioma. To w tym miejscu osuwające się zbocze wąwozu lessowego stwarzają największe zagrożenie dla murów klasztornych. Dlatego w ostatnich latach nadsypano tu wiele ziemi, aby zapobiec oderwaniu się kamiennych murów.

Odbudowa dachu alwernijskiego kościoła trwa.

Na tym odcinku mury klasztorne są najbardziej narażone obsunięciem do wąwozu.
Nadsypano tu wiele ziemi by temu zapobiec.

Dalej ścieżka stopniowo oddala się od murów klasztornych, nabierając ponownie na stromości. W tym miejscu na dnie wąwozu dostrzec można miejsce, w którym wąwóz lessowy zaczyna ciasno wciskać się pomiędzy strome zbocza. Przed nami widać też aleję Bernardyńską, na której godzinę temu rozpoczynaliśmy wąwozowy spacer.

Najciaśniejszy fragment wąwozu widoczny z góry.

Odłoniete melafiry na zboczu wąwozu lessowego.

Wylot wąwozu.

Ostatnie metry leśną ścieżką przed wejściem na al. Bernardyńską.

Kończymy niezwykłą wycieczkę. Żegnajmy się z bukami, grabami i innymi drzewami tworzącymi charakterystyczny grąd, porastający malownicze wzgórze Podskale, ale wrócimy tu jeszcze nie raz, by odkrywać kolejne jego tajemnice i powstałej przy nim osady.

Słońce na al. Bernardyńskiej jest jeszcze wysoko, ale wracamy, bo obiad czeka.


TRASA:
Nowy Wiśnicz Nowy Wiśnicz Leksandrowa Rezerwat „Kamień Grzyb” Lipnica Górna Paprotna / Rezerwat „Kamienie Brodzińskiego” Lipnica Murowana

OPIS:
Nasze spotkanie z Wiśnicko-Lipnickim Parkiem Krajobrazowym nie mogło się trafniej rozpocząć - Nowy Wiśnicz i górujący nad miastem okazały zamek, będący symbolem regionu i głównym motywem logo parku. Pod zamkowe mury wiśnickiego zamku podjeżdżamy kilka minut przed dziewiątą.

Zamek w Nowym Wiśniczu.

Przed wprowadzeniem na zamkowe sale przewodnik zatrzymuje nas pod jego fasadą, opowiadając jego historię, o tym jak rósł w siłę i jak potem podupadał.

W XII wieku Nowy Wiśnicz był wsią klasztorną. W XIV wieku był własnością Kmitów, potem Lubomirskich. Za sprawą Stanisława Lubomirskiego w 1616 roku Nowy Wiśnicz otrzymał prawa miejskie.

Historia Zamku w Nowym Wiśniczu sięga II połowy XIV wieku, kiedy Jan Kmita herbu Szreniawa wystawił tu niewielki zameczek. Przez kolejne lata zamek był sukcesywnie rozbudowywany. Na przełomie XV i XVI wieku urósł do znaczącej warowni otoczonej systemem fortyfikacyjnym. Od północy otaczały go włoskie ogrody, a wnętrza ozdobiono wykwintną renesansową kamieniarką, obrazami, malowidłami ściennymi i drogimi meblami.

Gdy zmarł ostatni z Kmitów zamek przeszedł na 3 lata w ręce Barzych herbu Korczak. W 1593 wykupił go Sebastian Lubomirski, który upodabniając się do zasłużonych Kmitów wystarał się o przyznanie tytułu hrabiego na Wiśniczu, a także używał herbu „Szreniawa bez krzyża”. Jego syn Stanisław dokonuje gruntownej przebudowy w stylu „palazzo in fortezza”- powstaje pałac wewnątrz fortecy. Zamek wiśnicki staje się jedną z potężniejszych twierdz w Rzeczypospolitej.

Mimo tego, w 1655 roku bogaty zamek wiśnicki, został poddany bez walki nacierającym wojskom szwedzkim. Po roku zamek został wyzwolony, ale wcześniej obrabowany przez Szwedów. Od tego czasu warownia zaczęła podupadać i nigdy już nie wróciła do swojej świetności.
Tak w skrócie przedstawia sie historia Zamku w Nowym Wiśniczu.

Panorama z jednej z frontowych sal zamkowych.






Niejasny obecnie stan prawny zamku sprawiał, że podejmowane prace remontowe i restauratorskie nigdy nie nabrały wymiaru pozwalającego na przywrócenie jego świetności. Mimo to, w odrestaurowanych salach udało się zgromadzić wiele ciekawych eksponatów. Przewodnik oprowadza nas po zamkowych korytarzach i salach. Na trasie zwiedzania mamy m.in. ogromną salę balowa, salę plafonową z pozłacanym sufitem, niesamowitą salę lustrzaną, salę akustyczną wykorzystywaną kiedyś jako miejsce spowiedzi, kaplicę zamkową oraz kryptę z ekspozycją sześciu sarkofagów (w tym Stanisława Lubomirskiego).

Krypta z ekspozycją sześciu sarkofagów (zdjęcie pokazuje sarkofag Stanisława Lubomirskiego).

Zamkowe wnętrza nie błyszczą jak za swej świetności. Jednak i tak zgromadzono w nich wiele ciekawych eksponatów, XIX- i XX-wiecznych mebli i innego wyposażenia wnętrz. Są tu też prace plastyczne uczniów nowowiśnickiego Liceum Sztuk Plastycznych. A jedna ze sal wypełniona jest imponującymi makietami różnych zamków. Znając dramatyczne losy zamku chyba nie spodziewaliśmy się aż tak bogatej, pięknej i zarazem ciekawej ekspozycji. Wizyta w zamku nieplanowanie przeciąga się. A tu jeszcze nasza przewodniczka zaprasza nas na taras widokowy, z którego można podziwiać panoramę na Nowy Wiśnicz. Z planowanej godziny pobytu na wiśnickim zamku robi się ponad półtorej.

Taras widokowy.

Panorama z tarasu zamkowego na miasto Nowy Wiśnicz.



Nie odmawiamy sobie jednak zobaczenia „Koryznówki”, znajdującej się jakieś 200 metrów od zamkowych murów. Jest to dworek wybudowany po pożarze Wiśnicza w 1863 roku, słynny z tego, że przebywał w nim często Jan Matejko, goszcząc tu u swojego szwagra Leonarda Serafińskiego. Z braku czasu oglądamy go tylko z zewnątrz, a także znajdujący się przy nim stary sad, zabudowania gospodarcze w postaci stodoły i drewutni ze stajnią. Nieopodal znajduje się również staw z otaczającym starodrzewem. Wiśnicka „Koryznówka” jest trzecim w Polsce Muzeum związanym z osobą wielkiego malarza (po Muzeum utworzonym w domu rodzinnym Matejki przy ul. Floriańskiej w Krakowie oraz w Krzesławicach).

Koryznówka.

Koryznówka - zabudowania gospodarcze.




Wnętrza dworku i zgromadzoną w nich ekspozycję musimy pozostawić na inny czas, bo już czas abyśmy przemieścili się na początek szlaku i rozpoczęli wędrówkę pieszą.


Wędrówkę pieszą rozpoczynamy o godzinie 11.10 na peryferiach Nowego Wiśnicza na ul. Lipnickiej, przy przystanku autobusowym „Leksandrowa”. Za posesją nr 152 wchodzimy na boczną asfaltową drogę, która prowadzi nas na południe, na wzniesienie. Niebawem możemy obejrzeć się za siebie, by zobaczyć centrum Nowego Wiśnicza i rzucający się w oczy kompleks dawnych zabudowań klasztornych Karmelitów Bosych umiejscowiony na wzgórzu. Obecnie znajduje się w nim zakład karny, a historia więziennictwa w tym obiekcie sięga roku 1783, kiedy to cesarz austriacki Józef II dekretem zlikwidował klasztor karmelitów bosych, zamieniając go na sąd karny i ciężkie więzienie. Kary odsiadywali w nim wtedy głównie zwykli kryminaliści, ale też tatrzańscy zbójnicy. Potem trafiali tu również więźniowie polityczni.

Widok w kierunku centrum Nowego Wiśnicza.
Z prawej na wzniesieniu widać kompleks dawnych zabudowań klasztornych Karmelitów Bosych.

Wkrótce dochodzimy prostopadle do innej drogi. Przychodzimy na jej drugą stronę i utrzymujemy dotychczasowy kierunek wędrówki wchodząc na drogę polną, która schodzi przez pola i znajdujące się wśród nich gospodarstwa wiejskie do parowu z płynącym w nim potokiem.

Parów z potokiem.

Zsuwamy się po stromej skarpie wprost na grząski brzeg niewielkiego potoku, który od razu przeskakujemy. Za nim szlak pnie się na wzgórze Bukowca wznoszące się na 389 m n.p.m. Nasza leśna dróżka pnie się po jego łagodnym zboczu. Zacisze zalesionego wzgórza zaburza szelest liści, pokrywających szczelnie nie tylko naszą ścieżkę wędrówki, ale również całą powierzchnię zbocza. Przewagę brązowej kolorystyki prezentują również korony buków rosnących na wzgórzu. To im wzgórze zawdzięcza swoją nazwę. Liściasty sufit leśny nie jest jednak już tak szczelny i promienie słoneczne bez większych trudności przedzierają się na dno lasu, sprawiając, że rudziejące brązy liściastego dywanu, prezentują się lepiej niż niejeden perski dywan.

Po około 10 minutach docieramy do niewielkiego zagłębienia terenu, z którego na wysokości 380 m n.p.m. wyrastają dwa niezwykłe ostańce skalne. Są one pomnikiem przyrody i wraz z fragmentem bujnej buczyny karpackiej wchodzą w skład rezerwatu przyrody Kamień Grzyb. Oczarowani niecodzienną rzeźbą potężnych kamieni wystających z ziemi zostajemy przy nich, robiąc sobie półgodzinną przerwę w wędrówce.




Większa skała, wyglądająca jak potężny grzyb ma 7 m wysokości, 26 m w obwodzie czapy i 17 m w obwodzie trzonu. Forma drugiej skała jest mniej skomplikowana. Wygląda ona na oderwany głaz, przechylony nieco na jedną stronę, częściowo zagłębiony w podłożu. Przewężony kształt u dołu skały przypominającej grzyba powstał wskutek tego, że w jego dolnej części występował materiał skalny bardziej podatny na wietrzenie. Pozostałością po piaskowcu są również występujące na powierzchni głazów niewielkie jamki.



Na płycie oraz czapie grzyba znajdujemy kilka wyrytych łacińskich imion i dat. Prawdopodobnie są to imiona zakonników z dawnego klasztoru Ojców Karmelitów w Nowym Wiśniczu, które wyryli zapewne w czasie wycieczki terenowej.

Po przerwie idziemy dalej w górę wzgórza. Od czasu do czasu delikatny powiew wiatru czyni deszcz liści spadających z drzew. Jesień nieustannie zbliża się ku swojemu końcowi. Po 10 minutach wychodzimy na wąską, asfaltową drogę, na której skręcamy w prawo, w kierunku wsi Połom Duży. Ogarnia nas uzdrawiający spokój i monotonia wiejska. Droga wiedzie po wyższych partiach wzniesienia, dawkując oczom przemalowane przez jesień panoramy.

Drzewa przemalowane jesienią.



Na rozgałęzieniu dróg, skręcamy w lewo i wkrótce docieramy do kolejnej sielskiej wsi - Lipnicy Górnej. Tu szlak skręca na prawo na ścieżkę i wiedzie do dolinki. W dolince ścieżka nasza wchodzi na niewielką, zarośniętą polanę. Giną tu nasze niebieskie znaki. Przechodzimy na drugą stronę polanki, na skraj młodnika, który obrasta koryto potoku. Zajmuje nam trochę czasu odszukanie niebieskich znaków szlaku. Znajdujemy je pośród drzewek po jednej i po drugiej stronie potoku. Nie wiemy tylko jak przeprawić się na drugą stronę, bo w pobliżu nie ma żadnego mostku. Schodzimy do parowu i szukamy dogodnego miejsca z wystającymi z wód potoku kamieniami. To dzięki nim udaje się przeskoczyć go bez mokrych przygód.


Kolejny parów z potokiem.

Znaki szlaku kierują nas teraz na wyżej położony przysiółek Lipnicy Górnej. Wędrujemy najpierw wygodną ścieżką przez mały lasek, która cały czas pnie się do góry, ponad potok, który niedawno pokonaliśmy. Niedługo potem, jak potok tracimy z oczu, ścieżka nasza zamienia się w gruntową drogę, teren staje się odsłonięty i pojawiają się zabudowania wsi. Po 15 minutach od przeprawy przez potok, o godziny 13.50 wchodzimy na asfaltową drogę, biegnącą grzbietem wzniesienia. Skręcamy na niej w lewo.




Lipnica Górna.

Asfaltową drogą idziemy parędziesiąt metrów, mijając kilka domostw, po czym znaki znów kierują nas na południową stronę. Schodzimy z wzniesienia trawiastą, szeroką miedzą na płytkie obniżenie, po czym znów lekko zaczynamy piąć się w górę, na wzgórze o nazwie Paprotna. Znów pojawia się las, ale przeważnie idziemy jego skrajem. Około godziny 14.15 przecinamy drogę wojewódzką nr 966 i wchodzimy do lasu.

Przed nami droga wojewódzka nr 966.

Paprotna sięgająca wysokości 441 m n.p.m. jest jednym z wyższych wzniesień Pogórza Wiśnickiego. Szeroka ścieżka leśna prowadzi nas przez mieszany las, w którym zauważalna jest dominacja sosny. Szlak prowadzi nas na wysokość 436 m n.p.m., gdzie w okolicach niższego szczytu wzgórza znajduje się grupa ostańców skalnych zwanych Kamieniami Brodzińskiego. Dochodzimy do nich o godzinie 14.25.

Kamienie Brodzińskiego okazują się być bardzo malowniczą grupą skał w kształcie baszt, grzybów, ambon i skalnych występów. Do pierwszego kamienia podchodzimy od wschodu, czyli od strony szczytu Paprotnej. Od tej strony możemy łatwo wspiąć się na jego niemal płaski wierzchołek, bo natura wydrążyła w nim skalne stopnie. Z każdej innej strony kamień ten wznosi się pionowymi ścianami o wysokości dochodzącej do 10 m. Szerokość tego potężnego głazu dochodzi do 16 m. Na jego wierzchołku zastajemy zakorzenione w jakiś nieprawdopodobny sposób młode sosny i brzozy.

Kamienie Brodzińskiego - Wielki Kamień.

Na zboczach Paprotnej.

Przemieszczamy się nieco na zachód, gdzie poniżej Wielkiego Kamienia znajdują się trzy inne tworzące zwartą grupę skalną o wysokości około 5 m. Tworzą one swoją formą grzyby skalne, połączone z gruntem wąską podstawą. Oddzielają je charakterystyczne szczeliny, pomiędzy którymi można przejść. Dwie z tych skał górną częścią niemal stykają się, gdyż oddziela je w tym miejscu niewielka szczelina, na którą można bez trudu przeskoczyć, przemieszczając się z jednej skały na drugą. W dół szczelina rozszerza się tworząc tzw. okno skalne.

Kamienie Brodzińskiego - trzy grzyby skalne oddzielone szczelinami.




Do grupy Kamieni Brodzińskiego zalicza się jeszcze kilka mniej okazałych ostańców skalnych, które znajdują się około 200 m na wschód.

A dlaczego Brodzińskiemu skały te zawdzięczają nazwę? Otóż okazuje sie, że ów poeta, Kazimierz Brodziński (1791-1835) w tym uroczym miejscu spędzał wiele czasu szukając natchnienia do swoich utworów. W swoich „Wspomnieniach” pisze: „...póki jeszcze służyła jesienna pora chodziłem w pole i ukryty w gęstwinach układałem rymy...”. To na jego cześć głazy te, będące obecnie pomnikiem przyrody, nazwane zostały Kamieniami Brodzińskiego.

W pobliżu ostańców znajduje się śródleśna polana, doskonałe miejsce na biwak i postój na trasie naszej wycieczki. Dzisiejsza wędrówka ma dla nas wartości poznawcze, geograficzno-historyczne, w towarzystwie niezwyczajnej grupy turystycznej. Dla nich dzisiejsza wędrówka stanowi symboliczne zakończenie sezonu turystycznego. Jako „Wierchowcy” wdzięczni jesteśmy za możliwość wspólnego wędrowania, wspólnego poznawania miejsc leżących nie tylko na wielkich wysokościach, ale również tych leżących u stóp naszych gór, skąd raczkują, nim zaczną wyrastać i piąć się strzeliście w górę. Sympatyczną biesiadę przy ognisku kończymy o godzinie 15.30.

Schodzimy tym samym szlakiem, którym tu przybyliśmy. Po 10 minutach spokojnego spaceru po zboczu Paprotnej skręcamy w prawo na wschód na parking pod restauracją „Zajazd pod Kamieniem”. To tam czeka na nas Grzesiek z dowodzonym przez siebie transportowcem SETRA. Księżyc już się pojawił na niebie, zbliża się wieczór, ale to nie koniec jeszcze, bo jakże by można było zakończyć wędrówkę po Wiśnicko-Lipnickim Parku Krajobrazowym bez zaglądnięcia do Lipnicy.


Byliśmy już w Lipnicy Górnej, ale są jeszcze dwie Lipnica Dolna i chyba najbardziej znana Lipnica Murowana. Znana bynajmniej nie z tego, że jest murowana, ale ze swojej nietuzinkowości. Historia Lipnicy Murowanej sięga korzeniami pierwszego tysiąclecia, a dokładnie 1144 roku skąd pochodzą pierwsze zapiski o istnieniu tej osady, zwanej wtedy Lipnik. Na bazie tej osady, w roku 1326 roku król Władysław Łokietek lokował tu miasto. Lipnica Murowana położona była na starym, bardzo ruchliwym trakcie węgierskim, dzięki czemu kwitł jej rozwój, do czasu, gdy szlaki handlowe uległy zmianie. To spowodowało, że miasto zaczynało powoli podupadać. Na domiar złego nękane było częstymi pożarami, epidemiami, powodziami. W skutek regresu i stagnacji gospodarczej miasta, w roku 1934 odebrano mu prawa miejskie. Dziś pozostaje malowniczą wsią otoczoną od południa wzniesieniami Beskidu Wyspowego, a z pozostałych stron Pogórzem Wiśnickim.

O godzinie 16.10 wjeżdżamy na urzekający lipnicki rynek, otoczony niskimi, domami ze średniowiecznymi podcieniami, które stanowią unikalny przykład architektury miejskiej z XVI wieku. Przed nimi rosną stare lipy, a pośrodku rynku, na wysokiej kolumnie stoi figura św. Szymona z Lipnicy. O tym miejscu często mówi się, że unosi się tu zapach średniowiecza. Jednak przebiegająca przez rynek wojewódzka droga nr 966 budzi mieszane uczucia względem takiego stwierdzenia.

Rynek w Lipnicy Murowanej.

Szkoda, że zapada szarówka i niewiele już dnia pozostało, bo tak wiele miejsc godnych jest tu odwiedzenia. Spośród wielu atrakcji wioski, nasze myśli kierujemy ku bezcennemu klejnotowi tutejszej ziemi, położonemu w graniczącej z Lipnicą Murowaną miejscowości Lipnica Dolna. To modrzewiowy kościół pw. św. Leonarda, wybudowany prawdopodobnie pod koniec XV wieku na miejscu poprzedniej świątyni z XI wieku. Świątynia ta należy do najcenniejszych drewnianych kościołów gotyckich Polski, dlatego też została umieszczona na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Naturalnego UNESCO.

Wchodzimy na uliczkę, biegnącą obok barokowego kościoła pw. bł. Szymona, wybudowanym w I połowie XVII wieku z inicjatywy Stanisława Lubomirskiego, ówczesnego starosty i wójta lipnickiego, jako przejaw rozwijającego się kultu błogosławionego Szymona. Na końcu uliczki skręcamy w prawo na wschód. Po chwili przechodzimy mostem nad Uszwicą i wchodzimy na teren cmentarny, gdzie stoi osławiony drewniany kościółek. We jego wnętrzu znajdujemy wyjątkowo cenne zabytki dawnego malarstwa, rzeźby i rzemiosła artystycznego. Wrażenie robią stare malowidła pokrywające ściany i strop. Niestety widać na nich ślady zniszczeń z powodu występujących tu często powodzi.

Kościół pw. św. Leonarda.





Z kościoła pw. św. Leonarda kierujemy się na południe ku drodze wojewódzkiej, na której skręcamy w lewo i po kilku minutach docieramy do zabytkowego dworu. Został on wzniesiony w latach 1830-35, wzorowany stylem pałaców wiejskich we Francji, przy miejscu wytyczenia nowego rynku Lipnicy Murowanej po pożarze w 1828 roku. Okres ten upamiętnia również stojąca nieopodal dworu kamienna figura św. Floriana postawiona w 1837 roku. Dworek swoją sławę zawdzięcza jednak innym faktom. Wychowały się w nim wyniesione na ołtarze: Urszula i Maria Teresa Ledóchowskie.

Budynek oglądamy już w wieczornych ciemnościach. Kończymy wspaniałą wędrówkę, niezwykle pasjonującą i czarowną, głęboko uduchowieni słowami Świętej Urszuli Ledóchowskiej:
„Naszą polityką jest miłość. I dla tej polityki jesteśmy gotowe poświęcić nasze siły, nasz czas i nasze życie”
Figura św. Floriana z 1837 roku.
Wracamy na lipnicki rynek, gdzie stoi nasz autokar.


Więcej informacji - kliknij na obrazek...
Łopiennik (1069) - Stryb (1011) - Hyrlata (1103)
24-26.11.2017
Bieszczady... ileż w nich odmienności w porównaniu do pozostałych polskich gór! Niezwykłe i magiczne o każdej porze roku. Majestatycznie wznoszą się ku błękicie nieba i obłokom. Najwyższe z nich tworzy grupa bezleśnych grzbietów pokrytych połoninami, bajecznymi łąkami, które w niższych partiach przechodzą wprost w naturalne lasy bukowo-jodłowe, z domieszką starych jaworów, czy świerków. Są też tajemnicze, lesiste masywy, rozdzielone głuszą dolin. Mówią, że przestają być dzikie, lecz tkwi w nich legenda. Urzekają pięknem i malowniczością krajobrazów o każdej porze roku. Nie tylko latem i jesienią, kiedy paleta kolorów pokrywająca lasy najbardziej wpływa na emocje, ale również wtedy, kiedy zmysły zatapiają się w cichości późnej jesieni, zimy, czy wiosną, kiedy wszystko znów zaczyna się na nowo. Czy znamy wszystkie oblicza Bieszczadów? Raczej nie, dlatego chcemy zagościć w nich o każdej porze roku, aby stać się godnym ich korony.

Translator

Info

Licencja Creative Commons Gdy nie jest to inaczej sprecyzowane pod konkretnym materiałem, to:
Publikowane na blogu materiały można wykorzystać na warunkach licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie materiałów publikowanych na niniejszym blogu i jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o twórcy i adresu internetowego bloga. Pozwala się na wykorzystanie tych materiałów w innych dziełach pod warunkiem udostępniania ich na tej samej licencji.

Kuferek

Hej wędrowcze, właśnie otworzyłeś malutki skarbczyk.
Nie jest on drogocenny, ale nie wykluczone, że znajdziesz w nim coś
co może Ci się przydać.

Kolekcje

Wędrowanie po znanych i nieznanych szlakach to ogrom niesamowitych wrażeń i emocji. Z każdą zakończoną wędrówką wiąże się tęsknota i czar wspomnień. Odczucia takie towarzyszą nam od samego początku przygody, wyzwalając potrzebę zachowania przeżyć, nie tylko w ulotnej pamięci ludzkiej, ale również w formie bardziej trwałej, w postaci fotografii, opisów, dzienniczków przebytych tras, odwiedzonych miejsc, czy zdobytych szczytów. Utrwalanie to jest również okazją do usystematyzowania turystycznych poczynań wg różnych kryteriów - zdobytych koron gór, przebytych szlaków, itp.

Napisz do nas