Już w XIX wieku zwano ją Królową Beskidów i to niezupełnie za jej wysokość, nie ona determinuje tej tytuł choć wysokości jej nie brakuje. Chylimy nisko czoła przed jej wysokością by zdobyć jej względy i dotrzeć dzięki jej łaskawości na sam szczyt. Nie jest łatwo ją zdobyć, bo też nie zawsze jest dostępna, a nierzadko miewa kapryśne humory, może nawet złośliwości, co sprawia, że bywa zwana Matką Niepogód i bynajmniej nie jest to określenie wynikające ze złośliwości tych, co pragną ją zdobyć, lecz raczej z szacunku do sił przyrody, z którymi ona obcuje, a które dla zwyczajnego śmiertelnika bywają śmiertelne. Jej potęga jest nieposkromiona. Z jednej strony czaruje pięknem swego majestatu, ale też potrafi być iście bezwzględna i surowa. Jest w tym względzie niezwykle wybitna i nie ma równych w okolicy. Góruje ponad sąsiedztwem dzięki swojej wybitności. To ona czyni z niej Królową i to ona sprawia, że każdy chyli przed nią nisko czoło, gdy podąża na jej szczyt. A zaprawdę wielbicieli ma ogromne rzesze. Co dzień stają u jej stóp, nawet w czasie największych niepogód, narażając się na jej kaprysy, bo ma mnóstwo miłośników zauroczonych jej pięknem, darzących ją niegasnącym sentymentem. Niektórzy z nich (i zdaje się nie jest to diagnoza sprecyzowana na wyrost) to śmiałkowie uzależnieni, albo ogarnięci nieuleczalną chorobą.

TRASA:
Zawoja Markowe Schronisko PTTK na Markowych Szczawinach (1180 m n.p.m.) Przełęcz Brona, słow. Brána (1408 m n.p.m.) Kościółki (1620 m n.p.m.) Babia Góra, słow. Babia hora (1725 m n.p.m.) Kościółki (1620 m n.p.m.) Przełęcz Brona, słow. Brána (1408 m n.p.m.) Schronisko PTTK na Markowych Szczawinach (1180 m n.p.m.) Zawoja Markowe

OPIS:
Jakimi malućkimi stworzeniami jesteśmy stając u stóp jej dostojeństwa wznoszącego się 1725 metrów ponad poziom morza. To czuje się patrząc na nią od wschodu, czy zachodu, południa lub północy. Nawet jadąc Zakopianką w Tatry przychodzi taki moment, że przestajemy myśleć o Tatrach i magnetycznie kierujemy wzrok na zachód, gdzie po raz wtóry widzimy to samo, ten sam widok, ale za każdym razem równie pociągający i zadziwiający. Gdy czasem zdarzy się, że widok ten zasłaniają chmury lub mgła ogarnia nas wewnętrzne rozgoryczenie i mamy wtedy ochotę napisać list, a raczej zażalenie do Matki Natury.

Gdy nasz bus wjechał do doliny Skawicy, na zewnątrz panował jeszcze półmrok, ale nie mogliśmy już dłużej drzemać. Narastało w nas podekscytowanie, że oto za niedługo ruszymy na Królową Beskidów. Myśl, że nigdy jeszcze tego nie robiliśmy zimą zwielokrotniała emocje. Czuliśmy, że Babia Góra będzie nam sprzyjała dzisiaj, bo od kilku dni śledziliśmy prognozy, a te niezmiennie wskazywały na cudowne okienko pogodowe, zarówno dzisiejszego dnia, jak również wczorajszego i jutrzejszego. Ten wczorajszy i jutrzejszy dzień, to nasz margines bezpieczeństwa, że Matka Niepogód niezmiennie stabilną i przyjazną dzisiaj dla nas będzie.

Jest kilka minut po ósmej. Błękit czystego nieba promieniście jaśnieje. Słońce już wstało, lecz na Markowe, jak i na całą Zawoję zapadniętą pośród silnie zalesionych wzniesień zapada cień. Od południa słońce przysłania właśnie potężna Królowa Beskidów i można odnieść wrażenie, że promienie słońca nie zagoszczą tutaj ani przez moment. Niewykluczone, że w odniesieniu do osiedla Markowe autentycznie tak jest o tej porze roku. Słońce ledwie parę dni temu zaczęło dopiero skracać czas ciemności. Minie jeszcze sporo dni, aby wzeszło na tyle wysoko nad horyzontem, by jego promienie przeszły ponad górskim masywem i dotarły tutaj. Cień wielkiej góry zatrzymuje przenikliwy chłód nocy.

Podbiega do nas psiak, z pięknym, obfitym futrem w kolorze kości słoniowej, z delikatnym rudziejącym przebłyskiem. Zachowuje się jakby spodziewał się nas. Z zadowoleniem merda ogonem, kluczy między nami podnosząc głowę, jakby oczekując na komendę wymarszu. Nie wygląda na przybłędę, choć nie wiemy jak się zwie, ani tego skąd się tu wziął. Szybko jednak nawiązuje się między nami nić sympatii i to raczej pomostem telepatii, a nie wypowiadanym słowem. Próbujemy ignorować jego przyjacielskie nastawienie jako towarzysza wędrówki, ale ten nie odstępuje na krok. Rusza z nami. Czasem odbiegnie niczym zwiadowca do przodu, ale gdy się za bardzo zagalopuje wnet wraca i kroczy przy nas. Niekiedy wskoczy w biały puch przy drodze, a związku z tym, iż nie jest psem zbyt dużym musi skakać jak zając, aby wydostać się z niego z powrotem na drogę. Jakby clown próbujący nas rozbawić, czy dziecko uradowane pierwszym śniegiem raptem tarza się w białym puchu. Rozbryzguje puch niczym wodę podczas kąpieli. Tudzież zatrzymuje się pod drzewem unosząc głowę i wpatrując się wysoko ku nagiej koronie. Lekko podenerwowany zaczyna krążyć wokół, ale nie spuszczając oka z ciemno ubarwionej wiewiórki, która zastygła nieruchomo na konarze. Wiewiórka ani drgnie, a pies chciałby podgryźć drzewo jak bóbr. Trwa to jednak krótką chwilę, bo bezimienny psiak szybko orientuje się, że my idziemy dalej, a więc on też podąża za nami.

Psiak, towarzysz wędrówki.
Psiak, towarzysz wędrówki.

Wkrótce za mostkiem nad potokiem schodzimy z drogi i zaczynamy wspinać się ostrzej po stoku na boczny grzbiecik odchodzący od masywu. Dalej ścieżką, częściowo po kamiennych stopniach, których do końca nie pokrył jeszcze śnieg nabieramy wysokości. W lecie, kiedy korona drzew i leśne runo są bogate tak dobrze tego nie widać. Zimą las staje się bardziej przejrzysty i pomiędzy drzewami dojrzeć można Mosorny Groń i Cyl Hali śmietanowej leżące w Paśmie Policy. Z drugiej strony grzbietu w prześwitach widoczne są północne stoki Małej Babiej Góry. W końcu wchodzimy na niewielkie wypłaszczenie z polanką i mamy widok na królewski grzbiet Babiej Góry.

Wchodzimy w strefę, gdzie wszystkie szlaki po północnej stronie stoków masywu zbiegają się. Jesteśmy już kilka kroków od schroniska na Markowych Szczawinach, gdzie schodzą się drogi turystów zmierzających na szczyt Babiej Góry, jak też schodzących z niego. O godzinie 9.30 wchodzimy na niewielką polanę ze schroniskiem. Ciągnie dalej w górę, ale miałby to być dzień bez kawy…

Grzbiet z bukowym lasem.
Grzbiet z bukowym lasem.

Coś tam wypatrzył.
Coś tam wypatrzył.

Markowe Szczawiny - jedna z polan i pierwszy widok na Babią Górę.
Markowe Szczawiny - jedna z polan i pierwszy widok na Babią Górę.

Wchodzimy do schroniska. Jest tłoczno, wszak piękna pogoda przyciąga, ale też ostatni dzień 2016 roku. Pokoi nie ma już wolnych. W kuchni przez okienko widzimy znajomą Kasię, jedną z sympatycznych gospodyń w tutejszym schronisku - znajomość zawiązaną podczas wcześniejszych wędrówek. Witamy ją wpierw uśmiechem. – No coście nie byli tu tak długo, chyba ze trzy lata was nie było – niemal nakrzyczała na nas w pierwszych słowach. Nie zapomniała nas, choć od ostatniego spotkania minęły nie trzy, ale tak naprawdę aż cztery lata. To nie do uwierzenia. Praca w schronisku to niełatwy chleb, a Kasia niezmordowanie pracuje tu wciąż. Faktycznie tak długo nie gościliśmy na Markowych Szczawinach. Włóczyliśmy się po Babiej Górze przez ten czas, ale nasze szlaki nie sprowadzały nas do schroniska na Markowych Szczawinach. Prowadziły po południowej stronie grzbietu. Dawno nie widzieliśmy się, ale obiecujemy, że tego roku będziemy jeszcze raz. – Nie, nie w tym roku to już nie możliwe, nie zdążycie zaglądnąć do nas bo przecież mamy ostatni dzień roku – powiada. – Zdążymy, bo zrobimy to jeszcze dzisiaj, w drodze powrotnej - zaglądniemy na obiad.

Zazwyczaj w schroniskach kosztujemy szarlotki, ale tym razem decydujemy się na puszysty sernik… Można by go nazwać po prostu: „mniam, mniam”. Smakowite ciasto przepijamy kawą. Pytamy o drożność szlaku i śnieg. – Śnieg jest - odpowiada nam Kasia - po raz pierwszy od kilku lat w sylwestra Babia Góra pokryła się śniegiem, aczkolwiek nie ma go tak dużo jak dawniej. W ostatnich latach duży śnieg przychodzi później, po Nowym Roku. O godzinie 10.05 zwalniamy stolik kolejnemu zespołowi turystów. Ruszamy w górę, na Przełęcz Brona.

Schronisko na Markowych Szczawinach.
Schronisko na Markowych Szczawinach.

Przed nami duże, choć krótkie odcinki stromości. Na tych stromościach jest troszkę wyślizgany śnieg, bo ludzie zjeżdżają po nim na tyłkach, ale w gruncie dość miękki i protektor buta dobrze się w niego wbija. Można pokonać podejście bez zakładania raczków. Pod przełęczą jest niewielki nawis śniegu. Zawsze taki tworzy się w tym miejscu. Dotąd wędrowaliśmy w cieniu, bo promienie przemykały wysoko ponad nami odbijane od rozbielonego grzbietu masywu Babiej Góry. Wchodzimy w strefę silnego zimowego słońca, strefę olśniewającej jasności. Promienie słońca odbijające się od śniegu porażają przez chwilę oczy. Musimy przywyknąć. Może przydałyby się ciemne okulary, których niestety nie mamy.

Pod Przełęczą Brona.
Pod Przełęczą Brona.

Stok po wschodniej stronie.
Stok po wschodniej stronie.

Przełęcz Brona, słow. Brána (1408 m n.p.m.).
Przełęcz Brona, słow. Brána (1408 m n.p.m.).

Na Przełęczy Brona jest taras widokowy obarierowany ponad nawisem śnieżnym z panoramą na północ, gdzie w dolinie pomiędzy masywami Jałowca i Policy ciągnie się wieś Zawoja. To wieś z wołoskim rodowodem, bo jej nazwa wywodzi od dacko-rumuńskiego słowa „zavoiu”, które oznacza podmokły las nad urwistym zakolem rzeki. Być może, jak przypuszcza się, osada w dolinie Skawicy wytworzyła się jeszcze wcześniej, zanim przybyli na te tereny pasterze wołoscy. Zabudowania Zawoi porozrzucane są tu i tam na stokach. To największa pod względem obszaru wieś w Polsce - zajmuje ponad 100 km². Jest też jedną z najdłuższych wsi w Polsce - jej zabudowania rozciągają się przez około 18 km długości. Właściwie to Zawoja jest drugą w rankingu najdłuższych wsi w Polsce, po Ochotnicy, która liczy sobie 25 km długości.

Widok na Pasmo Jałowieckie i Beskid Makowski z Przełęczy Brona.
Widok na Pasmo Jałowieckie i Beskid Makowski z Przełęczy Brona.

Turyści z Przełęczy Brona (1408 m n.p.m.) deptają szlak albo na zachód wspinając się na Małą Babią Górę, albo na wschód na Diablak. Diablak, który stanowi najwyżej położoną kulminację, bardziej przyciąga i także śnieżny szlak jest bardziej wydeptany. Śnieżna dróżka niknie między ośnieżonymi choinkami. Ostre słońce niewiele wyniesione ponad wierzchołkami świerków wygląda do nas. Podążamy w stronę słońca. Po soczystym błękicie przelatuje samolot. Pozostawia za sobą krechę chmury kondensacyjnej. Mknie po sklepieniu niczym asteroida, która dostała się w obszar atmosfery ziemskiej. Niebawem znad Pilska pojawia się kolejny skrzydlaty. Przelatują bardzo wysoko, nie zagłuszając w ogóle panującej ciszy na grzebiecie góry. Nawet wiatr nie świszczy, co jest bardzo dziwne na tej górze, bo góra lubi wiatr i żyje z nim w komitywie. Wiatr jest częstym gościem Babiej Góry. Zdradzają to świerkowe choiny pokryte lodowym pióropuszem ukształtowanym jego porywami. Świerkowy lasek rozrzedza się wkrótce, a w jego miejsce pojawiają się kępy kosodrzewiny i jarzębinowe krzaczki, z czerwonymi gronami skutymi szklistym lodem. Lód niczym szkliwo pokrywa również gałązki, które w blasku słońca zdają się wydawać z siebie neonowe światło.

Przełęcz Brona.
Przełęcz Brona.

W blasku słońca gałązki zdają się wydawać z siebie neonowe światło.
W blasku słońca gałązki zdają się wydawać z siebie neonowe światło.

Krzaczasta jarzębina skuta szklistym lodem.
Krzaczasta jarzębina skuta szklistym lodem.

Słońce schowało się za górę.
Słońce schowało się za górę.

Kominy wystające ze smogu.
Kominy wystające ze smogu.

Przed nami stromszy fragment wyprowadzający ponad urwisko Kościółków. Słońce znika nam za unoszącym się stromo podejściem. Nieduże świerki rosną tu raczej skupione w grupki, bo w grupie łatwiej przetrwać surowe warunki, czy oprzeć się wiatrom. Są jak ludki, które zastygły dziwacznie powyginane, jak w jakimś balecie, w którym tancerze utkwili w pozach zaprzeczających prawom fizyki. Ubrane przez kostiumerkę zwaną zimą, w misternie utkane strojne odzienie. Lodowe ludki tkwią w zupełnym bezruchu, głaskane promieniami słońca. Żar słoneczny nie jest jednak w stanie przełamać chłodu, który utrzymuję tą krainę w bieli.

Strome podejście na Kościółki.
Strome podejście na Kościółki.

Lodowe ludki.
Lodowe ludki.

Zastygły dziwacznie powyginane, jak w jakimś balecie.
Zastygły dziwacznie powyginane, jak w jakimś balecie.

Wchodzimy na szczyty Kościółków, których północno-wschodnie stoki opadają urwiskiem do Kamiennej Dolinki. Powstało ono kilka tysięcy lat temu w wyniku potężnego obrywu skalnego. Miejscowe podania mówią o miasteczku lub wsi, która zapadła się wraz z kościołem w głąb ziemi za grzechy mieszkańców. Od tamtego czasu podobno można czasem usłyszeć w tym miejscu dobywający się spod ziemi odgłos dzwonów kościelnych. Ponoć też niekiedy pokazują się tu szczyty wież kościelnych, które próbują wydostać się na powierzchnię. Jeśli to prawda, to być może wieże te kryją się pod dwoma lokalnymi wypiętrzeniami grzbietu, rozdzielonymi tzw. Siodłem Kościółków. Te wypiętrzenia to Kościółek Zachodni (1620 m n.p.m.) i Kościółek Wschodni (1615 m n.p.m.), który ma formę niewielkiego garbu wysuniętego nieco na północ od grani.

Z Kościółków widać wyraźnie wypiętrzoną kopulę Diablaka, na grzebiecie wyginającym się łukiem na lewo, w kierunku pasma Policy widocznego na północnym wschodzie. Tamże przez korytarz między masywami Babiej Góry i Policy widoczne są pojedyncze wzniesienia rozdzielone głębokimi dolinami - wspaniałe Beskidzkie Wyspy, zdaje się, że prawie wszystkie: Luboń Wielki, Szczebel, Śnieżnica, Ćwilin, Mogielica i wiele innych. Kraina gór nietypowych i jakże wdzięcznych - Beskid Wyspowy, który urzeka odwiedzających, choć jego szczyty nie sięgają takich wysokości, do jakich sięga wyniosła Babia Góra.

Z Kościółków widać wypiętrzoną kopulę Diablaka.
Z Kościółków widać wypiętrzoną kopulę Diablaka.

W głębi widoczny Beskid Wyspowy.
W głębi widoczny Beskid Wyspowy.

Mogielica.
Mogielica.

Tarcza słoneczna wyłania się zza garbu.
Tarcza słoneczna wyłania się zza garbu.

Pasmo Policy.
Pasmo Policy.

Oblodzone krzewy.
Są jak tancerze tkwiący w pozach zaprzeczającym prawom fizyki.

Oblodzone krzewy.
Tkwią w bezruchu, głaskane promieniami słońca.

Beskid Mały.
Beskid Mały.

Lanckorońska Góra.
Lanckorońska Góra.

Przed Kościółkiem Zachodnim.
Przed Kościółkiem Zachodnim.

Kościółki.
Kościółki i Diablak (z lewej).

Widok z Kościółków w kierunku Małej Babiej Góry.
Widok z Kościółków w kierunku Małej Babiej Góry.

Biała pustynia.
Biała pustynia.

Zaraz za Kościółkami mamy Lodową Przełęcz (1606 m n.p.m.), zwaną też Zimną Przełęczą. Może to zbieg okoliczności, albo i nie, ale zaczyna powiewać chłodny wiatr. Zimna bryza, która nie jest w stanie nic poruszyć z tego zastygłego świata. Wygląda jak bezkreśnie zlodowaciała kraina, białe morze z odblaskiem nisko wiszącego słońca. Z naszej perspektywy lodowa powierzchnia przechodzi łagodnie w morze mgieł porywające Orawę i Podhale. Morze mgieł rozpłynęło się między Babią Górą i grzebieniem strzelistych Tatr. Snuje się w kotlinie jak pustynny piasek. Z osłupieniem spoglądamy na tą nieziemską panoramę, jakbyśmy takie coś widzieli po raz pierwszy w życiu. Nie mamy pewności czy kiedykolwiek widzieliśmy już coś takiego. To jest tak, jak po przebudzeniu ze snu, który wydaje się o czymś, co kiedyś nam się już zdarzyło, lecz nie mamy pewności, czy w tym życiu, a może w innym o którego obrazy pamięta nasza podświadomość. Jak ogarnąć te dziwy ludzkim umysłem?

Dróżka łagodnie wiedzie w górę grzbietu. Dobrze się idzie po wydeptanej ścieżce. Śnieżna pokrywa raczej nie ma więcej niż metr grubości. Przykrywa całą niską kosodrzewiną, jaka w tym miejscu występuje. Sprawia wrażenie twardej, ale to tylko skorupa, która pęka jak kra pod wpływem odpowiednio dużego nacisku. Stawiając po niej kroki można poczuć się jakbyśmy maszerowali po powierzchni zamarzniętego morza. Gdy kra załamie się pod naszym ciężarem wpadamy wówczas po pas.

Kościółki.
Kościółki.

Zbliżamy się do niewielkiego podejścia na Pośredni Grzbiet, wznoszący się od Lodowej Przełęczy po rumowisko skalne znajdujące się pod kopułą Diablaka. Tymczasem z naprzeciwka podąża psiak, którego poznaliśmy na początku tej wędrówki. Nie czekał na nas pod schroniskiem, ale znalazł sobie innych towarzyszy, z którymi podążył na szczyt góry. Teraz wraca zadowolony. Chcieliśmy my powiedzieć chociaż „Cześć”, ale przebiegł nie zatrzymując się. My zaś wciąż do góry, ale już niedługo.

Na południowym wschodzie mamy wspaniałe wypiętrzenia gór słowackich. Imponujący Wielki Chocz (słow. Veľký Choč; 1608 m n.p.m.) kulminacja Grupy Wielkiego Chocza i najwyższy szczyt całych Gór Choczańskich. Pasmo Małej Fatry (słow. Malá Fatra) z wyraźnie rozpoznawalną częścią Mały Fatry Luczańskiej i Małej Fatry Krywańskiej. W dali mamy też rzadkość widoczną przy naprawdę sprzyjających warunkach: Beskid Śląsko-Morawski leżący już w Czechach z wyróżniającą się najwyższą kulminacją tego pasma Łysą Górą (czes. Lysá hora; 1324 m n.p.m.).

W kierunku Małej Fatry.
W kierunku Małej Fatry.

Masyw Pilska.
Masyw Pilska. Z prawej widać fragment Beskidu Śląskiego.

Lysá hora (1324 m n.p.m.) w Beskidzie Śląsko-Morawskim.
Łysa Góra (czes. Lysá hora; 1324 m n.p.m.) w Beskidzie Śląsko-Morawskim.

Wielki Chocz (słow. Veľký Choč, 1608 m n.p.m.) w Górach Choczańskich.
Wielki Chocz (słow. Veľký Choč; 1608 m n.p.m.) w Górach Choczańskich.

Mała Fatra.
Mała Fatra.

Widok na masyw Pilska i Beskid Śląski.
Widok na masyw Pilska i Beskid Śląski.

Przed Lodową Przełęczą.
Przed Lodową Przełęczą.

Południowy stok Babiej Góry.
Jak zamarznięte morze.

Wśród zamarzniętych świerków.
Wśród zamarzniętych świerków.

Zastygłe w lodzie.
Zastygłe w lodzie.

Tuż przed kopułą Diablaka, u stóp rumowiska skał warstwa śniegu jest cienka. Pod nim znajduje się lodowy granulat wielkości 1-2 cm, zbity i sklejony. Czyżby była to pozostałość gradu? Wciąż jednak można iść bez raków. Śniegowce dobrze trzymają na miałkiej warstwie śniegu pokrywającej zlodowaciały rumosz. Wąskimi zakosami, tak samo jak w lecie, choć może niezupełnie takimi samymi drogami wchodzimy na kopułę szczytową.

Godzina 12.00. Kulminacja Babiej Góry - Diablak sięgający 1725 m n.p.m. Zatrzymujemy się właśnie w tym miejscy, pod tabliczką szczytową uczepioną do drewnianego słupka, który podtrzymuje nie tylko tą tabliczkę, nie tylko drogowskazy, ale przed wszystkim lodowy kapelusz. Ustawia się do niego kolejka. Każdy chce sobie zrobić przy nim zdjęcie. Na szczycie dominują Ślązacy z Pszowa i Redułtowego oraz Słowacy.

Przed kopułą szczytu Diablaka.
Przed kopułą szczytu Diablaka.

Lodowy granulat.
Lodowy granulat.

Kopuła Diablaka.
Kopuła Diablaka.

Panorama Tatr z Pośredniego Grzbietu.
Panorama Tatr z Pośredniego Grzbietu.

Widok na Orawę.
Widok na Orawę.

Babia Góra, słow. Babia hora (1725 m n.p.m.).
Babia Góra, słow. Babia hora (1725 m n.p.m.).

Horyzont północny jest wyraźnie inny od południowego. Na północy osiadł gesty smog. Kryje doliny i zasłania dal. Na południu nie widać go wcale. Tam widnokrąg kończą góry, które łączą się ze sklepieniem niebieskim. Jakże pięknie widać rozciągłość tatrzańskiego grzebienia.

Zasiadamy na szczycie po słowackiej stronie, obok jednego ze słupków granicznych. Spoglądamy na Orawę i taflę Jeziora Orawskiego odbijającego promienie słoneczne, jakby było lustrem. Gdy przeglądasz się w lustrze dostrzegasz, że czas idzie do przodu, umyka i nie można go zatrzymać. Zastanawiasz się co robiłeś przez ten czas, a co można było zrobić inaczej. W perspektywy minionego czasu jesteś mądrzejszy – wartość ma to co zostaje w sercu, a nie to co kupiłeś za pieniądze.

Zimowa panorama Tatr z Diablaka.
Zimowa panorama Tatr z Diablaka.
Zimowa panorama Tatr z Diablaka - kliknij, aby powiększyć...

Na szczycie.
Na szczycie.

Zasiadamy na szczycie.
Zasiadamy na szczycie.

W głowie przechodzą, kłębią się różne myśli, a wśród nich pojawia się sugestia, że zapewne przechodzi tędy jeden z Południków Szczęścia, jaki mieli na myśli Lisowcy, podróżnicy, którzy taki południk wskazywali w dalekiej Azji, a my chyba znaleźliśmy go tutaj na szczycie Diablaka. Czy ktoś nam uwierzy, że doznaliśmy tu szczęśliwości.

Dzisiaj jest Sylwester. Jedni wychodzą inni już schodzą i tak będzie tu aż do północy, kiedy przyjdą ci ostatni tego roku, którzy powitają Nowy Rok. Zupełnie inaczej niż zwyczajni ludzie. Włożą w to pewien trud i wysiłek, ale w zamian zobaczą z góry wioski i miasta nad którymi rozpryskują się kolorowe fajerwerki. Teraz już wiemy, że musimy zobaczyć to również na własne oczy, może już za rok, jak tylko będzie tak wspaniała aura jak dzisiaj. Dzisiaj byśmy już zostali, lecz nie mamy ze sobą śpiworów, a w schronisku nie ma już miejsca. Po za tym ugrzęźlibyśmy tutaj lub w Zawoi co najmniej do jutrzejszego popołudnia, bo przecież komunikacja publiczna nie będzie jeździć tak jak zwykle.

Pewien Słowak zwraca uwagę na różnicę przejrzystości powietrza. Po północnej stronie widać gęstą warstwę smogu, której na południu nie ma. Smog znacząco skraca głębię panoramy. Tylko bardzo wysokie obiekty wystają ponad nim. Nastały takie czasy, że o smogu będziemy co raz częściej słyszeć i sami mówić, pokazując miejsca, gdzie możemy pobyć bez niego. Napawać się świeżym, czystym powietrzem.

Szlak do wsi Oravská Polhora.
Szlak do wsi Oravská Polhora.

Orawa i Podhale. W dali Tatry, a za nimi Niżne Tatry.
Orawa i Podhale. W dali Tatry, a za nimi Niżne Tatry.

Wstajemy, odwracamy się w kierunku drogi zejścia, tej samej która nas wyprowadziła na szczyt góry. Zakładamy raczki, będzie łatwiej. Schodzimy po rumowisku sklepionym lodem. Babia Góra jest wyjątkowa. Na jej zboczach zobaczyć można rumowiska gołoborza, ale też wysokogórskie hale i połacie kosodrzewiny, elementy składające się na wysokogórski krajobraz alpejski. Na północy mamy strome i urwiste zbocza, bardzo zwodnicze w warunkach ograniczonej przejrzystości, we mgle. Od południa stoki łagodnie opadają do dolin orawskich potoków.

W kierunku drogi zejścia.
W kierunku drogi zejścia.

Rumosz skalny.
Rumosz skalny.

Beskid Śląski.
Beskid Śląski. Z prawej Skrzyczne (1257 m n.p.m.).

Zawoja.
Zawoja.

Mała Fatra.
Mała Fatra.

Podczas zejścia wspomnienia pobudza graniczne wzniesienia Mędralowej, Jaworzyny, Beskidu Krzyżowskiego i Beskidu Korbielowskiego, a za nimi imponujący masyw Pilska. Dalej na lewo od nich widoczne są grzbiety Beskidu śląskiego z Babią Górą i Skrzycznem, a na północnym zachodzie Beskid Mały. Tam jest mnóstwo miejsc z którymi wiążemy tyle wspaniałych wspomnień. Chcielibyśmy powrócić do nich, być jednocześnie tu i tam, i pragniemy tego choć to niemożliwe być w tylu miejscach jednocześnie. I jest też na południowo-zachodnim horyzoncie Mała Fatra i Beskid Śląsko-Morawski, z którym tak dawno nie widzieliśmy się, że aż wstyd, bo to góry które obdarzyliśmy przyjaźnią.

Ta sama droga zejścia co wyjścia, ale urzeka nas nieco odmiennymi doznaniami. To dziwne jak górskie krajobrazy mogą zauroczyć człowieka, uzależnić go jak narkotyk, nawet ta zimowa surowość i bezkresna zlodowaciała przestrzeń rozciągająca się jak powierzchnia spokojnego oceanu, którą szkli słońce nisko wiszące nad horyzontem.

Słońce i Królowa Beskidów to dla wielu dwie nierozlewane sprawy, które wzajemnie kojarzą się. Gdy pomyśli się o jednym, drugie przychodzi na myśl samo. Wschody i zachody słońca, to Babia Góra - Babia Góra to wschody i zachody słońca. Ci co chcą się słońcu pokłonić o poranku, czy przed zmierzchem wychodzą wpierw na beskidzką Królową. Stamtąd można to uczynić z godnością dla życiodajnej gwiazdy naszej planety, jak też ujrzeć niezwykłość i piękno natury. Jest to spektakl przyrody, z którego wraca się nie będąc już tym samym człowiekiem. Głęboka świadomość, że jest się cząstką, dla której ktoś zafundował coś tak wspaniałego nie daje spokoju. Ciekawość pozostaje jeszcze bardziej nie zaspokojona i każe wracać z powrotem na szczyt góry, by zobaczyć to samo, ale przecież nigdy nie jest tak samo. Wchodzimy na górę, bo chcemy zobaczyć to samo co kiedyś, lecz zjawiska tworzone przez naturę są niepowtarzalne. W jej przypadku duble są niemożliwe, a jedynie pewne podobieństwa.

Szlak na Pośrednim Grzbiecie.
Szlak na Pośrednim Grzbiecie.

Zejście na Lodową Przełęcz.
Zejście na Lodową Przełęcz.

Krajobraz skuty lodem.
Krajobraz skuty lodem.

Tu w górach odkrywamy i pobudzamy ludzką wrażliwość na piękno. Chcielibyśmy, aby teraz tu z nami byli przyjaciele ze szlaków, byśmy mogli dzielić się pięknymi krajobrazami. Tymczasem żegnają się z samotne, oblodzone świerki wystające spod warstwy szklistego śniegu. Chylą się i kłaniają nam, choć to raczej my powinniśmy im oddać hołd za to, że mogliśmy dzisiejszego dnia doznać niebywałego piękna. Sterczą zastygnięte, stoją jak wartownicy strzegący tej krainy.

Wysoko, wysoko nad nami przymykają po błękicie myśliwce zostawiając za sobą smugi kondensacyjne. Są jak przelatujące komety, które ważą los naszego globu. Kiedyś może pojawić się taka prawdziwa z otchłani kosmosu, która obudzi szacunek do sił przyrody oraz żal utraty piękna naturalnego. Schodzimy na Przełęcz Bronna, a stromy stok za nami zaczyna przysłaniać tarczę słoneczną. Coraz dłuższe cienie zalegają na białej powierzchni stoku. Jest przez to chyba trochę chłodniej. Mija godzina 13.40 kiedy na Przełęczy Brona opuszczamy grzbiet Babiej Góry. Schodzimy na Markowe Szczawiny do schroniska. Tego roku i tego dnia jesteśmy w nim po raz drugi. O czternastej znów gościmy w jego murach.

Wśród oblodzonych świerków.
Wśród oblodzonych świerków.

Widok na dolinę wsi Zawoja.
Widok na dolinę wsi Zawoja.

Pasmo Policy.
Pasmo Policy.

Mosorny Groń.
Mosorny Groń.

Polica.
Polica.

Polica.
Polica.

Kościółki.
Kościółki.

Kościółki.
Kościółki.

Spojrzenie na Diablak.
Spojrzenie na Diablak.

Zejście z Kościółków.
Zejście z Kościółków.

Zejście z Kościółków.
Zejście z Kościółków.

Pod wierzchołkiem Kościółków. Z lewej widoczny Diablak.
Pod wierzchołkiem Kościółków. Z lewej widoczny Diablak.

Kometa ;)
Kometa ;)

Świerki kłaniają się nam na pożegnanie.
Świerki kłaniają się nam na pożegnanie.

W drodze na Przełęcz Brona.
W drodze na Przełęcz Brona.

Mała Babia Góra widziana z Przełęczy Brona.
Mała Babia Góra widziana z Przełęczy Brona.

Nie czujemy głodu, choć niewiele jedliśmy od rana. Właściwie niewielkie śniadanie w domu, jeszcze przed świtem. Jednak jakże nie zakosztować znów czegoś ciepłego i smakowitego - sprawdzić, czy tak samo doskonale smakuje, jak kiedyś. Nie wątpimy w to, ale mamy taką właśnie wymówkę by zakosztować zupy.

Żegnamy się. – W przyszłym roku musicie też być u nas przynajmniej dwa razy, wtedy zrobicie roczną normę, tak jak tego roku – na pożegnanie mówi Kasia, na co odpowiadamy: – Będziemy, nawet może większą grupą. Wszystkiego naj w przyszłym roku. Do zobaczenia!

Żal żegnać się z sympatycznymi gospodarzami schroniska na Markowych Szczawinach, lecz zostać też nie ma szans. Nie ma już wolnych pokoi, a ostatni bus z Zawoi odjeżdża po siedemnastej. O godzinie 14.35 zaczynamy schodzić do Zawoi. Za rozstajem szlaku ma małej polance nieopodal schroniska, zatrzymujemy się na moment i spoglądamy na wierzchołek Babiej Góry. Nad jej jaśniejącą w słońcu kopułą pojawili się paralotniarze. Też pociąga ich niezwykły powab góry. Nie mogą od niej odlecieć i kręcą się nad nią po okręgach.

Schronisko na Markowych Szczawinach.
Schronisko na Markowych Szczawinach.

Podążamy dalej w dół leśnym stokiem w zamyśleniu. Trudno ogarnąć umysłem całe piękno, którego dzisiaj doznaliśmy. Tak bardzo trudno w to uwierzyć, że może raczej najpierw trzeba by upewnić się czy ten dzień był prawdziwy? O godzinie 15.25 wychodzimy z lasu. Zawoja Markowe. To koniec wędrówki.

PS. Dziękujemy Grzegorzowi za podwózkę do busa i za wspólną wędrówkę.
Agnieszko żałuj, że nie byłaś.


GALERIE FOTOGRAFICZNE:
Biała pustynia
Lodowe ludki

Translator

Info

Licencja Creative Commons Gdy nie jest to inaczej sprecyzowane pod konkretnym materiałem, to:
Publikowane na blogu materiały można wykorzystać na warunkach licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Zezwala się na kopiowanie, dystrybucję, wyświetlanie i użytkowanie materiałów publikowanych na niniejszym blogu i jego pochodnych pod warunkiem umieszczenia informacji o twórcy i adresu internetowego bloga. Pozwala się na wykorzystanie tych materiałów w innych dziełach pod warunkiem udostępniania ich na tej samej licencji.

Kuferek

Hej wędrowcze, właśnie otworzyłeś malutki skarbczyk.
Nie jest on drogocenny, ale nie wykluczone, że znajdziesz w nim coś
co może Ci się przydać.

Kolekcje

Wędrowanie po znanych i nieznanych szlakach to ogrom niesamowitych wrażeń i emocji. Z każdą zakończoną wędrówką wiąże się tęsknota i czar wspomnień. Odczucia takie towarzyszą nam od samego początku przygody, wyzwalając potrzebę zachowania przeżyć, nie tylko w ulotnej pamięci ludzkiej, ale również w formie bardziej trwałej, w postaci fotografii, opisów, dzienniczków przebytych tras, odwiedzonych miejsc, czy zdobytych szczytów. Utrwalanie to jest również okazją do usystematyzowania turystycznych poczynań wg różnych kryteriów - zdobytych koron gór, przebytych szlaków, itp.

Napisz do nas