Szczyty górskie wokół Doliny Rohackiej schowały się w śniegowych chmurach. Kalendarzowa zima już dawno rozpoczęta, ale w rzeczywistości niewielu ją zobaczyło. Praktycznie wszędzie widoki zimowe są szaro-bure. Prawdziwa zima zawitała tylko na terenach położonych wysoko nad poziomem morza, tak jak tu w słowackiej Dolinie Rohackiej. Funkcjonujący w odnodze tej doliny nieduży ośrodek narciarski Roháče-Spálená nie zawiódł narciarzy. Mimo lichego początku zimy pokrywa śnieżna na trasach narciarskich dochodzi już do grubości 60 cm, a to już w zupełności tu wystarcza i zapewnia optymalne warunki narciarskie. Poza tym wciąż sypie śniegiem, chwilami nawet grubymi płatami, dzięki czemu w godzinach porannych nartostrada okryta jest świeżym puchem - ulubionym przez narciarzy. To dzięki niemu za szusującymi narciarzami powstają efektowne białe pióropusze, niczym na dziewiczych trasach freeride. Mamy tu dziś doskonałe parametry pogodowe - temperatura powietrza wynosi około -6 °C , a od południa powiewa delikatna bryza.

Trasa nr 2 na wysokości bufetu pod górną stacją wyciągu krzesełkowego.
Z lewej widać odbijającą trasę nr 1.

Dolina Salatyńska z krzesełka. Gdyby nie chmury w głębi widać by było grań Salatynów.
Po obu stronach widoczne są alternatywne trasy zjazdowe z wysokości blisko 1500 m n.p.m.
(z lewej trasa nr 1, z prawej trasa nr 2).

Dolne partie trasy nr 1 o charakterystyce czerwonej.

Z nieba gęsto sypie dużymi płatami śniegu. Dolne partie trasy nr 2 o charakterystyce czerwonej.

Właściwie nie ma dużego tłoku, mimo, iż przybyło tu dziś wielu pasjonatów nart i desek. Widać to po zapełnionym parkingu Pod Spalenou. Tłum ludzi rozprasza się na szerokich stokach narciarskich. Bez problemu można sobie płynnie pojeździć. Jedynie po południu na stromym odcinku sprowadzającym do dolnej stacji wyciągu krzesełkowego tłum trochę się wzmaga, a przyczyną tego jest większa trudność odcinka oraz powstałe zamuldzenia.

Wytyczone trasy i ich parametry nie zmieniły się od ubiegłego sezonu narciarskiego. Mimo, iż jest to niewielki ośrodek narciarski są tu trasy o różnym stopniu trudności, najłatwiejsze dla początkujących i trudniejsze dla bardziej zaawansowanych.

Cztery godziny spędzone tutaj przyniosły wiele radości i satysfakcji. Narciarskie Rohacze nie zwiodły, aż nie chce się stąd wyjeżdżać. Jednak trzeba wracać, bo powitanie Nowego Roku tuż, tuż, tuż... a z tej okazji wszystkim wszystkiego naj, naj, naj!


Dziś świat zwalnia swój bieg. Tradycja bierze górę nad teraźniejszością. Zatrzymujemy się w pędzie życia na wigilijnej wieczerzy. Wspólne spotkanie nie ma wtedy sobie równych - to najbardziej rodzinny dzień w roku.

Za oknami już noc. Gdzieś pomiędzy chmurami czasem mrugnie do nas gwiazda, jak niegdyś ta betlejemska. To znak, że czas ruszać w drogę. O tej godzinie mieszkańcy alwernijskiej osady zmierzają w jednym kierunku - na wzgórze Podskale. Podążamy wraz z nimi na wzgórze Podskale od strony południowej, aleją Bernardyńską. Mijając ostatnie domy wchodzimy w coraz większy mrok lasu porastającego wzgórze. Pogłębiają go spore zachmurzenie, mżawka i brak śniegu. Aura nieciekawa, ale wewnętrznie rozpala nas duch wigilijnego spotkania. Tu na szlaku, wśród innych pielgrzymów przyjdzie nam spotkać dawno niewidziane twarze, których widok przywołuje taki natłok wspomnień, że aż głowa boli. Alwernianie - ludzie sprzed lat, Ci sami, choć jakby nieco starsi, jednak wciąż promienni nadzwyczajną życzliwością i ciepłem, pogodni i przyjacielscy. To tak jakbyśmy nigdy stąd nie wyjeżdżali.

Kościół pw. Stygmatów św. Franciszka z Asyżu.

Przed wylotem głębokiego wąwozu lessowego skręcamy w lewo. Za kilkanaście metrów dochodzimy do betonowych stopni. Tu dochodzi również inna droga wiodąca z przysiółka Spalona. Łączy się ona z naszą, a tym samym łączą się drogi pielgrzymów zmierzających na wzgórze.

Przed nami długi sznur betonowych stopni. Na szczęście oświetla je pomarańczowy blask latarni. Stąpamy po nich drobnymi kroczkami. Sporo ich jest, trudno jej zliczyć, czy ktoś w ogóle to zrobił? ...157, 158, 159 - to ostatni stopień, ale czy obyło się bez pomyłki? Tego być pewni nie możemy. Może sprawdzimy to w drodze powrotnej, a może ktoś inny to za nas zrobi.

Po betonowych stopniach.

Schody wprowadzają nas na drogę pnącą się po Podskalu od strony zachodniej, skąd wędrują pielgrzymi z przysiółka Brzeziny. Tu skręcamy w prawo, a przed nami widać już bramę na klasztorny dziedziniec.

Przechodzimy przez dziedziniec i kolejna brama doprowadza nas przed główne wejście do bernardyńskiego sanktuarium - kościoła pw. Stygmatów św. Franciszka z Asyżu. Od północy dochodzi tu uliczka, która prowadzi pielgrzymów z najstarszych części Alwerni i z dalszych okolic. Cóż takiego przyciąga dzisiaj przybyszów w to ustronne miejsce, bernardyńskiej kontemplacji i modlitwy. Z pewnością nie coroczna pasterka, bo jeszcze nie jej czas.

Uwagę przykuwają wydobywające się zza muru okalającego klasztorny ogród dźwięki bożonarodzeniowego widowiska. Niepozorne drzwi w murze przemieszczają nas w inny czas, do początków naszej ery, do czasów narodzin Jezusa Chrystusa. Teraźniejszość zespala się tu z przeszłością. To Betlejem, jego mieszkańcy, przybysze z pobliskich prowincji, a wśród nich pielgrzymi tacy jak my. Spotykamy tu pasterzy ze swą trzodą, gromadzących się wokół skromnej stajenki, w której widać Józefa i Maryję z Dzieciątkiem na ręku. Niedługo potem zjawia się trzech wykwintnych wędrowców ze wchodu. Być może to władcy z dalekich krajów, a może mędrcy o niespotykanej wiedzy, albo astrolodzy, których przywiodła tu gwiazda. Nikt tak naprawdę nie jest tego pewien. My znamy ich jako Trzech Króli o imionach Kacper, Melchior i Baltazar.

Teraźniejszość zespala się z przeszłością - św. Antoni z Padwy opowiada historię Bożego Narodzenia.
Pokłon pasterzy.
Trzej Królowie prowadzeni przez Gwiazdę Betlejemską.

Zbliża się północ, czas pasterki upamiętniającej oczekiwanie i modlitwę pasterzy przybyłych do Betlejem, którzy jako pierwsi złożyli hołd Dzieciątku Bożemu. Józef i Maryja z Dzieciątkiem, pasterze, Trzej Królowie i pozostali pielgrzymi przemieszczają się teraz do alwernijskiej świątyni.

Pasterka.
Rok 2011 zapisał się tragicznie dla tej niezwykłej świątyni. W jej wnętrzu wciąż widać skutki tragicznego pożaru, ale też niezwyczajną wolę i samozaparcie ludzi, którzy włożyli wiele trudu i wysiłku w usuwanie zniszczeń. To dzięki nim tegoroczna pasterka może się odbyć tam, gdzie co roku – we wnętrzu alwernijskiego kościoła. Oczywiście wiele jeszcze pozostało do zrobienia, a liczy się każda forma wsparcia, do którego zachęcamy.
[http://www.bernardyni-alwernia.pl/]


Misterium i pasterka to jeszcze nie koniec magicznej nocy na wzgórzu Podskale. Kościół pw. Stygmatów Św. Franciszka z Asyżu słynie w okolicy z ogromnej i przepięknej szopki. To do niej przenoszone jest misteryjne dzieciątko Jezus, byśmy przez najbliższe dni mogli wspomnieć tą cudowną noc. Chciałoby się, aby ta noc nigdy nie przemijała, ale przecież to już czas, by ciemność nocy ustępowała światłości dnia. Chcemy ją pozostawić na zawsze w pamięci, a Wam życzyć:
by tak jak niegdyś Betlejemska Gwiazda wskazywała drogę Mędrcom ze Wschodu,
taki dziś Wigilijna Gwiazda prowadziła i Was przez życiowe drogi,
omijając wszelkie niebezpieczeństwa, dając siłę i zdrowie, radość i miłość.
Jej blask niech towarzyszy w każdej Waszej wędrówce, byście nigdy nie zbłądzili ze szlaku.
Duch wigilijnego dobra i życzliwości niech niesie Was przez cały rok.

TRASA:
Przełęcz Rydza-Śmigłego (700 m n.p.m.) Mogielica (1171 m n.p.m.) Jurków

OPIS:
Przyroda już jest przygotowana na pierwszy śnieg, ale panujące dodatnie temperatury nie pozwalają by na dobre u nas zagościł. Jedynie w górach jest już biało, choć nie są to śniegi wybitnie zimowe. Narty wciąż leżą w szafie, gdzie czekają na godne siebie warunki. Nie jest to oczywiście powód, byśmy i my sami siedzieli w domowym zaciszu, czekając na sprzyjające warunki narciarskie. Piękna pogoda, słońce i wyjątkowo ciepła aura nie pozwala nam zastanawiać się co zrobić z wolnym czasem. Mogielica już od kilku miesięcy była w naszych planach.

Zdobyć ją chcemy z Przełęczy Rydza-Śmigłego położonej pomiędzy Łopieniem a Mogielicą na wysokości 700 m n.p.m. Przełęcz ta znana jest powszechnie również pod nazwą Chyszówki pochodzącą od nazwy znajdującej się na niej wsi Chyszówki.

Przełęcz Rydza-Śmigłego (700 m n.p.m.).

Przez przełęcz przebiega asfaltowa droga łącząca wieś z pobliskim Jurkowem, poprzez który Chyszówki łączą się komunikacyjnie z resztą świata. Na przełęczy, od strony Łopienia znajduje się kamienny obelisk z 1938 roku oraz krzyż. Postawiono je na pamiątkę walk Legionów Polskich w 1914 roku, dowodzonych przez Edwarda Rydza-Śmigłego (późniejszego marszałka Polski).

Z przełęczy otwierają się ładne widoki. W kierunku zachodnim na Ćwilin i Śnieżnicę, w kierunku południowo-wschodnim na Cichoń, Ostrą, Przełęcz Słopnicką. Z kolei na północnym wschodzie na pierwszym planie mamy rozłożysty stożek Świerczka, od którego na prawo wyłania się Pasmo Łososińskie i Kamionna. Pomiędzy wierzchołkami w dolinach kłębią się tabuny chmur, niczym napierający kozacki szwadron, który został tu zaskoczony podczas nocowania z 23 na 24 listopada 1914 roku i prawie w całości wzięty do niewoli przez legionistów Edwarda Rydza-Śmigłego. To wydarzenie upamiętniają wspomniany wcześniej obelisk i krzyż, stąd też wzięła się jedna z nazw przełęczy.

Pomiędzy wierzchołkami w dolinach kłębią się tabuny chmur.
Widok z przełęczy Rydza-Śmigłego w kierunku wschodnim.

Trzeba przyznać, iż Beskid Wyspowy już nas oczarowuje, choć jeszcze w drogę nie wyruszyliśmy. Obielone masywy górskie toną w majestatycznym kłębowisku chmur. Widok ten wzbudza niejednoznaczne uczucia. Z jednej strony poraża nieprzewidywalnością i potęgą natury, z drugiej oczarowuje swoją niepowtarzalnością i cudownością. Przełęcz Rydza-Śmigłego, czy też Chyszówki (jak zwał tak zwał) ogarnia nas magnetyzmem, ale w końcu trzeba się ocknąć i iść w górę, bo tam zapewne będziemy mieli również fascynujące plenery widokowe.

O godzinie 8.50 ruszamy na południe miejscami zaśnieżoną ścieżką. Prowadzą nas zielone znaki szlaku. Niedaleko od nas ścieżka niknie w gęstwinie lasu świerkowego. Zanim jednak schowa i nas w tym lesie wznosi się łagodnie pogłębiając widoki, które widzieliśmy wcześniej z siodła przełęczy. Po drugiej stronie przełęczy bardziej okazale prezentuje się Łopień, który wedle podań ludowych był kiedyś wielkoludem oraz mężem Mogielicy, zamienionym po śmierci w górę.

Mimo podmokłego śniegu droga jest wygodna i niezbyt męcząca. W lesie nasza droga uwalnia się od śniegu. Po niecałych 15 minutach docieramy na otwarty teren przysiółka Sarys. Przez chwilę idziemy dochodzącą tu drogą jezdną z Chyszówki. Mijamy kilka domów i idziemy pomiędzy polami, a otaczają nas znów ładne widoki, szczególnie na zachód, gdzie wznosi się Ćwilin i wystająca zza niego Śnieżnica. Za nami oczywiście widać partnera naszej Mogielicy, czyli Łopień. W dolinie oddzielającej nas od tych gór widać zabudowania Chyszówki. Nieco dalej, tuż pod stokami Ćwilina wypatrzeć można zabudowania Jurkowa, nad którym skraj lasu porastającego Ćwilin wskazuje na miejsce, w którym zakończymy wędrówkę.

Przysiółek Sarys. Widok w kierunku północnym na Łopień (951 m n.p.m.).
Za drzewem widoczna jest Śnieżnica (1006 m n.p.m.).

Przysiółek Sarys. Widok na zachód, gdzie wznosi się Ćwilin (1072 m n.p.m.), a za nim Śnieżnica.

W dali łatwo można wyodrębnić najwybitniejszy szczyt górski w Beskidzie Wyspowym – Luboń Wielki z charakterystyczną wieżą przekaźnika radiowo-telewizyjnego. Luboń Wielki choć jest najwybitniejszy w Beskidzie Wyspowym, to nie jest jednak najwyższym szczytem tego pasma, bo jest nim nasza Mogielica. Jej wierzchołek wciąż jest przed nami, ale wciąż jest niewidoczny. Przysłania go jeden z kilku odchodzących od niego grzbietów bocznych. Grzbiety te powodują, że Mogielica nie jest typowym wzniesieniem Beskidu Wyspowego, pojedynczym i odosobnionym niczym wyspa. Na prawo od miejsca, gdzie powinniśmy widzieć szczyt Mogielicy ciągnie sie chyba najdłuższy taki grzbiet, opadający do Jurkowa. Przejdziemy się nim jeszcze dziś schodząc z Mogielicy.

Przysiółek Sarys. Widok w kierunku zachodnim na Luboń Wielki (1022 m n.p.m.).

Droga robi się zimowa. Zasypana warstwą śniegu, ale uwaga: miejscami oblodzona. Jesteśmy na wysokości, na której mróz już dobrze trzyma. Pniemy się dalej w górę. Za ostatnim domem wchodzimy miedzy pola. Wkrótce otwierają się nam widoki na wschód, gdzie widać inny grzbiet opadający od wierzchołka Mogielicy. Za nim trochę bardziej na południe wznosi się Cichoń i Ostra. Po za nimi zachodnia panorama usłana jest wieloma niższymi wzniesieniami, a horyzont wieńczy niesamowite kłębowisko chmur pełzających po powierzchni ziemi. Kryją miejsce, gdzie kończy się Beskid Wyspowy a zaczyna Beskid Sądecki. Patrząc bardziej na północ mamy piękny widok na Pasmo Łososińskie. Jego szczyty w większości okrywają chmury, ale nie aż tak by nie móc ich wyodrębnić. Szczególne wspomnienia przynoszą nam niższe wzniesienia tego pasma: Miejska Góra o wysokości 716 m n.p.m. z ogromnym, 37-metrowy metalowym krzyżem górującym nad Limanową, sąsiadująca z Łysą Góra (781 m n.p.m.), która pamięta nasze narciarskie eskapady z ubiegłej zimy.


Północno-zachodnia panorama w kierunku Pasma Łososińskiego.

Polana Mocurka.


Stopniowo wokół naszej trasy zagęszczają się ładne, niskie świerki. O godzinie 9.25 wchodzimy w zwarty, ale niezbyt gęsty las. Regularnie nabieramy wysokości. Śniegu jest wyżej niż po kostki, ale wędrówka w dalszym ciągu nie sprawia większych trudności i nie wymaga dużego wysiłku. Pod stopami można wyczuć, że śnieg przykrywa kamienistą drogę. Niebawem przy szlaku spotykamy zahibernowanego mroźnym powietrzem komara.

O godzinie 9.40 przecinamy drogę jezdną. Chwilami ostrzej, a częściej łagodnie wspinamy się w górę. Po około 15 minutach od przecięcia drogi jezdnej las urozmaicają wysokie buki. Tu szlak ponownie przybiera na stromości. To sprawia, że za naszymi plecami, pomiędzy konarami drzew otwierają się ładne widoki. Przedłużenie ścieżki wskazuje wprost na Miejską Górę z krzyżem. Teraz dopiero uświadamiamy sobie, jak dużo nabraliśmy już wysokości. Szczytu jednak wciąż przed nami nie widać, tylko las.



Za naszymi plecami, pomiędzy konarami drzew otwierają się ładne widoki.

Widok na przedłużeniu ścieżki.
U samej góry widać krzyż na Miejskiej Górze wznoszącej się nad Limanową.


Polana Wyżnikówka tuż przed nami.

Za niedługo (około godziny 10.10) wchodzimy na dużą, grzbietową Polanę Wyżnikówkę. Tu daje o sobie znać mroźny wiatr. Polary wracają do łask. Przed nami w końcu widać szczyt Mogielicy zwieńczony wysoką wieżą widokową. Oślepiające światło słońca znajdującego nad Mogielicą uderza w nas, nie pozwalając zbyt długo patrzeć w jej kierunku. Jednak w pozostałych kierunkach polana kipi wspaniałymi widokami. Całe otoczenie faluje obielonymi szczytami, opadającymi w brązowo-brunatne doliny. Na północy widać stąd Łopień, na prawo od niego Pasmo Łososińskie, dalej Cichoń i Ostrą i wiele, wiele innych mniejszych wzniesień pomiędzy którymi przetaczają się bałwany białych chmur. Na południowym zachodzie mamy oczywiście Gorce, a za nimi Tatry kryjące się w poszarpanych obłokach. Bardziej na prawo, w dali widać swoisty masyw Babiej Góry, a przed nią nieco po prawej pasmo Policy. Obracając wzrok dalej w prawo spotkamy się z Luboniem Wielkim, napotkamy Ostrą, Ogorzałą, Szczebel, Zembalową. Na zachodzie widać Lubogoszcz, przysłonięty pobliskim Ćwilinem. Bardziej na północy znajduje się znana nam już Śnieżnica. Pomiędzy Ćwilinem a Śnieżnicą wypatrzeć można Lubomira i Łysinę.

Grzbietowa Polana Wyżnikówka.



Polana Wyżnikówka kipi wspaniałymi widokami.

Na Polanie Wyżnikówka.

Na Polanie Wyżnikówka oślepiające światło słońca znajdującego nad Mogielicą uderza w nas,
nie pozwalając zbyt długo patrzeć w jej kierunku.

Zbliżenie na wieżę widokową na Mogielicy.

W kierunku Babiej Góry i Lubonia Wielkiego (widok z Polany Wyżnikówka).

W kierunku wschodnim (widok z Polany Wyżnikówka).


Panorama zachodnia z Polany Wyżnikówka.

Panorama wschodnia z Polany Wyżnikówka.

Pod drugiej stronie polany Wyżnikówka wchodzimy w las. Przed nami ostatnie ostrzejsze podejście na stożkowaty wierzchołek Mogielicy. To za sprawą takiego kształtu miejscowi nazywają wierzchołek Mogielicy Kopą.

W lesie, którym wędrujemy znów zaczynają przeważać świerki, ale są to okazy skarlałe, bardziej odporne na surowsze warunki panujące na tej wysokości. Jest to jedyny w całym Beskidzie Wyspowym fragment lasu świerkowego regla górnego. Pochłonięci zdobywaniem ostatnich metrów, jakoś przeoczyliśmy skalny stół, na którym zbójnicy podobno dzielili się łupami. Niebawem dochodzi do nas niebieski szlak z Jurkowa i zaraz potem osiągamy szczyt Mogielicy (1171 m n.p.m.). O godzinie 10.40, po blisko dwugodzinnej wędrówce stajemy na wierzchołku najwyższej góry Beskidu Wyspowego, ale to nie koniec zdobywania wysokości.

Szczyt Mogielicy (1171 m n.p.m.).

Wierzchołek Mogielicy jest całkowicie zalesiony, a więc pozbawiony też jakichkolwiek widoków. Jednak dzięki zbudowanej tu w 2008 roku drewnianej wieży widokowej możemy wznieść się jeszcze wyżej, o dodatkowe 20 metrów w górę, dzięki czemu znajdziemy się ponad koroną drzew. Trzeba tylko nieco odwagi i uwagi, bo wejście na tą wieżę prowadzi stromymi stopniami, które w obecnych warunkach są mocno oblodzone. Na górze wieje oczywiście dość silny wiatr. Wydaje się, że mógłby powalić wąską i wysoką wieżę, ale zachwycająca, dookólna panorama sprawia, że człowiek nie ma czasu myśleć o strachu. Wiatr dokucza bardziej swoją mroźnością. Nie dałoby się tutaj dzisiaj długo stać, gdyby nie ciepłe rękawice, czapka i kaptur na głowie oraz wysoki kołnierz chroniący szyję.

Drewniana wieża widokowa na Mogielicy.

Na górę prowadzą bardzo strome stopnie.

Widoki z wieży widokowej.

Ale wróćmy do nieziemskich stąd widoków. Właściwie jego fragmenty już opisywaliśmy podczas podchodzenia zbocza Mogielicy, tyle tylko, że są stąd znacznie bardziej rozległe. I chyba nawet południowe zachmurzenie nie skraca tej panoramy, aczkolwiek tatrzańskie szczyty ewidentnie giną w kłębach chmur. Tatry wyglądają jakby płonęły bielą. Bez trudności można jednak wyodrębnić ich szczyty znajdujące się na pierwszej linii, szczególnie te niższe, których sylwetki widać w całej okazałości, znane i charakterystyczne, jak np. Giewont, czy Czerwone Wierchy.

Fragment pasa Tatr. Nieco na prawo widać powszechnie znany kształt - grzbiet Giewontu, powyżej niego wznoszą się Czerwone Wierchy.

Fragment pasa Tatr. Nieco na prawo widać powszechnie znany kształt - grzbiet Giewontu,
powyżej niego wznoszą się Czerwone Wierchy.

Ćwilin, a za nim Śnieżnica.

Pasmo Łososińskie.

Widok na północ. Z prawej widać zachodni koniec grzbietu Pasma Łososińskiego.
Gdzieś przed nim pod chmurami ukryta jest Limanowa.

W pozostałych kierunkach mamy krajobrazowe szaleństwo, nieprawdopodobny spektakl rozgrywający się pomiędzy szczytami, rozdzielonymi cienistymi dolinami i przełęczami. Wiele z tych dolin i przełęczy przykrywa poszarpana mgła, a w niektórych widać wzburzone obłoki, choć tak naprawdę tkwią w dolinach dość nieruchomo, tworząc wybujałe formy, które zwykliśmy spotykać tylko na sklepieniu niebieskim. Jak tu nie uwierzyć, że to nie sen. Można bez końca przecierać oczy, ale wciąż to co widzimy wydaje się snem na jawie. To jakbyśmy znaleźli się na jakimś do tej pory nieodkrytym nieziemskim bezkresie. Beskid Wyspowy potrafi zaskoczyć.

Widok w kierunku Sądecczyzny.

Babia Góra (słow. Babia hora, węg. Babia gura, niem. Teufelspitze), 1725 m n.p.m.

Widok w kierunku wschodnich krańców Gorców. Z prawej najwyższe wzniesienie to Gorc (1228 m n.p.m.).

Polana Stumorgi - największa z polan na Mogielicy położona na południowo-zachodnim grzbiecie.



Szczyt Mogielicy to również miejsce naszego odpoczynku i to dłuższego niż zwykle, bo dnia mamy jeszcze wiele przed sobą. Kilkadziesiąt metrów na południowy wschód od wierzchołka znajduje się ładny punkt widokowy. Niewielka polanka, załamująca się w dół stromym zboczem. Ludowe przekazy mówią, że w dawnych czasach zrzucano z niej zwłoki samobójców, kiedy to Kościół zabraniał ich pochówku na poświęconym cmentarzu. Dziś na skraju tej polanki stoi od 2004 krzyż o kształcie pastorału Jana Pawła II, ufundowany w 50-rocznicę pobytu Karola Wojtyły na Mogielicy. Metalowa tabliczka pod tym krzyżem głosi jego słowa:
„Wobec piękna gór czuję, że On jest... i wtedy zaczynam się modlić”.



Polanka podszczytowa na Mogielicy z krzyżem w kształcie pastorału Jana Pawła II.

Widok w kierunku doliny Kamienicy.

Wielki Wierch, 1007 m n.p.m. (w punkcie centralnym), a za nim Gorc (1228 m n.p.m.).

Turbacz widziany z polanki pod szczytem Mogielicy.
Na lewo od szczytu Turbacza widoczne jest schronisko PTTK.

Panorama na południe i zachód z polanki pod szczytem Mogielicy.

O godzinie 12.40 wracamy na szczyt Mogielicy, a z niego niebieskimi znakami rozpoczynamy zejście. Początkowo prowadzą nas wspólnie z zielonymi, które wiodły nas na szczyt, ale po kilku minutach szlaki te rozwidlają się. Od tego miejsca niebieskie znaki prowadzą nas na dość stromo, by nie powiedzieć karkołomnie przez leśne zbocze. Właściwie nie schodzimy, a ześlizgujemy się, czasem z podpórką. Pod warstwą śniegu daje się wyczuwać kamienista ścieżka. Jest wesoło, ale trzeba uważać, by nie skręcić nogi. Po około 10 minutach osiągamy poprzecznie biegnącą ścieżkę, na której skręcamy w prawo.

Na rozwidleniu szlaków.

Strome zejście z Mogielicy.

Teraz już bardzo łagodnie i wygodnie maszerujemy pośród młodych bukowych drzew. Po parunastu minutach szlak zakręca nieco na lewo opadając bardziej stromo, ale zaraz potem przy mijanej kapliczce znów łagodnieje. O godzinie 13.20 pojawia się przed nami leśna droga jezdna. Szlak ku niej dość stromo opada. Zaraz po przekroczeniu tej drogi wchodzimy na położoną na wysokości ok. 740-860 m n.p.m. Polanę Cyrla. Śnieg na tej wysokości wyraźnie już ustępuje. Na naszej drodze pojawia się błoto.

Na grzbiecie odchodzącym od szczytu szlak łagodnieje. Mijamy kapliczkę.

Pośród młodych bukowych drzew.

Leśna droga jezdna.

Szlak przez chwilę dość stromo opada ku przebiegającej w poprzek drodze.

Polana Cyrla położona na wysokości ok. 740-860 m n.p.m.

Widok z Polany Cyrla w kierunku zachodnim. Z prawej widać opadające zbocze Ćwilina.

Polana Wyżnikówka widziana z Polany Cyrla.

Przed godziną 14.00 zaczynamy wchodzić na pola i łąki, poniżej nich w dolinie rozciąga się wioska Jurków, za którą wznosi się Ćwilin, a dalej za nim Śnieżnica. Wkrótce też po prawej uwidaczniają się nam zachodnie zbocza Łopienia. Krajobraz ten rozświetlają jaskrawe promienie słońca. Wśród zabudowań Jurkowa wybija się drewniany kościół pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy z 1913 roku.

Panorama na Jurków.
Jurków. Kościół pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy z 1913 roku.

O godzinie 14.10 wchodzimy na wąską asfaltową drogę, która prowadzi nas przez wieś. Szlak doprowadza nas do brzegu rzeki Łososinki, zwana tutaj przez miejscowych Jurkówką. Przechodzimy mostem nad potokiem Chyszówka, który zasila Jurkówkę. Tuż za mostem po prawej mamy stylową Karczmę „Baranówkę”, do które rzecz jasna wstępujemy. To świetne miejsce na odpoczynek przy kominku i kufelku złocistego. Podczas wielodniowych wypadów karczma ta może okazać się również świetną bazą noclegową.

Karczma „Baranówka”.

Kończymy wyjątkowo krótką, jak na górską wycieczkę, ale niezwykle urzekającą i owocującą kolejnym szczytem zaliczanym do Korony Gór Polski. Była to dość lekka wyprawa, ale nie dajmy się zwieść. Naszemu mniemaniu łatwości dopomógł zapewne wysoki punkt rozpoczęcia wędrówki – przełęcz położona na wysokości 700 m n.p.m. Wędrówka po najwyższych szczytach Beskidu Wyspowego, zazwyczaj nie jest taka łatwa, bo nawet niedługie trasy będą wymagać dużo większego wysiłku, szlaki często pokonują tu duże przewyższenia na stosunkowo niedługich odcinkach. Jednak warto przyjechać, by oddać się romantycznemu uniesieniu na jednym z tutejszych szczytów, a być może akurat wtedy będziemy mieli szczęście zobaczyć niezwykłe „morze mgieł” - zjawisko charakterystyczne dla Beskidu Wyspowego.


Translator

Info

Licencja Creative Commons Gdy nie jest to inaczej sprecyzowane pod konkretnym materiałem, to:
Publikowane na blogu materiały można wykorzystać na warunkach licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie materiałów publikowanych na niniejszym blogu i jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o twórcy i adresu internetowego bloga. Pozwala się na wykorzystanie tych materiałów w innych dziełach pod warunkiem udostępniania ich na tej samej licencji.

Kuferek

Hej wędrowcze, właśnie otworzyłeś malutki skarbczyk.
Nie jest on drogocenny, ale nie wykluczone, że znajdziesz w nim coś
co może Ci się przydać.

Kolekcje

Wędrowanie po znanych i nieznanych szlakach to ogrom niesamowitych wrażeń i emocji. Z każdą zakończoną wędrówką wiąże się tęsknota i czar wspomnień. Odczucia takie towarzyszą nam od samego początku przygody, wyzwalając potrzebę zachowania przeżyć, nie tylko w ulotnej pamięci ludzkiej, ale również w formie bardziej trwałej, w postaci fotografii, opisów, dzienniczków przebytych tras, odwiedzonych miejsc, czy zdobytych szczytów. Utrwalanie to jest również okazją do usystematyzowania turystycznych poczynań wg różnych kryteriów - zdobytych koron gór, przebytych szlaków, itp.

Napisz do nas